Napisane przez: pirath | 26 Kwiecień 2017

BOHOBOCO, czyli Polacy nie gęsi i własną niszę posiadają…

Jakiś czas temu popełniłem wpis o rodzimych markach modowych, które mają w swej ofercie również perfumy, gdzie wspomniałem o min. marce BOHOBOCO. Nie ukrywam, że ich kolekcja prezentowała się na tle konkurencji najsolidniej i najbardziej obiecująco (wygląd, deklarowana treść, oprawa) i nabrałem wielkiej chrapki, by poznać ją w całości. Kilka dni później, ku memu wielkiemu zdziwieniu dostałem wiadomość od marki, z pytaniem czy w związku z wpisem, chciałbym otrzymać ich „bombonierkę” z próbkami perfum. Nie ukrywam że przystałem na tę propozycję z wielkim entuzjazmem – i oto dwa dni później do mych drzwi zapukał kurier, ze sporych rozmiarów pakunkiem. Szczerze powiedziawszy nawet od Sergea Lutensa nie dostałem tak wypasionego wizualnie setu próbek.

Zresztą wystarczy spojrzeć na załączone zdjęcia z unboxingu, by dostrzec wysokiej gramatury papier kredowy i detale rzeczywiście zdradzające wysoki poziom i podkreślające jak najbardziej uzasadnione aspiracje marki ku ekskluzywności. Jak wiecie opakowanie ma dla mnie marginalne znaczenie, stawiam przede wszystkim na jakość samej kompozycji – ale jestem naprawdę mile zaskoczony jakością i starannością wykończenia tej „bombonierki” Bombonierka przeleżała ponad 2 miesiące, nim zdrowie i czas pozwoliły mi pochylić się nad jej szlachetną zawartością, ale oto pora na wnioski.

Dwuczłonowe nazwy perfum określanych przez markę jako uniseksowe – w moim odczuciu wskazują ogólną rozpiętość tematyczną każdej z kompozycji i jak się wkrótce okazało, moje gdybania odnalazły pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Owa rozpiętość przekłada się na odgórne określenie rzeczywistego i dosłownego spektrum/ ram kompozycji – utrzymanych w oszczędnym duchu szlachetnego minimalizmu, a więc zero barokowej rozwiązłości i zbędnych detali. Więc jeśli na etykiecie napisano, że coś pachnie tym i tym, to perfumy będą wybrzmiewać w zasadzie wyłącznie tym, co deklaruje ich nazwa. Ten dualizm i dwubiegunowość, to starcie zaanonsowanych nazwą żywiołów potraktowano dosłownie i byłem bardzo ciekaw jak to połączenie wyjdzie w praktyce – albowiem zestawione tu ze sobą nuty, tylko częściowo i pozornie wyglądają na łatwe i wzajemnie do siebie pasujące duety.

Zdradzę, że wyszło różnie, bo choć wąchając dany zapach, czuć po jednej stronie np. kwiat, a po drugiej kadzidło, które jakoby określają sztywne i nieprzekraczalne ramy tematyczne kompozycji – a gdzieś pomiędzy nimi i na styku obu ingrediencji, odbywa się ich płynne połączenie z detalami uzupełniającymi, to niemal wszystkie wykładają się na jednym detalu… Przedwczesne przemijanie i stosunkowo szybkie zanikanie / zacieranie się głównego wątku tematycznego – objawiające się szybko zanikającymi detalami i konturami bukietu oraz nikłą projekcją i trwałością. Kilka godzin niezbyt czytelnej i wyraźnej bytności to moim zdaniem za mało… Zwłaszcza, że charyzmatyczne, pełne naturalnego kolorytu i przecudnej urody otwarcia każdej z kompozycji, podnoszą poprzeczkę oczekiwań naprawdę wysoko…

Ale tym czym perfumy BOHOBOCO robią największe wrażenie, jest dbałość i uczciwość z jaką tytułowe ingrediencje, stanowiące filar każdej jednej kompozycji – korespondują z przyjętym nazewnictwem. Wprawdzie z wiernością i autentyzmem użytych nut bywa różnie – ale sytuacja, by nazwa była tak wierna i adekwatna do treści, to w świecie perfum swoisty ewenement… Wprawdzie czasem kierunek w którym popłynęły ujęcia poszczególnych nut mogą zaskakiwać, można czuć swoisty niedosyt, a nawet zawód ich przedwczesnym zanikaniem i niedostateczną głębią – ale tu nazwa ZAWSZE koresponduje z treścią. Autorami wszystkich kompozycji jest duet Michał Gilbert Lach i Kamil Owczarek.

Perfumy są oferowane w koncentracji parfum i dostępne w jednolitych dla całej kolekcji flakonach, o pojemności 50 ml. Trzeba przyznać że są proste i ładne oraz silnie inspirowane ideą wysmakowanego minimalizmu – a za ich ostateczne wykończenie i wzajemną odmienność, odpowiada jedynie kontrastujący kolor cieczy, charakterystyczny dla każdej z kompozycji. Ów kolor i jego głębia konweniują również z „masywnością” i głębią samych kompozycji – więc zapachy o barwie najbardziej przezroczystej i delikatnej, anonsują najlżejsze kompozycje i analogicznie wygląda to w drugą stronę. Niby oczywiste, ale nie wszyscy wytwórcy są w tej materii równie pragmatyczni i konsekwentni. A teraz pora na wnioski po zapoznaniu się z kolekcją.

Geranium Balsamic Note – to prześliczne, no po prostu urocze i bardzo przy tym delikatne geranium – które dopełnia naprawdę niszowa, chłodna i poważna nuta kadzidła frankońskiego i mam wrażenie innych żywic. Ale niekoniecznie żywic kojarzących się z balsamicznością i obłością, co ich drapieżnym, lekko świdrującym, chłodnym i nieco surowym charakterem. Temu kadzidłu jest zdecydowanie bliżej do genialnego Rock Crystal Oliviera Durbano, niż jego miękkiemu, jowialnemu i ciepłemu ujęciu, z choćby Encens Flamboyand Annic Goutal. Zaś geranium jest głębokie i mięsiste, o ciemno purpurowych, zamszowo atłasowych purpurowych płatkach, niczym grubych teatralnych kotarach – więc jego barwa nie jest skrząco zielona i pląsająca, co krwiście czerwona, dojrzała i stateczna, ale zapewniam że przepiękna. Niestety ich mariaż trwa raptem moment, po czym następuje pewne tąpnięcie i całość bukietu, ta cała jego lekkość jakby przygasła, zagrabiając gdzieś swą drapieżną świeżość, nie ukrywam, najmocniejszy i najpiękniejszy akcent otwarcia całej kompozycji. Trochę mi tego brakuje w późniejszej fazie, ale to co pozostało po rozproszeniu się „atomowego grzyba aplikacji„, wcale nie jest złe. Jedyne co może rozczarowywać to stosunkowo krótka trwałość i przytłumiona projekcja. Szkoda, bo gdyby ten cudnej urody romans geranium i kadzidła potrwał dłużej, to zapach miałby szansę zrobić na rynku furorę.

Vanilla Black Pepper – a ten z kolei mnie rozczarował, świeczuszkowatą płaskością i syntetycznością tytułowej wanilii. Ten zapach jest niemal płaski i beznamiętny, brak mu przestrzenności, życia i charyzmy, choćby w ułamku zbliżającej go do arcy charyzmatycznego Tobacco Vanille Toma Forda. Ot takie wanilinowe (bo z wanilią to nie ma nic wspólnego), lekko aromatyzowane woskowe świeczuszki, w zasadzie grające solo – bez udziału wspomnianego pieprzu, który sprawia wrażenie nieobecnego i zupełnie spłowiałego. Tu spore rozczarowanie i zawód, bo połączenie wanilii i pieprzu jest bardzo ciekawe i w zasadzie trudno je czymś zepsuć lub oszpecić – a jednak tu wypada płasko, syntetycznie, bez polotu, nienaturalnie i nijako. Szkoda, bo zapach miał ogromny potencjał, który zepsuły prawdopodobnie kiepskiej jakości olejki lub przekombinowana wizja kreatora, który bawiąc się w wydumany minimalizm, zupełnie podciął i wyciął kompozycji skrzydła. Ta chemiczno ołówkowa wanilia jest w ogóle do siebie niepodobna, a „pieprz” bardziej przypomina kurz, niż aromatyczną i świdrującą w nozdrzach przyprawę. Dla mnie to przede wszystkim pachnie obco, sztucznie i tanio. Niczym najtańsza świeczka zapachowa i stanowi dla mnie autentyczną antytezę ciepła, apetyczności wanilii i pikanterii pieprzu, które tu zniwelowano do zera. Nie wiem tylko po co, ale w moim odczuciu ten zapach i jego ogromny potencjał po prostu zrujnowano… Ale jeśli zapomnieć o pieprzu i wanilii, to zapach pachnie całkiem podobnie do Próchnikowego Gryfa, Avonowego Classica i Xoxoba Pour Homme – a więc trzech równie zgrzebnych, ołówkowo drzewnych casualowców i pomimo braku jakiejkolwiek unikalności, to jedyny plus który odnajduję w tej kompozycji.

Sea Salt Caramel to całkiem intrygująca kompozycja, tyle że niewiele mająca wspólnego z solą i karmelem, nawet jeśli potraktować temat umownie. Owszem w początkowej fazie występuje tu pewien rodzaj miękkiej i maślanej słodyczy (takie toffi), ale zamiast soli użyto zdaje się kocanki (nieśmiertelnika) i innych wysoce wytrawnych i ostowatych ziół, mających sprawiać wrażenie surowej i suchej roślinności na wybrzeżu, zwykle porastającej wydmy. Nie powiem pachnie to bardzo ciekawie i niebanalnie, ale jednocześnie sprawia wrażenie perfum jednoznacznie zdeklarowanych jako rasowo damskie i zarazem bardzo specyficznych. Od razu mówię, że to nie żadne banalne Candy, czy inne Daisy, ale zapach choć wyrazisty, oryginalny i naprawdę interesujący – jawi się jako wybitnie damski, z naciskiem na WYBITNIE, zwłaszcza gdy zaczynają o sobie dawać znać, mocno wyczuwalne w głębi kompozycji anonimowe kwiaty i zioła. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, bardzo zresztą silnemu, że te perfumy przypominają lub były inspirowane Annick Goutal Sables – zwłaszcza że z głęboką, wylewną i upierdliwie słodką słodyczą ani słonością karmelu, te perfumy nie mają absolutnie nic wspólnego. I jak na ironię, te perfumy są diabelnie trwałe i nośne…

Sandalwood Neroli to kolejne naprawdę intrygująco zaaranżowane zestawienie nut, pachnące naprawdę ciekawie i niesztampowo, z iście niszowym zacięciem – ale znów nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kompozycji brakuje siły i energii do egzystencji. Ja rozumiem, że autor nie chciał popełnić siekiery, a coś delikatnego i na lato – ale delikatne perfumy wcale nie muszą mieć problemów z trwałością i projekcją. Zwłaszcza gdy po uwzględnieniu niewielkiej pojemności flakonu, wypadają na tle konkurencji naprawdę kosztownie. Tym niemniej tutejszy sandał wybrzmiewa naprawdę pięknie i naturalnie, a towarzyszące mu neroli lekko gorzko oraz zielonkawo i szczęśliwie niezbyt wylewnie. Razem stanowią naprawdę oryginalne i ładnie się uzupełniające połączenie. Jest więc wstrzemięźliwie, ale i lekko wytrawnie – i choć jest to dzieło wybitnie minimalistyczne, zaaranżowano je na wyczuwalnie orientalną modłę. A przy tym zapach nie jest ani trochę przytłaczający, wręcz przeciwnie – to chłodne, oszczędne, purystyczne i subtelnie pudrowe neroli, wręcz chłodzi i do końca kompozycji, to wyraźnie ono gra tu pierwsze skrzypce…

Eucalyptus Patchouli to ładny, przyjemny, wytrawny i zielony, utrzymany w siarczyście wytrawnych klimatach surowych Bvlgari Pour Homme i Hermesa Eau de Gentiane Blanche, ale to doprawdy urocze pachnidło, suche, wytrawne, ostowate i świetnie pasujące pod wyjściowy outfit na cieplejsze pory roku. Zapach jest trochę ostry i bije od niego swoista władczość, więc sprawi się podczas negocjacji z kontrahentem równie dobrze co Chanel Egoiste i Hermes Terre. Gdy już trochę umości się na skórze, staje się autentycznie prześliczny i niesamowicie świeży, energetyzujący i pomimo iż wybrzmiewa głównie ostowatą suchością niegdyś aromatycznych i esencjonalnych ziół, autentycznie orzeźwia i chłodzi. To taka sucha i w sumie chłodna woda kolońska, ale pozbawiona akcentów cytrusowych. O ile do sugestywności eukaliptusa nie mam większych to tutejszą i niemal w ogóle do siebie niepodobną paczulę – polubią przede wszystkim miłośnicy Muglerowego Ice Mena. Wprawdzie w wersji dojrzałej jego początkowa buta łagodnieje, ale zapach ma jaja i pachnie trwale (!) do samego końca – i do samego końca pozostaje interesujący, wyraźny, spójny i naprawdę ciekawy.

Coffee White Flowers to od pierwszego niucha, tandetna, tania i arcy syntetyczna neska – czyli najgorsza możliwa postać kawy, na jaką można trafić w perfumach. To już te podtykane pod nos w pewniej sieciówce flakony z „ekstraktem z kawy” pachną wierniej. Na szczęście po około godzinie, gdy ten odpychający, zimny, pseudo kawowy koszmarek ulegnie rozproszeniu (nie mogłem się doczekać), do głosu dochodzą wspomniane białe kwiaty, ale w liczbie mnogiej i bez wskazania na konkretne gatunki. To nie komplement, gwoli zbieżności z nazwą, bo rzeczywiście wypadają ogólnikowo i nieczytelne. I od tego miejsca, podobnie jak w przypadku Sea Salt Caramel, kompozycja wykazuje wyraźny przechył w stronę żeńską. Nie powiem wybrzmiewające echo zwietrzałej neski i spłowiała i matowa biel kwiatów, układają się koniec końców w naprawdę intrygującą i całkiem strawną historię – tyle że by jej doczekać, trzeba przetrwać tę paskudną kawę rozpuszczalną oraz rozmytych woniach kwiatowych.

Olibanum Gardenia to zapach, po który sięgnąłem jako pierwszy i poniekąd najbardziej mnie rozczarował. Z nazwy olibanum wymieniono tu na pierwszym miejscu, ale czuć go wyraźnie mniej niż w Geranium Balsamic Note, gdzie nie ma nawet o nim wzmianki. W praktyce tytułowe olibanum wypada skromnie i nazbyt oszczędnie, jak na pierwsze skrzypce i potraktowano je po macoszemu – kosztem gardenii, która bardzo szybko przejmuje pierwsze skrzypce i niepodzielnie dominuje kompozycję po sam jej kres. Spodziewałem się, że kwiat będzie tu przeciwwagą, swoistą kontrą dla monolitycznego kadzidła, a w praktyce otrzymujemy w zasadzie kwiatowy monolit, bez większego udziału zimnego kadzidła frankońskiego – acz równie chłodny, surowy i zaaranżowany tak, jak zaaranżowano nuty balsamiczne we wspomnianym Geranium Balsamic Note i flagowym kadzidle Heeley’a. Nie powiem zapach jest przyjemny, oryginalny i wysoce niesztampowy, ale wyraźnie kwiatowy i najmocniej rozczarowuje zbyt szybkim odejściem, od wyjątkowo powierzchownie i po macoszemu przedstawionego olibanum. Zapach jest przy tym całkiem trwały i równie dobrze projektuje – szkoda tylko, że z całej ósemki jest najbardziej nie na temat. Mogli sobie darować w nazwie to olibanum, albo zamienić kolejność, dając na pierwszym miejscu gardenię – zamiast robić biednemu olibanofilowi apetyt…

Red Wine Brown Sugar to moim zdaniem najciekawszy i najbardziej udany zapach w całej kolekcji. Pachnie przepięknie, ultra frapująco i oryginalnie, jest absolutnie nietuzinkowy i w równym stopniu porywa swym wysmakowanym, głębokim bukietem. To doprawdy porywające połączenie brązowego cukru, niemalże wyzbytego swej słodyczy oraz głębi garbnikowego moszczu czerwonego wina. Zupełnie jakby do wiekowego, bardzo ciemnego, niemal zupełnie już zwietrzałego i wysoce garbnikowanego Burgunda – dosypać brązowego cukru, a całość podgrzać i wdychać opary tak spreparowanej mikstury. Uprzedzę, że klasycznie wyrażonego wina w tym pachnidle niewiele, a więc zapomnijcie o konotacjach z Durbanowym Kamieniem Filozoficznym, czy choćby Chanel Egiste (pierwsze wydanie). Tu więcej jest ostowatych i wytrawnych wtrąceń od aromatycznych, suchych śródziemnomorskich ziół, niż specyficznej woni wina i tym razem wcale nie postrzegam tego jako wadę. Dzięki temu zapach pachnie tym przyjemniej i dojrzalej, autentycznie zachwycając subtelną głębią swego dyskretnego, ale prawdziwie intrygującego bukietu. Bukietu o rzadko spotykanym połączeniu wyszukanej głębi i delikatności, który ponadto charakteryzuje naprawdę dobra trwałość i projekcja, przy czym jest to pachnidło na wskroś dyskretne i ciche. Zapach chwilami przypomina wytrawno ostowate klimaty Eucalyptus Patchouli, ale wytrawność eukaliptusowej paczuli wyraźnie skłaniała się w stronę zieleni, gdy wytrawność Red Wine Brown Sugar wyraźnie skręca w stronę rozgrzewającego ciepła. Doprawdy fenomenalne pachnidło i choć nie wybrzmiewa winem w sensie dosłownym, to jednak zawoalowane inkantacje dobijające z głębi kompozycji, naprawdę wybornie korespondują z tradycyjnie sugestywną nazwą.

Pomimo chwilami mocno rozczarowującej trwałości i zbyt szybko niknącej projekcji, perfumy made in BOHOBOCO, zdają się mieć naprawdę solidną koncentrację (wysokie stężenie olejków zapachowych) – bo tłustawy film po ich aplikacji, potrafi utrzymywać się na skórze nawet przez 5-6 godzin. A więc dłużej niż wynosi wyczuwalna trwałość co niektórych kompozycji, co poniekąd zakrawa o ironię – bo przecież mowa o pachnidłach w koncentracji EdP. I paradoksalnie w wysokiej koncentracji tych perfum, może leżeć przyczyna ich słabowitych osiągów co niektórych i prawdopodobnie w cieplejsze dni, te perfumy zaczną pachnieć mocniej i dłużej. To trochę boli, bo BOHOBOCO tanie nie jest, zresztą ceny perfum to zawsze temat drażliwy i budzący kontrowersje. Tyle że tu mowa o marce której ekskluzywność, a wiec i „niszową” cenę naprawdę widać po detalach wykończenia oraz czuć po nietuzinkowym unikalnym kroju większości z tych z kompozycji. Poważnie, to nie tylko czcze aspiracje działu marketingu, bo przynajmniej połowa tej kolekcji to autentycznie nisza – choć głównie w treści, bo forma chwilami kuleje…

A gdybyś miał przyrównać, to jak to pachnie? Trudno wskazać jedną markę, która oferowałaby coś w stylu BOHOBOCO, bo portfolio marki jest zbyt zróżnicowane tematycznie, aby generalizować. Ale połączenie przymiotów i cech niektórych kompozycji Oliviera Durbano, Pro Fumum Roma i po trochu L’Artisan Parfumeur oraz starego (za kadencji Sheldrake’a) Lutensa, daje mniej więcej obraz stylu i sznytu BOHOBOCO. Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie iż dobór zestawianych ze sobą motywów przewodnich nie miał na celu ich wzajemnego dopełnienia – a wzajemnego przeciwstawienia się, na zasadzie z rozmysłem zaaranżowanej kontry. W większości przypadków ten zamysł się sprawdził, tworząc w efekcie naprawdę intrygujące i efektowne brzmienie, które wyłamuje się przyjętym konwenansom – czym marka jeszcze bardziej podkreśla niszowość i unikalność swych kompozycji. Tylko w kilku przypadkach tytułowy duet przeistoczył się dość szybko, w monotematyczny lub zdominowany przez jedną z nut monolit. Wprawdzie producent deklaruje iż są to kompozycje uniseksowe, jednak czuć w nich wyraźną i chwilami bardzo mocno zaakcentowaną obecność kwiatów – a więc wyraźny przechył w stronę perfum damskich, co znając profil marki nie powinno nikogo dziwić. Na szczęście perfumy nie mają płci i o ich ostatecznym brzmieniu oraz finalnym sznycie, decyduje nie odgórna segmentacja producenta, a chemia skóry nosiciela. To i moje własne doświadczenia dowodzą, że po perfumy BOHOBOCO z powodzeniem mogą sięgać mężczyźni – zwłaszcza jeśli cenią minimalizm i niewymuszony indywidualizm, którymi emanują te kompozycje.

I żeby nie było, że tylko się czepiam i krytykuję, pora na garść zasłużonych pochwał. Po pierwsze postrzegam tę markę jako swoisty „klejnot w koronie” rodzimych brandów parających się perfumiarstwem – głównie ze względu na wysmakowaną i oryginalną formę, w jakiej zaserwowali światu swą ofertę – ale przede wszystkim dlatego, że jako jedyni zatrudnili własnych kreatorów (nosów). Perfumiarzy, których z dumą przedstawiono światu, z imienia i nazwiska – a którzy od początku do końca odpowiadają za krój i jakość sygnowanych przez markę perfum. Po drugie, to nie są przypadkowe i koniunkturalne perfumowe „gotowce„, pochodzące z zasobów firm parającej się dostarczaniem gotowych i anonimowych kompozycji na zamówienie – a zapachy, które rzeczywiście nie mają w przyrodzie precedensu (to że coś mi przypominają, wcale nie znaczy że pachną identycznie) i autentycznie coś sobą wnoszą. To dowodzi jak bardzo poważnie marka podchodzi do swego wizerunku oraz szacunku dla swoich klientów. Zapachy BOHOBOCO są naprawdę niezłe, na swój sposób awangardowe, niebanalne i przy tym wszystkim wciąż w pełni noszalne – więc marka już teraz może być dumna, z tak wszechstronnej i interesującej kolekcji. A jeśli popracują jeszcze nad sferą techniczną swych pachnideł, czyli zwiększą ich trwałość i wymienią niektóre z użytych olejków zapachowych (min. paskudna kawa i tandetna wanilia) na ich bardziej sugestywne wersje – to perfumy BOHOBOCO staną się jednym z najlepszych polskich towarów eksportowych i produktów luksusowych, które z dumą i bez kompleksów zasugeruję każdemu przyjezdnemu miłośnikowi perfumiarstwa.

Mam nadzieję, że nie będzie z tego stałej serii i jakość obsługi klientów w rodzimych perfumeriach będzie ulegała sukcesywnej poprawie i patologii będzie mniej – ale póki co, mam kolejne perełki do kolekcji… 🙂 Dziś serdeczna znajoma przypomniała mi o sytuacji, której notabene – sam przed laty doświadczyłem, w jednej z dużych sieciówek. Otóż na moje pytanie o jakiś zapach, usłyszałem informację, że już go nie będzie, bo został wycofany. No cóż zasmuciłem się, bo bardzo chciałem te perfumy ponownie kupić, a tu taki pech… Ile to się wówczas człowiek nazłorzeczył w duchu i napomstował, na podłego producenta – a jak się nierzadko okazuje, bezpodstawnie… Niestety manipulacja, niedomówienie, a kolokwialnie rzecz ujmując wyrachowane kłamstwo, którego używają zapewne specjalnie w tym kierunku szkolone konsultantki – polega na tym, że zapachu wcale nie wycofano… A dokładnie: nie wycofano/ zaprzestano jego produkcji, tylko został on wycofany/ przestał być oferowany – jedynie w tej konkretnej perfumerii!. Oznacza to, że inne perfumerie prawdopodobnie nadal go oferują i zapach wciąż jest produkowany oraz dystrybuowany – tyle, że z różnych przyczyn zniknął z oferty tej konkretnej firmy lub oferty lokalnego dystrybutora…

Sam nie raz słyszałem, że dany produkt został wycofany i już go nie będzie, tyle że nikt nie dopowiedział magicznego „u nas” – o czym zresztą potem się naocznie przekonywałem, widząc ów produkt, nawet po latach! Stał sobie na półce u konkurencji, albo w ofercie sklepu internetowego – wciąż osiągalny i sprawdzając na stronie producenta, nadal oficjalnie dostępny. Oczywiście czasem zdarza się, że ktoś czyści magazyny i ostatnie transze produktu już oficjalnie nieprodukowanego, wypływają gdzieś w większej ilości na rynek – ale wycofanie z lokalnej oferty, nie jest tożsame z wycofaniem z produkcji w ogóle!. Oficjalnie ciężko zarzucić tak spreparowanej informacji celowe działanie na szkodę klienta i prawdopodobnie niewiele osób jest na tyle zorientowanych w zasadach dystrybucji, by temat drążyć i dociekać jak jest naprawdę. Większość klientów poczuje się mniej lub bardziej rozgoryczona niedostępnością ulubieńca, ale pogodzi się z tym i poszuka na miejscu alternatywy. Szkoda tylko, że najczęściej damy zarobić tej samej perfumerii, która nas przed chwilą wprowadziła w błąd – celowo zmanipulowanym przekazem, opartym na korzystnie dla niej przedstawionej półprawdzie…

Powiecie, że przesadzam, bo przecież konsultantka nie psiknęła mi testerem po oczach, a druga, zaczajona z tyłu – nie zdzieliła mnie w łeb innym testerem, bym stracił przytomność. Przecież nie ukradły mi portfela, ani nie wyczyściły karty robiąc mi lipną sprzedaż Diora Sauvage, gdy leżałem nieprzytomny na posadzce – nim koniec końców wywlokły mnie w w dwójkę i porzuciły nieprzytomnego, gdzieś w zaułku pasażu galerii… 😉 Wreszcie ktoś powie, że to tylko drobne niedopowiedzenie, niewinna kwestia wizerunkowa – bo perfumerii jest głupio przyznać się przed światem, że wycofała się z produktu, który wcześniej z takim przekonaniem oferowała… Fajnie, ale to wciąż dbałość o interes firmy, a nie klienta i niesmak pozostaje – a zwłaszcza gdy sprawa się rypnie. Wyrachowanie tej zagrywki polega na tym, by klient przypadkiem nie poszedł do konkurencji szukać swego ulubieńca, a został tu gdzie przyszedł i kupił co innego. Tak ma to w zamyśle wyglądać, tyle że raz oszukany w ten sposób klient, już raczej nie wróci do sklepu gdzie został okłamany / zmanipulowany – tylko po to, by sprytnie nakłonić go do zakupu innych perfum, bo skoro już tu jest, to głupio wypuścić go z pustymi rękoma, nie?

____________________________________________

Może to o czym teraz wspomnę, bardziej podpada pod wydumanego offtopa niż temat pokrewny – ale również podpada pod swoistą żenadę. Nie wiem, czy zauważyliście, ale Guerlain zmieniło i ujednoliciło kształt flakonów swoich męskich zapachów. Niby fajnie, ale mi to śmierdzi na kilometr cięciem kosztów i szukaniem oszczędności – wszak bajerancki flakon z drewnianym lub metalowym korkiem, o wymyślnym kształcie kosztuje krocie (w hurcie nawet kilka euro), więc oszczędności idą w miliony i pewnie dzięki temu nie zbankrutują (tak, to był sarkazm)… Tyle, czy ekskluzywnej, elitarnej i wysoce prestiżowej marce pokroju Guerlain – przystoi cięcie kosztów tam, gdzie najmocniej to widać i gdzie negatywne oddziaływanie na klienta, ma największy nacisk? W walce o klienta wygląd flakonu ma kluczowe znaczenie, ale Guerlain postanowiło cofnąć się w ewolucji i zaproponować butelkę z odzysku – po jakiejś hipsterskiej maści odczulającej na gluten?

Ocena ich obecnego wyglądu, to oczywiście kwestia gustów, ale nowe flakony wyglądają jak oldskulowe flaszki, po dziadkowych wodach kolońskich, z przed 50 lat – więc jest raczej mało prawdopodobne, by po taki zgrzebny, retro flakon, spontanicznie sięgnął ktoś młody… Powiecie że produkty Guerlain skierowane są do dojrzałych i wyrobionych koneserów, fajnie tylko każdy dojrzały koneser też kiedyś był młody i eksperymentował z nowymi markami. I jak ma się nie zrazić i podświadomie uprzedzić do marki (a umówmy się, Guerlain cenione jest wyłącznie przez klientów obytych), która na dzień dobry (już za młodu, gdy skorupka nasiąka) odstrasza go niezbyt atrakcyjnym flakonem? Więc jak dla mnie marka strzeliła sobie w stopę i ostro w przyszłości za to beknie – ale tak to już jest, gdy decydujący głos mają księgowi…

____________________________________________

No i coś co irytuje mnie najmocniej, to sugerowanie że zapach zawiera w sobie różniej maści afrodyzjaki lub feromony, które sprawią, że wszystko co żyje (włączając w to drzewa i tablicę rejestracyjną ze skutera mojego sąsiada) będzie się chciało ze mną przespać lub mi się oddać… 🙂 Ja rozumiem, że kreatywność kreatorów marketingowego bełkotu (w tym skryptów dla sprzedawców) nie zna granic (a zwłaszcza w kontekście wypowiedzi Einstein’a, że jedynie wszechświat i ludzka głupota są niekończone), ale pogrywanie na tak niskich i tanich instynktach, jest już samo w w sobie tak żenujące – że odechciewa się tłumaczyć (merytorycznie), dlaczego takie perfumy rzekomo zawierające feromony, nie mają prawa zadziałać. No chyba, że ktoś czuje się lochą i aktualnie poluje na jurnego knura… 😉 Jeśli kogoś interesuje temat perfum z feromonami i chciałby wiedzieć dlaczego jest to mit – to polecam zapoznać się z jego rozwinięciem TU.

____________________________________________

I na koniec „kwiatuszek„, o którym przypomniała mi jedna z czytelniczek (serdecznie pozdrawiam Panią/Pannę Avarati). Chodzi o „voodoo” z dobieraniem ludziom perfum, z rzekomym uwzględnieniem koloru ich włosów, tudzież karnacji. Eeeee a jak kobitka, albo facio przefarbuje włosy, to czy z automatu zmienią im się gusta zapachowe i mają wymienić już posiadane flakony, na bardziej adekwatne do ich aktualnego „outfitu i look’u” lub o zgrozo wzrostu??? 😉 A ja głupi sądziłem, że o doborze perfum decydują wyłącznie indywidualne i niemożliwe do odgórnego zaszufladkowania gusta zapachowe i ewentualnie pora roku oraz okazja. A tu się okazuje, że o wszystkim decyduje kolor włosów (a chodzi o aktualny, czy naturalny?), karnacja (to czy jest się „latem, albo zimą”), albo znak zodiaku… 😀 Swoją drogą, ciekawe czy na zachodzie pytają klientów o wyznanie, bo przecież powinni – co by przypadkiem nie urazić jakiegoś migranta, oferując mu zapach, który nie jest koszerny, albo halal… 😀

Tylko patrzeć jak konsultantki w perfumeriach zostaną przeszkolone z zakresu numerologii, astrologii i wróżbiarstwa, by móc stawiać klientkom tarota, sprawdzać aury oraz na poczekaniu oczyszczać im czakramy. Dzięki czemu będą mogły efektywniej wciskać kit, tfu. dobierać im kosmetyki i zapachy – bo przecież pytanie o gusta zapachowe i preferencje jest takie bezpośrednie, banalne i wścibskie… Lepiej postawić klientce kabałę, albo powróżyć jej z magicznej kuli, dobierając jej odpowiedni krem i zapach, wedle fazy księżyca i znaku zodiaku – niż uwzględniając właściwości jej skóry i dotychczasowe doświadczenia… 😀 A może krótkie spojrzenie na linię życia, na dłoni? Od razu będzie wiadomo, czy opłaca się inwestować w drogie kremy przeciwzmarszczkowe – chociaż lepiej nie, bo to mogłyby negatywnie wpłynąć na sprzedaż tego rodzaju produktów… 🙂

I pomyśleć, że kiedyś konsultantki dociekliwie pytały klientów o ich ulubione zapachy, drążąc w którym kierunku ewoluują klienta gusta zapachowe. Gdy wystarczy wcisnąć babeczkom, że właściwy dobór perfum zależy od koloru ich włosów – a facetom wciskać, że laski będą na nich lecieć, gdy użyją perfum X. No i co zrobić gdy ktoś włosy przefarbuje, zetnie, albo założy perukę? A co jeśli klientka nosi, albo założy koloryzujące szkła kontaktowe? Czy wówczas, aby odczynić zły urok, wystarczy splunąć trzykrotnie przez lewe ramię – czy też trzeba sięgnąć po solidniejsze argumenty i nasmarować się na noc np. niedźwiedzim sadłem* (oczywiście hypoalergicznym i w bezglutenowej wersji wegańskiej). Oczywiście szydzę i wyśmiewam, bo konia z rzędem kto wskaże choćby najmniejszy związek przyczynowo skutkowy (merytorycznie i rzeczowo) pomiędzy powyższą „szarlatanerią„, a rzetelnym doradztwem – ale dobrze wiedzieć że w XXI wieku, wciąż są perfumerie posługujące się równie „profesjonalnym” i rzetelnym doradztwem… 🙂

*czy dostrzegacie tu życiową szansę dla producentów leków? Od teraz taki syrop na kaszel, można sprzedawać już nie tylko w wersji dla suchego i mokrego kaszlu!. Huraaa!, od teraz oba mogą być dostępne w wersji dla blondynek i brunetek oraz dodatkowo w wersji bezglutenowej i bezlaktozowej! Tyle nowych możliwości łupienia, tfu stwarzania urojonych potrzeb, tfu dogadzania klientom 🙂

____________________________________________

Mam świadomość że powyższe, może sugerować iż konsultantki w perfumeriach to wyrachowane harpie – bezwzględnie czyhające na nasze portfele, choć wcale nie jest tak źle. Niestety najmocniej widoczna i rzutująca na postrzeganie ogółu jest patologia i skrajności, ale nie dajmy się zwariować (zaleca się nie zabierania ze sobą do perfumerii osikowego kołka i wody święconej). Niestety ceną za powyższe nadużycia jest dystans i nieufność klientów, którą odzyskać jest czasem niemożliwe – ale tym akurat spece od obmyślania strategii efektywnej sprzedaży, zdają się nie zawracać sobie głowy. Owszem zalecana jest ostrożność i czasem warto zaufać własnemu instynktowi i zakup na spokojnie przemyśleć – ale w perfumeriach naprawdę można spotkać profesjonalistów o zdrowym podejściu do klienta i sprzedaży – słowem ludzi, którzy wciąż kierują się w swej pracy etyką i zadowoleniem przede wszystkim klienta. I jako konkluzję do dzisiejszego wpisu, chciałbym Wam i sobie z tego miejsca życzyć dużo częstszego kontaktu, z właśnie tego pokroju doradcami.

Przedostatni, wyjątkowo ciepły weekend (23 stopnie), dość brutalnie przypomniał mi – jak ważny jest odpowiedni dobór perfum, do temperatury otoczenia… Spacerowałem sobie jedną z Bolkowskich alejek, rozkoszując się pięknymi okolicznościami przyrody i wdychając łapczywie subtelną woń pierwszych kwitnących drzew – gdy w pewnym momencie zostałem spacyfikowany, przez idących około 20 metrów przede mną, „Janusza i Grażynę”. Idąca przede mną „Grażka„, „wywaliła na siebie” z pół flakonu jakichś wyjątkowo tandetnych perfum (zapewne drugie pół flakonu asekuracyjnie skitrała w torebce, aby później dopsikać) – a towarzyszący jej „Janusz„, ciągnął za sobą niemiłosiernie długi i równie przytłaczający ogonek, zaciągający wyjątkowo upierdliwą w odbiorze „alternatywą Le Male„… Diabli nadali! (myślę sobie), tracąc od tego fetoru dech i nie mogąc już tego zdzierżyć – po prostu skręciłem w boczną alejkę, uwalniając się od wyjątkowo dokuczliwego towarzystwa. Hmmm, jeśli ci państwo chcieli zrobić „wrażenie na otoczeniu” – to obawiam się iż osiągnęli efekt zgoła odwrotny do zamierzonego – bo zamiast podkreślić zapachem swą obecność, zgotowali swemu otoczeniu autentyczną kaźnie… Stąd uznałem że najwyższa pora przychylić się do Waszych próśb i przygotować mini almanach wiosennych i letnich świeżaków – bo być może uratuję nim czyjeś niewinne istnienie 😉

Od razu zaznaczam, że niniejszy spis opiewa głównie rasowe świeżaki, czyli kompozycje skrojone typowo pod najcieplejsze pory roku. Dla casualowców, czyli kompozycji, uniwersalnych i przeważnie całorocznych, niebawem przygotuję odrębny wpis. Wprawdzie w niniejszym zestawieniu znalazło się kilka pozycji, które można z powodzeniem zaliczyć do grona casualowców – ale przy odpowiedniej temperaturze i rozważnym obchodzeniu się z atomizerem, uznałem że równie wyśmienicie sprawdzą się w roli świeżaka, wszak lekkości, uroku i finezji nie sposób im odmówić. Przez świeżaka rozumiem, lekki, świeży, rześki, zwiewny i niezobowiązujący zapach – wprost idealny do noszenia go w bardzo ciepłe i upalne dni. Taki zapach z definicji ma być możliwie bezinwazyjny i nie męczący – gdyż nieznośny upał potrafi zdemonizować i przejaskrawić brzmienie, nawet pozornie niegroźnego casualowca (ale tu jak ze wszystkim, kluczem jest umiar).

Wreszcie świeżak to taki zapach, który zaczyna pachnieć efektywnie i adekwatnie, dopiero gdy dostanie temperatury i wilgoci (nasz pot i parne powietrze), a więc ciepłą wiosną i latem. Zimą gdy zimno i sucho, świeżaki wydają się słabowite, niezbyt trwałe i rozczarowują swą nikłą projekcją. Ale zima to nie czas na świeżaki, a ciepłe kompozycje drzewno przyprawowe, słodkie i balsamiczne, a nie jakieś cytrusowo ozonowe popierdółki. Ale gdy nadejdzie lato i nastaną odpowiednie warunki, wówczas te wzgardzane wcześniej popierdółki stają się najlepszym towarzyszem na nadchodzące upały i duchotę. Dopiero gdy temperatura na termometrach przekroczy magiczną barierę dwudziestu kresek – wówczas lekkie, minimalistyczne, a wręcz lakoniczne brzmienie świeżaków, w pełni rozwija skrzydła, a ich rachityczna forma i stosowanie, nabiera sensu. Zatem już nie przedłużając, oto moja subiektywna lista najlepszych świeżaków, na ciepłą wiosnę i upalne lato:

Annick Goutal – to jedna z nielicznych marek niszowych, która ma w swym dorobku aż dwa, wybornie skrojone zapachy na wiosnę i lato. Mowa o zacnych Eau de Hadrien (zarówno EdT i EdP) i Encens Flamboyand. Pewnie dziwicie się skąd w tym zestawieniu szałwiowy kadzidlak (Encens), ale ten kto je wąchał, ten wie z jaką lekkością i wirtuozerią przedstawiono w tych perfumach, tę arcy szlachetną ingrediencję. Śmiem twierdzić że Encens to jeden z najciekawszych, najbardziej nieszablonowych, najlżejszych i najbardziej uroczych kadzidlaków, jakie nosiła ziemia. Jeśli więc cytrusy, woda i ozon wydają Wam się w trakcie upałów banalne i oklepane, bo łakniecie czegoś nietuzinkowego – wówczas delikatne i arcy subtelne Encens Flamboyand stanie się wybornym, lekkim i oryginalnym towarzyszem na ciepłą wiosnę. Natomiast ci z Was, którzy wielbią minimalistyczne cytrusy, będą zachwyceni ich soczystą i diabelnie sugestywną odsłoną w Eau de Hadrian – wodzie która podbiła me serce i nozdrza z taką samą skutecznością, co lodołamacz największych letnich upałów, czyli Kenzo L’eau Par.

Avon Pure O2 – to jeden z najlepszych zapachów w ofercie tej marki i jednocześnie jeden z najlepiej skrojonych świeżaków, z jakim miałem dotąd styczność. Serio, ta niepozorna marka, po której nikt zbyt wiele nie oczekuje ma w ofercie zapach, który odznacza się tak wybornie skorelowanym brzmieniem – iż śmiem twierdzić że nie ma upałów wystarczająco wysokich, a z którymi ta ultra świeża kompozycja nie dałaby sobie rady. Upiornie czysty, purystyczno transparentny, ozonowo świeży i lekki bukiet tych perfum, to kwintesencja niewymuszonej świeżości, której Pure O2 jest swoistym ucieleśnieniem. I choć jego skład ma wybitnie chemiczny rodowód, a brzmienie syntetyczny charakter – to śmiem twierdzić, że te śmiesznie tanie perfumy, nie mają konkurencji w zwalczaniu najgorszej letniej duchoty, a przy tym pachną fenomenalnie!.

Abercrombie & Fitch – Fierce Cologne to bez wątpienia jedne z lepszych, bardziej wykwintnych i najlepiej skomponowanych perfum, jakie znam. I nie przemawia przeze mnie egzaltowany bełkot żadnego PijaRowca (nie przepadam za tą marką, ze względu na ich kontrowersyjną politykę z dostępną rozmiarówką ubrań), tylko autentyczny podziw dla fenomenu tych perfum. Jak dotąd nie poznałem wiele perfum równie lakonicznych, enigmatycznych, wyrafinowanych, finezyjnych i co istotnie – komplementogennych, co Fierce Cologne i trzeba to sprawiedliwie Abercrombie oddać, że zaorali tymi perfumami swą konkurencję, niczym pługiem wieloskibowym… Oczywiście spory udział ma tu magia ISO E Super i pokrewnych aromamolekuł, ale mimo wszystko trudno o równie szykowny, niebanalny, delikatny i szałowy zapach. Zapach tak delikatny że ledwie go czuć, ale mający przy tym sporą projekcję i tak niesamowite brzmienie, że zachwyca przeważnie wszystkich. A przy tym jest tak lekki, tajemniczy i niewymuszony, że nada się na uświetnienie każdej, nawet letniej okazji, nie zaduszając przy tym otoczenia. Jego największą wadą jest nie wysoka cena, bo choć wart jest każdej złotówki – to brak oficjalnej dystrybucji i nikła dostępność, niestety przekłada się na wysokie prawdopodobieństwo nabycia podróbki i jeszcze wyższą cenę… Paradoksalnie marka jest dostępna w sieci perfumerii Douglas, ale nie wiedzieć czemu zamiast Fierce, oferują jakiegoś niewartego zachodu gniota…

Armani – Acqua Di Gio Essenza zapytacie czemu nie wspominam o kultowym, klasycznym Acqua di Gio? Ano dlatego, że wedle dzisiejszych realiów ta siekiera to w najlepszym przypadku casualowiec i podobny los spotkał klasyczne Bvlgari Aqua i Issey’a Miyake PH – które dzisiejsze pokolenie bywalców perfumerii, prędzej określi mianem killera niż świeżaka… No niestety takie mamy czasy, że esencjonalne wonie ozonowo morskie zmurszały i nie cieszą się już uwielbieniem i pożądaniem u Seby*, co ewentualnie z przyzwyczajenia sięgają po nie Janusze*. Ale na szczęście kilka lat temu swą premierę miała wersja odświeżona tych perfum, którą skrojono tak doskonale, że śmiem twierdzić iż Essenza prezentuje się i pachnie jeszcze lepiej niż oryginał, co w przypadku remake-ów klasyków, zdarza się niesamowicie rzadko. Nieco lżejszy, dopełniony zwiewną zieleniną, nieco świeższy i mniej zaborczy bukiet wersji Essenza, radzi sobie z upałami naprawdę wybornie, wykazując przy tym dużo mniejszą tendencję do „mordowania otoczenia” swym wybujałym i nadmiernie esencjonalnym brzmieniem, co niestety miewało miejsce w przypadku klasyka. Również wyborną propozycję na wiosnę i niezbyt upalne lato stanowi Armani Eau de Cedre, którego lekki, świeży i purystycznie drzewny bukiet prezentuje się wybornie, gdy za oknem nastaje śródziemnomorska aura.

*Seba (młody chłopak), Janusz (dojrzały mężczyzna)

AXE Adrenaline to najdelikatniejszy z „trojaczków” AXE i jednocześnie zapach, który w dużym uproszczeniu można by określić mianem taniego zamiennika dla wybornego French Lover Frederica Malle. Oczywiście upraszczam i koloryzuję, gdyż taniutki AXE nie jest w stanie konkurować z arcy świeżym i niewymuszonym ujęciem zielonego kłącza irysa, z French Lover – bo jakość użytych w obu przypadkach ingrediencji dzieli swoista przepaść – tyle że początkowa faza i charakter Adrenaline, naprawdę mi krój tego French Lovera przypomina. Jeśli więc szukacie taniego, niebanalnego i naprawdę przyjemnego świeżaka, utrzymanego w klimacie świeżej zieleniny (młodziutkich kłączy wiosennych roślin) to warto się nad tym zapachem pochylić.

Azzaro – Chrome to dziś już perfumy kultowe. Od ich premiery Azzaro wypuścił pierdylion nowych zapachów – w tym flankiera naszego Chroma, ale niestety żaden z nich krojem i charakterem się do powyższego nie umywa… Chrome jest tylko jeden i choć jego ozonowo metaliczny, purystyczny, zimny i wysoce syntetyczny charakter nie każdemu przypadnie do gustu – to trzeba mu sprawiedliwie oddać, że wspaniale radzi sobie z przezwyciężaniem letnich upałów. Więc pomimo iż Chrome swoje lata już ma i jego legendarną polichromię pokryła już lekka śniedź zapomnienia – to wciąż jest to jeden z najbardziej efektywnych i przyjemnych zapachów na lato, a utrzymanych w klimacie chłodnego, nieorganicznego ascetyzmu…

Balmain – Monsieur Balmain to arcy niebanalny zapach, złośliwie utrzymany na pograniczu świeżaka i caualowca. Piszę złośliwie, a być może kapryśnie i ironicznie skrojono jego bukiet tak, by nie kłaniał się segmentacji w pas, burzył porządek i wyłamywał się sztywnym podziałom. Tyle że taki bunt ma i swe wady, bo z tego co wiem jego intrygujące i niecodzienne ujęcie, nie spotkało się z masowym uwielbieniem klientów i ponoć łatwiej jest sprzedać Beduinowi z Sahary piasek – niż  konsultantce wcisnąć komuś flakon tych intrygujących perfum. Ale jeśli szukacie na wiosnę ortodoksyjnie cytrusowych perfum, pachnących nie soczysto świeżym sokiem, a esencjonalnie inhalującym olejkiem, którym zwykle pachnie ich skórka – to arcy niebanalny Monsieur Balmain, będzie ciekawą alternatywą dla oklepanego cytrusowego świeżaka.

Bentley choć kojarzy się z głębokimi i eleganckimi kompozycjami, o typowo wieczorowym zabarwieniu – ma w swej ofercie dwa zapachy, które z powodzeniem można użyć na wiosnę lub w trakcie niezbyt upalnego lata. Wprawdzie oficjalnie są to casualowce, to przy ostrożnym obejściu z atomizerem i sprzyjającej temperaturze – Bentley Infinite oraz Infinite Rush sprawdzą się doskonale w roli towarzysza. Oba są świeże, połyskujące i posiadają skrzący się, krzemowy cytrusowy charakter, mniej lub wyraźniej ocierający się o bukiet kultowego już Terre d’Hermes – ale uroku, nienagannej prezencji, szyku i urody, nie sposób im odmówić. Wprawdzie odnoszę wrażenie, że Infinite Rush jest jakby delikatniejszy i bardziej zwiewny niż starszy brat, ale w zależności od indywidualnych właściwości skóry każdego z nas, dobór właściwego Bentleya, jest już wyłącznie kwestią gustu. Celowo pomijam w rekomendacji teoretycznie stosownego Bentleya Azure, gdyż są to perfumy tak wysoce esencjonalne i zaborcze – iż w cieplejsze dni mogłyby zamęczyć swą nadpobudliwością na śmierć, ale proponuję przekonać się o tym na własnej skórze, podczas testów.

Bvlgari na w swojej ofercie kilka kompozycji, których żywiołem jest upal i lato – ale obawiam się, że podobnie jak w przypadku Armani Aqua di Gio, jest to tylko teoria. Niestety wyrazisty i ostry bukiet kultowego Bvlgari Aqua, ma już swoje lata i podobnie jak równie szykowny co wytrawny Bvlgari Pour Homme – swoją najlepszą koniunkturę, te perfumy mają już dawno za sobą. Jest też minimalistyczno drzewny Bvlgari Man i całkiem niezły mariaż wody i kadzidła w Aqua Amara – ale tak naprawdę Bvlgari ma w ofercie tylko jedne perfumy, które spiszą się doskonale zarówno ciepłą wiosną, jak i podczas najbardziej upalnego lata. Mowa o Bvlgari Man Extreme, czyli surowy, chłodny, purystyczny, drzewno cytrusowy świeżak, oparty na kanwie wyjątkowo oszczędnie przedstawionego grejpfruta i szczątkowemu dodatkowi, równie minimalistycznie ujętych dopełniaczy tła. Zapach prosty, wręcz po spartańsku oszczędny w formie i oddziaływaniu – ale wielce przyjemny i co najistotniejsze, diabelnie skuteczny. Zresztą całkiem sporo zapachów próbuje naśladować ten dość trudny styl (min. Dior Homme Cologne, Guerlain Ideal Cologne oraz YSL Libre i Cologne), ale żadnemu się udało się to z równie pozytywnym skutkiem, co perfumiarzowi na usługach Bvlgari.

Cartier to jedna z moich ulubionych marek, bo choć niezbyt znana i popularna, to kunsztu, finezji i wirtuozerii w kreacji ich niemiłosiernie wyżyłowanych artystycznie kompozycji – mogłaby się od Cartiera uczyć nie jedna dużo bardziej rozpoznawalna i ceniąca się marka. Cartier, podobnie jak Lalique, Hermes, Laura Biagiotti, Prada, Mugler i Dior (z pominięciem wypadki z Diorem Sauvage), to brand stawiający przede wszystkim na jakość, inwencję i kunsztowność sygnowanych ich logiem kompozycji (sromotną wtopę z Cartier L’Envol litościwie im wybaczę, ze względu na całokształt) – stanowiąc godny naśladowania przykład, że wciąż można w mainstreamie sygnować perfumy z fasonem, klasą i polotem. Marka ma bardzo obszerne tematycznie portfolio, które z naddatkiem zadowoli każdego, nawet najbardziej wymagającego odbiorcę Sztuki perfumeryjnej (celowo przez duże S). Cartier ewidentnie szanuje swoich klientów i dba o nich, oferując kompozycje wykreowane ze smakiem, wyczuciem i finezją, wysmakowane i szykowne – nawet jeśli mowa o teoretycznie niezobowiązujących casualowcach i świeżakach. I wybornym przykładem tej polityki są subtelnie miętowy i zniewalający Cartier Roadster oraz (tak obezwładniająco piękny, że aż chce się wyć) Cartier Eau de Cartier Vetiver Bleu. Zwłaszcza lekki, skąpany w subtelnej vetiverze bukiet Bleu zachwyci i wybornie uświetni swą lekkością ciepłe, letnie wieczory. Ale to nie koniec, bo w odwodzie są jeszcze energetyzująco cytrusowo kardamonowy Cartier Declaration L’Eau, który zastąpił już nieprodukowanego Declaration Cologne oraz purystyczno minimalistyczne i świetnie prezentujące się latem, Cartier Eau de Cartier i Eau de Cartier Concentree, którego uszlachetniono dodatkiem ISO E Super… Gorrąco polecam poznać wszystkie i gwarantuję, że będziecie oczarowani ich niewymuszona elegancją, kulturą i wykwintnością, która z łatwością przykuwa uwagę otoczenia.

Clinique Happy for Men, pomimo iż w tym roku stał się już pełnoletni, to wciąż pachnie tak zaskakująco świeżo i radośnie – że po dziś dzień nie doczekał się konkurencji ani alternatywy. Poważnie, jedyną reakcją na brzmienie tych niesamowicie pozytywnie nastrajających do życia perfum, a jaką zaobserwowałem u siebie i otoczenia – jest szczery i radosny banan na pyszczku i nic ponadto. Happy to autentyczny ewenement i bez wątpienia jeden z najbardziej pozytywnych i wiosennych zapachów w ofercie rynkowej. Nawet damskie Moschino Light Clouds, które wybrzmiewa w podobnej tonacji, nawet się nie umywa do Szczęścia by Clinique. Te perfumy i ich świeży, radosny i kipiący szczęściem bukiet to autentyczny ewenement – i to podwójny, bo rzadko się zdarza, aby rynkowa nazwa perfum tak trafnie konweniowała z zawartością flakonu. Jeśli więc szukacie czegoś arcy wiosennego i pozytywnie nastrajającego, to szczerze polecam Clinique Happy – najbardziej antydepresyjny zapach na świecie… 🙂

Calvin Klein, do niedawna krój obciachu, tandety i banału w perfumiarstwie – od kilku lat przechodzi autentyczną metamorfozę. Ten amerykański brand wreszcie zrozumiał swą ignorancję** (wszak USA to samozwańczy pępek świata) i jakoby dostosowuje krój i parametry zapachów kierowanych do gustów Europejczyków – z nie powiem, całkiem niezłym skutkiem. I tak jak samemu jeszcze kilka lat temu wieszałem na Calvinie psy, za miałkość, banalność i kiepską jakość ich stricte amerykańskich, owocowych soczków – tak dziś z prawdziwą ekscytacją witam każdą nowość tej marki. Bo poza coraz ciekawszymi, ambitniejszymi i bardziej dopracowanymi (również jakościowo) kompozycjami, dedykowanych na wieczór i chłodniejsze pora roku – spory wycinek oferty CK, to właśnie niezobowiązujące casualowce i świeżaki, wśród których chciałbym wyróżnić co najmniej kilka. Tak więc gdy nie jest zbyt gorąco, wówczas subtelny, niezbyt złożony i wyraźnie słodkawy, ale przy tym bardzo delikatny zapach CK Reveal, na pewno nie zakłóci odbioru wiosennej aury. Również minimalistyczny Encounter Fresh jest bardzo przyjemnym i całkiem rześkim zapachem na wiosnę, czego niestety nie można było powiedzieć o jego nudnej wersji klasycznej. No i dalej polecę nieśmiertelną klasyką, czyli niezatapialnym i nieodmiennie przyjemnym CK Eternity – wraz z jego młodszym braciszkiem Eternity Now, którego dziecinna radość i świeżość, doskonale konweniuje z wiosenną aurą. Ponadto niekwestionowanymi pewniakami i perłami w Calvinowej koronie, są zaskakująco naturalnie świeży i przyjazny CK IN2U oraz najnowszym, równie ambitnym co wysublimowanym, CK2

**Amerykanie preferują ultra lekkie i arcy niezobowiązujące zapachy, o lakonicznym i skrajnie minimalistycznym bukiecie, niewielkiej projekcji i słabowitej trwałości, bo takie są ich oczekiwania – gdy w europie preferowana jest wyrazistość oraz wysoka trwałość i projekcja, zgodna z oczekiwaniami i preferencjami tutejszego rynku – od której rasowo amerykańska stylistyka perfum CK po prostu odstawała.

Collistar to marka, którą większość facetów nie kojarzy wcale, albo kojarzy z toną kremów i kosmetyków walających się bezładnie po półkach w łazience – a naniesionych w ilościach hurtowych, przez ich drugą połówkę. Ale ta niepozorna i prawie w ogóle nie kojarzona z perfumami marka, ma w swej ofercie zapach, naprawdę wart uwagi… Wprawdzie za inwencję i oryginalność należy się marce pała, bo zapach garściami czerpie od Hermesa Voyage, ale tu jest pewien problem… Otóż Acqua Attiva, pachnąca nieziemsko dobrze i zarazem łudząco podobnie do Hermesa Voyage, wyszła spod blotera Alberto Morillas’a w roku 2009 – gdy genialny Hermes Voyage autorstwa Jean Claude Elleny, miał swą oficjalną premierę w roku 2010… No i tu pojawia się niemożliwy do przejścia dylemat, bo obaj perfumiarze są niekwestionowanymi wirtuozami w swym fachu i nie śmiem któremuś zarzucić, że bezczelnie zrzynał od kolegi… Z drugiej strony te zapachy nie są identyczne, ale w przypadku kompozycji tak złożonej, charakterystycznej i zbieżnej – trudno mówić o przypadkowej koincydencji, wiec powiem tak… Sprawdźcie sobie koniecznie wodę Acqua Attiva, choćby ze względu na jej cenę – która w odniesieniu do Hermesa, jest co najmniej trzykrotnie niższa, a osiągi oba zapachy mają równie podobne…

Creed – Aventus, to zapach o którym przypomniałem sobie niemal w ostatniej chwili, tuż przed publikacją tego wpisu. Poznałem go lata temu i nigdy nie doczekał się osobnej recenzji na łamach bloga – ale jakimś cudem jego delikatny i po prostu uroczy bukiet, zapadł głęboko w mojej pamięci. Powiedzmy sobie wprost, letnie wybitnie owocowe świeżaki to nie jest domena rozmiłowanej w przepychu, głębi i bogactwie, pompatycznej niszy – więc pojawienie się tak lekkiej, wręcz frywolnej kompozycji w portfolio nieco skostniałej firmy Creed, należy postrzegać podobnie do wizji statecznej królowej Elżbiety II – wrzucającej na Instagrama słitfocie z dziobkiem, albo samojebki z użyciem przepastnych luster pałacu Buckingham. Ale jakby to nie brzmiało groteskowo, Aventus to jeden z przyjemniejszych owocowych świeżaków, dość mocno ocierających się o klimaty gourmand – jakie miałem przyjemność dotąd poznać, a konkurencja jest naprawdę spora.

Dior to jedna z marek ikonicznych, najbardziej utytułowanych i autentycznie wyznaczających pewne standardy, również w perfumiarstwie – na co autentycznie sobie zapracowała, czego nie można powiedzieć o większości wykreowanych marketingowo tworów, również (pseudo) niszowych. I choć Dior zwykle trzyma się nieco poważniejszej tematyki, a ostatnio nawet niebezpiecznie eksperymentuje (Homme Cologne i Sauvage) – to trzeba zaznaczyć, że w ofercie brandu jest kilka kompozycji, na cieplejsze pory roku. Jako pierwszego pozwolę sobie wymienić najnowszego Fahrenheit Cologne, moim zdaniem najlepszego po wersji perfumowanej flankiera kultowego klasyka. Flankiera będącego konwersją klasycznego brzmienia, do stosunkowo świeżej i w dodatku niebezpieczne modnej i popularnej konwencji – co szczerze powiedziawszy, udało się Demachy znakomicie!. Cologne wciąż zachował kręgosłup i niepowtarzalny charakter klasyka, zyskując nowe, lekkie i kapitalnie odświeżone brzmienie, orzeźwiającego Colognes. Kolejnym lekkim klejnotem w portfolio Diora, jest niewątpliwie Dior Homme Sport, który pomimo licznych reformulacji, zaskarbił sobie wierne i stale rosnące grono odbiorców. Naprawdę niewiele jest na rynku zapachów skrojonych z taką gracją i elegancją – więc jeśli jeszcze nie słyszeliście o Homme Sport, to radzę szybko obniuchać zaległości. I na koniec zostawiłem sobie stareńkiego, ale wciąż jarego klasyka, a mianowicie Eau Sauvage, którego zacnym, dla wielu oldskulowym imieniem od niedawna wyciera sobie gębę niejaki Dior Sauvage. Osobiście uważam klasyczne, wybitnie cytrusowe Eau Sauvage (i jego wersję zintensyfikowaną, czyli Eau Sauvage Extreme) za jedną z lepszych, bardziej charyzmatycznych, wykwintnych i zarazem męskich wód w ofercie Diora. Ten zapach miał być odpowiedzią Diora, na Egoistę od Chanel, więc jest z gatunku wyrazistych, nośnych i esencjonalnych – zatem nie dziwota, że dziś popadł w niełaskę, a beznamiętne gnioty pokroju Sauvage, ślizgają się na jego nazwie…

Davidoff – Cool Water oj miałem spore obiekcje, bo ten świeżak również wedle dzisiejszych realiów uchodzi za oldskulowego śmierdziucha dla jakiegoś starego grzyba po czterdziestce!… Niestety Cool Water dekadę swojej świetności przechodził dekady temu, gdy jego świeży, rześki, wartki oraz ekstremalnie nośny, aromatyczny i cytrusowy bukiet uchodził za cnotę. Niestety dziś lansuje się beznamiętne i płytkie kompozycje, o nikłej projekcji i równie rachitycznej trwałości – więc nie dziwota, że Cool Water, zostawiający za nosicielem solidny, koloński ogon – stał się w oczach „męskich” chłopców w rurkach i lecących do oczu grzywek, niemodny… Ale jeśli jakimś cudem macie jaja, tfu nie boicie się użyć perfum, które Wasze otoczenie niewątpliwie poczuje (bo mają spory zasięg rażenia i są bardzo trwałe) i lubicie nieco oldskulowe klimaty kolońskie, wyrażone aromatycznymi ziołami i esencjonalnymi cytrusami – to Cool Water jest naprawdę kapitalnym zapachem na lato, ale uprzedzam że podczas największych upałów zamorduje nawet swego nosiciela 🙂 Zaś jego ultra wysmakowaną, wyrafinowaną, kunsztowną i nowoczesną (na czasie) alternatywą – jest fenomenalnie skrojony Davidoff Horizon, którego niebanalny, wyborny i zniewalająco piękny bukiet, dosłownie rzucił mnie na kolana… W teorii jest to casualowiec, ale ten zapach cechuje tak dyskretny, wykwintny i wyrafinowany bukiet, że z powodzeniem sprawdzi się nawet wiosną i latem…

David Beckham – Homme, znalazł się w niniejszym zestawianiu na bezczelnego i z pełną premedytacją – ponieważ jest to pełną gębą casualowiec!. Ale przy tym jest to pachnidło tak urocze, zniewalające i wysublimowane, że nie wyobrażam sobie, iż mogłoby go w niniejszym zestawieniu zabraknąć. Homme wybrzmiewa stosunkowo prostym, jednolitym i dyskretnym brzmieniem, osnutym na głębokim, frapującym, balsamiczno ambrowym (wręcz tłustym) ujęciu nut drzewnych. A przy tym jest tak niebanalnie i urodziwie skrojony, że stanowi w swej klasie ewenement wykraczający daleko poza standardy massmarketu, z którego się brand Beckhamów wywodzi. Uprzedzam, że przedawkowany może zmęczyć, ale w odpowiedniej ilości i sprzyjającej temperaturze Homme pachnie wprost wybornie. No i co najważniejsze, zostawia za nosicielem przepiękny, całkowicie absorbujący swą urodą i tajemniczością ogonek – więc lepiej nie zdradzać sekretu, mówiąc czym zadajecie szyku… Zresztą i tak nikt nie uwierzy, że użyliście perfum za około 70 zł – bo Homme pachnie równie zniewalająco, co Molecule 01 za pińćset cebulionów…

Donna Karan – DKNY Men, to jeden z nielicznych zapachów tej marki, o którym nie chciałbym zapomnieć… Poza absolutnie obłędnym (i na tle innych wyrobów marki, wyglądającym na przypadek) Black CashmereDonna dała mi niewiele powodów do zachwytu. Niestety okrągły flakon, sugestywna nazwa i nowojorski rodowód marki – to jeszcze za mało, by zrobić na mnie wrażenie… Ale wszystko się zmieniło w dniu, w którym poznałem niepozorny, praktycznie nieznany i niemal niedostępny w PolszyDKNY Men z 2009 roku. Łał!, toż to pachnie jak przefantasmerfastyczny Dior Eau Sauvage Extreme w wersji light! I chrzanić to, że zapach podchodzi pod umyślny plagiat, a (znów!) skomponował go słynny Alberto Morillas!. Jak przystało na lżejszą, odświeżoną i odmłodzoną stylistycznie odsłonę, jednego z lepszych klasyków Diora – zapach zadaje szyku w fantastycznym wydaniu… Nieco koloński, rześki, świeży i orzeźwiający, a przy tym bezsprzecznie męski. A zważywszy na cenę i przystępniejszy krój, DKNY Men stanowi wyśmienitą alternatywę dla dużo droższego i nieco bardziej wymagającego Diora.

Dolce & Gabbana – The One Gentleman for Men, to jeden z tych zapachów, w których lekkim, finezyjnym i wprost zniewalającym sznycie, zakochałem się od pierwszego niucha… Zapach skrojono w eleganckim, niezobowiązującym, ale wciąż wykwintnym i szykownym, wybitnie włoskim stylu. I choć przyszłość TOG, wylansowanego jako kameralny casualowiec jawi się niepewnie (ponoć pojawiły się problemy z dostępnością), ale niewątpliwie jest to jeden z najciekawszych i najlepiej skrojonych zapachów, w całej ofercie Dolce Gabbana i jednocześnie jeden z najbardziej zniewalających włoskich casualowców jakie znam. Owszem casualowców, ale te perfumy są tak finezyjne, pachną z tak niesamowitą gracją i lekkością, że z powodzeniem można ich używać nawet gdy słonko ostro przygrzewa – bez ryzyka, że mijanej na ulicy ciężarnej, odejdą wody… 😉

Dsquared2 He Wood, wraz z całą rodzinką Wood i jej przyległościami, polecę Wam w ciemno… Serio, choć marka Dsquared2 kojarzy mi się źle, głównie za sprawą koszmarnie przeze mnie tolerowanego Potion (Potion to odpowiedź D2 na CH 212 VIP, w krótkiej wojnie rynkowej na zapachy klubowe). Ale poza kolejnym nieudolnym klonem VR Spoice Bomb, D2 ma też w ofercie całą rodzinę minimalistycznych świeżaków, osnutych na mniej lub bardziej purystycznie zaaranżowanych motywach drzewnych. Mniej lub bardziej, bo ich przekrój tematyczny startuje od ortodoksyjnie surowych „drewniaków„, zaaranżowanych na wybitnie japońską modłę (coś ala Annayake Undo) – po miękkie i nieco suche, ale wciąż monotematyczne klimaty drzewne. Generalnie cały klan He Wood pachnie lekko, świeżo i naprawdę ciekawie, wszak nie każdy przepada za cytrusami, ozonem albo klimatami morskimi.

Frederic Malle – French Lover to zapach, którego nie mogło zabraknąć w niniejszym zestawieniu. Kwintesencja zaraźliwie optymistycznej, wiosennej świeżości – wyrażonej purystyczną, upiornie trzeźwą, zieloną i soczystą świeżością dopiero co wyrosłego kłącza irysa. Te perfumy pachną nie tyle kwiatem, co łodyga i korzeniem, ciepłym wiosennym deszczem i Florencją. A konkretnie rześkim, wiosennym świtem, gdy poranna słońce jeszcze nie osuszyło rosy pokrywającej kwiaty, rosnące w okalających wzgórze Michała Anioła ogrodach – a ciepły wiatr niesie ku nozdrzom ich zieloną, czystą woń. A jeśli dodać do tego cudownie konweniujące z irysem kłącze równie młodej i zielonej vetiwery, to wyobraźcie sobie tę eksplozję żywej, wiosennej świeżości. Doprawdy trudno o bardziej sugestywne, wiosenne perfumy, a w dodatku niszowe…

Gucci pour Homme II to zapach bez którego towarzystwa nie wyobrażam sobie godnego koncelebrowania wiosny. Trudno o bardziej, lekkie, radosne i wiosenne pachnidło, które całym swym jestestwem krzyczy kocham wiosnę!!! Lekki, dyskretny, idealnie niezobowiązujący, ale i diabelnie szykowny i arcy szlachetnie zaserwowany bukiet tych niemiłosiernie przyjemnych perfum, pieści nozdrza skuteczniej niż cokolwiek innego. Na całe szczęście zapach uchował się i jakimś cudem przetrwał rzeź, jaką przeprowadziła w ofercie Gucci jego była dyrektor kreatywna i nadal możemy cieszyć się wysublimowanym bukietem Gustawa II-go. A Pour Homme II wita nas wprost rozkosznie objawionym fiołkiem, liściem laurowym, herbatą, pimento i bergamotką, którym zawdzięcza swój świeży, lekki i niewinny krój. Zresztą błękitna barwa tych perfum wybornie oddaje ich delikatny i przyjazny charakter. Kolejnym wartym poznania zapachem tej marki, jest Gucci Guilty Eau Pour Homme, który wniósł sobą pewną wysublimowaną świeżość, pomimo iż powstał w trakcie tragicznych dla firmy czasów panowania Fridy Giannini. No i na koniec pewna niepozorna, ale równie niewinna perełka, wręcz wyśmienita na wiosnę i lato, czyli nieco zapomniany Gucci by Gucci Sport, którego przyjemnie zielony – cyprysowo figowo vetiwerowy aromat, wybornie rozświetli nawet największe upały i co równie istotne, duchotę.

Guerlain – Vetiver oraz Homme L’eau Boisee – tak! będę się upierał, że wiosna i lato bez tej dwójki nie ma sensu! Wprawdzie usłyszałem od konsultantki w SF, że Guerlain Vetiver to uwaga, „śmierdziel” (swoją drogą cóż za wyczucie i podejście do klienta) – ale czego wymagać od osoby, która twierdzi, że Paco Rabanne Invictus, to wybitne perfumy 🙂 No cóż, widać podczas szkolenia produktowego „jak i co efektywnie wciskać” nie mówili zbyt wiele o klasykach i jak na ironie własnej ofercie – ale ja nie zapomniałem o jednym z najprzyjemniejszym, najcieplejszym i najbardziej uroczym vetiwerowcu na rynku. Owszem zapach ma pierdylion lat i pamięta jeszcze zagładę dinozaurów, ale wciąż zadaje szyku lepiej i skuteczniej niż nie jeden rasowy świeżak. Owszem, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią że Vetiver to casualowiec, podobnie zresztą Homme L’eau Boisee – zgadzam się, ale nie wyobrażam sobie wiosny bez wykwintnego towarzystwa tej dwójki. Wprawdzie L’eau Boisee jest bardziej wytrawny, zielony, chłodny i aromatyczny, ale oba stanowią genialny i ponadczasowy przykład najwyższych lotów perfumiarstwa, Made in Guerlain. Perfumiarstwa z czasów, gdy brand wciąż traktował kreowanie perfum jako Sztukę Perfumeryjną – czyli z czasów przed nastaniem równie miałkiej co populistycznej serii Ideal, która z ideałem ma tyle wspólnego, co ja z jazdą figurową na wrotkach.

Geoffrey Beene to marka, która na rodzimym rynku jest równie egzotyczna, co samochody ze znaczkiem Vauxhall (Opel, a wkrótce Renault). A jeśli już ktoś o niej słyszał, to kojarzy ją głownie przez pryzmat flagowej Szarej Flaneli – czyli Grey Flannel, tudzież ekstremalnie cytrusowego Bowling Green. Tyle, że oba charakteryzuje tak wysoka siła rażenia (a przynajmniej tak je zapamiętałem), że użyte latem lub ciepłą wiosną – spacyfikują otoczenie w promieniu co najmniej 10 metrów i prawdopodobnie będą zejścia śmiertelne… Ale nie w przypadku dużo lżejszego i niemal kompletnie nieznanego Eau de Grey Flannel, który miał swą premierę jakieś 600 lat po oryginale. No dobrze, daruję sobie ironię, bo choć EdGF powstał w 1997 roku, to pachnie zadziwiająco lekko, nowocześnie i przystępnie, w zestawieniu z przeszło 40 letnim letnim GF. Objawia się to nie tyle dużo słabszą tfu, mniej miażdżąca projekcją – co delikatniejszym i diametralnie odmiennym krojem kompozycji. Zapomnijcie o upierdliwych i oldskulowych cytrusach, pachnących niczym woda toaletowa Waszego dziadka – albowiem EdGF to szlachetny, purystyczny i nowoczesny minimalizm, przywodzący na myśl chłodne, wytrawne, zwiewne, czyste i oszczędne kompozycje zielono ozonowe. A podobnie skrojone kompozycje, posiadają w ofercie min. Bvlgari (Pour Homme), Hermes (Eau de Gentiane Blanche i Eau de Narcisse Bleu) i Cartiery w serii Eau.

Givenchy kojarzymy głównie z upierdliwie słodkim Pi oraz czekoladowo kawową serią Play – czyli klimatami zbliżonymi do konwencji gourmand i stylistyki Thierrego Muglera. Oczywiście to nie grzech, ani żadna gafa, wszak kompozycje słodkie sprzedają się jak ciepłe bułeczki – ale Givenchy ma w swej ofercie również dwa zapachy na cieplejsze pory roku. Mowa o niezbyt popularnym Givenchy Play Sport i bardzo ciepło przyjętym Gentlemen Only. Play Sport to bardzo szykowny, dyskretny i niebanalny świeżak, któremu ktoś omyłkowo dorobił zupełnie nieadekwatną i urągającą mu etykietkę SPORT, bo jego wysmakowany i delikatny bukiet niewiele ma wspólnego z rasową kompozycją „usportowioną” – i proszę postrzegajcie to jako zaletę. Szkoda że zapach jest tak mało popularny, bo ma naprawdę sporo do zaoferowania – a nie zrobił kariery jak jego o rok młodszy brat, Givenchy Gentlemen Only. Only to w sumie ultra dyskretny casualowiec, ale przy tym jest to kompozycja tak finezyjna, ujmująca i lekka, iż z powodzeniem można używać tych perfum gdy ciepło. A przy tym jest to zapach na tyle niebanalny i szykowny, że doskonale sprawdzi się latem jako kreacja wieczorowa lub zapach na bardziej oficjalne okazje.

Hermes to prawdziwa kopalnia wprost genialnie skomponowanych, zniewalających, uroczych i porażająco autentycznych świeżaków, skomponowanych z tak nieprawdopodobna lekkością, świeżością, wykwintnością i polotem – iż aż trudno uwierzyć, że za ich pięknem i wysublimowanym minimalizmem stoi człowiek!. Hermesowe świeżaki, ze szczególnym naciskiem na flagowe dla marki „ogródki” pachną tak jakby stworzyła je natura – i jest to w moim mniemaniu największy komplement, jaki można powiedzieć perfumiarzowi. Za ich porażająco sugestywnym ale i niemiłosiernie pochlastanym obliczem (daleko posunięty minimalizm w kreacji), stoi niekwestionowany geniusz wybitnego wirtuoza blotera, Jean Claude Elleny – czyli nadwornego perfumiarza domu mody Hermes. Ale nie jestem pewien, czy już aby nie abdykował na rzecz Christine Nagel – równie wybitnej perfumiarki, mającej przejąć schedę po przechodzącym na emeryturę Maestro. Ehhh trudno mi wymienić te wszystkie wspaniałości, które dał światu niedościgniony kunszt i warsztat genialnego Elleny. Nawet nie będę się zastanawiał który jest najlepszy, wszak spośród kompozycji ocierających się o doskonałość – nie sposób wybrać tę najlepsza, zatem jedynie wymienię te najbardziej adekwatne. Z nieogródkowych będzie to na pewno Hermes Eau Tres Fraiche i być może, przy delikatnym obejściu się z atomizerem – toaletowa odsłona Voyage. Natomiast z ogóródkowych Hermesów, będą to: Un Jardin Apres la Mousson, Un Jardin Sur Le Nil, Eau de Narcisse Bleu, Eau d’Orange Verte i Concentre d’Orange Verte, Eau de Gentiane Blanche, Eau de Pamplemousse Rose oraz Eau de Mandarine Ambree. I jedynie kwestią gustu pozostaje, po którego sięgniecie, bo absolutnie wszystkie nadają się na wiosnę i lato, nawet wyjątkowo upalne.

Hugo Boss ma w swej ofercie ogromną ilość zapachów, głównie casualowców i świeżaków, na tzw każdą okazję. Nie trudno się domyślić, że ilość nie przekłada się na jakość, ani tym bardziej oryginalność „tłuczonych” w iście hurtowych ilościach nowości.  Domeną Hugo są energetyzująco orzeźwiające casualowce i świeżaki oparte na nieśmiertelnym, wtórnym i niestety bardzo schematycznym połączeniu aromatycznych ziół, ze spłowiałymi cytrusami – co jest może efektowne, bezpieczne i dobrze się sprzedaje, ale trudno z tego tłumu wyłonić prawdziwie niesztampowy i wyróżniający się zapach, na wiosnę i lato. Tym niemniej przy odrobinie wysiłku, da się wyłuszczyć z tej „klęski urodzaju„, godne poznania perełki – a niewątpliwie jedną z nich jest niesamowicie przyjemny Boss Orange i jego młodszy, choć nie mniej uroczy braciszek, Feel Good Summer. Równie nieźle wypada najnowszy Boss Bottled Tonic, w którego klasyczną „szarlotkę„, z wdziękiem wpleciono kipiącego świeżością cytrusa – tworząc tym samym wysoce adekwatną odsłonę kultowej Szarlotki, na lato. No i na koniec warto wymienić rasowe świeżaki, których orzeźwiające bukiety oparto na nader udanym miksie świeżej zieleniny z soczystymi owocami – a więc mowa o Hugo Red, Hugo Just Different i najnowszym Hugo Iced, którego chłodny i arcy orzeźwiający bukiet czerpie garściami z chłodnej i purystycznej stylistyki Colognes, a chyba najmocniej w wykonaniu Bvlgari Man Extreme.

JPG Fleur du Male, to taki świeżak, jak ze mnie primadonna Opery Bostońskiej, ale te perfumy są tak jowialne, tak zmysłowo delikatne i tak błogie – iż przy odpowiednio sprzyjającej temperaturze (nie za gorąco), będą wspaniałym towarzyszem wiosennego spaceru lub sielankowej nasiadówki z przyjaciółmi. Ich dyskretna, miękka i otulająca słodycz, traktująca o kwiecie pomarańczy i tonce w zupełnie inny sposób, niż w Le Male – to wart poznania ewenement, który nie ma w świecie perfum precedensu.

Kenzo L’eau Par to mój osobisty faworyt i niekwestionowany pewniak, za każdym razem gdy ktoś mnie pyta o perfumy na lato. Lekki, świeży, soczysty, energetyzujący, orzeźwiający i ani trochę nie męczący świeżak, pachnący jak zmrożona, mocno gazowana woda mineralna, podana z ogromną ilością kostek lodu i całą masą pociętych w plastry cytrusów (cytryna, limonka, grejpfrut i pomarańcz) i zaserwowana w ekstremalnie gorący i parny, letni wieczór. Bąbelki gazu podskakują wesoło ponad taflę buzującej cieczy, kostki lodu trącają się i pobrzękują o grube szkło zmrożonej szklanki, a wszędzie wokół roztacza się delikatna i przesycona subtelną wonią cytrusów, aura orzeźwiającej świeżości. Spragniony, oblizuję suche i spierzchnięte od gorąca usta i unosząc szklankę, biorę pierwszy nieśmiały łyk. Kolejny przełykam już bardziej łapczywie – wreszcie coraz mocniej przechylając pokrytą skroplinami szklankę i rozkoszując się każdym zachłannym chełstem napoju… Ma ktoś jeszcze jakieś pytania w kwestii sugestywności i efektywności tych perfum?

Kacper Kafel – Stereo Love, to najprawdziwsza wiosna, wiosna – ach to Ty!, że pozwolę sobie polecieć moim nieodżałowanym Grechutą… Co tu dużo mówić, Stereo Love to ucieleśnienie wiosny, wyrażone prostotą i porażającą autentycznością, z jaką przedstawiono w tym monoscencie wiosennego narcyza. Narcyza i nic ponadto, za to wyrażono go z taką lekkością, gracją i precyzją, że nic tylko wąchać i upajać się jego przerażająco sugestywną i niesłabnącą obfitością. Piękno ponoć tkwi w prostocie, więc jeśli podobnie jak ja wielbicie upojną słodycz, czystość i świeżość narcyza – to gorąco polecam Wam te perfumy, bo pachną jak swoisty hymn na cześć wiosny…

L’artisan Parfumeur – Premier Figuier, to kolejna pozycja na mojej stosunkowo krótkiej liście, niszowych propozycji na wiosnę. Jakoś tak się utarło, że jak nisza to musi być sążnistą siekierą, albo jakimś odjechanym dziwadłem dla nerdów i introwertycznych indywidualistów – a tu się okazuje, że niekoniecznie… Premier’ów są dwa, wiosenny (czyli aktualnie opiewany) i wersja Extreme, ale to już propozycja na jesień i proszę mieć to na uwadze przy ich oblatywaniu. Wersja wiosenna to przede wszystkim urocza figa, figa niedojrzała, świeża i zielona. Jeszcze pozbawiona dojrzałych i słodkich owoców, pachnąca samymi młodymi listkami i łodyżkami – jeszcze soczyście zielonymi, niewinnymi i delikatnymi. Figa która pachnie tak lekko i wiosennie, iż nie sposób przejść obok pachnącej nią osoby obojętnie.

Lanvin – Oxygene Homme, to kolejna zagadka z Archiwum X, tudzież zapomniany artefakt z przygód Indiany Jonse’a – no bo ilu z Was, w ogóle kojarzy tę markę? A tak się składa, że choć mało rozpoznawalna i niepozorna, to ma w swym dorobku kilka naprawdę niezłych tytułów, a jednym z nich jest jakże sugestywnie nazwany, Oxygene. Powietrze pachnie jak już się pewnie domyślacie ozonowo, lekko i zwiewnie. Zapach jest z gatunku arcy lekkich oraz skrajnie niezobowiązujących i trzeba mu przyznać, że wywiązuje się ze swojej roli koncertowo. Jak przystało na wzorowo transparentnego świeżaka, wybrzmiewa niewymuszonym, nieco lakonicznym i odświeżającym bukietem – który ani trochę nie męczy, nie jest przy tym banałem i można go wyszarpać za naprawdę niewielkie pieniądze, bo przecież nikt o tej marce nie słyszał. 🙂

Lalique – Hommage a L’homme Voyageur to prawdziwa perełka w koronie Lalique i zarazem jeden z najpiękniej zaaranżowanych casualowców jakie znam… Serio, serio… Przy tym jest tak dyskretny, delikatny i ujmujący swym cichutkim i rozkosznym bukietem, że nic tylko tulić i głaskać spryskaną nim dłoń. Voyageur jest przy tym wysoce nietuzinkowym i odważnym zapachem, bo wprawdzie nie jeden skojarzy te arcy wysublimowane pachnidło, z dostępnym już od paru lat Ombre Indigo od Olfactive Studio – ale mimo wszystko OS przedstawiło nieco inne oblicze ambrette i heliotropu. Rozczulający i zniewalający swą delikatnością Voyageur, w niczym nie przypomina swego starszego brata Hommage, formą i treścią stanowiąc jego zupełne przeciwieństwo – ale i tak przykuwa uwagę swym finezyjnym i absolutnie niebanalnym bukietem. Tak delikatnym, że pomimo iż zapach jawi się jako słodki, to jego balsamiczna słodycz, nie będzie dokuczać nawet latem. Ale to jeszcze nie koniec, albowiem w ofercie marki jest nie mniej oryginalny, by nie powiedzieć ziołowo koperkowy Eau de Lalique. Ale wspominam o nim jedynie dla formalności, gdyż zapach pachnie tak odważnie i awangardowo (jak na mainstream), że nie odważę się zaproponować tych perfum jako „murowanego pewniaka” i odradzam ich zakup w ciemno. Ostatniej propozycji zrobiono największą krzywdę nazwą, robiąc z niej Sportowca (co niejako szufladkuje zapach) a mowa tu o Lalique – Encre Noire Sport, które jest po prostu Encre Noire, tyle że w wersji Light… Więc jeśli kiedykolwiek mieliście obiekcje czy zaryzykować wybuch zamieszek i krwawienie z oczodołów u Waszego otoczenia, używając latem EN – to odpowiedzią na niniejsze rozterki jest EN Sport. Te perfumy do dobrze wszystkim znana, ziemista, ciepła, głęboka i zmysłowa vetiwera, którą tu przedstawiono w odświeżonej i bardzo przystępnej wersji – skrojonej specjalnie z myślą o ciepłych porach roku.

Lacoste w sumie specjalizuje się w świeżakach, choć niestety najczęściej są to banalne owocowe soczki i rażąco niedopracowane siuśki, za które wstyd żądać od ludzi pieniędzy. Ale od czego mamy kult marki i ślepo podążające za znaczkiem lemingi, które i tak kupią wszystko co ma krokodylka – bo przecież skoro jest drogie i markowe, to musi być dobre, nie? (face palm). No niestety tak to nie działa (już nie), ale nie mi decydować co się komu podoba i na co ludzie wydają swoje ciężko zarobione dublony. Tym niemniej pośród wiodącej w portfolio Lacoste miałkości, płytkości i tandety, uchowało się parę naprawdę dobrych kompozycji i tym przyjemniej jest mi o nich przypomnieć. Pierwszą jest zniewalająco i autentycznie papierówkowy, prosty, zwiewny, świeży i arcy soczysty Lacoste Style In Play – czyli „czerwona, jabłkowa Lacosta„. Te perfumy zna (po zapachu) chyba każdy, bo są bardzo charakterystyczne i w sumie nic innego nie pachnie podobnie – za to są wprost genialną propozycją na lato, zwłaszcza parne i upalne – bo czy perfumy pachnące po prostu papierówką, mogą zmęczyć? Kolejną rekomendowaną przeze mnie Lacostą będzie kultowe już klasyczne Essential i nieco młodsze Essential Sport, utrzymane w wybitnie lekkim i finezyjnym charakterze, który ma niewiele wspólnego ze zwykle przesadnie energetyzująco aromatycznymisportowcami„. Tym perfumom bliżej do lekkiej i wysublimowanej finezji Gucci by Gucci Sport i Gucci Pour Homme II – niż banału, którym epatuje koszmarnie nieudana linia L.12.12.

Laura Biagiotti nie wiedzieć czemu, wciąż jest w Polsce mało znana i niedoceniana – a marka ma do zaoferowania znacznie więcej niż kultową Romę. Roma jest wprawdzie przepiękna i arcy zmysłowa, ale niestety latem jej wylewna, upojna i snująca się słodycz będzie męczyć i przeszkadzać – ale zdaje się Pani Biagiotti doskonale o tym wie. Stąd parę lat temu, w ofercie marki pojawiła się równie zmysłowa co finezyjna, Essenza di Roma Uomo. Ten zapach dosłownie pozamiatał sobą ligę lekkich casualowców slash świeżaków i niewiele jest na rynku równie niebanalnie i finezyjnie skrojonych perfum. Gdzieś w tle Essenzy nadal tli się duch klasycznej Romy (jak na dopracowanego flankiera przystało), ale Essenza to przede wszystkim perfumy na wiosnę i lato – gdy ich delikatny bukiet, pełen czaru, powabu i polotu, może wreszcie rozwinąć swe wysublimowane skrzydła. Uzupełnieniem dla Essenzy i Mistero, jest ostatni z flankierów kultowej Romy, a mianowicie ozonowo morski Blu di Roma Uomo, który również bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle nierzadko groteskowej i trywialnej „morskiej” konkurencji.

Lucca Cipriano – Red Chrome Men, to w sumie ordynarna i bezczelna podróba, a nie przepadam za opiewaniem pospolitej kradzieży, którą paradoksalnie sankcjonuje kulejące prawo. No chyba że podróbka okazuje się być lepsza od oryginału (w kwestii trwałości, przebija oryginał o kilka długości) a kosztuje przy tym 1/10 ceny markowego oryginału… Markowego, co pogłębia wstyd i hańbę Lacoste, do rangi Rowu Mariańskiego – ale w końcu świadomie stworzyli i podpisali się pod perfumami pachnącymi raptem 2-3 godziny. Jeśli więc szukacie kopii niemal idealnej dla rozkosznie soczystej i jabłkowej, czerwonej Lacosty Style In Play – to polecam o wiele dłużej pachnącego Red Chrome… 🙂

Maison Francis Kurkdjian – Aqua Vitae, to Kurkdjianowa propozycja na wiosnę i lato. Absolutnie doskonale skrojone pachnidło i robiące niesamowite wrażenie pietyzmem, starannością i zwiewnością z jaką poprowadzono wysublimowany bukiet tych niszowych perfum. Francis jest niesamowicie utalentowanym perfumiarzem, choć nie mam złudzeń, że spory wpływ na wydźwięk i na ostateczny kształt jego dzieł ma zleceniodawca – to w przypadku Aqua Vitae, wspiął się na wyżyny, bo mógł… Zresztą podobnie było w przypadku JPG Fleur Du Male, również autorstwa Kurkdjiana, gdzie w moim odczuciu ukazał swoją własną, dużo bardziej subtelną wizję Le Male, również jego autorstwa…

Marc Jacobs – Men, to jeden z bardziej uroczych i zarazem jeden z nielicznych w mainstreamie zapachów, opiewających szlachetność i wdzięk figi. Figi która jak niewiele innych ingrediencji (obok irysa, narcyza i fiołka) równie mocno i przekonywająco – kojarzy się ludziom z wiosenną świeżością. Oczywiście nie mam tu na myśli dojrzałych, aż lepkich od słodyczy owoców, co zielone listki i gałązki, dopiero co rozkwitłego drzewka. MJ Men to w sumie monoscent (zapach wybrzmiewający jedną wiodącą nutą), ale tak uroczy, zmysłowy, intrygujący, przyjemny i rozkoszny w odbiorze – iż wierzcie mi, więcej nie trzeba.

Malizia Uomo – Vetyver, to w sumie casualowiec, potrafiący zapachnieć naprawdę ciepło i zmysłowo – ale przy tym stanowi tak ciekawe i w sumie pobudzające ujęcie wetivery, że z powodzeniem można używać tych perfum wiosną i latem. Drżąca, a właściwie wibrująca gorącem i kotłującą się ze świeżością, esencjonalność tutejszej haitańskiej trawy – nieustannie zaskakuje i intryguje, a mowa o zapachu kosztującym około 30 zł. Naprawdę polecam Wam sprawdzić te naprawdę niebanalne i bardzo trwałe perfumy  – ale koniecznie w wersji o pojemności 50 ml, bo nie wiedzieć czemu pachną lepiej niż te z flakonów o pojemności 100 ml, zupełnie jakby pochodziły z innych rozlewni.

Mexx – Pure for Him, to kolejne perfumy z półki tzw. drogeryjno massmarketowej, które potrafią dokopać dużo droższej i markowej konkurencji – zarówno parametrami, jak i jakością bukietu. Jak przystało na pachnidło pachnące adekwatnie do swej nazwy, Pure to wytrawny, purystyczny, świeży i surowy zapach – utrzymany w dość chłodnej i zgrzebnej stylistyce arcy minimalistycznego i wytrawnego świeżaka. To kompozycja autentycznie chłodna i zielona (min. liście pomidorów), ale dzięki temu doskonale sprawdzi się podczas letnich upałów. Nie bez znaczenia jest też odważny i oryginalny krój bukietu, który równie wyraźnie odcina tego Mexxa, na tle banalnej i zwykle wtórnej konkurencji.

Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir, to zapach który nieźle mi namieszał i dosłownie mną pozamiatał. Naprawdę rzadko zdarza się, by zapach komercyjny był tak oryginalny i awangardowy – jednocześnie czerpiąc garściami, z już wcześniej ukazanych riffów. Oczywiście piję tu do swoistego podobieństwa Bleu Noir do Declaration Cartiera i Olfactive Stdio Ombre Indigo. Szczęka opada, nie? – zwłaszcza, że niniejszy wpis ma traktować o świeżakach na wiosnę i lato, a tu znów casualowiec i to w dodatku tak wyrazisty? Otóż nie, bo owszem, każdy z tych zapachów, potraktowany z osobna raczej kiepsko nadaje się jako przyjazny otoczeniu umilacz najcieplejszych pór roku – ale jeśli zmieszać ziołową, ostowatą i wytrawną wyrazistość Declaration, z niemalże maślano balsamiczną obłością Ombre Indigo… Bingo! w rezultacie otrzymujemy coś na podobieństwo (mentalne!) Hermesowego Voyage, czyli zapach, który wybornie sprawdzi się przede wszystkim ciepłą wiosną – a oszczędnie aplikowany, zada szyku również letnim wieczorem.

Olfactive Studio – Flash Back, to z pozoru kolejny owocowy soczek, pokroju eeeee sino koperkowego (bo powoli zaczynają się kończyć kolory dla tych gniotów) klona Lacoste L.12.12. – ale to tylko krzywdzące pozory. Flash Back to zapach dosłownie kipiący wywołującą autentyczny ślinotok, owocową soczystością i świeżością – zaaranżowaną z użyciem rabarbaru, jabłka grejpfruta i pomarańcza – więc powiedzmy że kapitalny i również niszowy Creed Aventus, doczekał się naprawdę mocnej konkurencji.

Olivier Durbano – Rock Crystal, pukając się w czoło, powiecie kadzidlak!?, na wiosnę!? pogięło grubasa? A tak, bo chłód i zimno bijące od kadzidła osadzonego w RC, sprawia że wydychane z ust powietrze zaczyna być widoczne! Serio, Kryształ Górski, użyty w nieprzesadnej ilości, stwarza wokół nosiciela tak surową, chłodną i wyśrubowaną aurę – wybrzmiewającą jakby nie patrzeć, wzorcowo i ortodoksyjnie czystym olibanum. Olibanum przaśnym, surowym i monolitycznym, a do tego tak zimnym – że ciepłą wiosną, poradzi sobie nie gorzej niż wcześniej rekomendowany, równie kadzidlany Encens Flamboyand od Annick Goutal. Zresztą co tu dużo mówić, sprawdźcie sami i powiedzcie czy nie mam racji – wszak ludy Arabskie, by się latem schłodzić i ugasić pragnienie, piją gorącą herbatę… Jako alternatywę, na wiosnę polecę pachnidło równie chłodne i co istotne pozbawione, tej jakże charakterystycznej dla kompozycji Durbano, bazy. Mowa o Turquoise. Starsze datą zapachy Oliviera łączy właśnie ich wysublimowana i wspólna baza, osnuta na akcentach kadzidlano balsamicznych – ale Turkus jest pozbawiony tego wspólnego mianownika, a bijący od tych perfum chłód i akcenty wodne, całkiem nieźle spiszą się w cieple letnie wieczory.

Parfum d`Empire to marka, dla której tworzy Marc Antoine Corticchiato, perfumiarz nieprzeciętnie zdolny i charyzmatyczny – ale obdarzony ręką równie ciężką, co przeciętna damska torebka (coś około 15 kg). Marc stworzył min. arcy genialnie skórzane Cuir Ottoman, żywiczną Wazambę i kandyzowaną Aziyade, ale pomimo ich niekwestionowanej urody – wiosna i lato to nie miejsce na tak sążniste, bogate i dosadne kompozycje. Jakoby zdając sobie z tego sprawę, Corticchiato stworzył też Yuzu Fou – czyli cytrusowego świeżaka na lato. Zapach budzi pewne kontrowersje, bo jak na obrany temat jest dość  odważny i dość trudny w odbiorze – wszak samo Yuzu nie pachnie jak konwencjonalny cytrus. No i nie sposób zignorować, że gęstość i esencjonalność tych perfum , również nieco wymknęła się perfumiarzowi spod kontroli – ale mimo wszystko polecam zapoznać się z tym niebanalnym świeżakiem, któremu bliżej do Monsieur Balmain, niż Eau de Hadrian. 🙂

Prada, ehhh moja ukochana Prada… dorobek olfaktoryczny Prady, zahacza o wiosnę i lato w postaci dwóch, absolutnie genialnych pachnideł. Jednym z nich jest zjawiskowa, mydlano purystyczna Prada Infusion d’Homme, a drugą jej zniewalająco vetiwerowa wariacja, czyli Prada Infusion de Vetiver. Obie są tak niesamowicie szlachetne, wysublimowane i finezyjne, że nie jestem w stanie wybrać, bez której mój letni arsenał perfum, mógłby się obejść. Tu musicie wiedzieć, że purystyczna świeżość Infusion, jest absolutnie bezprecedensowa, no bo ile znacie perfum pachnących jak świeżo uprane, nakrochmalone i wyprasowane, białe męskie koszule? Nieco pudrowe i irysowe, absolutnie minimalistyczne i arcy wytrawne Infusion, to prawdziwy klejnot w panteonie letnich świeżaków. Jest to zapach wybitny i robiący niesamowite wrażenie swą niebanalną aranżacją – totalnie odmienną od obowiązujących standardów ozonowo, zielono, wodno cytrusowych. Te perfumy po prostu nie mają precedensu, a do tego działają nawet w największych upałach. Infusion de Vetiver to z kolei jedno z najbardziej subtelnych, świeżych, porywających i delikatnych ujęć vetiwery, z jakim w ogóle spotkałem się w perfumiarstwie, włączając w to niszę. A poza tą arcy finezyjną dwójką, w ofercie brandu jest jeszcze równie urocza co orzeźwiająca Prada Luna Rossa (bardziej na wiosnę) i jej najmłodszy flankier Luna Rossa Eau Sport, która stanowi jeszcze bardziej zwiewną wariację klasycznej Luny, ale już na lato.

Profumum Roma – Acqua di Sale, to nie zapach a spektakl, krajobraz i sceneria, którą perfumiarz żywcem przeniósł z realnego świata i zamknął we flakonie perfum. Nie znam i już nigdy nie poznam doskonalszej, bardziej autentycznej i porywającej kompozycji morskiej – albowiem matkę naturę, jej pietyzm i autentyzm nie sposób przebić. Perfumiarzowi który stoi za tym dziełem, osiągnął doskonałość, zupełnie bezstratnie i bezkompromisowo przenosząc całą scenerię, z jej wszystkimi detalami – i aby się o tym przekonać, wystarczy spryskać tymi perfumami nadgarstek i zamknąć oczy. Jeśli więc lubicie klimaty morskie, morskiej bryzy, słonej, zapachu mokrych kamieni, morza i spienionych fal, roztrzaskujących się o smagane wiatrem wybrzeże – to nie znam perfum doskonalej oddających powyższą scenerię, niż te.

Puma Green to zapach rzekłbym ambiwalentny. Z jednej strony jest banalny, tandetny i wtórny – ale z drugiej strony jego arcy delikatne i niewymuszone brzmienie, wypada tak przekonywająco i naturalnie, iż nie sposób odmówić infantylnemu bukietowi Green swoistej charyzmy i uroku. Zapomnijcie więc że to klasyczny zielono owocowy świeżak, pachnący jak setki podobnych doń Lacost, Bossów i CK – bo w tym szaleństwie jest metoda na sukces. Zwiewna, świeża, wyraźnie dziecinna, ale kipiąca egzaltowaną świeżością Puma Green, to kapitalne perfumy na lato – zwłaszcza jeśli hodujecie w domu dorastającego gołowąsa, który zaczyna cichaczem podprowadzać ojcu jego perfumy. Bo o ile na dojrzałym mężczyźnie te perfumy zagrają raczej trywialnie – to na młodym chłopaku wypadną już całkiem adekwatnie i będą się doskonale komponować z jego młodzieńczym temperamentem i entuzjazmem.

The Different Company – Sel de Vetiver, to arcydzieło, które choć samo czerpie garściami z innego arcydzieła (Guerlain Vetiver), traktuję z niemalże boską czcią. Pomijając konotacje z geniuszem Jean Claude Elleny i jego córką w genezie brandu (czas przeszły) – Sel de Vetiver to prawdziwa mekka i święty Graal dla wyznawców Wetiveryzmu, czyli kultu wetivery. Ta szlachetna trawa, pachnąca sama w sobie jak cudownie wyrafinowane perfumy – ma w sobie tak ogromny potencjał, że chyba nigdy nie wyczerpią się warianty, na jej nowe ukazanie (czego nie można powiedzieć o oudzie, oklepanym i wyeksploatowanym w wyniku oudomanii). Jeśli więc kochacie vetiverę, ujętą w stylu Guerlain Vetiver, ale z wyraźnym przechyłem w stronę zjawiskowej Prady Infusion de Vetiver, to Sel de Vetiver jest równie wybornie skrojonym kompromisem.

Thierry Mugler, to marka którą postrzegamy głównie przez pryzmat niemiłosiernie słodkiej, nośnej i specyficznej serii A*Men i niesłabnącej miłości Muglera do kawy i czekolady. Ale Mugler to nie tylko ociekające słodyczą miksy kawy z czekoladą, tonką, toffi i skórą, ale i kilka naprawdę wybornie skomponowanych świeżaków. Mugler to również synonim wysokiej jakości, charyzmy, kreatywności – więc nie dziwota, że w wydaniu Thierrego, nawet świeżak pachnie porywająco i absolutnie niebanalnie. No bo pomyślelibyście, że paczulę i kawę można zaserwować w taki sposób – iż zamiast ogrzewać, chłodzi? A taką właśnie sytuację mamy w arcy nietuzinkowym Ice*Men, gdzie chłodne i minimalistyczne drewno oraz zmrożona obecnością muszkatu i konotacji morskich, paczula – autentycznie chłodzi. Kolejny na mojej liście Muglerowych rekomendacji, będzie absolutnie urywający poślady i niestety LIMITOWANY, A*Men Ultra Zest (smuteczek)… Tym świeżakiem Mugler dosłownie pozamiatał konkurencję i udowodnił że z jabłka, mięty, porzeczki i cytrusów – wciąż można przedstawić owocowego świeżaka w wersji równie ambitnej i zarazem arcy przyjemnej, co Creed Aventus, CK IN2U, czy Lacoste Style In Play, amen! Kolejny na mojej liście murowanych pewniaków jest niesamowicie energetyzujący A*Men Pure Energy (dawniej Pure Shot, ale Oscar Pistorius postrzelił tę kompozycję w stopę), ale ujęcie w jakim ukazano tu paczulę, miętę i jagody jałowca, znów imponuje w całej rozciągłości. Niniejszą listę zamyka niepozorny Cologne – ale nie dajmy się zwieść, bo u Muglera nawet woda kolońska, pachnie w sposób absolutnie niebanalny.

Tommy Hilfiger – TH Bold, to zapach którego wpierw zrugałem, za bezczelne odgapiostwo od Banana Republic Classic – ale w świetle reformulacji, która totalnie zniszczyła tego drugiego, całuję ziemię w podziękowaniu, że Tommy raczył genialnego Classica powielić!. Dotąd nie znałem doskonalej skrojonej, bardziej energetyzującej, wytrawnej, eleganckiej i trwalszej wody kolońskiej (w jej specyficznym i klasycznie ujętym sznycie), niż niepozorny i niemal totalnie nieznany Classic. Ale niestety to jak pachnie dziś, dyskwalifikuje te perfumy w całej rozciągłości – od totalnie niepodobnego do ich samych brzmienia, po absolutnie skandaliczną trwałość i równie nikłą projekcję (gdy oryginał pachniał na mnie przeszło dobę). Cofam więc moją rekomendację dla BR Classica, bo obecnie sprzedawane siuśki, nawet nie przypominają perfum, które opiewałem w niejednej recenzji – więc w ich miejsce wstawcie sobie identycznie pachnącego TH Bolta i będzie git. Jeśli lubicie wytrawne, cytrusowo zielone, aromatyczne, inhalujące i aż kipiące kolońską świeżością świeżaki, to te perfumy będą idealne.

Zirh, to również jedna z tych marek o który przeciętny Seba i Janusz niezbyt słyszał – a jeśli już, to zapewne zna kultowego już Zirh Ikona. A skoro już przy kadzidlanym i nieco mrocznym Ikonie jesteśmy, to warto tu polecić klasycznego Zirha i Zirh Pure Ikon, czyli letnią odsłonę klasyka. Wprawdzie letnia wersja Pure pachnie głównie wymuskanym puryzmem, a motyw znany z klasycznego Ikona gra tu raptem ente skrzypce, ale warto te perfumy wyróżnić. No i na koniec Zirh Zirh, czyli absolutnie dyskretne perfumy, zaserwowane w rasowo amerykańskim, ultra oszczędnym stylu. Te perfumy pachną po prostu niewymuszoną, świeżością czystego prania – ale jeśli lubicie świeżość wyrażoną podobnie, do tej z Prady Infusion d’Homme oraz Avon Pure o2, to warto po te słabo znane perfumy sięgnąć.

uff, The End 😉

Ehhh wiosna… 😉 Jakże miło jest obserwować, jak z każdym dniem przedwiośnie przeistacza się w najprawdziwszą wiosnę. Zazieleniły się kobierce trawników, na wszystkich krzaczkach pęcznieją pąki – a niektóre drzewka wyskoczyły przed szereg i nie czekając na resztę, bezczelnie zakwitły… Wszystko wokół rozkwita i zaczyna pachnieć, skórę pięknie przypieka ostre wiosenne słoneczko, a uszy pieści słodki trel ptactwa… Normalnie aż chce się żyć, wąchać, obcować i uczestniczyć w tym dorocznym misterium, gdy eksplodujące na powrót życie, znów triumfuje nad śmiercią i przemijaniem… ehhh… Ok, ja tu pitu pitu o wiośnie, a parę dni temu bardzo nieprzyjemnie się zorientowałem, że jakiś czas temu* – haniebna reformulacja, pchnęła pod żebro kolejnego nieodżałowanego klasyka… A ostrze reformulacji weszło naprawdę głęboko i dodatkowo kręcono nim wokół, by wyrządziło kompozycji jak najwięcej szkód… Uwielbiałem Classica, za jego fenomenalną i po prostu nie występującą wśród wód kolońskich nośność, świeżość i tytaniczną żywotność. No bo ile znacie niemalże ortodoksyjnie klasycznych wód kolońskich, które z palcem w eeee… oku, wytrzymują na skórze przeszło dobę i nawet po wielu godzinach pachną co najmniej na rozpiętość ramion? Tak, tych samych wód kolońskich, wybrzmiewających aromatycznymi cytrusami i ziołami, jak na rasowego pomazańca oldskulowego kölnisch wasser przystało…

*pojęcia nie mam kiedy, bo nie wiedzieć czemu producenci jakoś niechętnie chwalą się publicznie faktem, że majstrowali przy formule jakiegoś zapachu… a może dlatego, że w 99% przypadków jest to zawsze zmiana na gorsze?

Classic którego znam, to ponadprzeciętna rześkość, świeżość, esencjonalność, nośność, wyrazistość, purystyczna gorzkawość, klarowność, czystość, soczystość, sugestywność i staranność, z jaką zaaranżowano i poprowadzono to klasyczne brzmienie, w wydaniu tej stosunkowo słabo znanej firmy – z łatwością zawstydzała i kasowała wszystkie kultowe Muelhens’y, których realna trwałość oscylowała wokół kilku godzin i koniec (i w przypadku wody kolońskiej, wcale nie jest to wada, a cecha naturalna tego rodzaju bukietu)… A więc Banana Republic dało światu produkt, który pozwalał się cieszyć tryskającą soczystością, świeżością i rześkością wody kolońskiej przez caaaaalutki dzień (i noc), ale niestety komuś to przeszkadzało… Da się? ano da się i to w tak arcy sugestywnym i porywającym wydaniu, iż osobiście uważałem Banana Republic Classic, obok Hermesa Eau de Gentiane Blanche i d’Orange Verte, za jedną z najlepszych wód kolońskich ever! (i to pomijając jej nadzwyczajną trwałość i projekcję). Zapach był tak wydajny i intensywny, że wystarczyły dosłownie trzy psiki, by pachnieć calutki dzień, więc gdy po latach, moja skromna 30-ka, zakupiona jeszcze w czasach mojej bytności na „perfuforum”, obnażyła dno – bez wahania postanowiłem kupić kolejny flakon. Tym razem postanowiłem kupić atrakcyjnie wyceniona flachę (poniżej 100 zł) o pojemności 125 ml, w jednej z wiodących perfumerii internetowych (mniejsza o którą, ponieważ proceder za jaki oberwą – ma charakter bardziej globalny, niż incydentalny).

stara dobra wersja Classic, w minimalistycznej oprawie graficznej i ze srebrzysto satynowym korkiem

Naklikałem gdzie trzeba i wkrótce odebrałem przesyłkę. Rozpakowuję drżącymi łapkami kartonik i pierwsza różnica którą zarejestrowałem, to inny kolor cieczy i korek. Mój flakon miał niemalże bezbarwną zawartość, napis Classic był naniesiony bardzo delikatną czcionką – no i atomizer zdobił prosty, aluminiowy korek (jak na zdjęciu poniżej – notabene tym samym, które zamieściła u siebie perfumeria). A tym czasem to co rozpakowałem, miało inną, bardziej żółtą barwę, inny krój czcionki na flakonie oraz czarny, kwadratowy i plastikowy korek. No nic, może zmienili szatę graficzną co paradoksalnie często się producentom zdarza, ale OBOWIĄZKIEM PERFUMERII było zamieścić na swojej stronie aktualne zdjęcie oferowanego produktu! Jego brak brak dowodzi nie tylko ignorancji i olewaniu klientów przez osoby odpowiedzialne za sklep – jak i wprowadza w błąd i stanowi (tu cenna uwaga dla kupujących) podstawę do zwrotu produktu, jako niezgodnego z umową/ofertą!. No ale skoro perfumeria nie raczy zamieścić aktualnej informacji o oferowanym produkcie i tym samym wprowadza nabywcę w błąd, musi się liczyć z przyjmowaniem zwrotów, nawet używanych produktów – zwłaszcza, że to co jest we wnętrzu flakonu z czarnym korkiem, nawet nie umywa się do wersji z korkiem srebrnym!.

reklama klasyka z 1995 roku 🙂

WTF? Już pierwszy niuch zdradzał, że ta wersja drastycznie różni się od zapachu, w którym się przed laty zakochałem i którego został mi już tylko, nieco ponad mililitr – i w tym momencie moje rozczarowanie i wściekłość na producenta oraz nierzetelną perfumerię, sięgnęła zenitu!… Wierzcie mi, nawet nie porównywałem ich łapa w łapę, bo szkoda mi drogocennej zawartości z niemal pustej 30-ki, a już otwarcie wersji z czarnym korkiem zdradzało kompletne rozminięcie się z oryginalną formułą. Pomijając wygląd zewnętrzny, zawartość wersji bieżącej, nawet się nie umywa do zapachu jaki roztaczała wersja pierwotna!. Nowa wersja jest zaledwie cieniem oryginalnej kompozycji, pozbawiona zupełnie esencjonalnych ziół – a snuto ją na  skrajnie rozwodnionym i dalekim do swej naturalnej postaci, cytrusie i nic ponadto… Nawet nie ośmielę się użyć nazwy bergamotka, bo te popłuczyny są tak umowne i niestaranne, że nie przypominają żadnego znanego mi cytrusa!. Zapachowi kompletnie brak nie tylko jego rześkiej, wartkiej i inhalująco esencjonalnej prezencji, którą zapach zawdzięczał min. zręcznie wplecionemu w bukiet jałowcowi i imbirowi, ale i użyte tu nuty zapachowe są płytkie, nijakie, pozbawione autentyzmu i charyzmy… Do tego okrutnie posypała się projekcja i trwałość wynosząca, ledwie kilka godzin – więc w tej sytuacji, można mówić jedynie o sromotnej klęsce i katastrofie… Serce boli mnie okrutnie, bo jak można było zmasakrować tak udane i starannie wykonane perfumy – w efekcie zamieniając je w coś zupełnie niepodobnego do pierwowzoru!?.

no i wersja bieżąca, przed zakupem której przestrzegam, ponieważ ma niewiele wspólnego z wersją pierwotną

I żeby nie było, mam absolutną pewność że kupiłem oryginał, a zapach jest świeży (nie nosi absolutnie żadnych śladów zepsucia/zleżenia). Wprawdzie we wnętrzu butelki, na dnie pływają jakieś drobne wtrącenia/ pyłki, ale to dość powszechne zjawisko i w moim odczuciu nie dyskwalifikuje zapachu – choć owszem, jest to wada wizualna produktu, jak najbardziej podlegająca reklamacji. No ale nie od dziś wiadomo, że w parze z niską ceną, można nabyć niepełnowartościową partię produktu, która trafiła do obrotu w dziwnych okolicznościach. A kupująca je od pośrednika perfumeria, nie zawsze ma tego świadomość – dlatego być może rozczaruję Was, ale postaram się zachować obiektywizm i polowania na czarownice nie będzie. Tym niemniej już samo zamieszczenie nieaktualnego zdjęcia produktu na stronie, stanowi podstawę do jego niezwłocznego odesłania i odstąpienia od umowy. Jednak moje największe pretensje, kieruję pod adresem samego producenta. Bo nie ogarniam, jaki nawiedzony szaleniec uznał, że po tak drastycznych zmianach – te perfumy mogą nadal funkcjonować na rynku, pod swoją starą nazwą!!! A więc jeśli w którymś moim wcześniejszym tekście, natkniecie się na informację iż rekomenduję Banana Republic Classic – to wiedzcie, że miałem na myśli WYŁĄCZNIE wersję przedreformulacyjną, czyli ze srebrną (satynowaną) zatyczką atomizera!.

Dlatego uczulam! Polujesz na starszą wersję jakiegoś zapachu? Widzisz na stronie sklepu internetowego produkt, przy którym znajduje się jego zdjęcie w interesującej Cię wersji? Jeśli nie jest to real photo (czyli zdjęcie zrobione przez sprzedawcę, specjalnie na okoliczność tej aukcji), to lepiej uprzednio zadzwonić i upewnić się, czy aby NA PEWNO SPRZEDAJĄ DOKŁADNIE TĘ WERSJĘ, CO NA ZDJĘCIU, bo to wcale nie jest oczywiste!. Niektórzy sprzedawcy perfum to ludzie z przypadku i ignoranci, dla których podanie nazwy, producenta, ceny i pojemności flakonu – to wszystko co wiedzą i chcą wiedzieć o sprzedawanym produkcie. I często może się zdarzyć, że kupicie aktualnie produkowaną wersję, bo sprzedawcy było wszystko jedno i wstawił pierwsze z brzegu znalezione w sieci zdjęcie. Mówię z własnego doświadczenia (tym razem nie miałem pojęcia że produkt był w międzyczasie reformuowany), sprawdzajcie to, co oszczędzi Wam kłopotu z odsyłkami, stratę czasu i handryczenia się z nieodpowiedzialnym sprzedawcą.

Napisane przez: pirath | 28 Marzec 2017

Hugo Boss – Iced, czyli srebrny pocisk…

Iced jest kolejnym po Hugo Red zapachem Hugo Bossa, który reprezentuje sobą zwiewną, purystyczno monotematyczną świeżość. Hugo Red pachniał głównie rabarbarem, gdy Iced wybrzmiewa przeważnie grejpfrutem i koniec… Ultra lekki, diabelnie świeży i co tu mówić naturalny, więc nie dziwota że nosi się go równie przyjemnie co Kenzo L’Eeu Par, Annick Goutal Eau de Hadrien, Hermesa D’Orange Verte Concentree, czy Eau tres Fraiche. Hugo Iced reprezentuje dokładnie ten sam styl i wzornictwo, niejako wpisaną w najmodniejszy ostatnio trend lekkich, gorzkawych i purystyczno świeżych Colognes, od których nie stronią nawet najbardziej prestiżowi gracze, jak Dior, Guerlain, Bvlgari, czy YSL

Wprawdzie aspiracje i wykonanie to dwa różne zagadnienia, ale siłą rzeczy każdy liczący się na rynku gracz – prędzej czy później zmierzy się z modną ostatnio konwencją „nowoczesnego colognes” i nie inaczej jest w nie do końca oczywistym przypadku Iced. A skoro idzie lato, a skrojone na nowoczesną modłę świeżaki sprzedają się na pniu – więc kolejna, innowacyjna i przełomowa premiera świeżaka od Hugo, nie powinna nikogo dziwić… No ba, według premier świeżaków Hugo Bossa, będzie można za niedługo regulować zegarki 🙂 Widząc logo Hugo Boss, flakon i tytuł Iced, raczej spodziewałem się kolnej, do znudzenia oklepanej „morskiej bryzy” – skleconej naprędce z najtańszych syntetycznych ingrediencji, z których zmajstrowano kolejnego oklepanego, chemicznie „mroźnego” świeżaka na lato. I tu się przeliczyłem, bo choć jego monstrualnie soczyste i wręcz monotematycznie cytrusowe otwarcie, zdradzało nadchodzącymi wielkimi krokami banał (jak każde ortodoksyjnie cytrusowe otwarcie, tu pozdrawiam Lacoste, DKNY i najstarsze wypusty CK) – to w godzinę później musiałem to wszystko odszczekać…

Iced jest do bólu prosty, minimalistyczny, purystyczny i przede wszystkim od początku do końca cytrusowy. Tak bardzo grejpfrutowo* pomarańczowy i niemalże spartański, że skojarzenia z Bvlgari Men Extreme nasunęły mi się automatycznie. Chłodne i ostrożne w ekspresji cytrusy (grejpfrut i pomarańcza) jako trzon kompozycji to niewiele, za to nosi się je zaskakująco miło, lekko i przyjemnie – albowiem z łatwością wkupują się w łaski nosiciela, bijącą od nich naturalnością i łagodną sugestywnością. Zapach ma też tą zaletę, że nie próbowano go bardziej „odświeżyć i zmrozić” akcentami wodno ozonowymi – dzięki czemu nie przypomina (pomimo śladowej obecności jałowca w tle) płynu do płukania tkanin, ani kostki WC… A to z kolei daje absolutną pewność, że nawet w przypadku 40 st. upałów, nie będzie męczył ani irytował swą tanią, upierdliwą ozonową chemią.

*wprawdzie wykaz nut nawet się nie zająknął o grejpfrucie, ale z tym co czuję nie będę polemizował (wszak wykazy nut nigdy nie są pełne i w praktyce do niczego producenta nie zobowiązują)…

Iced pachnie tak, jakby wziąć na wpół dojrzałego, ledwie żółtego grejpfruta, a następnie przeciąć go na pół, pozbawić w większości soczystego i słodkiego miąższu i te prawie zupełnie wyzbyte soku „półkule” porozrzucać wokół osoby siedzącej z przepaską na oczach. Takie Ellena style… 😉 Czujesz żywe, świeże, soczyste i aromatyczne owoce i niemal nic ponadto… Wprawdzie producent deklaruje na pierwszym planie miętę i herbatę, ale proponuję o tym zapomnieć – bo choć w tle czuć dyskretne tchnienie mięty i jałowca, to ich obecność określiłbym mianem symbolicznego dopełnienia, gdzieś głęboko w tle. Owszem większa ilość subtelnie ujętej mięty i świeżych zielonych liści ukazuje się nieco wyraźniej w schyłkowej fazie akordu sera – ale jeszcze raz podkreślę, że ponad 80% ciężaru tematycznego kompozycji to cytrusy w najczystszej i zaskakująco naturalnej postaci. Taka sugestywność i i ujmująca prostota u Hugo Bossa? A to ci nowość…

Ale powodów do radości jest więcej, ponieważ tym razem nie użyto też nieśmiertelnego u Hugo imbiru, czy kardamonu (pomimo iż jest tu w teorii, równie wyrazisty jałowiec), dzięki czemu zapach wybrzmiewa z dotąd niespotykaną u Bossa świeżością i prostotą (ok, jeszcze Hugo Red pachniał z podobnym polotem). Prostotą, której nikt nie próbował na siłę doprawić czymś męskim i wyrazistym. Nie, Iced nie jest bezprecedensowym objawianiem, w tych perfumach (a zwłaszcza w akordzie środkowym) wciąż czai się duch wcześniejszych Red, Energise, XY i Unlimited – tyle że tym razem postawiono na nieskomplikowaną, prostą i naturalnie wybrzmiewającą świeżość, bez przemyconych na siłę konotacji ziołowo morsko ozonowych oraz bez podbijania na siłę wyrazistości brzmienia. Niby niewiele, ale efekt końcowy robi niesamowicie pozytywne wrażenie, a to jest moim zdaniem najważniejsze. Tytułowemu grejpfrutowi towarzyszy wprawdzie słabo wyczuwalna mięta, herbata i odrobina jałowca, ale jest tego dosłownie odrobinka – dzięki temu zapach kipi czystą, niewymuszoną, cytrusową świeżością od początku, aż do końca…

Zapach charakteryzuje dość kameralna projekcja i przeciętna trwałość, ale biorę poprawkę na porę roku i temperaturę. Iced to świeżak skrojony wybitnie na lato i dopiero gdy za oknem temperatura dobije do dwudziestu paru stopni – wówczas zapach w pełni rozwinie skrzydła. On i całkiem ładna, a przemycona do akordu bazowego vetivera, zielona, ciepła i tak delikatna, że ledwie wyczuwalna. Szkoda, bo aż by się chciało by wypełniła finisz, jak w choćby genialnej Pradzie Infusion de Vetiver, czy Sel de Vetiver od The Different Company – ale niestety anonimowy nos postanowił utrzymać niezmiennie monotematyczny kształt kompozycji, we wszystkich jej akordach… W tej fazie Iced jest już naprawdę delikatny i blisko skórny, jakby brakowało mu mocy by poderwać się ze skóry, ale wciąż przebąkuje przebrzmiewającym akordem zielono cytrusowym. Iced powinien się spodobać miłośnikom wyrafinowanego, chłodnego minimalizmu, w Ellenowym wydaniu – i coś mi mówi że wybornie sprawdzi się latem…

rok powstania: 2017

nos: anonimowy naśladowca Elleny

projekcja: umiarkowana (latem będzie lepsza)

trwałość: dostateczna (latem będzie lepsza)

Głowa: mięta, herbata,
Serce: jałowiec, gorzka pomarańcza,
Baza: wetyweria,

Napisane przez: pirath | 20 Marzec 2017

Lalique – L’Insoumis, czyli obłaskawianie kota…

Niestety nie mam dla Was dobrych wieści… Te perfumy, nie będą hitem, ani nie będą się dobrze sprzedawać i prawdopodobnie po niedługim czasie Lalique wycofa je z oferty… Powód? Są zbyt wykwintne, wyrafinowane, dyskretne i nietuzinkowe, by wkraść się w gusta masowe. Oczywiście to kwestia gustów i nie zakładajmy niczego z góry – tyle że facet zwykle pachnący Bossem, Muglerem, Calvinem, Herrerą, czy Davidoffem – nie sięgnie po te perfumy, ponieważ reprezentują diametralnie odmienny styl… Po drugie L’Insoumis, nie mają szokującej ani miażdżącej prezencji Encre Noire, który przeżyje nawet zagładę nuklearną i skonfunduje nawet ortodoksyjnego wyznawcę niszy. A po pachnidle tak wyrazistym jak Encre Noir, sygnowanie równie ambitnego co enigmatycznego L’Insoumis – stawia przed tym drugim (w walce o atencję klienta), naprawdę wysoko usadowioną poprzeczkę…

L’egumina od Lalique (wybaczcie przekręconą nazwę, ale L’Insoumis nie sposób mi wymówić, ani zapamiętać) to zapach z pozoru tak niezdefiniowany, że aż nijaki i trudno je pokochać od pierwszego niucha… Owszem jest przy tym bardzo przyjemny, wykwintny, delikatny i łaskawy dla nosa – ale tak niejasny w odbiorze oraz tak bardzo niezobowiązujący, że prawdopodobnie większość ludzi kompletnie go zbagatelizuje, nie odnajdując w nim kompletnie nic szałowego, ani sobie znanego… A ja twierdzę, że na tym polega geniusz Pellegrin’a, bo stworzył casualowca tak bardzo wyrafinowanego, gustownego i niebanalnego, że przy całej oryginalności tego arcy enigmatycznego konceptu – niemalże transparentnego. Przy czym czuć to dopiero po bliższym i dokładnym poznaniu tych perfum i obawiam się, że na zmierzenie się z czymś tak ambitnym i wzniosłym – większości potencjalnych nabywców zabraknie cierpliwości, pomimo iż zapach jest nieprzeciętnie ładny!… Niestety najlepiej sprzedają się nieskomplikowane i łatwe w interpretacji zapachy – ponieważ by zrozumieć i co za tym idzie docenić L’eguminę, trzeba czasu… Może zabrzmi to zabawnie, ale te perfumy są jak obłaskawianie / próba wkupienia się w łaski kota… Gdzie to nie L’egumina stara się by nam się spodobać od pierwszego niucha – a to wąchający, podchodząc do zapachu kilkukrotnie, stara się go zrozumieć i w efekcie polubić…

Ale czy nie podobnie bywa z każdym odważnym, trudnym i niebanalnym zapachem, od Encre Noir zaczynając, a na YSL M7 i ekstremalnie niszowych „śmierdziuchach” kończąc? Coś w tym jest, choć L’eguminie daleko do ultra wymagającej siekiery, pokroju Encre NoireL’egumina to raczej odpowiedź na modły tych wszystkich, którzy z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów uważali, że Lalique robi zbyt wyraziste, zbyt mocno zdefiniowane, zbyt odważne, zbyt swoiste, zbyt oryginalne i zbyt wyraziste perfumy. Ale czy klienci, którzy sięgają po niemiłosiernie wyśrubowane i arcy wykwintne kompozycje od Lalique, miewają tej natury rozterki? Ok nawet wśród zagorzałych miłośników kreatywnego i górnolotnego perfumiarstwa Lalique, znajdą się osoby, dla których Encre Noire jest zbyt mroczne, Hommage zbyt głośne, White za słodkie, Equus zbyt ziołowe, Eau de Lalique zbyt koperkowe – zaś porywająco genialny Hommage Voyageur, nie trafił swym ultra wymuskanym, prześlicznym i wysublimowanym krojem, w ich łaknące „prawdziwej petardy” gusta…

To właśnie dla tych „malkontentówLalique zamówiło zapach inny niż wszystkie – wciąż wyśrubowany, jak na wysokie standardy Lalique przystało, ale z definicji lekki i przystępny. Fabrice stworzył zapach, który do złudzenia naśladuje brzmienie banalnego i rasowo niezobowiązującego casualowca – jednocześnie wcale banalnym nie będąc, oj co to to nie… Chyba żadnego miłośnika kunsztu Lalique nie zdziwi, gdy napiszę że zapach nie posiada absolutnie żadnego precedensu i jak to bywa z Lalique, z niczym już istniejącym się nie kojarzy. Lalique tworzy od podstaw, pod siebie (i pod włos rynkowi, za co najbardziej je cenię) i miło wiedzieć, że nadal stawia na jakość i oryginalność. Te perfumy to mistrzowski popis kamuflażu, wirtuozerii, finezji i wyrafinowania i niedopowiedzenia w kreacji. Są tak delikatne, dyskretne, zmysłowe i zarazem eleganckie oraz złożone, że YSL i Guerlain powinni się od Lalique uczyć, jak powinny pachnieć również skierowane do odbiorcy masowego, linie L’Homme i Ideal!. I co najistotniejsze, ta sztuka udała mu się bez udziału modnej i ostatnimi czasu niemiłosiernie nadużywanej „tonkowej słodyczy” – choć ISO E Super wyrzec się nie potrafiło*… 🙂

*w kultowym Encre Noire też jest ponoć masa ISO E Super, choć tego nie czuć…

Skąd ten wniosek? Tak się składa że Pellegrin wcześniej już dwukrotnie udowodnił, że potrafi zrobić perfumy dosłownie „urywające zadek” swą finezją i wyrafinowaniem. Mowa o Smoke for the Soul by Kilian i Just Cavalli Gold for Her, których używała moja serdeczna koleżanka. Dym dla duszy trudno uświadczyć poza perfumeriami niszowymi, ale tego Cavalli można spotkać w sieciówkach i są żywym dowodem, że nawet w mainstreamie – wciąż jest miejsce na artyzm i niebanalność w przystępnym dla nosa wydaniu… Teoretycznie L’eguminę osnuto na motywie przewodnim bazylii i szałwii (a więc wyraziście), ale oszczędny – wręcz dietetyczny w prezencji i ekspresji tych nut bukiet, ewidentnie temu zaprzecza. Powiem wprost, bazylia to tylko przygrywka i zasłona dymna, owszem urocza i diabelnie przyjemna, ale „umowna”… Te perfumy najlepiej jest podziwiać globalnie, bez puszczania się w pogoń za pojedynczymi nutami – gdyż ta zawsze skończy się ślepą uliczką i psuje odbiór naprawdę ciekawie i spójnie zaaranżowanego bukietu.

Generalnie wszystkie obecne tu ingrediencje, sprawiają wrażenie zawoalowanych, odmiennych, eterycznych i zupełnie do siebie niepodobnych. Wyrażono je ostrożnie, z dużą dozą delikatności i wyczucia, wręcz wstrzemięźliwej wstydliwości. Tak bardzo, że miałem spory problem z identyfikacją poszczególnych nut, chociaż jako całość, zapach broni się i wypada naprawdę atrakcyjnie, przekonywająco i co najważniejsze, harmonijnie. Jest to kompozycja z gatunku cichych i emitujących się do otoczenia dość oszczędnie – ale jego kameralna projekcja, ładnie współgra z jego dość enigmatycznym bukietem. Bukietem tak złożonym, dyskretnym i wymyślnym, że aż niemożliwym jest stwierdzić czym zapach wybrzmiewa i co stanowi jego motyw przewodni. Na upartego i zawierzając na słowo wykazowi nut (wszak to Lalique, które nie musi wypisywać niestworzonych bzdur, by zrobić na nabywcach wrażenie), zapach ma ziołowo drzewną charakterystykę, całkiem zresztą zbliżoną do Equusa – a nawet pachnąc jak jego młodszy i znacznie delikatniejszy brat. Brat niezdefiniowany i nieokreślony, ale jeśli zapomnieć o jego w rzeczywistości do niczego nie pasującym wykazie nut – niesamowicie oryginalny, lekki i przyjemny w odbiorze…

Za to gdy zapach uleży się przez kilka godzin (2-3), coraz cichszemu wątkowi przewodniemu – zaczyna wtórować cudnej urody miks purystycznych, balsamicznych i arcy delikatnych niuansów drzewnych + konotacje balsamiczne. Generalnie nie ma co się oszukiwać, większość „roboty” przy finale, odwala ISO – co nie zmienia faktu, że zapach jest w odbiorze arcy rozkoszny i iście czarujący. A później, później jest jeszcze lepiej, jeszcze rozkoszniej i już totalnie rozbrajająco – ponieważ w akordzie bazy, zapach zaczyna sprawiać wrażenie ścielącej się na skórze kompozycji drzewno ambrowejPellegrin wycisnął tu z ISO, nut drzewnych i prawdopodobnie syntetycznej ambry absolutnie wszystko, więc fenomenalny Hommage Voyageur powinien właśnie poczuć na plecach gorący oddech L’eguminy – albowiem w konfrontacji z bazą L’eguminy, jego pozycja najbardziej słitaśnego i uroczego zapachu w ofercie Lalique, jest mocno zagrożona…

Moim zdaniem, śliczna, ścieląca się na skórze, diabelnie wykwintna i najbardziej spektakularna faza schyłkowa – to najmocniejszy atut tych perfum. Faza jakby żywcem wyjęta z niszowych i bardzo kosztownych perfum. I aby go doczekać, trzeba przetrwać wcale nie brzydki akord środkowy (akordu otwarcia w zasadzie tu nie ma), co nie będzie trudne. Ale i tak obawiam się że L’egumina podzieli los The One Gentleman od Dolce & Gabbana, czy Mistero di Roma od Laury Biagiotti – czyli zapachów na wskroś wybitnych, dopracowanych i urodziwych, ale i na swe nieszczęście, również zbyt finezyjnych i kunsztownych. A te jak wiemy przechodzą niemal niezauważone i świat szybko o nich zapomina – wszak najbardziej w pamięci zapadają wonie głośne i wyraziste. No i żaden z klientów perfumerii nie będzie wstanie wymówić nazwy L’Insoumis, aby zapytać o ich dostępność… 🙂

rok powstania: 2016

nos: Fabrice Pellegrin

projekcja: umiarkowana, z czasem dyskretna

trwałość: dobra, z czasem zapach robi się blisko skórny

Głowa: bergamotka, rum, bazylia,
Serce: lawenda, czarny pieprz, szałwia muszkatołowa,
Baza: haitańska wetyweria, paczula, nuty drzewne, mech,

Wiedza, kompetencja i uczciwość to wartości, które w teorii powinny przyświecać każdemu doradcy klienta, niezależnie od branży. Idąc do mniej lub bardziej specjalistycznego sklepu, zakładamy że możemy liczyć na fachowe doradztwo oraz indywidualny dobór produktu, pod nasze potrzeby – ale czy aby na pewno?. Niestety naciski na wyniki i coraz niższa poprzeczka względem doświadczenia, wiedzy, szkoleń i etyki pracy – sprawiają, że trafienie na sprzedawcę kompetentnego i uczciwego jest coraz trudniejsze. Nie ważne jak, po trupach, bezwzględnie wykorzystując klienta niewiedzę i naiwną wiarę w uczciwość i rzetelność – sprzedawcy wciskają nam nie to co my chcemy i jest dla nas dobre, a to co sami chcą nam sprzedać. I nie ważne czy chodzi o komputer, ekspres do kawy, polisę ubezpieczeniową, czy perfumy – za każdym razem schemat wygląda podobnie. Przychodzimy do sklepu, licząc na rzetelne doradztwo, a wychodzimy z produktem, który niekoniecznie musi spełniać nasze oczekiwania. Natomiast niemal pewnym jest, że spełnił on cel lub wytyczne koniunkturalnego sprzedawcy, realizującego swój własny interes…

Oczywiście nie chcę generalizować, bo nie wszędzie można spotkać się z takim draństwem, oportunizmem lub porażającą niekompetencją. W każdej branży są pozbawione skrupułów czarne owce – jak i jednostki nieprzeciętnie kompetentne, rzetelne i traktujące swą pracę i klienta profesjonalnie. Tyle, że takich osób coraz częściej ze świecą szukać, ponieważ niestety współczesny etos pracy w corpo i sieciówkach, jest daleki od doceniania powyższych wartości i cech u sprzedawcy. Liczy się efektywność i zorientowanie na realizację celów, niestety kosztem nas, czyli interesu klienta. Płace w tym sektorze też nie powalają na kolana, a za wiedze i zaangażowanie nikt ekstra nie płaci – więc trudno oczekiwać, że nierzadko zieloni i przypadkowi ludzie z łapanki, będą wiedzieli cokolwiek na temat towaru, który oferują. Bywając często w perfumeriach, sam to widzę i słyszę – choćby niechcący podsłuchując dialogi pomiędzy konsultantką a klientem i często niewiedza konsultantek jest doprawdy porażająca, a mowa o podstawach!. Ale chyba najgorsze jest to, że samemu nie mając specjalistycznej wiedzy, ani nikogo wśród znajomych, który mógłby nas wspomóc obecnością i radą podczas zakupów – jesteśmy zmuszeni zaufać… Z duszą na ramieniu i uważnie słuchając, bo to pozwala się czasem zorientować, że mamy do czynienia „wciskaczem promocji„, „naciągaczem na rozszerzone gwarancje„,  – czy rzetelnym doradcą, który traktuje klienta jak partnera, a nie owcę do obstrzyżenia…

Żeby nie było, o widzianym i zasłyszanym buractwie i chamstwie klientów perfumerii też mógłbym sporo napisać, ale to temat na oddzielny wpis… A do popełnienia niniejszego, zostałem poniekąd sprowokowany, przez równie kuriozalną co żenującą sytuację, o której niedawno opowiedziała mi znajoma. Została tak bezczelnie okłamana i wprowadzona w błąd przez nieuczciwą konsultantkę, jednej z sieciowych perfumerii – iż nie wytrzymałem i postanowiłem o tym napisać. Oczywiście bez podawania nazwy przybytku, wszak w dzisiejszych czasach pisanie brutalnej prawdy o nieuczciwych praktykach wielkich molochów lub żenującym nieuctwie ich pracowników – to „uderzanie w ich dobre imię” i zaraz mnie pozwą. W międzyczasie sam byłem świadkiem podobnej rozmowy, gdzie pewien młody sprzedawca dużego sklepu z RTV, próbował „wcisnąć” niezorientowanym klientom laptopa – opowiadając wyssane z palca bzdury, którym ewidentnie przeczyły informacje na etykiecie produktu. Nie wytrzymałem i wszedłem mu w zdanie, pytając: dlaczego tak bezczelnie okłamuje klientów? Bo są starsi i nie mają możliwości zweryfikować kalumnii, które im wciska? Oczywiście zmieszał się, a następnie gdy go wypunktowałem krok po kroku – obalając te jego zmyślone lub naprędce zaimprowizowane rewelacje, a które wciskał pewnemu starszemu małżeństwu, ulotnił się na zaplecze…

Mam świadomość, że niniejszym wpisem świata nie zbawię, ani nie wyeliminuję nieuczciwych praktyk u sprzedawców. Nikt nie przyzna tego wprost, ale to przyjęty model biznesowy jeśli nie nakłania, to przynajmniej toleruje takie praktyki, bo przecież plany sprzedażowe same się nie zrobią… I dopóki taki sprzedawca nie ma płacone nie za wiedzę i kompetencje, a dostaje premię lub procent od obrotu – to z założenia próżno liczyć na rzetelność i zwykłą ludzką uczciwość… Ale jeśli ten wpis pomoże uświadomić choć jedną osobę, która słyszała lub co gorsza wierzy w przytoczone poniżej herezje i kłamstwa nieuczciwych sprzedawców – to będzie mi miło, jeśli uda mi się ją „nawrócić”. A teraz już nie przedłużając, pora na garść najbardziej żenujących praktyk, z jakimi możecie spotkać się min. w perfumeriach.

1. Odgórne i protekcjonalne założenie, że coś jest lepsze, bo jest droższe i pochodzi od bardziej znanej marki… Już parokrotnie spotkałem się z taką tendencją, że sprzedawcy uważają produkt markowy, za lepszy niż tańszy odpowiednik od mniej rozreklamowanej konkurencji. I to bez jakichkolwiek merytorycznych argumentów za i przeciw, na zasadzie „bo tak”. A im marka bardziej rozpoznawalna i snobistyczna, tym bardziej – nawet gdy porównanie parametrów i cech obu produktów, wskazuje na wyższość produktu tańszego lub od mniej rozpoznawalnego producenta. Widać kult marki potrafi dziś zdziałać cuda, skoro w pogoni za pożądanym logotypem – ludzie zapominają o zdrowym rozsądku i rezygnują z chłodnej analizy cech i realnie nabywanych korzyści. Nie chcę tu pisać o mechanizmach „motywacyjnych” wywieranych na samych sprzedawców, ale w społeczeństwie wciąż funkcjonuje utarty schemat, że droższe i markowe jest lepsze niż tańsze i niemarkowe – tyle że w dzisiejszych czasach, już nie powinno się ślepo polegać na tej zależności. Markowi producenci również oferują tandetę i marnej jakości masówkę, o dziwo częściej niż by wynikało z ceny i prestiżu marki.

2. Starocie na regałach z promocjami… czyli niemiłosiernie irytujące zjawisko, a wręcz patologia – z którą od lat walczę, w pewnej dużej sieciówce. Litościwie pominę nazwę, bo ze zjawiskiem można się spotkać nie tylko tam. Pomijając wewnętrzne zasady merchandisingu i standaryzacji layoutu, którymi się perfumerie zasłaniają – uważam, że wykorzystywanie regałów z napisem „nowość” do wciskania klientom słabiej rotujących produktów, jest delikatnie mówiąc nieuczciwe. Uważam, że dla pobudzania fluktuacji słabiej rotującego towaru i przypominania o nim klientom – dużo lepiej sprawdzi się ekspozycja opatrzona napisem promocja. A umieszczanie na regale z „nowościami” zapachu mającego już ładnych kilka lat i od również ładnych kilku lat będącego w zasobach tejże perfumerii – jest po prostu nadużyciem… Bo jeśli już na wstępie oszukujecie lub traktujecie potencjalnego, a troszku zorientowanego w ofercie rynkowej klienta jak idiotę – to co on ma sobie o was pomyśleć?

3. Uderzanie w najniższe instynkty oraz sugerowanie niemalże nadprzyrodzonych cech produktu… A zwłaszcza w konfrontacji z płcią przeciwną, gdzie jako kluczowy argument przemawiający za wybraniem danego zapachu, jest kokieteryjny flirt konsultantki, insynuujący – że z tymi perfumami to żadna się panu nie oprze / albo będzie się pan cieszył wielkim powodzeniem u kobiet /  wszyscy prawdziwi mężczyźni to kupują / kobiety uwielbiają tak pachnących mężczyzn… No ręce opadają, jakby o powodzeniu mężczyzny w oczach kobiet, świadczył nie jego wygląd i zachowanie, a zapach noszonych przez niego perfum… Ja rozumiem, że w efektywnej sprzedaży stosuje się różne techniki manipulacyjne, mające pomóc w nakłonieniu klienta do zakupu – ale w przypadku „wciskania kolesiowi” perfum, jest to szczególnie nieetyczne i tanie. Tym bardziej, że zwykle ma to niewiele wspólnego z preferencjami samego klienta, a bardziej pozwala upłynnić to, na czym zależy konsultantce… Klient musi się dobrze czuć z danym zapachem i samemu przekonać się, że zapach mu „leży” – więc przyspieszanie tego procesu, poprzez wywieranie podprogowych nacisków – łącznie z wjeżdżaniem na ego i ambicję, traktuję jednoznacznie z naciąganiem… No i chyba największa żenada, gdy skołowany klient, któremu wciśnięto ze 20 bloterków, kapituluje – podtykanie mu pod nos kawy i jej substytutów, by za wszelką cenę coś kupił…

4. Wciskanie kitu, że testery są lepsze niż regularne perfumy… jedna z największych bzdur, legend i mitów w branży perfumeryjnej – i co gorsza ciesząca się niesłabnącą popularnością zarówno u nabywców, jak i nieuczciwych sprzedawców. Szerzej na ten temat pisałem TU, natomiast na potrzeby tego wpisu jedynie nadmienię, że tester zawiera w sobie dokładnie te same perfumy co produkt półkowy. Jedyne co je różni, to skromniejsze opakowanie i zwykle brak korka oraz oznaczenie, że jest to tester, czyli PRODUKT DLA CELÓW DEMONSTRACYJNYCH – bo i nie każdy wie, że testerami oficjalnie nie można handlować. Ale „Janusze i Grażyny biznesu” wpadli na pomysł z bajeczką, o rzekomo lepszych właściwościach testera, że jest bardziej skoncentrowany i dłużej pachnie – po to by mieć solidną kartę przetargową, dla sprzedania produktu bez korka i ładnego opakowania, czyli w teorii niepełnowartościowego. I ot cały sekret, więc jeśli ktoś próbuje Wam wcisnąć, że tester jest lepszy niż regularny flakon tych samych perfum – to wiedzcie że bezczelnie kłamie!.

5. No i chyba koronne, czyli to co najbardziej mnie rozsierdziło! Czyli wciskanie klientom kitu, że owe cyferki przy FL. OZ. na flakonie, oznaczają stopień stężenia ekstraktu perfum, co znaczy że perfumy są mniej rozcieńczone, niż te o większej pojemności… 🙂 Serio, nie zmyśliłem sobie tego, a taką herezję pocisnęła żonie mojego kolegi, konsultantka jednej z opolskich sieciówek, ale po kolei. Żona kolegi wybrała się z koleżanką na zakupy, do jednej z sieciowych perfumerio drogerii. Znalazła swoje ulubione perfumy w promocji, ale nie bardzo potrafiła sobie racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego flakon o pojemności 30 ml jest droższy niż tańsza „sześćdziesiątka„. Poprosiła więc o pomoc jedną ze sprzedawczyń, ale ta odesłała ją „bezpośrednio do koleżanki, która zajmuje się u nich perfumami”. Udała się do wskazanej osoby spytać o cenę i przy okazji zapytała dlaczego na jednym flakonie jest napisane 1.0 fl. oz., a na drugich 2.0 fl.oz. i jak ma to interpretować… I wiecie co usłyszała w odpowiedzi? Nie zgodną z prawdą informację, że to przelicznik objętości flakonu z mililitrów na uncje amerykańskie (30 ml to 1.0 fl.oz.) – tylko stosunek gęstości ekstraktu perfum do gotowego roztworu… I te o mniejszej pojemności, są bardziej skoncentrowane (a więc wydajniejsze i trwalsze), niż te bardziej rozcieńczone w opakowaniu 60 ml, uwierzycie?… Zawierzyła więc nieuczciwej lub niedokształconej konsultantce i zakupiła dwa flakony droższych perfum – o dwukrotnie mniejszej pojemności, ufając że będą dłużej i intensywniej pachnieć. Na szczęście nie dawało jej to spokoju i postanowiła zapytać mnie o to przez męża, wiec wyobraźcie sobie jak się spieniłem, słysząc te rewelacje… Nie wiem jak sprawa się skończyła, bo jeszcze się od tamtej pory nie widzieliśmy, ale skoro pracownik działu perfum, z rozmysłem powtarza klientom takie bzdury – a tym samym naraził klientkę na niekorzystne dla niej rozporządzanie jej pieniędzmi, to zapewne będzie z tego niezła awantura, zwłaszcza że dziewczyna ma świadka…

6. Stare i zleżałe kosmetyki na półkach… Teoretycznie okres przydatności perfum i kosmetyków liczy się od ich otwarcia i określa to specjalny logotyp (opakowanie kremu z otwartym wieczkiem), nieumieszczony na każdym opakowaniu – wraz z liczbą określającą minimalny okres przydatności do zużycia. I jeśli produkt był właściwie przechowywany i transportowany (ale tu warto zauważyć, że perfumeria lub drogeria często nie mają wpływu ani wiedzy w jakich warunkach składowano lub przewożono product po stronie swego dostawcy), to szansa ze trafimy na produkt niepełnowartościowy (czyli zleżały) jest bardzo niewielka. Osobom niezorientowanym jest trudniej wychwycić, że coś zalega na półkach bardzo długo, ale często kurz, albo „zmęczone” opakowania, nierzadko pokryte warstewką kurzu” mogą sugerować, że coś bardzo długo czeka na szczęśliwego nabywcę. Więc jest spore ryzyko, że taki nie pierwszej świeżości produkt, ulegnie po otwarciu przyśpieszonemu starzeniu i zepsuje się szybciej nim zdołamy go zużyć. Ponadto gdy widzimy, że kosmetyk od dłuższego czasu „kisi się” w świetle i cieple generowanym przez blisko niego usytuowaną żarówkę halogenową – lepiej sobie darować zakup tak przechowywanego produktu… Co tu dużo mówić, tester perfum, pracujący w tak ekstremalnych warunkach (ogrzewanie i naświetlenie) nierzadko wytrzymuje ledwie kilka miesięcy – nim się zepsuje i zacznie pachnieć Maggi… Czy nie byłoby lepiej (wizerunkowo) dla perfumerii lub drogerii, zdjąć z półki takiego zleżałego „pułkownika” i zestratować, niż zszargać sobie u klientów reputację – dopuszczając do sprzedaży i w efekcie reklamacji od klienta, który wdepnie na taką minę? To samo tyczy się starych, odbarwionych, zjełczałych, zakurzonych i klejących się testerów – nierzadko tak bardzo zepsutych, że aż cuchnących Maggi… Gwarantuję, że nikt nie kupi perfum w oparciu o taki tester – ale niektóre perfumerie sieciowe zdają się mieć to gdzieś…

7. Przedreformulacyjne i pochodzące z innych partii testery… To niestety plaga większości perfumerii… Testery dodawane zwykle przez dystrybutora gratis, do każdej większej partii produktu – są po to, by klient kupujący produkt z danej partii, a konkretnie tej partii, mógł się z nim zapoznać. Tak to sobie, zgodnie ze sztuką wymyślił producent – to znaczy, że tester powinien być wymieniony na świeży (bieżący), przy każdej nowej partii produktu na półce – właśnie na tester pochodzący z tej konkretnie partii. Pomijając reformulacje, różne partie perfum, mogą się od siebie nieznacznie różnić – stąd dbałość, by klient wiedział co konkretnie kupuje i nie miał powodu do reklamacji. Chyba nie muszę Wam mówić jak można się bardzo zdziwić, gdy decyzję o zakupie podjęliśmy wąchając produkt z testera przedreformulacyjnego – a kupiliśmy produkt poreformulacyjny, o wyraźnie innych parametrach i inaczej pachnący. Niestety perfumerie z reguły nie podmieniają testerów na świeże, zwykle wymieniając tester tylko wtedy, gdy ten się zużyje lub zepsuje (choć to ostatnie nie zawsze ma miejsce) – a zaoszczędzone flakony testerów, no cóż… Niestety dla dużej liczby perfumerii, problem wymiany testerów na „aktualne” nie istnieje – bądź z ignorancji, bądź z niewiedzy i niestety cierpi na tym równie nieświadomy tej zależności klient… Dla mnie sprzedaż perfum w oparciu o „nieaktualny” tester jest świadomym wprowadzeniem nabywcy w błąd i podstawą do zwrotu towaru – oczywiście w przypadku gdy walory i parametry produktu, zauważalnie odbiegają od demonstracyjnych. Zresztą można to łatwo sprawdzić, zerkając na numer partii na testerze i pudełku perfum – a najlepiej zrobić sobie zdjęcia, by mieć koronny argument, na wypadek zwrotu. W mojej ocenie, w takiej sytuacji – perfumeria MUSI przyjąć zwrot, nawet już używanych perfum.

8. Namolne konsultantki i natarczywa ochrona, czyli to co wciąż wyróżnia rodzimy handel od reszty świata, niestety na niekorzyść… Już kiedyś o tym wspominałem, ale wchodząc do sieciowej perfumerii lub drogerii, wpierw od wejścia atakują mnie sprzedawczynie – od progu pytając, w czym mogą mi pomóc. To może w spłacie kredytu za samochód? A przecież wystarczyłoby dać mi chwilę na wejście i spokojne rozejrzenie się – a gdy zacznę szukać wzrokiem obsługi, wówczas dopiero podejść, oferując pomoc. I gwarantuję że klient będzie zadowolony z obsługi, a konsultantka poczuje się chciana i potrzebna. No ale jest jak jest, więc gdy już opędzę się od konsultantek, chwilę później jestem brany na celownik przez sklepową ochronę, której jakiś intruz wkroczył na obiekt. Pomijając ich zachowane, nierzadko naśladujące strażnika więziennego oraz ubiór krojem i barwą przypominający szturmowca Grom’u – zwykle szybko czuję się zaszczuty obecnością takiego łażącego za mną, krok w krok „strażnika teksasu„… A wystarczyłoby proste szkolenie, uświadamiające, że ochrona ma być transparentna i dyskretna. Śmiem twierdzić że ochroniarz w spodniach od garnituru i białej koszuli wygląda bardziej profesjonalnie niż ZOMO‚wiec, w czarnym uniformie – i założę się, że taka mniej rzucająca się w oczy i subtelniejsza ochrona, byłaby też efektywniejsza… A póki co, co chwila widzę kontem oka złowieszczą czarną postać, która wychyla się zza regału lub nachalnie staje kawałek obok, bacznie lustrując co też robię z testerami…

Koniec, to może nie najlepsze określenie, bardziej schyłek serii Le Male – jej zwieńczenie, za to zaserwowane w naprawdę pięknym stylu… Owszem czuć, że zapach powstał z myślą o byciu ukoronowaniem serii, ale jest coś jeszcze… Przede wszystkim czuć, że te perfumy stworzył inny nos niż Francis Kurkdjian i pewnie zaraz zostanę za to co powiem ukamienowany bezglutenowymi babeczkami z otrębów (twardość porównywalna z diamentem) – ale osobiście postrzegam to w kategorii zalety… Ok, Francis jest zdolny, nawet bardzo, stworzył genialnego w swej prostocie Le Male, stworzył też arcy porywającego w swym wysublimowanym kroju Fleur Du Male – ale swoista klęska urodzaju flankierów Le Male, sprawiła, że koncept zdążył mi już konkretnie zbrzydnąć. Winą za taki stan rzeczy obarczam samo JPG, którego upierdliwa nadgorliwość, w lansowaniu niezliczonej ilości klonów Le Male (gdzie każdy kolejny był łudząco podobny do przedniego i niewiele sobą wnosił) – sprawiło, że cała seria nudzi się i dewaluuje.

Owszem Essence wciąż nawiązuje do stylu i ducha Le Male, tyle, że jest jego kwintesencją – poniekąd wybornie zaanonsowaną wcześniejszą premierą Ultra Male. Ultra Male, które jest niczym innym jak zręcznie przemyconym flankierem w wersji Intense – lecz czyni to o wiele wykwintniej i na temat niż konkurencja. Ultra Male postrzegam też jako swoiste preludium, zapowiedź nadchodzącego (wreszcie!, bo ile można to ciągnąć) końca, anonsujące ostatnie brakujące ogniwo. Essence de Parfum to wyrafinowane i finezyjne zwieńczenie całej serii, przysłowiowa kropka nad i jednocześnie wzorzec tego jak powinno pachnieć Parfum, stanowiące idealne zwieńczenie dla całej serii i niekoniecznie mam na myśli serię Le Male

klasyczny i niezatapialny JPG LE Male w jednym z najbardziej charakterystycznym na rynku flakonie

Mam oczywiście świadomość ze seria Le Male to dla JPG kura znosząca złote jajka, marka w marce, od której odcinanie kuponów przynosi firmie krocie. Ale myślę, że ktoś u Gaultiera dostrzegł, że kolejne premiery, które wypuszczają szybciej niż strzela karabin półautomatyczny – nie spotykają się z większym zainteresowaniem i podobną estymą co klasyk. Oczywiście nie wątpię, że nie odpuszczą i nadal będą powstawać edycje limitowane i letnie, wszak na Le Male zawsze będą klienci… Tym niemniej nadpodaż flankierów Le Male i rynkowa moda na tonkę sprawiła – iż ta konwencja, częściowo już się klientom przejadła. Przejadła zarówno ze względu na ideę upierdliwie słodkiego i chwilami ordynarnego killera, jak i porażającą wtórność kolejnych flankierów. Dlatego ktoś u JPG podjął słuszną decyzję, by tym razem pokazać coś naprawdę wyjątkowego – a dla pewności zatrudnili innego perfumiarza…

mający swą premierę w 2015 roku JPG Ultra Male, będący Intense pełną gębą i preludium dla Essence w jednym

Le Male jest specyficzny, jego chwilami ordynarny, drapieżny, nadpobudliwy, ulepkowaty i daleki od współcześnie lansowanych trendów charakter – nie każdemu się spodoba, a w ekstremalnie zintensyfikowanej formie Parfum, jego słodycz musiałaby być nieznośnie upierdliwa i skrajnie męcząca. Quentin Bisch miał tego pełną świadomość, dlatego postanowił pójść w nieco innym kierunku – wybornie łącząc tradycyjne brzmienie tytułowego Le Male, ze swoistą i bynajmniej wcale nie rewolucyjną świeżością, w którą pchnął cały koncept. Uczynił to za pomocą zręcznie wplecionych w bukiet przypraw, skóry i owoców, które wzbogaciły, uszlachetniły i co najistotniejsze urozmaiciły i jednocześnie wydelikaciły, nieco skostniałą konwencję klasycznego Le Male, popychając go w stronę 1 Million i Burberry London

ciężko byłoby skojarzyć i pogodzić, tym razem wysmakowany flakon i bukiet Essence z prostą i prowokacyjną serią Le Male – ale szczęśliwie Ultra Male okazał się naprawdę dobrym łącznikiem pomiędzy serią, a jej Essencjonalnym zwieńczeniem

Essence nie jest rewolucją, ponieważ ten zapach wciąż czerpie garściami z idei i konwencji oryginalnego Le Male – ale chyba najmocniej przypomina wspomnianego wcześniej Ultra Male, którego jest odważniejszą i wykwintniejszą kontynuacją. Abstrahując od ich wzajemnego podobieństwa, jak i podobieństwa Ultra Male i Essence De Parfum do V&R Spice Bomb, PR 1 Million, CK The One Shock i Burberry London – osobiście uważam, że wcześniejszy Ultra Male i Essence są najbardziej dojrzałymi, najlepiej dopracowanymi i reprezentującymi najwyższy poziom aranżacji, przedstawicielami całej rodziny Le Male. Zresztą tak samo ewoluował 1 Million od Paco Rabanne, którego odsłona Intense, a ostatnio Prive okazała się najwybitniejszą odsłoną całej serii… Essence to wciąż gęsta i niesamowicie esencjonalna słodycz tonki i (w mniejszym stopniu) kwiatu pomarańczy, ale jak wiemy diabeł tkwi w szczegółach…

Le Male jest monotematyczne i niezbyt skore do ewolucji na skórze i pod tym względem Essence również rewolucji nie czyni. Natomiast już stopień i wyrafinowanie z jakim odświeżono, ubogacono, rozświetlono, wydelikacono i urozmaicono jego wykwintny, elegancki i finezyjny jak na takiego mocarza, bukiet – mile zaskakuje. Urozmaicenie i wygładzenie bukietu EDP, uczyniło go dyskretniejszym, bardziej przystępnym – zdecydowanie popychając formułę w stronę arcy szykownej kompozycji na wieczór. Paradoksalnie, pomimo iż jest to Parfum, zapach wydaje się delikatniejszy i bardziej powściągliwy (nie mylić z projekcją) w epatowaniu swym esencjonalnym bukietem niż EdT – co czyni z nieznaną dotąd klasą i lekkością. Ponadto zapach zyskał na bogactwie detali, jego słodycz uszlachetniły korzenne przyprawy, a oblicze złagodzono poprzez dodanie owoców (coś ala konfiturowa porzeczka, wiśnia, śliwka), które zauważalnie pchnęły koncept w stronę nie mniej przyjemnego w odbiorze, The One Shock od Calvin Kleina i Burberry London. Ale mimo to, nadrzędną i najmocniej wyczuwalną ingrediencją, jest niepodzielnie panująca we wszystkich stadiach bukietu, tonka.

Paco Rabanne 1 Million Intense, to przed pojawieniem się wersji Prive, najdoskonalej skrojona i najwykwintniejsza odsłona całej serii i poniekąd zapach do którego Essence całkiem mocno nawiązuje stylem i charakterem.

Tutejsza głęboka i miękka tonka, niemalże przypominające migdałowo wiśniowe amaretto ścieli się i lepi powłóczyście do skóry – a towarzyszą jej kardamon, pieprz, cynamon, lawenda, szałwia, muszkat i wanilia. Co ciekawe dobrze wyczuwalny w klasyku kwiat pomarańczy, tu występuje w ilości śladowej. Jest więc bogato i treściwie, zauważalnie inaczej – ale wciąż zaskakująco lekko i niemalże balsamicznie. Te perfumy nie mają w sobie za grosz drapieżności ani agresji pierwotnych odsłon Le Male, Spice Bomb, czy 1 Million. Essence przypomina ich styl, ale wyartykułowano je z ogromną dozą delikatności, wyczucia i ciepłej miękkości. W sumie sam nie wiem czy te perfumy to jeszcze Le Male, czy już odejście w stronę stylistyki 1 Million? Hmmm jeśli mam być szczery, to wolę ucieczkę w bogatszą i bardziej dopracowaną konwencję PR 1 Million Intense – niż kolejną niewiele wnoszącą wariację na temat Le Male

Stylistycznie to właśnie do The One Shock i 1 Million Intense jest Essence De Parfum najbardziej podobne, choć osią kompozycji jest ta sama, masywna i głęboka tonka, którą znajdziemy zarówno w sercu oryginalnego Le Male, jak i Bogarta Pour Homme oraz w nieco złagodzonej formie, u Thierrego Muglera. Na upartego, niemal lejące się po skórze Essence, pachnie równie przytulnie i apetycznie, co bardziej zintensyfikowana wersja Burberry London, choć zaznaczam iż jest to raczej powierzchowne podobieństwo – oparte głównie na wspomnianych konotacjach przyprawowo owocowych, które stanowią klejnot w koronie i „smaczek” wszystkich tak zaaranżowanych kompozycji. Essence jest bardzo udanym mariażem klasycznego Le Male z wybitnie orientalizującym i bogatym w detale 1 Million i klimatami gourmand. Pomimo obranej konwencji i złożoności bukietu Essence, nosi się te perfumy zadziwiająco lekko – zwłaszcza że mowa o zwieńczającym całą serię, Parfum… Wprawdzie zapach nie posiada równie miażdżącej projekcji i trwałości co tradycyjne Le Male, ale spokojnie – nie znika ze skóry od groźniejszego spojrzenia, no i nie zawiera glutenu!. 😉

rok powstania: 2016

nos: Quentin Bisch

projekcja: bardzo dobra, acz jak na standardy Le Male dyskretna

trwałość: dobra

Głowa: kardamon, bergamotka, dzięgiel, pieprz,
Serce: lawenda, skóra, cynamon, szałwia,
Baza: kostowiec, drzewo bursztynowe, kumaryna, wanilia, piżmo,

 

Napisane przez: pirath | 10 Marzec 2017

Kacper Kafel – Stereo Love, czyli Narcyz się nazywam…

Nie planowałem opisywać tych perfum, poniekąd przez niechęć do osoby ich twórcy – ale uznałem, że moje własne animozje, nie powinny przekładać się na chłodną ocenę czyjegoś talentu. A Stereo Love autorstwa Kacpra Kafla, zrobiło na mnie tak pozytywne wrażenie, swą prostotą, świeżością i naturalnością, iż z prawdziwą przyjemnością je Wam przybliżę. Tym bardziej, że zapach opiewa jeden z moich ulubionych wiosennych kwiatów, narcyza.

Kocham wiosnę, to moja ulubiona pora roku, gdy to co umierało na mych oczach jesienią (moja druga ulubiona pora roku) już za kilka tygodni powróci – w niekończącym się cyklu odradzania się przyrody. A jak wiosna, to i wiosenne kwiaty, a więc pora na min. narcyza i żonkila – choć poza kolorem nie mam pojęcia czym się różnią, bo oba pachną dla mnie identycznie. No dobrze, mam pojęcie, bo szybki research pozwolił mi ustalić, że żonkil to po prostu żółty narcyz, tadaaaam! 😉 Zatem każdy żonkil jest narcyzem – ale nie każdy narcyz jest żonkilem, jak powiedziałby klasyk. Wprost ubóstwiam ich (żonkil, narcyz) słodkawy, upajający, lekko goździkowy zapach (niektóre azalie/ rododendrony też pachną mi jak goździk), który wdycham wiosną tak intensywnie, że nierzadko wciągam nozdrzami płatki kwiatu. Narcyz to bez wątpienia jeden z moich ulubionych kwiatów, obok maciejki, heliotropu, fiołka, konwalii, bzu, goździka i kwitnącej wiśni. Niestety woń tych kwiatów jest równie delikatna co ulotna i już po zaledwie kilku minutach łapczywego wdychania ich upajającej woni, przestaję ją czuć – a i czasu na ich kontemplację jest bardzo niewiele…

Pomijając przekwitanie, czemu tak się dzieje? Niestety ma tu zastosowanie bezwzględny mechanizm adaptacji naszego powonienia, które z czasem zaczyna świadomie ignorować pewne wonie/bodźce – by receptory zapachowe mogły na powrót skupić się na odbiorze i analizie woni tła, czyli wychwytywaniu potencjalnych zagrożeń. Nasze powonienie i sterujące nim reguły, nie zmieniły się zbyt wiele od czasów praczłowieka, a przypominam, że podstawową funkcjonalnością naszego powonienia jest nie wąchanie kwiatków – a ostrzeganie nas przed niebezpieczeństwem, np. tygrys szablozębny, pożar, czy już bardziej współcześnie – zepsute mleko, pukający do drzwi Świadkowie Jehowy, albo inkasent z Provident’a. 😉 Notabene ten właśnie mechanizm sprawia, że z czasem przyzwyczajamy się do stale używanych zapachów i w efekcie zaczynamy je coraz słabiej i krócej czuć. Ludzie nieświadomi tego mechanizmu, aplikują na siebie coraz więcej ulubionych perfum – robiąc z siebie postrach otoczenia, które dosłownie zamęczają nieznośnym odorem perfum, którymi się zlewają… znacie to skądś? 😉

Wprawdzie autor deklaruje nieco bogatszy wykaz użytych nut, ale w praktyce Stereo Love to monoscent, czyli perfumy wybrzmiewające / poświęcone – jednej jedynej nucie zapachowej, w tym przypadku narcyzowi. W każdym razie narcyz gra tu tak bardzo pierwsze skrzypce, iż obecności porzeczki, sandałowca ani ambry nie stwierdziłem i bynajmniej wcale nie postrzegam tego za wadę. Ale Stereo Love daje mi coś, czego nie dała mi żywa roślina – a mianowicie pozwala mi się w nieskończoność reaplikować i przez wiele godzin pławić, w coraz to nowych wazonach z narcyzami. Stereo Love pachnie o wiele bardziej intensywnie, niż pojedynczy kwiat i choć jego najbardziej spektakularna i porażająco autentyczna faza, wybrzmiewająca wonią żywych i świeżych kwiatów, trwa nieco ponad dwie godziny – to z dojrzałym i pod koniec już niemalże przekwitłym kwiatem, możemy obcować przez dalsze kilka godzin . Te perfumy to prawdziwe naręcza narcyzów, wąchane jakby z rabaty – na której dopiero co zakwitły, w setkach lub tysiącach sztuk.

Ale to nie koniec niespodzianek, bo jak na niemalże perfekcyjnie sklecony monoscent przystało – pachnie on przerażająco autentycznie, wiernie i tak bardzo przekonywająco, że gdy zamknę oczy – widzę i czuję żywy kwiat, a więc moje szapo ba dla autora, za idealne dobranie proporcji gotowego roztworu. Jeśli miałbym ocenić, kto lepiej przedstawił tytułowego narcyza: amator z polski, czy arcy utalentowany profesjonalista – to śmiem twierdzić, że stawiający swe pierwsze kroki w perfumiarstwie nastolatek, przedstawił narcyza dużo bardziej autentycznego i daleko bardziej strawnego dla otoczenia, niż jego zimna i skrajnie wyobcowana podobizna z Hermesa Eau de Narcisse Bleu… Wiem to zabrzmiało jak świętokradztwo, ale po prostu narcyz w wydaniu KK pachnie o niebo lepiej i wierniej – niż jego odsłona, autorstwa niekwestionowanego geniusza minimalizmu, Jeana Claudea Elleny. Być może to po prostu łut szczęścia, czy kwestia przyjętej konwencji – ale dla mnie liczy się efekt końcowy, a ten jest fenomenalny…

Niedowiarkom polecam zamówić próbkę i sprawdzić samemu, autora kompozycji znajdziecie na Facebooku… A wracając do Stereo Love, gotowa mikstura pachnie dokładnie jak żywy, wiosenny, wąchany prosto ze zroszonej wiosennym deszczem rabaty, narcyz i tym mnie ten zapach kupił… Wprawdzie jego świeżość z czasem zaczyna kuleć, ale nim to nastąpi, mamy przed sobą około 2-3 godzin dzikiej narcyzowej orgii – a po niej kolejną, tyle że już w towarzystwie dojrzałej, wręcz przekwitłej (i nie mniej autentycznej) fazy życia tego kwiatu. Narcyzowej orgii trwającej grubo ponad 8 godzin, podczas której możemy się bezwstydnie pławić w jego całej okazałości – bez ryzyka, iż nasze zachłanne nozdrza poszarpią jego delikatne płatki i co najważniejsze, możemy to robić na okrągło, przez calutki rok…

p.s. Edziu dziękuję Ci za możliwość uszczknięcia próbki z Twojego flakonu…

rok powstania: 2015

nos: Kacper Kafel

projekcja: dobra

trwałość: w teorii dobra, ale ze względu na delikatność i ulotność opiewanej nuty w naturze, bardzo dobra!

Głowa: liść i owoc czarnej porzeczki, łodyga narcyza
Serce: narcyz z rodzaju poeticus
Baza: ambra, deski jodłowo-sandałowe (pisownia oryginalna)

użyte zdjęcia pochodzą ze strony http://drscent.blogspot.com/

Spokojnie, dziś nie będzie o bezglutenowym i bezlaktozowym wynalazku, na bazie śruty, jarmużu i otrębów owsianych dla dewiantów, tfu entuzjastów zdrowego żywienia – którzy naiwnie wierzą, że wyeliminowanie z diety glutenu* cudownie odmieni ich życie. 😉 Oczywiście to kwestia gustu, ale ja preferuję szarlotkę na tradycyjnym cieście, z dużą ilością słodkich jabłek, cynamonu i pod nieprzyzwoicie grubym płaszczykiem, apetycznie maślanej kruszonki 😉 Dzisiejszy wpis poświęcam najnowszej odsłonie kultowej „szarlotki„, której „lekkostrawną wersję„, niedawno zaprezentował Hugo Boss. Odświeżoną i lekkostrawną, ale zapewniam Was, że wcale nie pozbawioną smaku i walorów wersji klasycznej, która pomimo 19 lat brylowania na perfumeryjnych półkach – wciąż sprzedaje się jak świeże bułeczki. Wszak mowa o casualowcu skrojonym idealnie, więc nie dziwota że zapach z łatwością rozkochał w sobie kolejne pokolenie i co rusz powstają jego kolejne flankiery.

*poproszę o jakiekolwiek wiarygodne i merytorycznie dowiedzione wyniki badań, mające potwierdzić, że stosowane diety bezglutenowej (pomijam tu uzasadnione przypadki celiakii) ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość – a nie są jedynie efektem placebo, kolejnej mody lub wydumanego trendu w żywieniu…

Szarlotka to pieszczotliwe i potoczne określenie na flagowe perfumy Hugo Bossa, które ze względu na swój specyficzny, niesamowicie chwytliwy oraz apetyczny krój – stały się kultowe i to jeszcze za swego życia. Mówiąc szarlotka, mamy na myśli Bottled, którego odświeżona (Tonic), klasyczna (Grey Boss, aka No 6) i zintensyfikowana (Intense) oraz perfumowana (Intense Parfum) odsłona, naprawdę się swym twórcom udała – czego nie można powiedzieć o wyrosłej na fali ślepego podążania za trendami i koniunkturą, wersji Night. Bottled, to flagowa i moim zdaniem najlepsza i zarazem najbardziej klasyczna seria, w całym portfolio marki. Chanel ma swoje Allure, Dior ma linię Homme, a Hugo Boss ma Bottled.

A jak pachnie Bottled Tonic?, ano tak jak na flankiera kultowego Bottled przystało – czyli Bottled, zatem odświeżona wersja kultowego klasyka, to wciąż stara dobra „szarlotka„… ;). Niby oczywiste, ale w dzisiejszych czasach nie jest to regułą, iż flankier noszący nazwę swego wielkiego przodka, przypomina oryginał. Nierzadko w ogóle go nie przypomina, stąd moja ekscytacja i wzmianka czymś zgoła tak oczywistym. Niewtajemniczonym, już naprędce tłumaczę o co chodzi. W dzisiejszych czasach, rozwinięcia kultowych klasyków noszące nazwy z dopiskiem Intense, Extreme, Parfum, Eau, etc nie zawsze (wbrew swojej szumnej nazwie) nawiązują do brzmienia swoich wielkich protoplastów – zawężając lub ograniczając podobieństwo względem pierwowzoru, jedynie do bezczelnego i niezasłużonego użycia nazwy oraz kształt flakonu. Określam ten proceder mianem „bezczelnego odcinania kuponów i pójścia na łatwiznę” i dość ostro napiętnuję producentów stosujących te nieuczciwe praktyki. Ale tu Boss znów mnie mile zaskoczył, prezentując kolejną (po Bottled Intense) wyraźnie i uczciwie nawiązującą do klasyka wariację – której zbieżność z oryginałem w kontekście brzmienia, szacuję na solidne 80%. Zaś pozostała różnica wynika bardziej z mylącego otwarcia i ogólnego przyciszenia bukietu, niż faktycznej z nim rozbieżności. I pomyśleć, że tego rodzaju uczciwość, coś co powinno być oczywiste i nie powinno nikogo dziwić – dziś urasta do rangi cnoty i cechy szczególnej, zasługującej na osobną wzmiankę…

Cieszę się, że i tym razem Hugo stanął na wysokości zadania, bo Tonic dosłownie garściami czerpie od klasyka, będąc w istocie – dosłownie jego wersją light!. Zatem jeśli kiedykolwiek mieliście obiekcje czy wypada używać Bottled latem i podczas upałów – to Bottled Tonic jest wyśmienitym remedium na Wasze rozterki 😉 Remedium zbliżonym ideologicznie do Hermesa Eau Tres Fraiche oraz Lalique Encre Noire Sport, które są po prostu odświeżonymi i lżejszymi wersjami swych klasycznych odsłon. Tyle, że pierwszy niuch wersji Tonic, wcale nie przywodzi na myśl podobieństwa do kultowego Bottled, ponieważ otwarcie Tonic jest soczyste, świeże, monotematycznie cytrusowe i wybitnie doń niepodobne. Tak bardzo niepodobne, że w pierwszej chwili pomyślałem, iż Hugo znów odstawił jakąś koniunkturalną manianę, siląc się na wykreowanie własnego Colognes. Tak, moda na Colognes wciąż ma się świetnie, choć Hugo Boss sprytnie to zatuszował, używając niewinnej i niewzbudzającej podejrzeń nazwy Tonic… 😉

Mam słabość do Bottled, zresztą tą samą estymą darzę Chanel Allure (a zwłaszcza wersję Edition Blanche) i już miałem się na Hugo Bossa obrazić – gdy nagle poczułem w tle Tonic, wpierw nieśmiałe, ale z każdą minutą wyraźniej wyczuwalne rytmy klasyka! Uśmiechnąłem się, również z wdzięczności, że Boss wziął sobie do serca maksymę, że nazwa zobowiązuje i Bottled wciąż pachnie Bottled!… Lekki, zdominowany przez rozcieńczone wodą mineralną, cytrusy (wszak dopisek Tonic zobowiązuje) akord otwarcia – zaskakuje świeżością (cytryna, grejpfrut i pomarańcz), której nie powstydziłby się rasowy letni świeżak, skorelowany na podobieństwo do jednego z najwybitniejszych przedstawiciele kasty świeżaków, czyli Kenzo L’Eau Par. Osobiście uważam L’Eau Par za archetyp świeżaka idealnego, głównie przez jego niewymuszoną i naturalną sugestywność i niebanalny jak na świeżaka krój. W równie lekkim i niewymuszonym stylu rozpoczyna Bottled Tonic, dosłownie pieszcząc nozdrza umiarkowanie soczystą i wylewną porcją, umiejętnie i z rozmysłem rozwodnionych cytrusów.

Stadium to trwa niecałe 10 minut, ale nim dobiegnie do końca, w tle zaczynają przebąkiwać wpierw nieśmiałe, ale coraz lepiej i dobitnie wyczuwalne – pierwsze takty motywu przewodniego Bottled. Oczywiście odpowiednio dyskretniejsze i bardziej powściągliwe w epatowaniu słodyczą i klimatami gourmand – zupełnie jakby perfumiarz użył potencjometru od głośności, ściszając nośność natywnego bukietu Bottled, o jakieś 30 procent. Nieco później do akordu cytrusowej świeżości, dołączają nuty charakterystyczne dla arcy przyjemnego i niewymownie apetycznego brzmienia Bottled. Mamy więc muśnięte wanilią, goździkami i cynamonem, jabłuszka – pieczone ze słodką i lekko maślaną kruszonką, jak na szarlotkę przystało oraz dyskretnie przemycone pomiędzy nuty drzewne, głębokie akcenty roślinne (mech i wetivera). Z racji na utemperowaną nośność, te „kawiarniano cukiernicze niuanse” nie rzucają się w nozdrza równie okazale co u klasyka, ale miłośnicy Bottled, momentalnie odnajdą je w treści wersji odświeżonej. Tonic jest nieco cichszy i wypada dużo bardziej dyskretnie, wręcz powściągliwie niż klasyk, ale w trakcie upałów jego wycofana projekcja, będzie jak znalazł. Spodziewałem się, że z racji utemperowanych, ściszonych i przykręconych parametrów, zapach będzie niezbyt trwały – ale tu kolejna niespodzianka. Wprawdzie Bottled Tonic to nie klasyk i nie zostawia za nosicielem równie imponującego ogona, ale w kwestii trwałości – możemy spokojnie liczyć, na co najmniej 6-7 godzin dyskretnej, acz dyskretnej egzystencji.

rok powstania: 2017

nos: anonimowy acz utalentowany orędownik dietetycznego perfumiarstwa 😉

projekcja: umiarkowana, acz bardzo adekwatna do treści

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, gorzka pomarańcza, cytryna, jabłko,
Serce: imbir, cynamon, goździk (przyprawa), geranium,
Baza: wetyweria, nuty drzewne,

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: