Napisane przez: pirath | 23 czerwca 2017

Tommy Hilfiger – Citrus Brights, czyli nowa era colognes…

Nie będę owijał w bawełnę i od razu oznajmię, że Citrus Brights nieźle namieszał w moim prywatnym rankingu lekkich wód kolońskich. Rozpychał się dosłownie łokciami, moszcząc sobie miejsce, w pierwszej dziesiątce moich ulubionych i rekomendowanych zapachów na lato – jako zapach naprawdę przyjemny i co równie istotne, niebanalny. Zresztą odnoszę wrażenie, że Tommy w ogóle się ostatnimi czasy wyrobił, jeśli chodzi o poziom sygnowanych przez tę markę perfum. To nadal są lekkie i niezobowiązujące kompozycje, ale podobnie jak u Calvin Klaina – czuć u Tommego odejście od banalnych, rasowo amerykańskich „owocowych soczków” dla małolatów i zwrot w stronę czegoś ambitniejszego i bardziej wyszukanego. Ewidentnie Hilfiger postanowił powalczyć z najlepszymi, ostatnio niestety dosłownie kopiując najlepszych, czego przykładem jest Tommy Bold – będący ordynarnym plagiatem* Banana Republic Classic. Tyle że BR Classic to jakby nie patrzeć, jedna z lepszych klasycznych wód kolońskich ever!, więc przynajmniej sklonowali najwyższą półkę.

*niby jest to plagiat Banana Republic Classic, ale paradoksalnie ostatnia reformulacja oryginalnego Classica, dosłownie zniszczyła te niegdyś fenomenalne perfumy i jedyną metodą, by móc się wciąż cieszyć tym nieco oldskulowym colognes, jest właśnie zakup Tommyego Bold’a. Wyobraźcie sobie jak bardzo Banana Republic musiało schrzanić reformulacją swoje własne perfumy, że trzeba kupić bądź co bądź bardzo dobrą „podróbkę” od konkurencji, by móc nadal cieszyć się brzmieniem oryginału… Jak na ironię, Tommy „powielając Classica„, uratował ten zapach przed zapomnieniem…

bergamotka

Szczerze powiedziawszy wątpiłem, że ktoś mnie jeszcze tak pozytywnie zaskoczy, zapachem osadzonym w jakże mocno eksploatowanej tematyce nowożytnego colognes. Brzmienie klasycznej wody kolońskiej nieco się zestarzało i przejadło – zresztą wiele osób kojarzy je z zapachem oldskulowych, a w sensie pejoratywnym „dziadkowych perfum„. By tego uniknąć klasyczna woda kolońska, by móc nadal istnieć i się sprzedawać, musiała ewoluować. Stąd od kilku lat możemy zaobserwować prawdziwą eksplozję kolońskich nowości i zupełnie innych brzmień, osadzonej w zgoła odmiennej stylistyce i wyrażonej totalnie odmienną paletą zapachową, głownie skrajnie syntetyczną. Niestety część z nich pachnie nie tyle cytrusami co płynem do dezynfekcji klimatyzacji samochodowej, jak ma to miejsce w przypadku Dioda Homme Cologne, czy Guerlain Ideal Cologne… 😉

limonka

A Citrus Brights jest wciąż cytrusowy, świeży, orzeźwiający, zielony, rześki i koloński oraz czysty, purystyczny, oszczędny w treści, minimalistyczny w kroju, i nowoczesny. A więc da się bez większych strat w treści połączyć cechy i przymioty tradycji z nowoczesnością – bo ten zapach choć pachnie bardzo nowocześnie i oszczędnie, wciąż tchnie duchem gorzkawego, esencjonalnego, wytrawnego – wreszcie nieco surowego i przaśnego jak przystało na rasowe colognes. Colognes, które utemperowano, ugrzeczniono i dostosowano do obowiązującej dziś (nie tylko w perfumiarstwie) poprawności politycznej, ale zapach wciąż ma jaja i mile zaskakuje. No i co najistotniejsze jest delikatny, diabelnie urodziwy i przyjemny w noszeniu, a to jest chyba w przypadku perfum najistotniejsze.

Podchodziłem do tego zapachu parokrotnie i zachwycił mnie swą rozkoszną chimerycznością i niekonsekwencją w brzmieniu, codziennie układając się nieco inaczej. Zupełnie jak Encre Noire od Lalique, w zależności od pory dnia, wilgotności i temperatury otoczenia – za każdym razem odgrywał swą rolę nieco inaczej. Raz przechylając się w stronę gorzkawo aromatycznych cytrusów, z wyraźnym cytrusowym pazurem, by innego dnia pachnieć bardziej mydlinami, coś na podobieństwo Prady Infusion D’Homme lub dosłownie jej odsłonie de Vetiver. Zapach jest przede wszystkim cytrusowy i zielono drzewny (igliwie sosny i jałowca), ale raczej w ujęciu ich zielonkawej, gorzkiej, wytrawnej i esencjonalnej, pachnącej olejkiem bergamotkowym, limonką i gorzką pomarańczą. Pomiędzy te wyraźnie niedojrzałe cytrusy wpleciono odrobinę pieprzu oraz Imbiru, które jeszcze bardziej podkręciły wytrawną aromatyczność tych ich zielonych skórek cytrusów, igieł iglaków i vetivery.

jałowiec

A jako przeciwwagę dla cytrusowej dominaty, w tle czuć odrobinę lekko pudrowo kremowych mydlin – zupełnie jakby wąchać jakieś luksusowe mydełko, więc miłośnicy Prady Infusion d’Homme, powinni być nader ukontentowani brzmieniem tła i głębokiej bazy Citrus Brights. Owo ukontentowanie odnajdą tu też miłośnicy szlachetnych, wyrafinowanych i finezyjnych brzmień – zaaranżowanych z klasycznie włoskim rodowodem – bo wąchając to cudeńko, aż trudno uwierzyć, że na flakoniku widać znaczek Tommyego, a nie którejś z zacnych marek europejskich, pokroju Hermesa, Lalique, Prady, czy Cartiera. A więc mamy przepięknie skomponowaną mieszankę iście Pradowych mydlin i niemalże Ellenowego, dobrze sprawionego cytrusa. Cytrusa wysmukłego i pełnego gracji, z częściowo wyciętym spektrum słodyczy i soczystości miąższu, w zasadzie bazującego jedynie na goryczy i zielonkawości skórki, ale wciąż swoistego i diabelnie przyjemnego w odbiorze. Tutejszego cytrusa pięknie dopełniają akcenty drzew iglastych, podkręcając i podbijając tę szlachetną, gorzkawą wytrawność. Szkoda że Dior Homme Cologne lub ostatnio zmasakrowany Dior Homme Sport, nie pachną właśnie tak…

wetivera

Zapach ma coś w sobie, coś esencjonalnego i aromatycznego, niczym Tommy Bold, a którą Bold zawdzięcza aromatycznemu dodatkowi jałowca – gdy Tommy Bright uświetniono dodatkiem igieł sosnowych (ja bym wcale nie wykluczył tu udziału jałowca), które zauważalnie podkreśliły wytrawność cierpkiej i gorzkawej bergamotki oraz zbalansowały delikatność „mydlanej” przeciw fazy. Tommy Bold ma podobny charakter, wytrawnej, wysoce orzeźwiającej i niewątpliwie męskiej wody kolońskiej – ale niestety jest perfidną kopią nieodżałowanego przeze mnie Banana Republic Classic. A może i stety, bo Classica zabito ostatnią reformulacją, więc cieszę się że na otarcie łez został mi chociaż Tommy Bold. Bold to również powiew, a raczej retrospekcja klasycznej, nieco oldskulowej wody kolońskiej – gdy Citrus Brights jest jej odświeżonym, bardzo współczesnym wydaniem. Ale co najistotniejsze Citrus Brights nie jest perfidną kopią – co już całkiem suwerenną, wyrafinowaną oraz wnoszącą sobą wiele świeżości i prawdziwie niebanalną kompozycją. Jak dla mnie petarda!…

rok powstania: 2016

nos: anonimowy geniusz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: lima, pomarańcza, cytryna, bergamotka, igły sosnowe,
Serce: lawenda, mięta, imbir,
Baza: haitańska wetyweria, kadzidło, różowy pieprz,

 

Napisane przez: pirath | 16 czerwca 2017

Prada Homme, czyli cover song o irysie…

Prada to jedna z nielicznych marek mainstreamowych, która zbudowała swą reputację i wysoką renomę, nie za sprawą samego logotypu (jego rozpoznawalności) – co jakości produktów, które nim sygnuje. Mówiąc wprost, za ich wysoko cenionym logo stoi korespondująca z ceną jakość, co najlepiej obrazuje wykwintny, finezyjny i nietuzinkowy krój ich niebanalnych perfum. Chyba tylko Bentley, Loewe i Mugler (wśród młodych brandów) mogą się poszczycić równie dobrym stosunkiem jakości do ceny oraz swoistym i prawdziwie niepowtarzalnym charakterem kompozycji. I nie ważne czy mowa o pudrowo minimalistycznym Infusion d’Homme, słodkawo mydlanym Pour Homme, porywającym zwiewną świeżością Infusion de Vetiver, czy nowożytnym Luna Rossa – każda z wymienionych kompozycji Prady, to starannie i perfekcyjnie skrojone arcydzieło.

Chyba nie tylko mi ten zapach coś jednak przypomina i to za sprawą dominującej w kompozycji nucie irysa. Ale nie tylko, bo fantastycznie ujęty fiołek i geranium przywodzą mi na myśl jeszcze inną włoską markę. Tyle że to Prada, więc nie może być mowy o dosłownym podobieństwie, to raptem koincydencja nut, układająca się na podobieństwo czegoś, co już jest. Pierwszym jest rzecz jasna Dior Homme, zaś drugim Laura Biagiotti Roma, czyli creme de la crem perfumiarstwa. I właśnie pomiędzy te dwie, wykwintne, niebanalne i arcy szykowne kompozycje, wcisnęła się Prada, ze swym najnowszym Homme. Zapachem nie tyle podobnym do Homme Diora i Romy od Laury Biagiotti, co będącym ich wynikową, usytuowaną gdzieś na stycznej / pośrodku brzmień obu kompozycji.

Podobnie (ze względu na dominującą nutę irysa) do Prady Homme pachnie też Armani Eau de Nuit oraz Paul Smith Man, ale te skupiają się raczej na irysie i co tu dużo mówić, zdecydowanie bardziej bezpośrednim nawiązaniu do kultowego już Diora Homme. Zapachu absolutnie wybitnego, arcy nietuzinkowego i będącego prawdziwą perłą w koronie domu mody Christian Dior, a którą co rusz chlastają reformulacjami – jakby się nie mogli zdecydować czy chcą robić zapach dobry, czy nie… A wiadomo że tam gdzie biją się Demachy z księgowymi i specami od wizerunku – korzystają marki trzecie, pragnące uszczknąć coś dla siebie, z irysowego tortu Diora Homme. Wprawdzie nie posądzam dumną i wyniosłą Pradę, ani tym bardziej genialną Danielę Andrier o pójście na łatwiznę i kopiowanie czyichś genialnych pomysłów – ale gwoli formalności, w temacie podobieństw do już istniejących zapachów, wypadało o tym wspomnieć.

To samo się tyczy konotacji ze zniewalającą Romą, ale gdy mowa o tak specyficznych i charyzmatycznych ingrediencjach oraz coraz węższej palecie dostępnych na rynku ingrediencji – trudno uniknąć podobieństw i tym samym posądzeń o plagiat. Tak więc z racji mnogości wątków, jakie składają się na bukiet Prady Homme, traktuję tę kompozycję jako zupełnie suwerenny zapach. I to jaki zapach, bo tak ciepłej, głębokiej, wręcz zniewalającej słodyczy (poza Romą Biagiotti) trudno szukać we współcześnie sygnowanym mainstreamie, bez potrzeby zahaczania o esencjonalne balsamiczne EdP i Pure Parfum. Serio, nie jedna wieczorowa kompozycja sygnowana dopiskiem Parfum, mogłaby pozazdrościć EdT Prady jej otulającej głębi, biorącej się najpewniej z arcy pociągającego połączenia irysa, ambry, geranium, paczuli i mam wrażenie ambrette lub heliotropu. Zapach dosłownie ocieka miękką, balsamiczną, otulającą i absolutnie niemęczącą słodyczą – dosłownie tą samą, którą emanuje arcy zniewalająca Roma od Laury Biagiotti. Zupełnie jakby ktoś wziął klasyczne Homme Diora, (dziś w wyniku rozlicznych reformulacji, adekwatniejszym porównaniem będzie Homme Intense), a następnie zaserwował je na słodko, z niewielką domieszką kwiatów (fiołek i geranium). I choć zapach jest miękki otulający i słodkawy, to jest na tyle odmienny – iż nie jest to balsamiczna słodycz Diora Homme Parfum, zatem nie może być mowy o plagiacie.

Jest więc Prada Homme zupełnie nowym, autorskim pomysłem na majestatycznego irysa, w wykonaniu arcy utalentowanej Danieli Andrier – tej samej, której zawdzięczamy między innymi genialną Bottegę Venetę, Gucci Rush i wymienione na wstępie, wcześniejsze kompozycje Prady. Jeśli więc cenicie irysową, męską i lekko pudrowo wytrawną słodycz Diora Homme oraz miękką, finezyjną i arcy wykwintną słodycz Romy, to Prada Homme jest najprawdziwszym spełnieniem marzeń. Prada Homme łączy te dwie kultowe kompozycje – w jedną, perfekcyjnie skorelowaną i wyjątkowo przyjemnie wybrzmiewającą całość. Dodatkowo zapach cechuje akuratna, nieprzesadzona projekcja, pozwalająca na noszenie tych perfum przez śmiem twierdzić, cały rok (to bardzo szykowny casualowiec z lekkim zacięciem wieczorowym) oraz niezgorsza trwałość – więc ponownie zdejmuję przed Pradą czapkę i kłaniam się nisko…

rok powstania: 2016

nos: Daniela (Roche) Andrier

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: neroli, pieprz,
Serce: irys, ambra, fiołek, geranium,
Baza: paczula, cedr,

Napisane przez: pirath | 12 czerwca 2017

Diesel – Bad, czyli ma ktoś może alkomat?

Na pierwszy rzut oka oryginalny, klimatyczny, a wręcz złowieszczy flakon Bad przekonuje, że mamy do czynienia z nietuzinkowym zapachem, dla prawdziwych zakapiorów – tudzież Emo Gotów na odwyku, po przedawkowaniu prozdrowotnych koktajlów na bazie z jarmużu, cieciorki i szpinaku, a którzy wciąż chcą się czuć macho. Ok, a tak na poważnie to wedle (pobożnych) założeń twórców,  jest to kompozycja wieczorowo klubowa, którą zaserwowano (moim zdaniem) w najgorszym możliwym wydaniu. Już miałem nadzieję, że koszmarki pokroju Davidoffa The Game, Armani Code, Paco Rabanne Ultrafiolet, Boss Bottled Night i CH 212 VIP, odpłynęły już w stronę „zakazanej” historii perfumiarstwa – a jednak okazał się, że ktoś postanowił tę niechlubną stylistykę wskrzesić…

Serio? pomyślałem sobie, tuż po zaaplikowaniu Bad na nadgarstek, gdy do mych nozdrzy dotarły pierwsze takty tej specyficznej, siermiężno syntetycznej serenady… Serenady wybrzmiewającej pompującym basem imprezy techno, lamp ultrafioletowych, stroboskopów i laserów przecinających gęsty dym i ciężką atmosferę klubowego wnętrza, którego fluorescencyjne barwy mają tyleż wspólnego z naturalnością, co wyalienowane brzmienie tych upierdliwych perfum. A może tu chodzi o jakąś modę, by pachnieć takim syntetycznym i przejaskrawionym, ozonowo morsko, ziołowo słodkawo alkoholowymwyziewem” i wtedy jest się cool i w ogóle laski lecą na kolesi pachnących jak przepity i przećpany balangowicz o 5 rano?…

Czy czuję tu wspomniany w wykazie nut kawior? Na szczęście nie, ale też osobiście uważam za „wątpliwą” przyjemność używania perfum, pachnących rybią ikrą. Również za dyskusyjne uważam perfumy „jadące tanią gorzałą” tudzież innej maści „alkoholowymi wyziewami„, którymi zapach atakuje mnie tuż po aplikacji i męczy jeszcze co najmniej godzinę po. Oczywiście to kwestia gustu i pewnie nawet taki siermiężny i irytujący Bad znajdzie swego amatora, zwłaszcza jeśli pani konsultantka puści mu oczko, mówiąc że „laski lecą na ten zapach„… tia… Paradoksalnie najmocniej wyczuwalną nutą jest tu prawdziwie irytujący kardamon, lawenda, sandałowiec oraz niewiadomego pochodzenia inkantacje cytrusowo morskie. Przerysowane brzmienie Bad nie tylko mnie irytuje i drażni swą syntetyczną fizjonomią, co obcowanie z zapachem budzi we mnie niepokój. Ale pomijając jego drażniący wpływ na moje samopoczucie, wynudziłem się na śmierć, wąchając kolejne wcielenie nieśmiertelnych riffów, znanych mi już z wcześniej wymienionych zapachów „klubowych„. Tandetnych, siermiężnych i wręcz wulgarnych, bo ultra syntetyczne akcenty ozonowo morskie, dodatkowo wzmocnione arcy esencjonalnymi ziołami i przyprawami – raczej kiepsko łączą się z mdłą słodyczą i odpychającą wonią trunków wyskokowych (jakiś gin, albo wódka)… zresztą pewnie nieważne co, byle sponiewierało, prawda? 😉

Zupełnie serio, czuję tu „wczorajszego” kolesia, odzianego w niezbyt świeżą już koszulę i zmęczony garnitur, próbującego zatuszować odór gorzały, która ulatuje z niego poprzez wszystkie pory na ciele – poprzez wylanie na siebie nieprzyzwoitej ilości jakiegoś ozonowo, ziołowo morskiego casualowca (taki przejaskrawiony mix Boss The Scent i Bvlgari Aqua). Zabieg ten miał w założeniu „odświeżyć i ożywić” zwłoki tego wciąż nietrzeźwego jegomościa, ale efekt końcowy jest iście opłakany – bo przekrwione oczy, nieświeża cera oraz alkoholowy chuch i tak zdradzają, że chlał całą noc… Moje pytanie brzmi, kto chciałby tak pachnieć? To brzmienie nie ma nic wspólnego z tematyką wieczorową, a jego „skórzasty” layuout jest wręcz epickim przerostem formy nad totalnie nieadekwatną treścią.

impreza była w roku: 2016

melanż rozkręcili: Anne Flipo i Carlos Benaim

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, lawenda, kardamon,
Serce: kawior,
Baza: tytoń, korzeń irysa, nuty drzewne,

Za każdym razem gdy powstaje wersja Intense lub Extreme jakiegoś cenionego przeze mnie pachnidła, zaczynam czuć dziwny niepokój i wewnętrzny lęk… Poważnie, bałem się że zapach zostanie popsuty przez chciwość marketingowców, bo przecież szybkie wylansowanie zintensyfikowanego flankiera, jest teraz takie modne… Pescheux i Huclier, czyli ten sam duet perfumiarzy, który popełnił w ubiegłym roku genialnego Horizon, tego roku zabrał się za jego konwersję, do wersji Extreme… Jak zawsze w takim przypadku (zwłaszcza, że wysoko cenię klasyczne Horizon) obawiałem się, że temat zostanie załatwiony po macoszemu, byleby wypełnić czymś rynkową niszę. Ale nic z tych rzeczy, albowiem wersję Extreme przygotowano bardzo starannie i bynajmniej nie jest to atrapa. Z radością donoszę, że moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne i fantastyczny Horizon, właśnie doczekał się równie udanego flankiera w wersji Extreme! Udanego, że ho ho, ale konia z rzędem temu, kto wąchając flankiera, zgadnie co było jego protoplastą 😉

Horizon Extreme jest esencjonalny i wyraźnie żywiczny. Przypomina mi odrobinę hybrydę Parfum d’Empire Wazamba z Bottega Veneta Pour Homme, których nieco leśny, rześki i równie inhalująco żywiczny charakter, odnalazłem i tu. Jest cudownie żywiczny i zarazem cudownie jowialno balsamiczny, a te dwie z pozoru sprzeczne cechy połączono ze sobą z tak górnolotnym pietyzmem i zręcznością iż wyszła z tego wybornie i arcy wykwintnie prezentująca się całość. Tak wykwintnie, że to pachnie tak, jakby ktoś z rozmysłem konstruował pachnidło pomyślane o rynku niszowym, ale nagle znalazł się odważny kupiec z segmentu mainstreamu, który zaanektował to cudo dla siebie. Jakby nie patrzeć niszowe i diabelnie odważne brzmienie arcy genialnego i przesmerfantastycznego Gucci Guilty Absolute, jest najlepszym dowodem, że tak ambitne podejście do sygnowania nowości – może się udać i co istotniejsze, sprzedawać… Zwłaszcza, że moda na rachityczne, bezpłciowe i beznamiętne siuśki, zdaje się szczęśliwie przemijać, bo już wszystkim się to przejadło i rynek zapragnął zwrotu w innym kierunku.

Kurcze, co tu dużo mówić, Extreme jest po prostu śliczny… Jeśli tęsknicie za pachnidłami pokroju Gucci Rush, Christian Lacroix Tumulte, CdG Wonderwood, czy wspomnianą Wazambą, nowy i wyraźnie labdanowy Horizon Extreme bankowo schlebi Waszym gustom. Oficjalny wykaz nut wskazuje raczej na mariaż rozmarynu, imbiru i sandałowca, ale wystarczy Extreme powąchać, by utwierdzić się w przekonaniu, że skrywanych przed nami nut, o wyraźnie drzewno żywicznym zacięciu jest tu więcej. Owszem rozmaryn, imbir i wspomniany sandałowiec są tu jak najbardziej wyczuwalne, grając swe czyste, wyraziste, pierwsze skrzypce nader dźwięcznie, ale stawiam złoto przeciw kasztanom, że są tu przynajmniej dwie szlachetne żywice (labdanum i mirra) oraz cyprys i mam wrażenie że agar, które pominięto w wykazie nut. Nawet gdy przeminie najbardziej dźwięczne i żywiczne stadium serca i zapach ułoży się na skórze, emanując głównie miękkimi i głębokimi detalami ambrowo drzewnymi, te żywiczne szpileczki wracają co jakiś czas i przypominają o żywicznym charakterze kompozycji.

W fazie dojrzałej Extreme jest miękki, otulający, ale identycznie jak w przypadku Encre Noire, wystarczy podać kompozycji odrobinę ciepła lub wilgoci, by wskrzesić bujny i całkiem okazały, żywiczno zielony dry down, który na powrót tchnie życie w konającego Extrema. O dziwo z trwałością jest lepiej niż w przypadku regularnego Horyzontu, a przy tym zapach nie jest nachalny, ani duszący. Doprawdy nie spodziewałem się tu tak szlachetnego i wyszukanego bogactwa. Bogactwa, które garściami czerpie z poletka niszowego, choć mowa o komercyjnym mainstreamie, który jeszcze do niedawna próbował nam wcisnąć na wieczór, równie dennego co koniunkturalnego The Game. Niestety ceną za ten górnolotny artyzm jest zauważalne odcięcie się od dyskretnego i finezyjnego brzmienia protoplasty – choć w przypadku tak ambitnego i górnolotnego podejścia do tematyki zapachu wieczorowego – absolutnie nie mam tego autorom za złe. Obcując z akordem schyłkowym, chwilami miałem wrażenie, że noszę na skórze już dobrze uleżałe Arabian Nights od Jesusa Del Pozo, albo Bois Noir Roberta Pigueta – a więc Extreme to żadna populistyczna zapchajdziura w ofercie, tylko naprawdę konkretnie namieszane EdP. Pescheux i Huclier świadomie odchodząc od motywu przewodniego Horizon (konotacje zielono cytrusowe), stworzyli coś tak pięknego i nietuzinkowego, że chciałbym sobie i Wam życzyć jeszcze więcej tak doskonałych w formie i urodziwych, niekonsekwencji… 😉

rok powstania: 2017

nos: Olivier Pescheux i Jacques Huclier

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, imbir, rozmaryn,
Serce: cypriol, cedr, gałka muszkatołowa, skóra,
Baza: ambra, drzewo sandałowe,

Napisane przez: pirath | 4 czerwca 2017

Dior Homme Sport (anno domini 2017), czyli ku przestrodze!

Wczoraj „to” poznałem… Jednak Douglas miał rację, stawiając „odświeżonego” w tym roku Diora Homme Sport na półce z nowościami – gdyż zaiste jest to kompletnie nowy zapach i to tak bardzo, że jest zupełnie niepodobny do siebie samego!. Zatem to jak mi się wcześniej wydawało „bezpodstawne” postawienie go na owej półce z nowościami, należy traktować jak najbardziej zasadnie – wręcz dosłownie, ale raczej w kontekście ostrzeżenia dla klientów:

– ostrzegamy! pod żadnym pozorem nie kupować tego g… w ciemno, bo nie ma ono nic wspólnego z dawnym Diorem Homme Sport, którego już być może znacie!

Zupełnie jakby sieć chciała profilaktycznie „odciąć się” od fali zwrotów, hejtu i ewentualnych pozwów od klientów, którzy kupiliby zapach z rozpędu i poczuli się oszukani… A mają prawo poczuć się cholernie wydy…. eeee zawiedzeni!.

Serio, już dawno nie wąchałem tak zje.., o pardon, spier… wybaczcie, ale po powąchaniu tych miernych popłuczyn, inwektywy same cisną mi się na usta! Już dawno nie wąchałem tak zrypanej i pod każdym względem schrzanionej reformulacji, albowiem w jej efekcie Dior Homme Sport 2017 – nie ma absolutnie nic wspólnego ze sobą samym!. A mam na myśli podobieństwo do jego ponoć słabszej (bo również poreformulacyjnej) wersji z 2012 roku, bo tylko tę znam osobiście i traktuję jako punkt odniesienia. Trzymajcie się dobrze krzesła, bo to co najgorsze, rzuca się w nozdrza od razu po aplikacji – albowiem w tym zapachu nie ma nawet śladu po obłędnie kształtnie wybrzmiewającym cytrusie, który stanowił soczyste i barwne tło, tego ongiś kultowego świeżaka! Stwierdziłem jedynie jakiś niezidentyfikowany, sucho gorzko cierpki, purystycznie minimalistyczny akcent – wybrzmiewający tak, jakby ktoś wypłukał kadź po Dior Homme Cologne czy innym YSL Libre, ale nie ośmielę się określić „tego bezkształtnego czegoś” mianem cytrusa!.

Niech więc pijarowcy wsadzą sobie w eeee… buty, farmazony o dodaniu nowych nut zapachowych i odświeżeniu kompozycji (moim zdaniem nie wymagała żadnych poprawek) – bo i tak nie czuć nic z tego, co szumnie deklarują w oficjalnym wykazie nut, co poniekąd nie powinno nikogo dziwić. Niestety moi drodzy, prawda jest taka że w wykazie nut można sobie dzięki obowiązującemu prawu wpisać wszystko, bo do niczego to producenta nie zobowiązuje i nikt tego nie weryfikuje… Ot taki chwyt marketingowy, na epatowanie spragnionych ekskluzywności klientów – pseudo wyszukanymi nutami, które zapach rzekomo zawiera – a które istnieją jedynie w wyobraźni „kreatywnego marketingowca„. Lub istnieją, ale w stężeniu tak śladowym, że nawet aparatura NASA do wykrywania czarnych dziur, wymięka – przy próbie identyfikacji owych hipotetycznych ingrediencji, których procentowy udział w recepturze, oscyluje w granicach błędu statystycznego*

*tudzież stężenia soku malinowego (oszałamiające 0,25%) w syropie o smaku malinowym pewnej znanej marki na literę H…

tym perfumom nie pomoże nawet reklama z Edwardem płaskonosym, podobnie jak Depp nie pomógł Sauvage

Chciałem te pefumy opisać, odnosząc się min. do wersji poprzedniej, ale tu po prostu nie ma do czego się odnieść!. Pomijając to że kompozycja w obecnej formie to smętne i pozbawione wyrazu popłuczyny – zapach po „odświeżeniu i wzbogaceniu o nowe nutynie przypomina siebie samego w ogóle!. To jakieś bezpłciowe szczyny, które na upartego nawiązują formą i stylem jedynie do równie słabego Diora Homme Cologne, którego popełnienie przez Demachy (nadwornego perfumiarza domu mody Dior), przyjąłem równie ciepło. Z tym, że do talentu i warsztatu Francoisa Demachy nie mam najmniejszych zastrzeżeń, więc za przyklapnięciem egzekucji na DHS, stoi ktoś inny. Zatem konkludując, Dior Homme Sport anno 2017 to nijakie, bezpłciowe i w najmniejszym stopniu nie przypominające swego zacnego protoplasty popłuczyny! I na tym zakończę recenzję tego badziewia, pisząc ją jedynie ku przestrodze, bo nie wątpię że zapach będzie wciskany nieświadomym klientom jako zjawiskowy i lepszy niż nigdy wcześniej!

Nie rozumiem dlaczego zabito i zmarnowano coś, co pachniało świetnie i nie wątpię że się sprzedawało. Który „Janusz biznesu” mógł uznać, że perfumy tak lekkie i przyjemne, tak szykowne i wyrafinowane, a przy tym tak łatwo i naturalnie wpisujące się w lansowany obecnie model niezobowiązującego świeżaka, trzeba zrujnować, spaprać i zdegradować, do tak opłakanej postaci?… Czy u Diora pracuje jakiś utajniony sabotażysta, którego celem jest zniszczenie od wewnątrz tej ikonicznej marki? DHS 2017 to kolejna spier… premiera u Diora (po wspomnianym Dior Homme Cologne i równie słabym co dennym Dior Sauvage), więc wybaczcie ale w obliczu kolejnej, po prostu epickiej klęski – biorę pod uwagę każdą ewentualność…

A więc jeśli używaliście, używacie lub chcielibyście zacząć używać Diora Homme Sport, to kategorycznie odradzam Wam aktualnie oferowaną edycję 2017, która w moim odczuciu nie ma prawa używać tej nazwy i wstyd wydawać na te nędzne szczyny pieniądze… Co więcej, dla porównania na drugą łapę zaaplikowałem najnowszego Fahrenheita (nie nadążam za jego reformulacjami, które mam wrażenie następują równie często, co premiery nowych smartfonów) i choć z początku wydawał się całkiem przyzwoity, na temat i „akceptowalny” w odniesieniu do swego pierwowzoru, to już po niecałych dwóch godzinach zamienił się w jakieś rozmyte mydliny. Mydliny tak bezkształtne i wyzbyte charakterystycznych dla zapachu akcentów, że utożsamiałem je z Fahrenheitem jedynie dzięki temu, iż wiedziałem że użyłem w tym miejscu Fahrenheita – a po 5 godzinach od aplikacji zapachu już w zasadzie nie było, więc WTF?… Zapytam więc retorycznie Quo Vadis Dior? Dlaczego podążasz ślepą ścieżką autodestrukcji, po której staczają się też YSL i Guerlain? Czy sromotny upadek i niedawny powrót domu mody Gucci, nie nauczył Was, że nie tędy droga i chałą klienta nie zatrzymacie?

p.s. jeśli w którymś moim wcześniejszym tekście znaleźliście rekomendację lub odniesienie dla tego zapachu – to w odniesieniu do wersji obecnej, cofam wszystko!

Zaszedłem wczoraj do Douglasa w poszukiwaniu wiosennych nowości i nie zgadniecie, co mnie powitało na półce z nowościami… Ano tylko nieznacznie młodszy od węgla, raptem 9 letni Dior Homme Sport (anno domini 2008), więc kolejny raz winszuję merchandiserom Douglasa kreatywności i konsekwencji, we wprowadzaniu klientów w błąd! Gratuluję osobom decyzyjnym zarówno bezrefleksyjnego uporu (bo wytykam im to nie pierwszy raz) jak i premedytacji, z jaką uskuteczniacie ten żałosny proceder. Ten zapach nowością nie jest, ani nie jest nowością w Waszych perfumeriach – więc stawiacie go na regale z nowościami bezpodstawnie! Niby taki ekskluzywny sklep, a nie potrafią zrozumieć, że to po prostu wiocha…

No cóż, pozostaje tylko napiętnować w oczekiwaniu, że być może kiedyś zaskoczą… Z PRAWDZIWYCH nowości był tam też Extreme Night Michaela Korsa, ale nie było jego testera… Zapewne nowości sprzedają się bez udziału testerów jak ciepłe bułeczki, ale na osłodę sięgnąłem po najnowsPradę L’Homme. Wprawdzie nazwa niezbyt dobrze mi się kojarzy (przez pryzmat beznamiętnej serii L’Homme od YSL), ale wierzcie mi – zapach L’Homme by Prada, w pełni zrekompensował mi niechęć do jego nazwy. Jeśli lubicie Diorowego irysa i słodkie, ciepłe geranium rodem z Romy Laury Biagiotti, to ten zapach zabierze Was do raju. Nowa Prada L’Homme pachnie jak skrzyżowanie czegoś na podobieństwo Diora Homme, z jednocześnie Romą Laury Biagiotti – a konkretnie jej mniej upojną odsłoną, Essenza di Roma. Wprawdzie otwierający kompozycję irys stosunkowo szybko się ulatnia, ale to co zostaje na skórze przez kolejne godziny, w pełni ten brak rekompensuje. Zapach jest ciepły, elegancki i jak przystało na Pradę świetnie skrojony, więc z przyjemnością nabędę próbkę i przekuję ją na pełnometrażową recenzję.

Pozytywnym szokiem numer dwa, okazał się nowy Azzaro Chrome Pure, który na pierwszego niucha pachnie jak hybryda Givenchy Gentleman Only, z Cartierem Declaration d’Un Soir. Przy tym jest równie delikatny i finezyjny jak ten pierwszy, a jego „różność” jest raczej powierzchownym złudzeniem. Po białym i minimalistycznym flakonie z wiele sugerującym dopiskiem Pure, spodziewałem się jakiegoś oklepanego ozonowego świeżaka na lato – a tu taka niespodzianka… Niestety sam zapach choć naprawdę śliczny, sam w sobie novum nie jest (bo są już na rynku pachnące w podobnym stylu i tonacji d’Un Soir i Only), ale trzeba dać mu kilka kwadransów by mógł się ułożyć i pokazał na co go stać. Mnie ujął za sprawą niebanalnego, lekko pieprznego wykończenia suszonymi cytrusami, które ujawnia się na około godzinę od aplikacji. Wąchając aromatyzowane suszoną bergamotką herbaty z gatunku Earl Grey, można wyczuć podobny niuans co tu – co nie powiem, bardzo mnie zaintrygowało. A sam zapach, choć diabelnie przyjemny i niebanalny – ewidentnie świeżakiem nie jest. Odnoszę wrażenie, że ktoś pomylił zamówienie na flakony lub zalano je nie tym co trzeba – ale jakże zacna w brzmieniu to pomyłka 🙂

No i na tym egzaltacje się kończą, bo oto dochodzimy do Armani Code Colonia, będącego ewidentną próbą uszczknięcia przez markę – kawałka rynkowego tortu, pod nazwą „moda na colognes„. Nawet na tle najbardziej populistycznej mainstreamowej sieczki, te perfumy wypadają naprawdę nijako i słabo – głównie dlatego, że autor kompozycji postanowił na siłę trzymać się topornego i już samego w sobie nużącego wątku przewodniego, z klasycznego Code. Powiecie, że się czepiam, ale w moim odczuciu próba przeniesienia brzmienia, które pierwotnie skrojono jako kompozycję wieczorowo klubową – na płaszczyznę niezobowiązującego letniego świeżaka, po prostu nie mogła się udać. Oryginalne Code jest topornym ulepem, więc po spłyceniu i rozmyciu jego „siermiężnie klubowego” brzmienia, by konweniowało z lekką stylistyką Colognes – efekt końcowy jest równie żałosny, jak wyskubywanie sobie brwi tylko po to, by w ich miejsce narysować sobie nowe, ale czarną kredką… 😉

Ale prawdziwą tragedią okazał się totalnie nijaki i smętny YSL L’Homme Eau Electrique* – czyli jakby nie patrzeć, zachowano pełną zgodność z permanentnie bezpłciową linią L’Homme… 😉 Serio, gdybym był prokuratorem generalnym we Francji, nakazałbym ścigać listami gończymi, aresztować – a następnie stracić osobę odpowiedzialna u YSL, za dobór i wykonanie ich kolejnych nowości. I mam gdzieś poprawność polityczną, sygnowanie klientom takich popłuczyn, powinno być traktowane jako przestępstwo!. Ja rozumiem, że seria L’Homme jest specyficzna, że z definicji ma to być beznamiętnie nijaki, słodkawy ulep – o pardon lep na laski, ale ile można?!. Jedyną rzeczą którą te perfumy sobą wniosły, jest inna nazwa, bo cała reszta – włączając w to flakon, jego szatę graficzną oraz tradycyjnie już beznamiętną zawartość, jest żywcem zdjęta z poprzednich wypustów. A jak to pachnie? Szczerze powiedziawszy nawet nie zarejestrowałem, bo nie było czego i czym zawracać sobie głowy… Ewidentnie jest to kolejna „premiera wydmuszka„, będąca perfidnym skokiem na portfele klientów, na zasadzie „wykreujmy nic nie wnoszącą nowość i odcinajmy kupony od sukcesu oryginału„.

*jedyne electrique jakie mi się z tymi perfumami kojarzy, to klemy od akumulatora, wiszące na cojones autora tego konceptu…

EDIT 10.05.2017

W odpowiedzi na mój list, wystosowany w tej sprawie do sieci Douglas, otrzymałem następującej treści odpowiedź:

„Szanowny Panie,
Jest nam bardzo przykro, że odebrał Pan opisaną sytuację w taki sposób. Nie jest naszym zamiarem wprowadzanie Klientów w błąd. Na półce nowości, znajdują się zapachy ściśle określone w biuletynie, którego mamy obowiązek przestrzegać, są to wytyczne merchandisingowe. Jeśli chodzi o wymieniony przez Pana zapach, Dior Homme Sport, to odnalazł go Pan w „nowościach”, gdyż  w tym sezonie został odświeżony i dodane są do niego nowe nuty zapachowe. Taką informację znajdzie Pan również na naszej stronie internetowej:  (potwierdzam, info o wersji 2017 znajduje się na wskazanej stronie, przyp. pirath). Wyrażamy nadzieję, że przy kolejnych wizytach uda nam się odzyskać nie tylko Pana uznanie, ale przede wszystkim zaufanie.”

Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z podaną argumentacją, jak najbardziej prawdziwą – zatem zwracam honor, ale jedno mnie w tym wszystkim martwi. Wiedziałem, że zapach był w tym roku odświeżony, podobnie w roku 2012, ale nie przypominam sobie by w przeszłości sieć miała w zwyczaju informowania swoich klientów o reformulacjach – właśnie poprzez stawianie odświeżonych edycji na regale z nowościami. A może coś przeoczyłem? Przyjmuję zatem oficjalne stanowisko oraz w tym przypadku uzasadnione argumenty sieci do wiadomości, ale jednocześnie od tej pory będę domagał się od Douglasa podkładki (w celu uwiarygodnienia zasadności) na okoliczność „hipotetycznego odświeżenia” każdego „suchara”, którego zastanę na regale z nowościami  – bo skoro chcą tą drogą tak pieczołowicie i rzetelnie informować klientów o reformulacjach (stawiając wersje zmodyfikowane na regałach z nowościami) – to ja zadam sobie trud by sprawdzić, jak bardzo sieć będzie w tym co deklaruje konsekwentna… Co więcej, dostrzegam w tej strategii (o ile okaże się potwierdzona) wielki pozytyw. Bo jakby nie patrzeć, informowanie klientów o reformulacjach (a jak wiemy producenci i perfumerie nie lubią się tym chwalić) jest niesamowicie miłym ukłonem w stronę klienta (ba, prawdziwym przełomem!), więc od teraz bardzo mocno trzymam kciuki za utrzymanie tego stanu rzeczy!. 😉

Pozdrawiam przesympatyczną Panią Monikę i w imieniu swoim oraz czytelników bloga, dziękuję za odpowiedź na moje zapytanie, którego obszerny fragment pozwoliłem sobie tu przytoczyć.

Kto by pomyślał, że w zwykłej drogerii sieciowej i cenie ~40 zł, można trafić perfumy pachnące najprawdziwszym olibanum*? Ale, skoro dekadę temu arcy egzotyczny oud zawędrował do mainstreamu, to nie dziwota że jego los podzieli ortodoksyjnie niszowe olibanum… Jak na ironię, ingrediencja ongiś zarezerwowana wyłącznie dla bogów i po dziś dzień używana w obrządkach wielu religii – z czasem zawędrowała do zmanierowanej i lubujących się w woniach ekscentrycznych, niszy. A dzięki globalizacji, popularyzacji i powszednieniu perfum, to co kiedyś było domeną owej niszy – dziś trafiła pod strzechy zwykłych ludzi, w postaci perfum mainstreamowych, a wręcz massmarketowych!. Ale na szczęście nie jestem snobem i Was również o snobizm nie podejrzewam, więc skoro w cenie niecałych 40 zł, za 50 ml – możemy dostać coś co pachnie naprawdę dobrze i niszowo, to grzechem marnotrawstwa byłoby nie skorzystać. Kurcze, kto by pomyślał, że w świątyni drogeryjnego massmarketu, uświadczę klejnot pachnący niemal identycznie jak pretensjonalna, egzaltowana i ładnych kilkanaście razy droższa nisza!…

*oczywiście mowa o syntetycznym zamienniku, ale pachnącym zadziwiająco wiernie i sugestywnie.

Ale wpierw łyżka dziegciu. To co rzuca się w oczy od razu, to niewspółmiernie mała flaszka i jej stosunkowo nikła pojemność, w porównaniu do przepastnego i absurdalnie wielkiego kartonika – w którego czeluściach ukryto niewielki i poprzez powyższe, jeszcze bardziej niepozorny flakonik. Ja rozumiem, że kreatywność i cwaniactwo speców od marketingu przejawia różne formy – ale chciałem powinszować geniuszowi, który pomyślał sobie, że jeśli da duże opakowanie, to ludzie pomyślą sobie, że warto ten produkt kupić nie ze względu na zapach, a wielkość opakowania… Może to działa na nabywców chipsów (gigantyczna, napompowana powietrzem torebka, a w środku jeden ziemniaczek), czy czekoladek (kilkanaście podkładek i podwójne dno, próbujące wypełnić kartonik, z tymi trzema pralinami na krzyż) ale perfumy, srsly? Eee, jak bardzo trzeba mieć nafajdane fełbie, by pomyśleć że poza wytworzeniem zbędnych gabarytów – przekładających się jedynie na wygenerowanie wyższych kosztów transportu i składowania, to mogłoby zadziałać?…

Ale pomijając ten zgrzyt, same perfumy pachną zadziwiająco (wręcz podwójnie zadziwiająco, gdy wziąć poprawkę na cenę i nieznaną markę) dobrze!. Choć może ta nieznana marka to akurat atut, bo musieli się bardziej postarać, by powalczyć o klienta. Choć odnoszę wrażenie, że drugie męskie perfumy Nou, tj. Avery – to klon już przeze mnie opisywanych Amber Shadow marki Jacques Battini. Avery/Shadow są klasycznie sandałowe (niczym Columbus 1492) i co tu dużo mówić „chwytliwe„, więc będzie się podobał i co za tym idzie sprzedawał – zatem ich wybór pewnie nie był przypadkowy… Pewnie obaj „producenci„, wybrali ten sam zapach z katalogu gotowców i nie do końca świadomie lansują go pod dwoma szyldami. Perfum na rynku jest jak „mrówków„, to pewnie pomyśleli iż to mało prawdopodobne, że przy tym natłoku ktoś się połapie, że coś podobnego już istnieje… Swoją drogą ciekawe czy Montale, zlecając „skomponowanieRed Vetiver, też brało w swej krnąbrności poprawkę, że ich klienci mogli już spotkać Terre D’Hermes?… 😉

No dobrze, dość przynudzania, pora określić jak Oliban pachnie. Wprawdzie nie jest to olibanum pokroju tego, które uświęca absolutnie niezrównane Rock Crystal Oliviera Durbano, ale jeśli lubicie to chłodne i minimalistyczne ujęcie kadzidła, rodem z Heeley’owego Cardinal’a, to Nou Oliban jest właśnie dla Was! Oliban pachnie, a raczej opiewa legendarne olibanum, czyli kadzidło frankońskie – w tym samy stylu, sznycie i klimacie, co kultowe już CdG Avignon oraz Heeley Cardinal. A więc kadzidło chłodne, surowe i minimalistyczne, by nie powiedzieć skostniałe – podobnie jak klimat panujący w europejskich gotyckich katedrach, których mury wciąż pachną woskiem świec i subtelną wonią kadzidła i mirry, którymi nasiąkły przez wieki. A propos trwałości, to Oliban jest całkiem trwały i niezgorzej projektuje, co przy tej cenie robi z niego naprawdę potężną konkurencję i zamieszanie w szeregach olibanowo niszowej inkwizycji.

Oliban to monotematyczny monoscent, wybrzmiewający wyłącznie olibanum, bez udziału jakichkolwiek nut towarzyszących i co za tym idzie – wyłamujący się z tradycyjnego podziału na wyczuwalne akordy. Wprawdzie najbardziej żywe i ekspresyjne jest jego otwarcie – które co zrozumiałe, z upływem godzin stopniowo przebrzmiewa, ale po sam kres jest to olibanowy monolit. Od razu mówię, to nie jest jakość CdG Avignon, ani Heeley Cardinal, bo z czasem tutejsze olibanum robi się odrobinę płytkie i po kilku godzinach ulega nieznacznemu rozwarstwieniu, ale i tak pachnie FENOMENALNIE, a różnica jest naprawdę niewielka i moim zdaniem kompletnie niewarta dopłacenia za ten subtelny dysonans, kilkanaście razy więcej. Jeśli więc nie przeszkadza Wam, że pachniecie tylko odrobinkę mniej wiernie niż Heeleyowa frankońska katedra, to gorrrąco polecam, a zaoszczędzone ponad 550 zł, możecie przeznaczyć na inne bezbożne bezeceństwa… 🙂

przykładowo, możecie dać perfumomanii na tacę 🙂

Napisane przez: pirath | 26 kwietnia 2017

BOHOBOCO, czyli Polacy nie gęsi i własną niszę posiadają…

Jakiś czas temu popełniłem wpis o rodzimych markach modowych, które mają w swej ofercie również perfumy, gdzie wspomniałem o min. marce BOHOBOCO. Nie ukrywam, że ich kolekcja prezentowała się na tle konkurencji najsolidniej i najbardziej obiecująco (wygląd, deklarowana treść, oprawa) i nabrałem wielkiej chrapki, by poznać ją w całości. Kilka dni później, ku memu wielkiemu zdziwieniu dostałem wiadomość od marki, z pytaniem czy w związku z wpisem, chciałbym otrzymać ich „bombonierkę” z próbkami perfum. Nie ukrywam że przystałem na tę propozycję z wielkim entuzjazmem – i oto dwa dni później do mych drzwi zapukał kurier, ze sporych rozmiarów pakunkiem. Szczerze powiedziawszy nawet od Sergea Lutensa nie dostałem tak wypasionego wizualnie setu próbek.

Zresztą wystarczy spojrzeć na załączone zdjęcia z unboxingu, by dostrzec wysokiej gramatury papier kredowy i detale rzeczywiście zdradzające wysoki poziom i podkreślające jak najbardziej uzasadnione aspiracje marki ku ekskluzywności. Jak wiecie opakowanie ma dla mnie marginalne znaczenie, stawiam przede wszystkim na jakość samej kompozycji – ale jestem naprawdę mile zaskoczony jakością i starannością wykończenia tej „bombonierki” Bombonierka przeleżała ponad 2 miesiące, nim zdrowie i czas pozwoliły mi pochylić się nad jej szlachetną zawartością, ale oto pora na wnioski.

Dwuczłonowe nazwy perfum określanych przez markę jako uniseksowe – w moim odczuciu wskazują ogólną rozpiętość tematyczną każdej z kompozycji i jak się wkrótce okazało, moje gdybania odnalazły pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Owa rozpiętość przekłada się na odgórne określenie rzeczywistego i dosłownego spektrum/ ram kompozycji – utrzymanych w oszczędnym duchu szlachetnego minimalizmu, a więc zero barokowej rozwiązłości i zbędnych detali. Więc jeśli na etykiecie napisano, że coś pachnie tym i tym, to perfumy będą wybrzmiewać w zasadzie wyłącznie tym, co deklaruje ich nazwa. Ten dualizm i dwubiegunowość, to starcie zaanonsowanych nazwą żywiołów potraktowano dosłownie i byłem bardzo ciekaw jak to połączenie wyjdzie w praktyce – albowiem zestawione tu ze sobą nuty, tylko częściowo i pozornie wyglądają na łatwe i wzajemnie do siebie pasujące duety.

Zdradzę, że wyszło różnie, bo choć wąchając dany zapach, czuć po jednej stronie np. kwiat, a po drugiej kadzidło, które jakoby określają sztywne i nieprzekraczalne ramy tematyczne kompozycji – a gdzieś pomiędzy nimi i na styku obu ingrediencji, odbywa się ich płynne połączenie z detalami uzupełniającymi, to niemal wszystkie wykładają się na jednym detalu… Przedwczesne przemijanie i stosunkowo szybkie zanikanie / zacieranie się głównego wątku tematycznego – objawiające się szybko zanikającymi detalami i konturami bukietu oraz nikłą projekcją i trwałością. Kilka godzin niezbyt czytelnej i wyraźnej bytności to moim zdaniem za mało… Zwłaszcza, że charyzmatyczne, pełne naturalnego kolorytu i przecudnej urody otwarcia każdej z kompozycji, podnoszą poprzeczkę oczekiwań naprawdę wysoko…

Ale tym czym perfumy BOHOBOCO robią największe wrażenie, jest dbałość i uczciwość z jaką tytułowe ingrediencje, stanowiące filar każdej jednej kompozycji – korespondują z przyjętym nazewnictwem. Wprawdzie z wiernością i autentyzmem użytych nut bywa różnie – ale sytuacja, by nazwa była tak wierna i adekwatna do treści, to w świecie perfum swoisty ewenement… Wprawdzie czasem kierunek w którym popłynęły ujęcia poszczególnych nut mogą zaskakiwać, można czuć swoisty niedosyt, a nawet zawód ich przedwczesnym zanikaniem i niedostateczną głębią – ale tu nazwa ZAWSZE koresponduje z treścią. Autorami wszystkich kompozycji jest duet Michał Gilbert Lach i Kamil Owczarek.

Perfumy są oferowane w koncentracji parfum i dostępne w jednolitych dla całej kolekcji flakonach, o pojemności 50 ml. Trzeba przyznać że są proste i ładne oraz silnie inspirowane ideą wysmakowanego minimalizmu – a za ich ostateczne wykończenie i wzajemną odmienność, odpowiada jedynie kontrastujący kolor cieczy, charakterystyczny dla każdej z kompozycji. Ów kolor i jego głębia konweniują również z „masywnością” i głębią samych kompozycji – więc zapachy o barwie najbardziej przezroczystej i delikatnej, anonsują najlżejsze kompozycje i analogicznie wygląda to w drugą stronę. Niby oczywiste, ale nie wszyscy wytwórcy są w tej materii równie pragmatyczni i konsekwentni. A teraz pora na wnioski po zapoznaniu się z kolekcją.

Geranium Balsamic Note – to prześliczne, no po prostu urocze i bardzo przy tym delikatne geranium – które dopełnia naprawdę niszowa, chłodna i poważna nuta kadzidła frankońskiego i mam wrażenie innych żywic. Ale niekoniecznie żywic kojarzących się z balsamicznością i obłością, co ich drapieżnym, lekko świdrującym, chłodnym i nieco surowym charakterem. Temu kadzidłu jest zdecydowanie bliżej do genialnego Rock Crystal Oliviera Durbano, niż jego miękkiemu, jowialnemu i ciepłemu ujęciu, z choćby Encens Flamboyand Annic Goutal. Zaś geranium jest głębokie i mięsiste, o ciemno purpurowych, zamszowo atłasowych purpurowych płatkach, niczym grubych teatralnych kotarach – więc jego barwa nie jest skrząco zielona i pląsająca, co krwiście czerwona, dojrzała i stateczna, ale zapewniam że przepiękna. Niestety ich mariaż trwa raptem moment, po czym następuje pewne tąpnięcie i całość bukietu, ta cała jego lekkość jakby przygasła, zagrabiając gdzieś swą drapieżną świeżość, nie ukrywam, najmocniejszy i najpiękniejszy akcent otwarcia całej kompozycji. Trochę mi tego brakuje w późniejszej fazie, ale to co pozostało po rozproszeniu się „atomowego grzyba aplikacji„, wcale nie jest złe. Jedyne co może rozczarowywać to stosunkowo krótka trwałość i przytłumiona projekcja. Szkoda, bo gdyby ten cudnej urody romans geranium i kadzidła potrwał dłużej, to zapach miałby szansę zrobić na rynku furorę.

Vanilla Black Pepper – a ten z kolei mnie rozczarował, świeczuszkowatą płaskością i syntetycznością tytułowej wanilii. Ten zapach jest niemal płaski i beznamiętny, brak mu przestrzenności, życia i charyzmy, choćby w ułamku zbliżającej go do arcy charyzmatycznego Tobacco Vanille Toma Forda. Ot takie wanilinowe (bo z wanilią to nie ma nic wspólnego), lekko aromatyzowane woskowe świeczuszki, w zasadzie grające solo – bez udziału wspomnianego pieprzu, który sprawia wrażenie nieobecnego i zupełnie spłowiałego. Tu spore rozczarowanie i zawód, bo połączenie wanilii i pieprzu jest bardzo ciekawe i w zasadzie trudno je czymś zepsuć lub oszpecić – a jednak tu wypada płasko, syntetycznie, bez polotu, nienaturalnie i nijako. Szkoda, bo zapach miał ogromny potencjał, który zepsuły prawdopodobnie kiepskiej jakości olejki lub przekombinowana wizja kreatora, który bawiąc się w wydumany minimalizm, zupełnie podciął i wyciął kompozycji skrzydła. Ta chemiczno ołówkowa wanilia jest w ogóle do siebie niepodobna, a „pieprz” bardziej przypomina kurz, niż aromatyczną i świdrującą w nozdrzach przyprawę. Dla mnie to przede wszystkim pachnie obco, sztucznie i tanio. Niczym najtańsza świeczka zapachowa i stanowi dla mnie autentyczną antytezę ciepła, apetyczności wanilii i pikanterii pieprzu, które tu zniwelowano do zera. Nie wiem tylko po co, ale w moim odczuciu ten zapach i jego ogromny potencjał po prostu zrujnowano… Ale jeśli zapomnieć o pieprzu i wanilii, to zapach pachnie całkiem podobnie do Próchnikowego Gryfa, Avonowego Classica i Xoxoba Pour Homme – a więc trzech równie zgrzebnych, ołówkowo drzewnych casualowców i pomimo braku jakiejkolwiek unikalności, to jedyny plus który odnajduję w tej kompozycji.

Sea Salt Caramel to całkiem intrygująca kompozycja, tyle że niewiele mająca wspólnego z solą i karmelem, nawet jeśli potraktować temat umownie. Owszem w początkowej fazie występuje tu pewien rodzaj miękkiej i maślanej słodyczy (takie toffi), ale zamiast soli użyto zdaje się kocanki (nieśmiertelnika) i innych wysoce wytrawnych i ostowatych ziół, mających sprawiać wrażenie surowej i suchej roślinności na wybrzeżu, zwykle porastającej wydmy. Nie powiem pachnie to bardzo ciekawie i niebanalnie, ale jednocześnie sprawia wrażenie perfum jednoznacznie zdeklarowanych jako rasowo damskie i zarazem bardzo specyficznych. Od razu mówię, że to nie żadne banalne Candy, czy inne Daisy, ale zapach choć wyrazisty, oryginalny i naprawdę interesujący – jawi się jako wybitnie damski, z naciskiem na WYBITNIE, zwłaszcza gdy zaczynają o sobie dawać znać, mocno wyczuwalne w głębi kompozycji anonimowe kwiaty i zioła. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, bardzo zresztą silnemu, że te perfumy przypominają lub były inspirowane Annick Goutal Sables – zwłaszcza że z głęboką, wylewną i upierdliwie słodką słodyczą ani słonością karmelu, te perfumy nie mają absolutnie nic wspólnego. I jak na ironię, te perfumy są diabelnie trwałe i nośne…

Sandalwood Neroli to kolejne naprawdę intrygująco zaaranżowane zestawienie nut, pachnące naprawdę ciekawie i niesztampowo, z iście niszowym zacięciem – ale znów nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kompozycji brakuje siły i energii do egzystencji. Ja rozumiem, że autor nie chciał popełnić siekiery, a coś delikatnego i na lato – ale delikatne perfumy wcale nie muszą mieć problemów z trwałością i projekcją. Zwłaszcza gdy po uwzględnieniu niewielkiej pojemności flakonu, wypadają na tle konkurencji naprawdę kosztownie. Tym niemniej tutejszy sandał wybrzmiewa naprawdę pięknie i naturalnie, a towarzyszące mu neroli lekko gorzko oraz zielonkawo i szczęśliwie niezbyt wylewnie. Razem stanowią naprawdę oryginalne i ładnie się uzupełniające połączenie. Jest więc wstrzemięźliwie, ale i lekko wytrawnie – i choć jest to dzieło wybitnie minimalistyczne, zaaranżowano je na wyczuwalnie orientalną modłę. A przy tym zapach nie jest ani trochę przytłaczający, wręcz przeciwnie – to chłodne, oszczędne, purystyczne i subtelnie pudrowe neroli, wręcz chłodzi i do końca kompozycji, to wyraźnie ono gra tu pierwsze skrzypce…

Eucalyptus Patchouli to ładny, przyjemny, wytrawny i zielony, utrzymany w siarczyście wytrawnych klimatach surowych Bvlgari Pour Homme i Hermesa Eau de Gentiane Blanche, ale to doprawdy urocze pachnidło, suche, wytrawne, ostowate i świetnie pasujące pod wyjściowy outfit na cieplejsze pory roku. Zapach jest trochę ostry i bije od niego swoista władczość, więc sprawi się podczas negocjacji z kontrahentem równie dobrze co Chanel Egoiste i Hermes Terre. Gdy już trochę umości się na skórze, staje się autentycznie prześliczny i niesamowicie świeży, energetyzujący i pomimo iż wybrzmiewa głównie ostowatą suchością niegdyś aromatycznych i esencjonalnych ziół, autentycznie orzeźwia i chłodzi. To taka sucha i w sumie chłodna woda kolońska, ale pozbawiona akcentów cytrusowych. O ile do sugestywności eukaliptusa nie mam większych to tutejszą i niemal w ogóle do siebie niepodobną paczulę – polubią przede wszystkim miłośnicy Muglerowego Ice Mena. Wprawdzie w wersji dojrzałej jego początkowa buta łagodnieje, ale zapach ma jaja i pachnie trwale (!) do samego końca – i do samego końca pozostaje interesujący, wyraźny, spójny i naprawdę ciekawy.

Coffee White Flowers to od pierwszego niucha, tandetna, tania i arcy syntetyczna neska – czyli najgorsza możliwa postać kawy, na jaką można trafić w perfumach. To już te podtykane pod nos w pewniej sieciówce flakony z „ekstraktem z kawy” pachną wierniej. Na szczęście po około godzinie, gdy ten odpychający, zimny, pseudo kawowy koszmarek ulegnie rozproszeniu (nie mogłem się doczekać), do głosu dochodzą wspomniane białe kwiaty, ale w liczbie mnogiej i bez wskazania na konkretne gatunki. To nie komplement, gwoli zbieżności z nazwą, bo rzeczywiście wypadają ogólnikowo i nieczytelne. I od tego miejsca, podobnie jak w przypadku Sea Salt Caramel, kompozycja wykazuje wyraźny przechył w stronę żeńską. Nie powiem wybrzmiewające echo zwietrzałej neski i spłowiała i matowa biel kwiatów, układają się koniec końców w naprawdę intrygującą i całkiem strawną historię – tyle że by jej doczekać, trzeba przetrwać tę paskudną kawę rozpuszczalną oraz rozmytych woniach kwiatowych.

Olibanum Gardenia to zapach, po który sięgnąłem jako pierwszy i poniekąd najbardziej mnie rozczarował. Z nazwy olibanum wymieniono tu na pierwszym miejscu, ale czuć go wyraźnie mniej niż w Geranium Balsamic Note, gdzie nie ma nawet o nim wzmianki. W praktyce tytułowe olibanum wypada skromnie i nazbyt oszczędnie, jak na pierwsze skrzypce i potraktowano je po macoszemu – kosztem gardenii, która bardzo szybko przejmuje pierwsze skrzypce i niepodzielnie dominuje kompozycję po sam jej kres. Spodziewałem się, że kwiat będzie tu przeciwwagą, swoistą kontrą dla monolitycznego kadzidła, a w praktyce otrzymujemy w zasadzie kwiatowy monolit, bez większego udziału zimnego kadzidła frankońskiego – acz równie chłodny, surowy i zaaranżowany tak, jak zaaranżowano nuty balsamiczne we wspomnianym Geranium Balsamic Note i flagowym kadzidle Heeley’a. Nie powiem zapach jest przyjemny, oryginalny i wysoce niesztampowy, ale wyraźnie kwiatowy i najmocniej rozczarowuje zbyt szybkim odejściem, od wyjątkowo powierzchownie i po macoszemu przedstawionego olibanum. Zapach jest przy tym całkiem trwały i równie dobrze projektuje – szkoda tylko, że z całej ósemki jest najbardziej nie na temat. Mogli sobie darować w nazwie to olibanum, albo zamienić kolejność, dając na pierwszym miejscu gardenię – zamiast robić biednemu olibanofilowi apetyt…

Red Wine Brown Sugar to moim zdaniem najciekawszy i najbardziej udany zapach w całej kolekcji. Pachnie przepięknie, ultra frapująco i oryginalnie, jest absolutnie nietuzinkowy i w równym stopniu porywa swym wysmakowanym, głębokim bukietem. To doprawdy porywające połączenie brązowego cukru, niemalże wyzbytego swej słodyczy oraz głębi garbnikowego moszczu czerwonego wina. Zupełnie jakby do wiekowego, bardzo ciemnego, niemal zupełnie już zwietrzałego i wysoce garbnikowanego Burgunda – dosypać brązowego cukru, a całość podgrzać i wdychać opary tak spreparowanej mikstury. Uprzedzę, że klasycznie wyrażonego wina w tym pachnidle niewiele, a więc zapomnijcie o konotacjach z Durbanowym Kamieniem Filozoficznym, czy choćby Chanel Egiste (pierwsze wydanie). Tu więcej jest ostowatych i wytrawnych wtrąceń od aromatycznych, suchych śródziemnomorskich ziół, niż specyficznej woni wina i tym razem wcale nie postrzegam tego jako wadę. Dzięki temu zapach pachnie tym przyjemniej i dojrzalej, autentycznie zachwycając subtelną głębią swego dyskretnego, ale prawdziwie intrygującego bukietu. Bukietu o rzadko spotykanym połączeniu wyszukanej głębi i delikatności, który ponadto charakteryzuje naprawdę dobra trwałość i projekcja, przy czym jest to pachnidło na wskroś dyskretne i ciche. Zapach chwilami przypomina wytrawno ostowate klimaty Eucalyptus Patchouli, ale wytrawność eukaliptusowej paczuli wyraźnie skłaniała się w stronę zieleni, gdy wytrawność Red Wine Brown Sugar wyraźnie skręca w stronę rozgrzewającego ciepła. Doprawdy fenomenalne pachnidło i choć nie wybrzmiewa winem w sensie dosłownym, to jednak zawoalowane inkantacje dobijające z głębi kompozycji, naprawdę wybornie korespondują z tradycyjnie sugestywną nazwą.

Pomimo chwilami mocno rozczarowującej trwałości i zbyt szybko niknącej projekcji, perfumy made in BOHOBOCO, zdają się mieć naprawdę solidną koncentrację (wysokie stężenie olejków zapachowych) – bo tłustawy film po ich aplikacji, potrafi utrzymywać się na skórze nawet przez 5-6 godzin. A więc dłużej niż wynosi wyczuwalna trwałość co niektórych kompozycji, co poniekąd zakrawa o ironię – bo przecież mowa o pachnidłach w koncentracji EdP. I paradoksalnie w wysokiej koncentracji tych perfum, może leżeć przyczyna ich słabowitych osiągów co niektórych i prawdopodobnie w cieplejsze dni, te perfumy zaczną pachnieć mocniej i dłużej. To trochę boli, bo BOHOBOCO tanie nie jest, zresztą ceny perfum to zawsze temat drażliwy i budzący kontrowersje. Tyle że tu mowa o marce której ekskluzywność, a wiec i „niszową” cenę naprawdę widać po detalach wykończenia oraz czuć po nietuzinkowym unikalnym kroju większości z tych z kompozycji. Poważnie, to nie tylko czcze aspiracje działu marketingu, bo przynajmniej połowa tej kolekcji to autentycznie nisza – choć głównie w treści, bo forma chwilami kuleje…

A gdybyś miał przyrównać, to jak to pachnie? Trudno wskazać jedną markę, która oferowałaby coś w stylu BOHOBOCO, bo portfolio marki jest zbyt zróżnicowane tematycznie, aby generalizować. Ale połączenie przymiotów i cech niektórych kompozycji Oliviera Durbano, Pro Fumum Roma i po trochu L’Artisan Parfumeur oraz starego (za kadencji Sheldrake’a) Lutensa, daje mniej więcej obraz stylu i sznytu BOHOBOCO. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie iż dobór zestawianych ze sobą motywów przewodnich nie miał na celu ich wzajemnego dopełnienia – a wzajemnego przeciwstawienia się, na zasadzie z rozmysłem zaaranżowanej kontry. W większości przypadków ten zamysł się sprawdził, tworząc w efekcie naprawdę intrygujące i efektowne brzmienie, które wyłamuje się przyjętym konwenansom – czym marka jeszcze bardziej podkreśla niszowość i unikalność swych kompozycji. Tylko w kilku przypadkach tytułowy duet przeistoczył się dość szybko, w monotematyczny lub zdominowany przez jedną z nut monolit. Wprawdzie producent deklaruje iż są to kompozycje uniseksowe, jednak czuć w nich wyraźną i chwilami bardzo mocno zaakcentowaną obecność kwiatów – a więc wyraźny przechył w stronę perfum damskich, co znając profil marki nie powinno nikogo dziwić. Na szczęście perfumy nie mają płci i o ich ostatecznym brzmieniu oraz finalnym sznycie, decyduje nie odgórna segmentacja producenta, a chemia skóry nosiciela. To i moje własne doświadczenia dowodzą, że po perfumy BOHOBOCO z powodzeniem mogą sięgać mężczyźni – zwłaszcza jeśli cenią minimalizm i niewymuszony indywidualizm, którymi emanują te kompozycje.

I żeby nie było, że tylko się czepiam i krytykuję, pora na garść zasłużonych pochwał. Po pierwsze postrzegam tę markę jako swoisty „klejnot w koronie” rodzimych brandów parających się perfumiarstwem – głównie ze względu na wysmakowaną i oryginalną formę, w jakiej zaserwowali światu swą ofertę – ale przede wszystkim dlatego, że jako jedyni zatrudnili własnych kreatorów (nosów). Perfumiarzy, których z dumą przedstawiono światu, z imienia i nazwiska – a którzy od początku do końca odpowiadają za krój i jakość sygnowanych przez markę perfum. Po drugie, to nie są przypadkowe i koniunkturalne perfumowe „gotowce„, pochodzące z zasobów firm parającej się dostarczaniem gotowych i anonimowych kompozycji na zamówienie – a zapachy, które rzeczywiście nie mają w przyrodzie precedensu (to że coś mi przypominają, wcale nie znaczy że pachną identycznie) i autentycznie coś sobą wnoszą. To dowodzi jak bardzo poważnie marka podchodzi do swego wizerunku oraz szacunku dla swoich klientów. Zapachy BOHOBOCO są naprawdę niezłe, na swój sposób awangardowe, niebanalne i przy tym wszystkim wciąż w pełni noszalne – więc marka już teraz może być dumna, z tak wszechstronnej i interesującej kolekcji. A jeśli popracują jeszcze nad sferą techniczną swych pachnideł, czyli zwiększą ich trwałość i wymienią niektóre z użytych olejków zapachowych (min. paskudna kawa i tandetna wanilia) na ich bardziej sugestywne wersje – to perfumy BOHOBOCO staną się jednym z najlepszych polskich towarów eksportowych i produktów luksusowych, które z dumą i bez kompleksów zasugeruję każdemu przyjezdnemu miłośnikowi perfumiarstwa.

Mam nadzieję, że nie będzie z tego stałej serii i jakość obsługi klientów w rodzimych perfumeriach będzie ulegała sukcesywnej poprawie i patologii będzie mniej – ale póki co, mam kolejne perełki do kolekcji… 🙂 Dziś serdeczna znajoma przypomniała mi o sytuacji, której notabene – sam przed laty doświadczyłem, w jednej z dużych sieciówek. Otóż na moje pytanie o jakiś zapach, usłyszałem informację, że już go nie będzie, bo został wycofany. No cóż zasmuciłem się, bo bardzo chciałem te perfumy ponownie kupić, a tu taki pech… Ile to się wówczas człowiek nazłorzeczył w duchu i napomstował, na podłego producenta – a jak się nierzadko okazuje, bezpodstawnie… Niestety manipulacja, niedomówienie, a kolokwialnie rzecz ujmując wyrachowane kłamstwo, którego używają zapewne specjalnie w tym kierunku szkolone konsultantki – polega na tym, że zapachu wcale nie wycofano… A dokładnie: nie wycofano/ zaprzestano jego produkcji, tylko został on wycofany/ przestał być oferowany – jedynie w tej konkretnej perfumerii!. Oznacza to, że inne perfumerie prawdopodobnie nadal go oferują i zapach wciąż jest produkowany oraz dystrybuowany – tyle, że z różnych przyczyn zniknął z oferty tej konkretnej firmy lub oferty lokalnego dystrybutora…

Sam nie raz słyszałem, że dany produkt został wycofany i już go nie będzie, tyle że nikt nie dopowiedział magicznego „u nas” – o czym zresztą potem się naocznie przekonywałem, widząc ów produkt, nawet po latach! Stał sobie na półce u konkurencji, albo w ofercie sklepu internetowego – wciąż osiągalny i sprawdzając na stronie producenta, nadal oficjalnie dostępny. Oczywiście czasem zdarza się, że ktoś czyści magazyny i ostatnie transze produktu już oficjalnie nieprodukowanego, wypływają gdzieś w większej ilości na rynek – ale wycofanie z lokalnej oferty, nie jest tożsame z wycofaniem z produkcji w ogóle!. Oficjalnie ciężko zarzucić tak spreparowanej informacji celowe działanie na szkodę klienta i prawdopodobnie niewiele osób jest na tyle zorientowanych w zasadach dystrybucji, by temat drążyć i dociekać jak jest naprawdę. Większość klientów poczuje się mniej lub bardziej rozgoryczona niedostępnością ulubieńca, ale pogodzi się z tym i poszuka na miejscu alternatywy. Szkoda tylko, że najczęściej damy zarobić tej samej perfumerii, która nas przed chwilą wprowadziła w błąd – celowo zmanipulowanym przekazem, opartym na korzystnie dla niej przedstawionej półprawdzie…

Powiecie, że przesadzam, bo przecież konsultantka nie psiknęła mi testerem po oczach, a druga, zaczajona z tyłu – nie zdzieliła mnie w łeb innym testerem, bym stracił przytomność. Przecież nie ukradły mi portfela, ani nie wyczyściły karty robiąc mi lipną sprzedaż Diora Sauvage, gdy leżałem nieprzytomny na posadzce – nim koniec końców wywlokły mnie w w dwójkę i porzuciły nieprzytomnego, gdzieś w zaułku pasażu galerii… 😉 Wreszcie ktoś powie, że to tylko drobne niedopowiedzenie, niewinna kwestia wizerunkowa – bo perfumerii jest głupio przyznać się przed światem, że wycofała się z produktu, który wcześniej z takim przekonaniem oferowała… Fajnie, ale to wciąż dbałość o interes firmy, a nie klienta i niesmak pozostaje – a zwłaszcza gdy sprawa się rypnie. Wyrachowanie tej zagrywki polega na tym, by klient przypadkiem nie poszedł do konkurencji szukać swego ulubieńca, a został tu gdzie przyszedł i kupił co innego. Tak ma to w zamyśle wyglądać, tyle że raz oszukany w ten sposób klient, już raczej nie wróci do sklepu gdzie został okłamany / zmanipulowany – tylko po to, by sprytnie nakłonić go do zakupu innych perfum, bo skoro już tu jest, to głupio wypuścić go z pustymi rękoma, nie?

____________________________________________

Może to o czym teraz wspomnę, bardziej podpada pod wydumanego offtopa niż temat pokrewny – ale również podpada pod swoistą żenadę. Nie wiem, czy zauważyliście, ale Guerlain zmieniło i ujednoliciło kształt flakonów swoich męskich zapachów. Niby fajnie, ale mi to śmierdzi na kilometr cięciem kosztów i szukaniem oszczędności – wszak bajerancki flakon z drewnianym lub metalowym korkiem, o wymyślnym kształcie kosztuje krocie (w hurcie nawet kilka euro), więc oszczędności idą w miliony i pewnie dzięki temu nie zbankrutują (tak, to był sarkazm)… Tyle, czy ekskluzywnej, elitarnej i wysoce prestiżowej marce pokroju Guerlain – przystoi cięcie kosztów tam, gdzie najmocniej to widać i gdzie negatywne oddziaływanie na klienta, ma największy nacisk? W walce o klienta wygląd flakonu ma kluczowe znaczenie, ale Guerlain postanowiło cofnąć się w ewolucji i zaproponować butelkę z odzysku – po jakiejś hipsterskiej maści odczulającej na gluten?

Ocena ich obecnego wyglądu, to oczywiście kwestia gustów, ale nowe flakony wyglądają jak oldskulowe flaszki, po dziadkowych wodach kolońskich, z przed 50 lat – więc jest raczej mało prawdopodobne, by po taki zgrzebny, retro flakon, spontanicznie sięgnął ktoś młody… Powiecie że produkty Guerlain skierowane są do dojrzałych i wyrobionych koneserów, fajnie tylko każdy dojrzały koneser też kiedyś był młody i eksperymentował z nowymi markami. I jak ma się nie zrazić i podświadomie uprzedzić do marki (a umówmy się, Guerlain cenione jest wyłącznie przez klientów obytych), która na dzień dobry (już za młodu, gdy skorupka nasiąka) odstrasza go niezbyt atrakcyjnym flakonem? Więc jak dla mnie marka strzeliła sobie w stopę i ostro w przyszłości za to beknie – ale tak to już jest, gdy decydujący głos mają księgowi…

____________________________________________

No i coś co irytuje mnie najmocniej, to sugerowanie że zapach zawiera w sobie różniej maści afrodyzjaki lub feromony, które sprawią, że wszystko co żyje (włączając w to drzewa i tablicę rejestracyjną ze skutera mojego sąsiada) będzie się chciało ze mną przespać lub mi się oddać… 🙂 Ja rozumiem, że kreatywność kreatorów marketingowego bełkotu (w tym skryptów dla sprzedawców) nie zna granic (a zwłaszcza w kontekście wypowiedzi Einstein’a, że jedynie wszechświat i ludzka głupota są niekończone), ale pogrywanie na tak niskich i tanich instynktach, jest już samo w w sobie tak żenujące – że odechciewa się tłumaczyć (merytorycznie), dlaczego takie perfumy rzekomo zawierające feromony, nie mają prawa zadziałać. No chyba, że ktoś czuje się lochą i aktualnie poluje na jurnego knura… 😉 Jeśli kogoś interesuje temat perfum z feromonami i chciałby wiedzieć dlaczego jest to mit – to polecam zapoznać się z jego rozwinięciem TU.

____________________________________________

I na koniec „kwiatuszek„, o którym przypomniała mi jedna z czytelniczek (serdecznie pozdrawiam Panią/Pannę Avarati). Chodzi o „voodoo” z dobieraniem ludziom perfum, z rzekomym uwzględnieniem koloru ich włosów, tudzież karnacji. Eeeee a jak kobitka, albo facio przefarbuje włosy, to czy z automatu zmienią im się gusta zapachowe i mają wymienić już posiadane flakony, na bardziej adekwatne do ich aktualnego „outfitu i look’u” lub o zgrozo wzrostu??? 😉 A ja głupi sądziłem, że o doborze perfum decydują wyłącznie indywidualne i niemożliwe do odgórnego zaszufladkowania gusta zapachowe i ewentualnie pora roku oraz okazja. A tu się okazuje, że o wszystkim decyduje kolor włosów (a chodzi o aktualny, czy naturalny?), karnacja (to czy jest się „latem, albo zimą”), albo znak zodiaku… 😀 Swoją drogą, ciekawe czy na zachodzie pytają klientów o wyznanie, bo przecież powinni – co by przypadkiem nie urazić jakiegoś migranta, oferując mu zapach, który nie jest koszerny, albo halal… 😀

Tylko patrzeć jak konsultantki w perfumeriach zostaną przeszkolone z zakresu numerologii, astrologii i wróżbiarstwa, by móc stawiać klientkom tarota, sprawdzać aury oraz na poczekaniu oczyszczać im czakramy. Dzięki czemu będą mogły efektywniej wciskać kit, tfu. dobierać im kosmetyki i zapachy – bo przecież pytanie o gusta zapachowe i preferencje jest takie bezpośrednie, banalne i wścibskie… Lepiej postawić klientce kabałę, albo powróżyć jej z magicznej kuli, dobierając jej odpowiedni krem i zapach, wedle fazy księżyca i znaku zodiaku – niż uwzględniając właściwości jej skóry i dotychczasowe doświadczenia… 😀 A może krótkie spojrzenie na linię życia, na dłoni? Od razu będzie wiadomo, czy opłaca się inwestować w drogie kremy przeciwzmarszczkowe – chociaż lepiej nie, bo to mogłyby negatywnie wpłynąć na sprzedaż tego rodzaju produktów… 🙂

I pomyśleć, że kiedyś konsultantki dociekliwie pytały klientów o ich ulubione zapachy, drążąc w którym kierunku ewoluują klienta gusta zapachowe. Gdy wystarczy wcisnąć babeczkom, że właściwy dobór perfum zależy od koloru ich włosów – a facetom wciskać, że laski będą na nich lecieć, gdy użyją perfum X. No i co zrobić gdy ktoś włosy przefarbuje, zetnie, albo założy perukę? A co jeśli klientka nosi, albo założy koloryzujące szkła kontaktowe? Czy wówczas, aby odczynić zły urok, wystarczy splunąć trzykrotnie przez lewe ramię – czy też trzeba sięgnąć po solidniejsze argumenty i nasmarować się na noc np. niedźwiedzim sadłem* (oczywiście hypoalergicznym i w bezglutenowej wersji wegańskiej). Oczywiście szydzę i wyśmiewam, bo konia z rzędem kto wskaże choćby najmniejszy związek przyczynowo skutkowy (merytorycznie i rzeczowo) pomiędzy powyższą „szarlatanerią„, a rzetelnym doradztwem – ale dobrze wiedzieć że w XXI wieku, wciąż są perfumerie posługujące się równie „profesjonalnym” i rzetelnym doradztwem… 🙂

*czy dostrzegacie tu życiową szansę dla producentów leków? Od teraz taki syrop na kaszel, można sprzedawać już nie tylko w wersji dla suchego i mokrego kaszlu!. Huraaa!, od teraz oba mogą być dostępne w wersji dla blondynek i brunetek oraz dodatkowo w wersji bezglutenowej i bezlaktozowej! Tyle nowych możliwości łupienia, tfu stwarzania urojonych potrzeb, tfu dogadzania klientom 🙂

____________________________________________

Mam świadomość że powyższe, może sugerować iż konsultantki w perfumeriach to wyrachowane harpie – bezwzględnie czyhające na nasze portfele, choć wcale nie jest tak źle. Niestety najmocniej widoczna i rzutująca na postrzeganie ogółu jest patologia i skrajności, ale nie dajmy się zwariować (zaleca się nie zabierania ze sobą do perfumerii osikowego kołka i wody święconej). Niestety ceną za powyższe nadużycia jest dystans i nieufność klientów, którą odzyskać jest czasem niemożliwe – ale tym akurat spece od obmyślania strategii efektywnej sprzedaży, zdają się nie zawracać sobie głowy. Owszem zalecana jest ostrożność i czasem warto zaufać własnemu instynktowi i zakup na spokojnie przemyśleć – ale w perfumeriach naprawdę można spotkać profesjonalistów o zdrowym podejściu do klienta i sprzedaży – słowem ludzi, którzy wciąż kierują się w swej pracy etyką i zadowoleniem przede wszystkim klienta. I jako konkluzję do dzisiejszego wpisu, chciałbym Wam i sobie z tego miejsca życzyć dużo częstszego kontaktu, z właśnie tego pokroju doradcami.

Przedostatni, wyjątkowo ciepły weekend (23 stopnie), dość brutalnie przypomniał mi – jak ważny jest odpowiedni dobór perfum, do temperatury otoczenia… Spacerowałem sobie jedną z Bolkowskich alejek, rozkoszując się pięknymi okolicznościami przyrody i wdychając łapczywie subtelną woń pierwszych kwitnących drzew – gdy w pewnym momencie zostałem spacyfikowany, przez idących około 20 metrów przede mną, „Janusza i Grażynę”. Idąca przede mną „Grażka„, „wywaliła na siebie” z pół flakonu jakichś wyjątkowo tandetnych perfum (zapewne drugie pół flakonu asekuracyjnie skitrała w torebce, aby później dopsikać) – a towarzyszący jej „Janusz„, ciągnął za sobą niemiłosiernie długi i równie przytłaczający ogonek, zaciągający wyjątkowo upierdliwą w odbiorze „alternatywą Le Male„… Diabli nadali! (myślę sobie), tracąc od tego fetoru dech i nie mogąc już tego zdzierżyć – po prostu skręciłem w boczną alejkę, uwalniając się od wyjątkowo dokuczliwego towarzystwa. Hmmm, jeśli ci państwo chcieli zrobić „wrażenie na otoczeniu” – to obawiam się iż osiągnęli efekt zgoła odwrotny do zamierzonego – bo zamiast podkreślić zapachem swą obecność, zgotowali swemu otoczeniu autentyczną kaźnie… Stąd uznałem że najwyższa pora przychylić się do Waszych próśb i przygotować mini almanach wiosennych i letnich świeżaków – bo być może uratuję nim czyjeś niewinne istnienie 😉

Od razu zaznaczam, że niniejszy spis opiewa głównie rasowe świeżaki, czyli kompozycje skrojone typowo pod najcieplejsze pory roku. Dla casualowców, czyli kompozycji, uniwersalnych i przeważnie całorocznych, niebawem przygotuję odrębny wpis. Wprawdzie w niniejszym zestawieniu znalazło się kilka pozycji, które można z powodzeniem zaliczyć do grona casualowców – ale przy odpowiedniej temperaturze i rozważnym obchodzeniu się z atomizerem, uznałem że równie wyśmienicie sprawdzą się w roli świeżaka, wszak lekkości, uroku i finezji nie sposób im odmówić. Przez świeżaka rozumiem, lekki, świeży, rześki, zwiewny i niezobowiązujący zapach – wprost idealny do noszenia go w bardzo ciepłe i upalne dni. Taki zapach z definicji ma być możliwie bezinwazyjny i nie męczący – gdyż nieznośny upał potrafi zdemonizować i przejaskrawić brzmienie, nawet pozornie niegroźnego casualowca (ale tu jak ze wszystkim, kluczem jest umiar).

Wreszcie świeżak to taki zapach, który zaczyna pachnieć efektywnie i adekwatnie, dopiero gdy dostanie temperatury i wilgoci (nasz pot i parne powietrze), a więc ciepłą wiosną i latem. Zimą gdy zimno i sucho, świeżaki wydają się słabowite, niezbyt trwałe i rozczarowują swą nikłą projekcją. Ale zima to nie czas na świeżaki, a ciepłe kompozycje drzewno przyprawowe, słodkie i balsamiczne, a nie jakieś cytrusowo ozonowe popierdółki. Ale gdy nadejdzie lato i nastaną odpowiednie warunki, wówczas te wzgardzane wcześniej popierdółki stają się najlepszym towarzyszem na nadchodzące upały i duchotę. Dopiero gdy temperatura na termometrach przekroczy magiczną barierę dwudziestu kresek – wówczas lekkie, minimalistyczne, a wręcz lakoniczne brzmienie świeżaków, w pełni rozwija skrzydła, a ich rachityczna forma i stosowanie, nabiera sensu. Zatem już nie przedłużając, oto moja subiektywna lista najlepszych świeżaków, na ciepłą wiosnę i upalne lato:

Annick Goutal – to jedna z nielicznych marek niszowych, która ma w swym dorobku aż dwa, wybornie skrojone zapachy na wiosnę i lato. Mowa o zacnych Eau de Hadrien (zarówno EdT i EdP) i Encens Flamboyand. Pewnie dziwicie się skąd w tym zestawieniu szałwiowy kadzidlak (Encens), ale ten kto je wąchał, ten wie z jaką lekkością i wirtuozerią przedstawiono w tych perfumach, tę arcy szlachetną ingrediencję. Śmiem twierdzić że Encens to jeden z najciekawszych, najbardziej nieszablonowych, najlżejszych i najbardziej uroczych kadzidlaków, jakie nosiła ziemia. Jeśli więc cytrusy, woda i ozon wydają Wam się w trakcie upałów banalne i oklepane, bo łakniecie czegoś nietuzinkowego – wówczas delikatne i arcy subtelne Encens Flamboyand stanie się wybornym, lekkim i oryginalnym towarzyszem na ciepłą wiosnę. Natomiast ci z Was, którzy wielbią minimalistyczne cytrusy, będą zachwyceni ich soczystą i diabelnie sugestywną odsłoną w Eau de Hadrian – wodzie która podbiła me serce i nozdrza z taką samą skutecznością, co lodołamacz największych letnich upałów, czyli Kenzo L’eau Par.

Avon Pure O2 – to jeden z najlepszych zapachów w ofercie tej marki i jednocześnie jeden z najlepiej skrojonych świeżaków, z jakim miałem dotąd styczność. Serio, ta niepozorna marka, po której nikt zbyt wiele nie oczekuje ma w ofercie zapach, który odznacza się tak wybornie skorelowanym brzmieniem – iż śmiem twierdzić że nie ma upałów wystarczająco wysokich, a z którymi ta ultra świeża kompozycja nie dałaby sobie rady. Upiornie czysty, purystyczno transparentny, ozonowo świeży i lekki bukiet tych perfum, to kwintesencja niewymuszonej świeżości, której Pure O2 jest swoistym ucieleśnieniem. I choć jego skład ma wybitnie chemiczny rodowód, a brzmienie syntetyczny charakter – to śmiem twierdzić, że te śmiesznie tanie perfumy, nie mają konkurencji w zwalczaniu najgorszej letniej duchoty, a przy tym pachną fenomenalnie!.

Abercrombie & Fitch – Fierce Cologne to bez wątpienia jedne z lepszych, bardziej wykwintnych i najlepiej skomponowanych perfum, jakie znam. I nie przemawia przeze mnie egzaltowany bełkot żadnego PijaRowca (nie przepadam za tą marką, ze względu na ich kontrowersyjną politykę z dostępną rozmiarówką ubrań), tylko autentyczny podziw dla fenomenu tych perfum. Jak dotąd nie poznałem wiele perfum równie lakonicznych, enigmatycznych, wyrafinowanych, finezyjnych i co istotnie – komplementogennych, co Fierce Cologne i trzeba to sprawiedliwie Abercrombie oddać, że zaorali tymi perfumami swą konkurencję, niczym pługiem wieloskibowym… Oczywiście spory udział ma tu magia ISO E Super i pokrewnych aromamolekuł, ale mimo wszystko trudno o równie szykowny, niebanalny, delikatny i szałowy zapach. Zapach tak delikatny że ledwie go czuć, ale mający przy tym sporą projekcję i tak niesamowite brzmienie, że zachwyca przeważnie wszystkich. A przy tym jest tak lekki, tajemniczy i niewymuszony, że nada się na uświetnienie każdej, nawet letniej okazji, nie zaduszając przy tym otoczenia. Jego największą wadą jest nie wysoka cena, bo choć wart jest każdej złotówki – to brak oficjalnej dystrybucji i nikła dostępność, niestety przekłada się na wysokie prawdopodobieństwo nabycia podróbki i jeszcze wyższą cenę… Paradoksalnie marka jest dostępna w sieci perfumerii Douglas, ale nie wiedzieć czemu zamiast Fierce, oferują jakiegoś niewartego zachodu gniota…

Armani – Acqua Di Gio Essenza zapytacie czemu nie wspominam o kultowym, klasycznym Acqua di Gio? Ano dlatego, że wedle dzisiejszych realiów ta siekiera to w najlepszym przypadku casualowiec i podobny los spotkał klasyczne Bvlgari Aqua i Issey’a Miyake PH – które dzisiejsze pokolenie bywalców perfumerii, prędzej określi mianem killera niż świeżaka… No niestety takie mamy czasy, że esencjonalne wonie ozonowo morskie zmurszały i nie cieszą się już uwielbieniem i pożądaniem u Seby*, co ewentualnie z przyzwyczajenia sięgają po nie Janusze*. Ale na szczęście kilka lat temu swą premierę miała wersja odświeżona tych perfum, którą skrojono tak doskonale, że śmiem twierdzić iż Essenza prezentuje się i pachnie jeszcze lepiej niż oryginał, co w przypadku remake-ów klasyków, zdarza się niesamowicie rzadko. Nieco lżejszy, dopełniony zwiewną zieleniną, nieco świeższy i mniej zaborczy bukiet wersji Essenza, radzi sobie z upałami naprawdę wybornie, wykazując przy tym dużo mniejszą tendencję do „mordowania otoczenia” swym wybujałym i nadmiernie esencjonalnym brzmieniem, co niestety miewało miejsce w przypadku klasyka. Również wyborną propozycję na wiosnę i niezbyt upalne lato stanowi Armani Eau de Cedre, którego lekki, świeży i purystycznie drzewny bukiet prezentuje się wybornie, gdy za oknem nastaje śródziemnomorska aura.

*Seba (młody chłopak), Janusz (dojrzały mężczyzna)

AXE Adrenaline to najdelikatniejszy z „trojaczków” AXE i jednocześnie zapach, który w dużym uproszczeniu można by określić mianem taniego zamiennika dla wybornego French Lover Frederica Malle. Oczywiście upraszczam i koloryzuję, gdyż taniutki AXE nie jest w stanie konkurować z arcy świeżym i niewymuszonym ujęciem zielonego kłącza irysa, z French Lover – bo jakość użytych w obu przypadkach ingrediencji dzieli swoista przepaść – tyle że początkowa faza i charakter Adrenaline, naprawdę mi krój tego French Lovera przypomina. Jeśli więc szukacie taniego, niebanalnego i naprawdę przyjemnego świeżaka, utrzymanego w klimacie świeżej zieleniny (młodziutkich kłączy wiosennych roślin) to warto się nad tym zapachem pochylić.

Azzaro – Chrome to dziś już perfumy kultowe. Od ich premiery Azzaro wypuścił pierdylion nowych zapachów – w tym flankiera naszego Chroma, ale niestety żaden z nich krojem i charakterem się do powyższego nie umywa… Chrome jest tylko jeden i choć jego ozonowo metaliczny, purystyczny, zimny i wysoce syntetyczny charakter nie każdemu przypadnie do gustu – to trzeba mu sprawiedliwie oddać, że wspaniale radzi sobie z przezwyciężaniem letnich upałów. Więc pomimo iż Chrome swoje lata już ma i jego legendarną polichromię pokryła już lekka śniedź zapomnienia – to wciąż jest to jeden z najbardziej efektywnych i przyjemnych zapachów na lato, a utrzymanych w klimacie chłodnego, nieorganicznego ascetyzmu…

Balmain – Monsieur Balmain to arcy niebanalny zapach, złośliwie utrzymany na pograniczu świeżaka i caualowca. Piszę złośliwie, a być może kapryśnie i ironicznie skrojono jego bukiet tak, by nie kłaniał się segmentacji w pas, burzył porządek i wyłamywał się sztywnym podziałom. Tyle że taki bunt ma i swe wady, bo z tego co wiem jego intrygujące i niecodzienne ujęcie, nie spotkało się z masowym uwielbieniem klientów i ponoć łatwiej jest sprzedać Beduinowi z Sahary piasek – niż  konsultantce wcisnąć komuś flakon tych intrygujących perfum. Ale jeśli szukacie na wiosnę ortodoksyjnie cytrusowych perfum, pachnących nie soczysto świeżym sokiem, a esencjonalnie inhalującym olejkiem, którym zwykle pachnie ich skórka – to arcy niebanalny Monsieur Balmain, będzie ciekawą alternatywą dla oklepanego cytrusowego świeżaka.

Bentley choć kojarzy się z głębokimi i eleganckimi kompozycjami, o typowo wieczorowym zabarwieniu – ma w swej ofercie dwa zapachy, które z powodzeniem można użyć na wiosnę lub w trakcie niezbyt upalnego lata. Wprawdzie oficjalnie są to casualowce, to przy ostrożnym obejściu z atomizerem i sprzyjającej temperaturze – Bentley Infinite oraz Infinite Rush sprawdzą się doskonale w roli towarzysza. Oba są świeże, połyskujące i posiadają skrzący się, krzemowy cytrusowy charakter, mniej lub wyraźniej ocierający się o bukiet kultowego już Terre d’Hermes – ale uroku, nienagannej prezencji, szyku i urody, nie sposób im odmówić. Wprawdzie odnoszę wrażenie, że Infinite Rush jest jakby delikatniejszy i bardziej zwiewny niż starszy brat, ale w zależności od indywidualnych właściwości skóry każdego z nas, dobór właściwego Bentleya, jest już wyłącznie kwestią gustu. Celowo pomijam w rekomendacji teoretycznie stosownego Bentleya Azure, gdyż są to perfumy tak wysoce esencjonalne i zaborcze – iż w cieplejsze dni mogłyby zamęczyć swą nadpobudliwością na śmierć, ale proponuję przekonać się o tym na własnej skórze, podczas testów.

Bvlgari na w swojej ofercie kilka kompozycji, których żywiołem jest upal i lato – ale obawiam się, że podobnie jak w przypadku Armani Aqua di Gio, jest to tylko teoria. Niestety wyrazisty i ostry bukiet kultowego Bvlgari Aqua, ma już swoje lata i podobnie jak równie szykowny co wytrawny Bvlgari Pour Homme – swoją najlepszą koniunkturę, te perfumy mają już dawno za sobą. Jest też minimalistyczno drzewny Bvlgari Man i całkiem niezły mariaż wody i kadzidła w Aqua Amara – ale tak naprawdę Bvlgari ma w ofercie tylko jedne perfumy, które spiszą się doskonale zarówno ciepłą wiosną, jak i podczas najbardziej upalnego lata. Mowa o Bvlgari Man Extreme, czyli surowy, chłodny, purystyczny, drzewno cytrusowy świeżak, oparty na kanwie wyjątkowo oszczędnie przedstawionego grejpfruta i szczątkowemu dodatkowi, równie minimalistycznie ujętych dopełniaczy tła. Zapach prosty, wręcz po spartańsku oszczędny w formie i oddziaływaniu – ale wielce przyjemny i co najistotniejsze, diabelnie skuteczny. Zresztą całkiem sporo zapachów próbuje naśladować ten dość trudny styl (min. Dior Homme Cologne, Guerlain Ideal Cologne oraz YSL Libre i Cologne), ale żadnemu się udało się to z równie pozytywnym skutkiem, co perfumiarzowi na usługach Bvlgari.

Cartier to jedna z moich ulubionych marek, bo choć niezbyt znana i popularna, to kunsztu, finezji i wirtuozerii w kreacji ich niemiłosiernie wyżyłowanych artystycznie kompozycji – mogłaby się od Cartiera uczyć nie jedna dużo bardziej rozpoznawalna i ceniąca się marka. Cartier, podobnie jak Lalique, Hermes, Laura Biagiotti, Prada, Mugler i Dior (z pominięciem wypadki z Diorem Sauvage), to brand stawiający przede wszystkim na jakość, inwencję i kunsztowność sygnowanych ich logiem kompozycji (sromotną wtopę z Cartier L’Envol litościwie im wybaczę, ze względu na całokształt) – stanowiąc godny naśladowania przykład, że wciąż można w mainstreamie sygnować perfumy z fasonem, klasą i polotem. Marka ma bardzo obszerne tematycznie portfolio, które z naddatkiem zadowoli każdego, nawet najbardziej wymagającego odbiorcę Sztuki perfumeryjnej (celowo przez duże S). Cartier ewidentnie szanuje swoich klientów i dba o nich, oferując kompozycje wykreowane ze smakiem, wyczuciem i finezją, wysmakowane i szykowne – nawet jeśli mowa o teoretycznie niezobowiązujących casualowcach i świeżakach. I wybornym przykładem tej polityki są subtelnie miętowy i zniewalający Cartier Roadster oraz (tak obezwładniająco piękny, że aż chce się wyć) Cartier Eau de Cartier Vetiver Bleu. Zwłaszcza lekki, skąpany w subtelnej vetiverze bukiet Bleu zachwyci i wybornie uświetni swą lekkością ciepłe, letnie wieczory. Ale to nie koniec, bo w odwodzie są jeszcze energetyzująco cytrusowo kardamonowy Cartier Declaration L’Eau, który zastąpił już nieprodukowanego Declaration Cologne oraz purystyczno minimalistyczne i świetnie prezentujące się latem, Cartier Eau de Cartier i Eau de Cartier Concentree, którego uszlachetniono dodatkiem ISO E Super… Gorrąco polecam poznać wszystkie i gwarantuję, że będziecie oczarowani ich niewymuszona elegancją, kulturą i wykwintnością, która z łatwością przykuwa uwagę otoczenia.

Clinique Happy for Men, pomimo iż w tym roku stał się już pełnoletni, to wciąż pachnie tak zaskakująco świeżo i radośnie – że po dziś dzień nie doczekał się konkurencji ani alternatywy. Poważnie, jedyną reakcją na brzmienie tych niesamowicie pozytywnie nastrajających do życia perfum, a jaką zaobserwowałem u siebie i otoczenia – jest szczery i radosny banan na pyszczku i nic ponadto. Happy to autentyczny ewenement i bez wątpienia jeden z najbardziej pozytywnych i wiosennych zapachów w ofercie rynkowej. Nawet damskie Moschino Light Clouds, które wybrzmiewa w podobnej tonacji, nawet się nie umywa do Szczęścia by Clinique. Te perfumy i ich świeży, radosny i kipiący szczęściem bukiet to autentyczny ewenement – i to podwójny, bo rzadko się zdarza, aby rynkowa nazwa perfum tak trafnie konweniowała z zawartością flakonu. Jeśli więc szukacie czegoś arcy wiosennego i pozytywnie nastrajającego, to szczerze polecam Clinique Happy – najbardziej antydepresyjny zapach na świecie… 🙂

Calvin Klein, do niedawna krój obciachu, tandety i banału w perfumiarstwie – od kilku lat przechodzi autentyczną metamorfozę. Ten amerykański brand wreszcie zrozumiał swą ignorancję** (wszak USA to samozwańczy pępek świata) i jakoby dostosowuje krój i parametry zapachów kierowanych do gustów Europejczyków – z nie powiem, całkiem niezłym skutkiem. I tak jak samemu jeszcze kilka lat temu wieszałem na Calvinie psy, za miałkość, banalność i kiepską jakość ich stricte amerykańskich, owocowych soczków – tak dziś z prawdziwą ekscytacją witam każdą nowość tej marki. Bo poza coraz ciekawszymi, ambitniejszymi i bardziej dopracowanymi (również jakościowo) kompozycjami, dedykowanych na wieczór i chłodniejsze pora roku – spory wycinek oferty CK, to właśnie niezobowiązujące casualowce i świeżaki, wśród których chciałbym wyróżnić co najmniej kilka. Tak więc gdy nie jest zbyt gorąco, wówczas subtelny, niezbyt złożony i wyraźnie słodkawy, ale przy tym bardzo delikatny zapach CK Reveal, na pewno nie zakłóci odbioru wiosennej aury. Również minimalistyczny Encounter Fresh jest bardzo przyjemnym i całkiem rześkim zapachem na wiosnę, czego niestety nie można było powiedzieć o jego nudnej wersji klasycznej. No i dalej polecę nieśmiertelną klasyką, czyli niezatapialnym i nieodmiennie przyjemnym CK Eternity – wraz z jego młodszym braciszkiem Eternity Now, którego dziecinna radość i świeżość, doskonale konweniuje z wiosenną aurą. Ponadto niekwestionowanymi pewniakami i perłami w Calvinowej koronie, są zaskakująco naturalnie świeży i przyjazny CK IN2U oraz najnowszym, równie ambitnym co wysublimowanym, CK2

**Amerykanie preferują ultra lekkie i arcy niezobowiązujące zapachy, o lakonicznym i skrajnie minimalistycznym bukiecie, niewielkiej projekcji i słabowitej trwałości, bo takie są ich oczekiwania – gdy w europie preferowana jest wyrazistość oraz wysoka trwałość i projekcja, zgodna z oczekiwaniami i preferencjami tutejszego rynku – od której rasowo amerykańska stylistyka perfum CK po prostu odstawała.

Collistar to marka, którą większość facetów nie kojarzy wcale, albo kojarzy z toną kremów i kosmetyków walających się bezładnie po półkach w łazience – a naniesionych w ilościach hurtowych, przez ich drugą połówkę. Ale ta niepozorna i prawie w ogóle nie kojarzona z perfumami marka, ma w swej ofercie zapach, naprawdę wart uwagi… Wprawdzie za inwencję i oryginalność należy się marce pała, bo zapach garściami czerpie od Hermesa Voyage, ale tu jest pewien problem… Otóż Acqua Attiva, pachnąca nieziemsko dobrze i zarazem łudząco podobnie do Hermesa Voyage, wyszła spod blotera Alberto Morillas’a w roku 2009 – gdy genialny Hermes Voyage autorstwa Jean Claude Elleny, miał swą oficjalną premierę w roku 2010… No i tu pojawia się niemożliwy do przejścia dylemat, bo obaj perfumiarze są niekwestionowanymi wirtuozami w swym fachu i nie śmiem któremuś zarzucić, że bezczelnie zrzynał od kolegi… Z drugiej strony te zapachy nie są identyczne, ale w przypadku kompozycji tak złożonej, charakterystycznej i zbieżnej – trudno mówić o przypadkowej koincydencji, wiec powiem tak… Sprawdźcie sobie koniecznie wodę Acqua Attiva, choćby ze względu na jej cenę – która w odniesieniu do Hermesa, jest co najmniej trzykrotnie niższa, a osiągi oba zapachy mają równie podobne…

Creed – Aventus, to zapach o którym przypomniałem sobie niemal w ostatniej chwili, tuż przed publikacją tego wpisu. Poznałem go lata temu i nigdy nie doczekał się osobnej recenzji na łamach bloga – ale jakimś cudem jego delikatny i po prostu uroczy bukiet, zapadł głęboko w mojej pamięci. Powiedzmy sobie wprost, letnie wybitnie owocowe świeżaki to nie jest domena rozmiłowanej w przepychu, głębi i bogactwie, pompatycznej niszy – więc pojawienie się tak lekkiej, wręcz frywolnej kompozycji w portfolio nieco skostniałej firmy Creed, należy postrzegać podobnie do wizji statecznej królowej Elżbiety II – wrzucającej na Instagrama słitfocie z dziobkiem, albo samojebki z użyciem przepastnych luster pałacu Buckingham. Ale jakby to nie brzmiało groteskowo, Aventus to jeden z przyjemniejszych owocowych świeżaków, dość mocno ocierających się o klimaty gourmand – jakie miałem przyjemność dotąd poznać, a konkurencja jest naprawdę spora.

Dior to jedna z marek ikonicznych, najbardziej utytułowanych i autentycznie wyznaczających pewne standardy, również w perfumiarstwie – na co autentycznie sobie zapracowała, czego nie można powiedzieć o większości wykreowanych marketingowo tworów, również (pseudo) niszowych. I choć Dior zwykle trzyma się nieco poważniejszej tematyki, a ostatnio nawet niebezpiecznie eksperymentuje (Homme Cologne i Sauvage) – to trzeba zaznaczyć, że w ofercie brandu jest kilka kompozycji, na cieplejsze pory roku. Jako pierwszego pozwolę sobie wymienić najnowszego Fahrenheit Cologne, moim zdaniem najlepszego po wersji perfumowanej flankiera kultowego klasyka. Flankiera będącego konwersją klasycznego brzmienia, do stosunkowo świeżej i w dodatku niebezpieczne modnej i popularnej konwencji – co szczerze powiedziawszy, udało się Demachy znakomicie!. Cologne wciąż zachował kręgosłup i niepowtarzalny charakter klasyka, zyskując nowe, lekkie i kapitalnie odświeżone brzmienie, orzeźwiającego Colognes. Kolejnym lekkim klejnotem w portfolio Diora, jest niewątpliwie Dior Homme Sport, który pomimo licznych reformulacji, zaskarbił sobie wierne i stale rosnące grono odbiorców. Naprawdę niewiele jest na rynku zapachów skrojonych z taką gracją i elegancją – więc jeśli jeszcze nie słyszeliście o Homme Sport, to radzę szybko obniuchać zaległości. I na koniec zostawiłem sobie stareńkiego, ale wciąż jarego klasyka, a mianowicie Eau Sauvage, którego zacnym, dla wielu oldskulowym imieniem od niedawna wyciera sobie gębę niejaki Dior Sauvage. Osobiście uważam klasyczne, wybitnie cytrusowe Eau Sauvage (i jego wersję zintensyfikowaną, czyli Eau Sauvage Extreme) za jedną z lepszych, bardziej charyzmatycznych, wykwintnych i zarazem męskich wód w ofercie Diora. Ten zapach miał być odpowiedzią Diora, na Egoistę od Chanel, więc jest z gatunku wyrazistych, nośnych i esencjonalnych – zatem nie dziwota, że dziś popadł w niełaskę, a beznamiętne gnioty pokroju Sauvage, ślizgają się na jego nazwie…

Davidoff – Cool Water oj miałem spore obiekcje, bo ten świeżak również wedle dzisiejszych realiów uchodzi za oldskulowego śmierdziucha dla jakiegoś starego grzyba po czterdziestce!… Niestety Cool Water dekadę swojej świetności przechodził dekady temu, gdy jego świeży, rześki, wartki oraz ekstremalnie nośny, aromatyczny i cytrusowy bukiet uchodził za cnotę. Niestety dziś lansuje się beznamiętne i płytkie kompozycje, o nikłej projekcji i równie rachitycznej trwałości – więc nie dziwota, że Cool Water, zostawiający za nosicielem solidny, koloński ogon – stał się w oczach „męskich” chłopców w rurkach i lecących do oczu grzywek, niemodny… Ale jeśli jakimś cudem macie jaja, tfu nie boicie się użyć perfum, które Wasze otoczenie niewątpliwie poczuje (bo mają spory zasięg rażenia i są bardzo trwałe) i lubicie nieco oldskulowe klimaty kolońskie, wyrażone aromatycznymi ziołami i esencjonalnymi cytrusami – to Cool Water jest naprawdę kapitalnym zapachem na lato, ale uprzedzam że podczas największych upałów zamorduje nawet swego nosiciela 🙂 Zaś jego ultra wysmakowaną, wyrafinowaną, kunsztowną i nowoczesną (na czasie) alternatywą – jest fenomenalnie skrojony Davidoff Horizon, którego niebanalny, wyborny i zniewalająco piękny bukiet, dosłownie rzucił mnie na kolana… W teorii jest to casualowiec, ale ten zapach cechuje tak dyskretny, wykwintny i wyrafinowany bukiet, że z powodzeniem sprawdzi się nawet wiosną i latem…

David Beckham – Homme, znalazł się w niniejszym zestawianiu na bezczelnego i z pełną premedytacją – ponieważ jest to pełną gębą casualowiec!. Ale przy tym jest to pachnidło tak urocze, zniewalające i wysublimowane, że nie wyobrażam sobie, iż mogłoby go w niniejszym zestawieniu zabraknąć. Homme wybrzmiewa stosunkowo prostym, jednolitym i dyskretnym brzmieniem, osnutym na głębokim, frapującym, balsamiczno ambrowym (wręcz tłustym) ujęciu nut drzewnych. A przy tym jest tak niebanalnie i urodziwie skrojony, że stanowi w swej klasie ewenement wykraczający daleko poza standardy massmarketu, z którego się brand Beckhamów wywodzi. Uprzedzam, że przedawkowany może zmęczyć, ale w odpowiedniej ilości i sprzyjającej temperaturze Homme pachnie wprost wybornie. No i co najważniejsze, zostawia za nosicielem przepiękny, całkowicie absorbujący swą urodą i tajemniczością ogonek – więc lepiej nie zdradzać sekretu, mówiąc czym zadajecie szyku… Zresztą i tak nikt nie uwierzy, że użyliście perfum za około 70 zł – bo Homme pachnie równie zniewalająco, co Molecule 01 za pińćset cebulionów…

Donna Karan – DKNY Men, to jeden z nielicznych zapachów tej marki, o którym nie chciałbym zapomnieć… Poza absolutnie obłędnym (i na tle innych wyrobów marki, wyglądającym na przypadek) Black CashmereDonna dała mi niewiele powodów do zachwytu. Niestety okrągły flakon, sugestywna nazwa i nowojorski rodowód marki – to jeszcze za mało, by zrobić na mnie wrażenie… Ale wszystko się zmieniło w dniu, w którym poznałem niepozorny, praktycznie nieznany i niemal niedostępny w PolszyDKNY Men z 2009 roku. Łał!, toż to pachnie jak przefantasmerfastyczny Dior Eau Sauvage Extreme w wersji light! I chrzanić to, że zapach podchodzi pod umyślny plagiat, a (znów!) skomponował go słynny Alberto Morillas!. Jak przystało na lżejszą, odświeżoną i odmłodzoną stylistycznie odsłonę, jednego z lepszych klasyków Diora – zapach zadaje szyku w fantastycznym wydaniu… Nieco koloński, rześki, świeży i orzeźwiający, a przy tym bezsprzecznie męski. A zważywszy na cenę i przystępniejszy krój, DKNY Men stanowi wyśmienitą alternatywę dla dużo droższego i nieco bardziej wymagającego Diora.

Dolce & Gabbana – The One Gentleman for Men, to jeden z tych zapachów, w których lekkim, finezyjnym i wprost zniewalającym sznycie, zakochałem się od pierwszego niucha… Zapach skrojono w eleganckim, niezobowiązującym, ale wciąż wykwintnym i szykownym, wybitnie włoskim stylu. I choć przyszłość TOG, wylansowanego jako kameralny casualowiec jawi się niepewnie (ponoć pojawiły się problemy z dostępnością), ale niewątpliwie jest to jeden z najciekawszych i najlepiej skrojonych zapachów, w całej ofercie Dolce Gabbana i jednocześnie jeden z najbardziej zniewalających włoskich casualowców jakie znam. Owszem casualowców, ale te perfumy są tak finezyjne, pachną z tak niesamowitą gracją i lekkością, że z powodzeniem można ich używać nawet gdy słonko ostro przygrzewa – bez ryzyka, że mijanej na ulicy ciężarnej, odejdą wody… 😉

Dsquared2 He Wood, wraz z całą rodzinką Wood i jej przyległościami, polecę Wam w ciemno… Serio, choć marka Dsquared2 kojarzy mi się źle, głównie za sprawą koszmarnie przeze mnie tolerowanego Potion (Potion to odpowiedź D2 na CH 212 VIP, w krótkiej wojnie rynkowej na zapachy klubowe). Ale poza kolejnym nieudolnym klonem VR Spoice Bomb, D2 ma też w ofercie całą rodzinę minimalistycznych świeżaków, osnutych na mniej lub bardziej purystycznie zaaranżowanych motywach drzewnych. Mniej lub bardziej, bo ich przekrój tematyczny startuje od ortodoksyjnie surowych „drewniaków„, zaaranżowanych na wybitnie japońską modłę (coś ala Annayake Undo) – po miękkie i nieco suche, ale wciąż monotematyczne klimaty drzewne. Generalnie cały klan He Wood pachnie lekko, świeżo i naprawdę ciekawie, wszak nie każdy przepada za cytrusami, ozonem albo klimatami morskimi.

Frederic Malle – French Lover to zapach, którego nie mogło zabraknąć w niniejszym zestawieniu. Kwintesencja zaraźliwie optymistycznej, wiosennej świeżości – wyrażonej purystyczną, upiornie trzeźwą, zieloną i soczystą świeżością dopiero co wyrosłego kłącza irysa. Te perfumy pachną nie tyle kwiatem, co łodyga i korzeniem, ciepłym wiosennym deszczem i Florencją. A konkretnie rześkim, wiosennym świtem, gdy poranna słońce jeszcze nie osuszyło rosy pokrywającej kwiaty, rosnące w okalających wzgórze Michała Anioła ogrodach – a ciepły wiatr niesie ku nozdrzom ich zieloną, czystą woń. A jeśli dodać do tego cudownie konweniujące z irysem kłącze równie młodej i zielonej vetiwery, to wyobraźcie sobie tę eksplozję żywej, wiosennej świeżości. Doprawdy trudno o bardziej sugestywne, wiosenne perfumy, a w dodatku niszowe…

Gucci pour Homme II to zapach bez którego towarzystwa nie wyobrażam sobie godnego koncelebrowania wiosny. Trudno o bardziej, lekkie, radosne i wiosenne pachnidło, które całym swym jestestwem krzyczy kocham wiosnę!!! Lekki, dyskretny, idealnie niezobowiązujący, ale i diabelnie szykowny i arcy szlachetnie zaserwowany bukiet tych niemiłosiernie przyjemnych perfum, pieści nozdrza skuteczniej niż cokolwiek innego. Na całe szczęście zapach uchował się i jakimś cudem przetrwał rzeź, jaką przeprowadziła w ofercie Gucci jego była dyrektor kreatywna i nadal możemy cieszyć się wysublimowanym bukietem Gustawa II-go. A Pour Homme II wita nas wprost rozkosznie objawionym fiołkiem, liściem laurowym, herbatą, pimento i bergamotką, którym zawdzięcza swój świeży, lekki i niewinny krój. Zresztą błękitna barwa tych perfum wybornie oddaje ich delikatny i przyjazny charakter. Kolejnym wartym poznania zapachem tej marki, jest Gucci Guilty Eau Pour Homme, który wniósł sobą pewną wysublimowaną świeżość, pomimo iż powstał w trakcie tragicznych dla firmy czasów panowania Fridy Giannini. No i na koniec pewna niepozorna, ale równie niewinna perełka, wręcz wyśmienita na wiosnę i lato, czyli nieco zapomniany Gucci by Gucci Sport, którego przyjemnie zielony – cyprysowo figowo vetiwerowy aromat, wybornie rozświetli nawet największe upały i co równie istotne, duchotę.

Guerlain – Vetiver oraz Homme L’eau Boisee – tak! będę się upierał, że wiosna i lato bez tej dwójki nie ma sensu! Wprawdzie usłyszałem od konsultantki w SF, że Guerlain Vetiver to uwaga, „śmierdziel” (swoją drogą cóż za wyczucie i podejście do klienta) – ale czego wymagać od osoby, która twierdzi, że Paco Rabanne Invictus, to wybitne perfumy 🙂 No cóż, widać podczas szkolenia produktowego „jak i co efektywnie wciskać” nie mówili zbyt wiele o klasykach i jak na ironie własnej ofercie – ale ja nie zapomniałem o jednym z najprzyjemniejszym, najcieplejszym i najbardziej uroczym vetiwerowcu na rynku. Owszem zapach ma pierdylion lat i pamięta jeszcze zagładę dinozaurów, ale wciąż zadaje szyku lepiej i skuteczniej niż nie jeden rasowy świeżak. Owszem, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią że Vetiver to casualowiec, podobnie zresztą Homme L’eau Boisee – zgadzam się, ale nie wyobrażam sobie wiosny bez wykwintnego towarzystwa tej dwójki. Wprawdzie L’eau Boisee jest bardziej wytrawny, zielony, chłodny i aromatyczny, ale oba stanowią genialny i ponadczasowy przykład najwyższych lotów perfumiarstwa, Made in Guerlain. Perfumiarstwa z czasów, gdy brand wciąż traktował kreowanie perfum jako Sztukę Perfumeryjną – czyli z czasów przed nastaniem równie miałkiej co populistycznej serii Ideal, która z ideałem ma tyle wspólnego, co ja z jazdą figurową na wrotkach.

Geoffrey Beene to marka, która na rodzimym rynku jest równie egzotyczna, co samochody ze znaczkiem Vauxhall (Opel, a wkrótce Renault). A jeśli już ktoś o niej słyszał, to kojarzy ją głownie przez pryzmat flagowej Szarej Flaneli – czyli Grey Flannel, tudzież ekstremalnie cytrusowego Bowling Green. Tyle, że oba charakteryzuje tak wysoka siła rażenia (a przynajmniej tak je zapamiętałem), że użyte latem lub ciepłą wiosną – spacyfikują otoczenie w promieniu co najmniej 10 metrów i prawdopodobnie będą zejścia śmiertelne… Ale nie w przypadku dużo lżejszego i niemal kompletnie nieznanego Eau de Grey Flannel, który miał swą premierę jakieś 600 lat po oryginale. No dobrze, daruję sobie ironię, bo choć EdGF powstał w 1997 roku, to pachnie zadziwiająco lekko, nowocześnie i przystępnie, w zestawieniu z przeszło 40 letnim letnim GF. Objawia się to nie tyle dużo słabszą tfu, mniej miażdżąca projekcją – co delikatniejszym i diametralnie odmiennym krojem kompozycji. Zapomnijcie o upierdliwych i oldskulowych cytrusach, pachnących niczym woda toaletowa Waszego dziadka – albowiem EdGF to szlachetny, purystyczny i nowoczesny minimalizm, przywodzący na myśl chłodne, wytrawne, zwiewne, czyste i oszczędne kompozycje zielono ozonowe. A podobnie skrojone kompozycje, posiadają w ofercie min. Bvlgari (Pour Homme), Hermes (Eau de Gentiane Blanche i Eau de Narcisse Bleu) i Cartiery w serii Eau.

Givenchy kojarzymy głównie z upierdliwie słodkim Pi oraz czekoladowo kawową serią Play – czyli klimatami zbliżonymi do konwencji gourmand i stylistyki Thierrego Muglera. Oczywiście to nie grzech, ani żadna gafa, wszak kompozycje słodkie sprzedają się jak ciepłe bułeczki – ale Givenchy ma w swej ofercie również dwa zapachy na cieplejsze pory roku. Mowa o niezbyt popularnym Givenchy Play Sport i bardzo ciepło przyjętym Gentlemen Only. Play Sport to bardzo szykowny, dyskretny i niebanalny świeżak, któremu ktoś omyłkowo dorobił zupełnie nieadekwatną i urągającą mu etykietkę SPORT, bo jego wysmakowany i delikatny bukiet niewiele ma wspólnego z rasową kompozycją „usportowioną” – i proszę postrzegajcie to jako zaletę. Szkoda że zapach jest tak mało popularny, bo ma naprawdę sporo do zaoferowania – a nie zrobił kariery jak jego o rok młodszy brat, Givenchy Gentlemen Only. Only to w sumie ultra dyskretny casualowiec, ale przy tym jest to kompozycja tak finezyjna, ujmująca i lekka, iż z powodzeniem można używać tych perfum gdy ciepło. A przy tym jest to zapach na tyle niebanalny i szykowny, że doskonale sprawdzi się latem jako kreacja wieczorowa lub zapach na bardziej oficjalne okazje.

Hermes to prawdziwa kopalnia wprost genialnie skomponowanych, zniewalających, uroczych i porażająco autentycznych świeżaków, skomponowanych z tak nieprawdopodobna lekkością, świeżością, wykwintnością i polotem – iż aż trudno uwierzyć, że za ich pięknem i wysublimowanym minimalizmem stoi człowiek!. Hermesowe świeżaki, ze szczególnym naciskiem na flagowe dla marki „ogródki” pachną tak jakby stworzyła je natura – i jest to w moim mniemaniu największy komplement, jaki można powiedzieć perfumiarzowi. Za ich porażająco sugestywnym ale i niemiłosiernie pochlastanym obliczem (daleko posunięty minimalizm w kreacji), stoi niekwestionowany geniusz wybitnego wirtuoza blotera, Jean Claude Elleny – czyli nadwornego perfumiarza domu mody Hermes. Ale nie jestem pewien, czy już aby nie abdykował na rzecz Christine Nagel – równie wybitnej perfumiarki, mającej przejąć schedę po przechodzącym na emeryturę Maestro. Ehhh trudno mi wymienić te wszystkie wspaniałości, które dał światu niedościgniony kunszt i warsztat genialnego Elleny. Nawet nie będę się zastanawiał który jest najlepszy, wszak spośród kompozycji ocierających się o doskonałość – nie sposób wybrać tę najlepsza, zatem jedynie wymienię te najbardziej adekwatne. Z nieogródkowych będzie to na pewno Hermes Eau Tres Fraiche i być może, przy delikatnym obejściu się z atomizerem – toaletowa odsłona Voyage. Natomiast z ogóródkowych Hermesów, będą to: Un Jardin Apres la Mousson, Un Jardin Sur Le Nil, Eau de Narcisse Bleu, Eau d’Orange Verte i Concentre d’Orange Verte, Eau de Gentiane Blanche, Eau de Pamplemousse Rose oraz Eau de Mandarine Ambree. I jedynie kwestią gustu pozostaje, po którego sięgniecie, bo absolutnie wszystkie nadają się na wiosnę i lato, nawet wyjątkowo upalne.

Hugo Boss ma w swej ofercie ogromną ilość zapachów, głównie casualowców i świeżaków, na tzw każdą okazję. Nie trudno się domyślić, że ilość nie przekłada się na jakość, ani tym bardziej oryginalność „tłuczonych” w iście hurtowych ilościach nowości.  Domeną Hugo są energetyzująco orzeźwiające casualowce i świeżaki oparte na nieśmiertelnym, wtórnym i niestety bardzo schematycznym połączeniu aromatycznych ziół, ze spłowiałymi cytrusami – co jest może efektowne, bezpieczne i dobrze się sprzedaje, ale trudno z tego tłumu wyłonić prawdziwie niesztampowy i wyróżniający się zapach, na wiosnę i lato. Tym niemniej przy odrobinie wysiłku, da się wyłuszczyć z tej „klęski urodzaju„, godne poznania perełki – a niewątpliwie jedną z nich jest niesamowicie przyjemny Boss Orange i jego młodszy, choć nie mniej uroczy braciszek, Feel Good Summer. Równie nieźle wypada najnowszy Boss Bottled Tonic, w którego klasyczną „szarlotkę„, z wdziękiem wpleciono kipiącego świeżością cytrusa – tworząc tym samym wysoce adekwatną odsłonę kultowej Szarlotki, na lato. No i na koniec warto wymienić rasowe świeżaki, których orzeźwiające bukiety oparto na nader udanym miksie świeżej zieleniny z soczystymi owocami – a więc mowa o Hugo Red, Hugo Just Different i najnowszym Hugo Iced, którego chłodny i arcy orzeźwiający bukiet czerpie garściami z chłodnej i purystycznej stylistyki Colognes, a chyba najmocniej w wykonaniu Bvlgari Man Extreme.

JPG Fleur du Male, to taki świeżak, jak ze mnie primadonna Opery Bostońskiej, ale te perfumy są tak jowialne, tak zmysłowo delikatne i tak błogie – iż przy odpowiednio sprzyjającej temperaturze (nie za gorąco), będą wspaniałym towarzyszem wiosennego spaceru lub sielankowej nasiadówki z przyjaciółmi. Ich dyskretna, miękka i otulająca słodycz, traktująca o kwiecie pomarańczy i tonce w zupełnie inny sposób, niż w Le Male – to wart poznania ewenement, który nie ma w świecie perfum precedensu.

Kenzo L’eau Par to mój osobisty faworyt i niekwestionowany pewniak, za każdym razem gdy ktoś mnie pyta o perfumy na lato. Lekki, świeży, soczysty, energetyzujący, orzeźwiający i ani trochę nie męczący świeżak, pachnący jak zmrożona, mocno gazowana woda mineralna, podana z ogromną ilością kostek lodu i całą masą pociętych w plastry cytrusów (cytryna, limonka, grejpfrut i pomarańcz) i zaserwowana w ekstremalnie gorący i parny, letni wieczór. Bąbelki gazu podskakują wesoło ponad taflę buzującej cieczy, kostki lodu trącają się i pobrzękują o grube szkło zmrożonej szklanki, a wszędzie wokół roztacza się delikatna i przesycona subtelną wonią cytrusów, aura orzeźwiającej świeżości. Spragniony, oblizuję suche i spierzchnięte od gorąca usta i unosząc szklankę, biorę pierwszy nieśmiały łyk. Kolejny przełykam już bardziej łapczywie – wreszcie coraz mocniej przechylając pokrytą skroplinami szklankę i rozkoszując się każdym zachłannym chełstem napoju… Ma ktoś jeszcze jakieś pytania w kwestii sugestywności i efektywności tych perfum?

Kacper Kafel – Stereo Love, to najprawdziwsza wiosna, wiosna – ach to Ty!, że pozwolę sobie polecieć moim nieodżałowanym Grechutą… Co tu dużo mówić, Stereo Love to ucieleśnienie wiosny, wyrażone prostotą i porażającą autentycznością, z jaką przedstawiono w tym monoscencie wiosennego narcyza. Narcyza i nic ponadto, za to wyrażono go z taką lekkością, gracją i precyzją, że nic tylko wąchać i upajać się jego przerażająco sugestywną i niesłabnącą obfitością. Piękno ponoć tkwi w prostocie, więc jeśli podobnie jak ja wielbicie upojną słodycz, czystość i świeżość narcyza – to gorąco polecam Wam te perfumy, bo pachną jak swoisty hymn na cześć wiosny…

L’artisan Parfumeur – Premier Figuier, to kolejna pozycja na mojej stosunkowo krótkiej liście, niszowych propozycji na wiosnę. Jakoś tak się utarło, że jak nisza to musi być sążnistą siekierą, albo jakimś odjechanym dziwadłem dla nerdów i introwertycznych indywidualistów – a tu się okazuje, że niekoniecznie… Premier’ów są dwa, wiosenny (czyli aktualnie opiewany) i wersja Extreme, ale to już propozycja na jesień i proszę mieć to na uwadze przy ich oblatywaniu. Wersja wiosenna to przede wszystkim urocza figa, figa niedojrzała, świeża i zielona. Jeszcze pozbawiona dojrzałych i słodkich owoców, pachnąca samymi młodymi listkami i łodyżkami – jeszcze soczyście zielonymi, niewinnymi i delikatnymi. Figa która pachnie tak lekko i wiosennie, iż nie sposób przejść obok pachnącej nią osoby obojętnie.

Lanvin – Oxygene Homme, to kolejna zagadka z Archiwum X, tudzież zapomniany artefakt z przygód Indiany Jonse’a – no bo ilu z Was, w ogóle kojarzy tę markę? A tak się składa, że choć mało rozpoznawalna i niepozorna, to ma w swym dorobku kilka naprawdę niezłych tytułów, a jednym z nich jest jakże sugestywnie nazwany, Oxygene. Powietrze pachnie jak już się pewnie domyślacie ozonowo, lekko i zwiewnie. Zapach jest z gatunku arcy lekkich oraz skrajnie niezobowiązujących i trzeba mu przyznać, że wywiązuje się ze swojej roli koncertowo. Jak przystało na wzorowo transparentnego świeżaka, wybrzmiewa niewymuszonym, nieco lakonicznym i odświeżającym bukietem – który ani trochę nie męczy, nie jest przy tym banałem i można go wyszarpać za naprawdę niewielkie pieniądze, bo przecież nikt o tej marce nie słyszał. 🙂

Lalique – Hommage a L’homme Voyageur to prawdziwa perełka w koronie Lalique i zarazem jeden z najpiękniej zaaranżowanych casualowców jakie znam… Serio, serio… Przy tym jest tak dyskretny, delikatny i ujmujący swym cichutkim i rozkosznym bukietem, że nic tylko tulić i głaskać spryskaną nim dłoń. Voyageur jest przy tym wysoce nietuzinkowym i odważnym zapachem, bo wprawdzie nie jeden skojarzy te arcy wysublimowane pachnidło, z dostępnym już od paru lat Ombre Indigo od Olfactive Studio – ale mimo wszystko OS przedstawiło nieco inne oblicze ambrette i heliotropu. Rozczulający i zniewalający swą delikatnością Voyageur, w niczym nie przypomina swego starszego brata Hommage, formą i treścią stanowiąc jego zupełne przeciwieństwo – ale i tak przykuwa uwagę swym finezyjnym i absolutnie niebanalnym bukietem. Tak delikatnym, że pomimo iż zapach jawi się jako słodki, to jego balsamiczna słodycz, nie będzie dokuczać nawet latem. Ale to jeszcze nie koniec, albowiem w ofercie marki jest nie mniej oryginalny, by nie powiedzieć ziołowo koperkowy Eau de Lalique. Ale wspominam o nim jedynie dla formalności, gdyż zapach pachnie tak odważnie i awangardowo (jak na mainstream), że nie odważę się zaproponować tych perfum jako „murowanego pewniaka” i odradzam ich zakup w ciemno. Ostatniej propozycji zrobiono największą krzywdę nazwą, robiąc z niej Sportowca (co niejako szufladkuje zapach) a mowa tu o Lalique – Encre Noire Sport, które jest po prostu Encre Noire, tyle że w wersji Light… Więc jeśli kiedykolwiek mieliście obiekcje czy zaryzykować wybuch zamieszek i krwawienie z oczodołów u Waszego otoczenia, używając latem EN – to odpowiedzią na niniejsze rozterki jest EN Sport. Te perfumy do dobrze wszystkim znana, ziemista, ciepła, głęboka i zmysłowa vetiwera, którą tu przedstawiono w odświeżonej i bardzo przystępnej wersji – skrojonej specjalnie z myślą o ciepłych porach roku.

Lacoste w sumie specjalizuje się w świeżakach, choć niestety najczęściej są to banalne owocowe soczki i rażąco niedopracowane siuśki, za które wstyd żądać od ludzi pieniędzy. Ale od czego mamy kult marki i ślepo podążające za znaczkiem lemingi, które i tak kupią wszystko co ma krokodylka – bo przecież skoro jest drogie i markowe, to musi być dobre, nie? (face palm). No niestety tak to nie działa (już nie), ale nie mi decydować co się komu podoba i na co ludzie wydają swoje ciężko zarobione dublony. Tym niemniej pośród wiodącej w portfolio Lacoste miałkości, płytkości i tandety, uchowało się parę naprawdę dobrych kompozycji i tym przyjemniej jest mi o nich przypomnieć. Pierwszą jest zniewalająco i autentycznie papierówkowy, prosty, zwiewny, świeży i arcy soczysty Lacoste Style In Play – czyli „czerwona, jabłkowa Lacosta„. Te perfumy zna (po zapachu) chyba każdy, bo są bardzo charakterystyczne i w sumie nic innego nie pachnie podobnie – za to są wprost genialną propozycją na lato, zwłaszcza parne i upalne – bo czy perfumy pachnące po prostu papierówką, mogą zmęczyć? Kolejną rekomendowaną przeze mnie Lacostą będzie kultowe już klasyczne Essential i nieco młodsze Essential Sport, utrzymane w wybitnie lekkim i finezyjnym charakterze, który ma niewiele wspólnego ze zwykle przesadnie energetyzująco aromatycznymisportowcami„. Tym perfumom bliżej do lekkiej i wysublimowanej finezji Gucci by Gucci Sport i Gucci Pour Homme II – niż banału, którym epatuje koszmarnie nieudana linia L.12.12.

Laura Biagiotti nie wiedzieć czemu, wciąż jest w Polsce mało znana i niedoceniana – a marka ma do zaoferowania znacznie więcej niż kultową Romę. Roma jest wprawdzie przepiękna i arcy zmysłowa, ale niestety latem jej wylewna, upojna i snująca się słodycz będzie męczyć i przeszkadzać – ale zdaje się Pani Biagiotti doskonale o tym wie. Stąd parę lat temu, w ofercie marki pojawiła się równie zmysłowa co finezyjna, Essenza di Roma Uomo. Ten zapach dosłownie pozamiatał sobą ligę lekkich casualowców slash świeżaków i niewiele jest na rynku równie niebanalnie i finezyjnie skrojonych perfum. Gdzieś w tle Essenzy nadal tli się duch klasycznej Romy (jak na dopracowanego flankiera przystało), ale Essenza to przede wszystkim perfumy na wiosnę i lato – gdy ich delikatny bukiet, pełen czaru, powabu i polotu, może wreszcie rozwinąć swe wysublimowane skrzydła. Uzupełnieniem dla Essenzy i Mistero, jest ostatni z flankierów kultowej Romy, a mianowicie ozonowo morski Blu di Roma Uomo, który również bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle nierzadko groteskowej i trywialnej „morskiej” konkurencji.

Lucca Cipriano – Red Chrome Men, to w sumie ordynarna i bezczelna podróba, a nie przepadam za opiewaniem pospolitej kradzieży, którą paradoksalnie sankcjonuje kulejące prawo. No chyba że podróbka okazuje się być lepsza od oryginału (w kwestii trwałości, przebija oryginał o kilka długości) a kosztuje przy tym 1/10 ceny markowego oryginału… Markowego, co pogłębia wstyd i hańbę Lacoste, do rangi Rowu Mariańskiego – ale w końcu świadomie stworzyli i podpisali się pod perfumami pachnącymi raptem 2-3 godziny. Jeśli więc szukacie kopii niemal idealnej dla rozkosznie soczystej i jabłkowej, czerwonej Lacosty Style In Play – to polecam o wiele dłużej pachnącego Red Chrome… 🙂

Maison Francis Kurkdjian – Aqua Vitae, to Kurkdjianowa propozycja na wiosnę i lato. Absolutnie doskonale skrojone pachnidło i robiące niesamowite wrażenie pietyzmem, starannością i zwiewnością z jaką poprowadzono wysublimowany bukiet tych niszowych perfum. Francis jest niesamowicie utalentowanym perfumiarzem, choć nie mam złudzeń, że spory wpływ na wydźwięk i na ostateczny kształt jego dzieł ma zleceniodawca – to w przypadku Aqua Vitae, wspiął się na wyżyny, bo mógł… Zresztą podobnie było w przypadku JPG Fleur Du Male, również autorstwa Kurkdjiana, gdzie w moim odczuciu ukazał swoją własną, dużo bardziej subtelną wizję Le Male, również jego autorstwa…

Marc Jacobs – Men, to jeden z bardziej uroczych i zarazem jeden z nielicznych w mainstreamie zapachów, opiewających szlachetność i wdzięk figi. Figi która jak niewiele innych ingrediencji (obok irysa, narcyza i fiołka) równie mocno i przekonywająco – kojarzy się ludziom z wiosenną świeżością. Oczywiście nie mam tu na myśli dojrzałych, aż lepkich od słodyczy owoców, co zielone listki i gałązki, dopiero co rozkwitłego drzewka. MJ Men to w sumie monoscent (zapach wybrzmiewający jedną wiodącą nutą), ale tak uroczy, zmysłowy, intrygujący, przyjemny i rozkoszny w odbiorze – iż wierzcie mi, więcej nie trzeba.

Malizia Uomo – Vetyver, to w sumie casualowiec, potrafiący zapachnieć naprawdę ciepło i zmysłowo – ale przy tym stanowi tak ciekawe i w sumie pobudzające ujęcie wetivery, że z powodzeniem można używać tych perfum wiosną i latem. Drżąca, a właściwie wibrująca gorącem i kotłującą się ze świeżością, esencjonalność tutejszej haitańskiej trawy – nieustannie zaskakuje i intryguje, a mowa o zapachu kosztującym około 30 zł. Naprawdę polecam Wam sprawdzić te naprawdę niebanalne i bardzo trwałe perfumy  – ale koniecznie w wersji o pojemności 50 ml, bo nie wiedzieć czemu pachną lepiej niż te z flakonów o pojemności 100 ml, zupełnie jakby pochodziły z innych rozlewni.

Mexx – Pure for Him, to kolejne perfumy z półki tzw. drogeryjno massmarketowej, które potrafią dokopać dużo droższej i markowej konkurencji – zarówno parametrami, jak i jakością bukietu. Jak przystało na pachnidło pachnące adekwatnie do swej nazwy, Pure to wytrawny, purystyczny, świeży i surowy zapach – utrzymany w dość chłodnej i zgrzebnej stylistyce arcy minimalistycznego i wytrawnego świeżaka. To kompozycja autentycznie chłodna i zielona (min. liście pomidorów), ale dzięki temu doskonale sprawdzi się podczas letnich upałów. Nie bez znaczenia jest też odważny i oryginalny krój bukietu, który równie wyraźnie odcina tego Mexxa, na tle banalnej i zwykle wtórnej konkurencji.

Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir, to zapach który nieźle mi namieszał i dosłownie mną pozamiatał. Naprawdę rzadko zdarza się, by zapach komercyjny był tak oryginalny i awangardowy – jednocześnie czerpiąc garściami, z już wcześniej ukazanych riffów. Oczywiście piję tu do swoistego podobieństwa Bleu Noir do Declaration Cartiera i Olfactive Stdio Ombre Indigo. Szczęka opada, nie? – zwłaszcza, że niniejszy wpis ma traktować o świeżakach na wiosnę i lato, a tu znów casualowiec i to w dodatku tak wyrazisty? Otóż nie, bo owszem, każdy z tych zapachów, potraktowany z osobna raczej kiepsko nadaje się jako przyjazny otoczeniu umilacz najcieplejszych pór roku – ale jeśli zmieszać ziołową, ostowatą i wytrawną wyrazistość Declaration, z niemalże maślano balsamiczną obłością Ombre Indigo… Bingo! w rezultacie otrzymujemy coś na podobieństwo (mentalne!) Hermesowego Voyage, czyli zapach, który wybornie sprawdzi się przede wszystkim ciepłą wiosną – a oszczędnie aplikowany, zada szyku również letnim wieczorem.

Olfactive Studio – Flash Back, to z pozoru kolejny owocowy soczek, pokroju eeeee sino koperkowego (bo powoli zaczynają się kończyć kolory dla tych gniotów) klona Lacoste L.12.12. – ale to tylko krzywdzące pozory. Flash Back to zapach dosłownie kipiący wywołującą autentyczny ślinotok, owocową soczystością i świeżością – zaaranżowaną z użyciem rabarbaru, jabłka grejpfruta i pomarańcza – więc powiedzmy że kapitalny i również niszowy Creed Aventus, doczekał się naprawdę mocnej konkurencji.

Olivier Durbano – Rock Crystal, pukając się w czoło, powiecie kadzidlak!?, na wiosnę!? pogięło grubasa? A tak, bo chłód i zimno bijące od kadzidła osadzonego w RC, sprawia że wydychane z ust powietrze zaczyna być widoczne! Serio, Kryształ Górski, użyty w nieprzesadnej ilości, stwarza wokół nosiciela tak surową, chłodną i wyśrubowaną aurę – wybrzmiewającą jakby nie patrzeć, wzorcowo i ortodoksyjnie czystym olibanum. Olibanum przaśnym, surowym i monolitycznym, a do tego tak zimnym – że ciepłą wiosną, poradzi sobie nie gorzej niż wcześniej rekomendowany, równie kadzidlany Encens Flamboyand od Annick Goutal. Zresztą co tu dużo mówić, sprawdźcie sami i powiedzcie czy nie mam racji – wszak ludy Arabskie, by się latem schłodzić i ugasić pragnienie, piją gorącą herbatę… Jako alternatywę, na wiosnę polecę pachnidło równie chłodne i co istotne pozbawione, tej jakże charakterystycznej dla kompozycji Durbano, bazy. Mowa o Turquoise. Starsze datą zapachy Oliviera łączy właśnie ich wysublimowana i wspólna baza, osnuta na akcentach kadzidlano balsamicznych – ale Turkus jest pozbawiony tego wspólnego mianownika, a bijący od tych perfum chłód i akcenty wodne, całkiem nieźle spiszą się w cieple letnie wieczory.

Parfum d`Empire to marka, dla której tworzy Marc Antoine Corticchiato, perfumiarz nieprzeciętnie zdolny i charyzmatyczny – ale obdarzony ręką równie ciężką, co przeciętna damska torebka (coś około 15 kg). Marc stworzył min. arcy genialnie skórzane Cuir Ottoman, żywiczną Wazambę i kandyzowaną Aziyade, ale pomimo ich niekwestionowanej urody – wiosna i lato to nie miejsce na tak sążniste, bogate i dosadne kompozycje. Jakoby zdając sobie z tego sprawę, Corticchiato stworzył też Yuzu Fou – czyli cytrusowego świeżaka na lato. Zapach budzi pewne kontrowersje, bo jak na obrany temat jest dość  odważny i dość trudny w odbiorze – wszak samo Yuzu nie pachnie jak konwencjonalny cytrus. No i nie sposób zignorować, że gęstość i esencjonalność tych perfum , również nieco wymknęła się perfumiarzowi spod kontroli – ale mimo wszystko polecam zapoznać się z tym niebanalnym świeżakiem, któremu bliżej do Monsieur Balmain, niż Eau de Hadrian. 🙂

Prada, ehhh moja ukochana Prada… dorobek olfaktoryczny Prady, zahacza o wiosnę i lato w postaci dwóch, absolutnie genialnych pachnideł. Jednym z nich jest zjawiskowa, mydlano purystyczna Prada Infusion d’Homme, a drugą jej zniewalająco vetiwerowa wariacja, czyli Prada Infusion de Vetiver. Obie są tak niesamowicie szlachetne, wysublimowane i finezyjne, że nie jestem w stanie wybrać, bez której mój letni arsenał perfum, mógłby się obejść. Tu musicie wiedzieć, że purystyczna świeżość Infusion, jest absolutnie bezprecedensowa, no bo ile znacie perfum pachnących jak świeżo uprane, nakrochmalone i wyprasowane, białe męskie koszule? Nieco pudrowe i irysowe, absolutnie minimalistyczne i arcy wytrawne Infusion, to prawdziwy klejnot w panteonie letnich świeżaków. Jest to zapach wybitny i robiący niesamowite wrażenie swą niebanalną aranżacją – totalnie odmienną od obowiązujących standardów ozonowo, zielono, wodno cytrusowych. Te perfumy po prostu nie mają precedensu, a do tego działają nawet w największych upałach. Infusion de Vetiver to z kolei jedno z najbardziej subtelnych, świeżych, porywających i delikatnych ujęć vetiwery, z jakim w ogóle spotkałem się w perfumiarstwie, włączając w to niszę. A poza tą arcy finezyjną dwójką, w ofercie brandu jest jeszcze równie urocza co orzeźwiająca Prada Luna Rossa (bardziej na wiosnę) i jej najmłodszy flankier Luna Rossa Eau Sport, która stanowi jeszcze bardziej zwiewną wariację klasycznej Luny, ale już na lato.

Profumum Roma – Acqua di Sale, to nie zapach a spektakl, krajobraz i sceneria, którą perfumiarz żywcem przeniósł z realnego świata i zamknął we flakonie perfum. Nie znam i już nigdy nie poznam doskonalszej, bardziej autentycznej i porywającej kompozycji morskiej – albowiem matkę naturę, jej pietyzm i autentyzm nie sposób przebić. Perfumiarzowi który stoi za tym dziełem, osiągnął doskonałość, zupełnie bezstratnie i bezkompromisowo przenosząc całą scenerię, z jej wszystkimi detalami – i aby się o tym przekonać, wystarczy spryskać tymi perfumami nadgarstek i zamknąć oczy. Jeśli więc lubicie klimaty morskie, morskiej bryzy, słonej, zapachu mokrych kamieni, morza i spienionych fal, roztrzaskujących się o smagane wiatrem wybrzeże – to nie znam perfum doskonalej oddających powyższą scenerię, niż te.

Puma Green to zapach rzekłbym ambiwalentny. Z jednej strony jest banalny, tandetny i wtórny – ale z drugiej strony jego arcy delikatne i niewymuszone brzmienie, wypada tak przekonywająco i naturalnie, iż nie sposób odmówić infantylnemu bukietowi Green swoistej charyzmy i uroku. Zapomnijcie więc że to klasyczny zielono owocowy świeżak, pachnący jak setki podobnych doń Lacost, Bossów i CK – bo w tym szaleństwie jest metoda na sukces. Zwiewna, świeża, wyraźnie dziecinna, ale kipiąca egzaltowaną świeżością Puma Green, to kapitalne perfumy na lato – zwłaszcza jeśli hodujecie w domu dorastającego gołowąsa, który zaczyna cichaczem podprowadzać ojcu jego perfumy. Bo o ile na dojrzałym mężczyźnie te perfumy zagrają raczej trywialnie – to na młodym chłopaku wypadną już całkiem adekwatnie i będą się doskonale komponować z jego młodzieńczym temperamentem i entuzjazmem.

The Different Company – Sel de Vetiver, to arcydzieło, które choć samo czerpie garściami z innego arcydzieła (Guerlain Vetiver), traktuję z niemalże boską czcią. Pomijając konotacje z geniuszem Jean Claude Elleny i jego córką w genezie brandu (czas przeszły) – Sel de Vetiver to prawdziwa mekka i święty Graal dla wyznawców Wetiveryzmu, czyli kultu wetivery. Ta szlachetna trawa, pachnąca sama w sobie jak cudownie wyrafinowane perfumy – ma w sobie tak ogromny potencjał, że chyba nigdy nie wyczerpią się warianty, na jej nowe ukazanie (czego nie można powiedzieć o oudzie, oklepanym i wyeksploatowanym w wyniku oudomanii). Jeśli więc kochacie vetiverę, ujętą w stylu Guerlain Vetiver, ale z wyraźnym przechyłem w stronę zjawiskowej Prady Infusion de Vetiver, to Sel de Vetiver jest równie wybornie skrojonym kompromisem.

Thierry Mugler, to marka którą postrzegamy głównie przez pryzmat niemiłosiernie słodkiej, nośnej i specyficznej serii A*Men i niesłabnącej miłości Muglera do kawy i czekolady. Ale Mugler to nie tylko ociekające słodyczą miksy kawy z czekoladą, tonką, toffi i skórą, ale i kilka naprawdę wybornie skomponowanych świeżaków. Mugler to również synonim wysokiej jakości, charyzmy, kreatywności – więc nie dziwota, że w wydaniu Thierrego, nawet świeżak pachnie porywająco i absolutnie niebanalnie. No bo pomyślelibyście, że paczulę i kawę można zaserwować w taki sposób – iż zamiast ogrzewać, chłodzi? A taką właśnie sytuację mamy w arcy nietuzinkowym Ice*Men, gdzie chłodne i minimalistyczne drewno oraz zmrożona obecnością muszkatu i konotacji morskich, paczula – autentycznie chłodzi. Kolejny na mojej liście Muglerowych rekomendacji, będzie absolutnie urywający poślady i niestety LIMITOWANY, A*Men Ultra Zest (smuteczek)… Tym świeżakiem Mugler dosłownie pozamiatał konkurencję i udowodnił że z jabłka, mięty, porzeczki i cytrusów – wciąż można przedstawić owocowego świeżaka w wersji równie ambitnej i zarazem arcy przyjemnej, co Creed Aventus, CK IN2U, czy Lacoste Style In Play, amen! Kolejny na mojej liście murowanych pewniaków jest niesamowicie energetyzujący A*Men Pure Energy (dawniej Pure Shot, ale Oscar Pistorius postrzelił tę kompozycję w stopę), ale ujęcie w jakim ukazano tu paczulę, miętę i jagody jałowca, znów imponuje w całej rozciągłości. Niniejszą listę zamyka niepozorny Cologne – ale nie dajmy się zwieść, bo u Muglera nawet woda kolońska, pachnie w sposób absolutnie niebanalny.

Tommy Hilfiger – TH Bold, to zapach którego wpierw zrugałem, za bezczelne odgapiostwo od Banana Republic Classic – ale w świetle reformulacji, która totalnie zniszczyła tego drugiego, całuję ziemię w podziękowaniu, że Tommy raczył genialnego Classica powielić!. Dotąd nie znałem doskonalej skrojonej, bardziej energetyzującej, wytrawnej, eleganckiej i trwalszej wody kolońskiej (w jej specyficznym i klasycznie ujętym sznycie), niż niepozorny i niemal totalnie nieznany Classic. Ale niestety to jak pachnie dziś, dyskwalifikuje te perfumy w całej rozciągłości – od totalnie niepodobnego do ich samych brzmienia, po absolutnie skandaliczną trwałość i równie nikłą projekcję (gdy oryginał pachniał na mnie przeszło dobę). Cofam więc moją rekomendację dla BR Classica, bo obecnie sprzedawane siuśki, nawet nie przypominają perfum, które opiewałem w niejednej recenzji – więc w ich miejsce wstawcie sobie identycznie pachnącego TH Bolta i będzie git. Jeśli lubicie wytrawne, cytrusowo zielone, aromatyczne, inhalujące i aż kipiące kolońską świeżością świeżaki, to te perfumy będą idealne.

Zirh, to również jedna z tych marek o który przeciętny Seba i Janusz niezbyt słyszał – a jeśli już, to zapewne zna kultowego już Zirh Ikona. A skoro już przy kadzidlanym i nieco mrocznym Ikonie jesteśmy, to warto tu polecić klasycznego Zirha i Zirh Pure Ikon, czyli letnią odsłonę klasyka. Wprawdzie letnia wersja Pure pachnie głównie wymuskanym puryzmem, a motyw znany z klasycznego Ikona gra tu raptem ente skrzypce, ale warto te perfumy wyróżnić. No i na koniec Zirh Zirh, czyli absolutnie dyskretne perfumy, zaserwowane w rasowo amerykańskim, ultra oszczędnym stylu. Te perfumy pachną po prostu niewymuszoną, świeżością czystego prania – ale jeśli lubicie świeżość wyrażoną podobnie, do tej z Prady Infusion d’Homme oraz Avon Pure o2, to warto po te słabo znane perfumy sięgnąć.

uff, The End 😉

Older Posts »

Kategorie

%d blogerów lubi to: