trzy-nowe-wody-toaletowe-axe

No może nie tyle zaorał, co zawstydził – ale co tu dużo mówić, tytuł nie pozostawia złudzeń… Wprawdzie  czuć, że pewne składniki których użyto do namieszania bukietów Oud Wood & Dark Vanilla, Iced Musk & Ginger i Tobacco & Amber chwilami trącą olejkami do ciasta (zresztą w przypadku Tobacco Vanille Toma Forda kosztującego circa 1650 zł za 250 ml chwilami odnoszę podobne wrażenie), tudzież wyjęto je z zestawu „mały perfumiarz” – a szumne nazewnictwo raptem „prowizorycznie i umownie” pokrywa się z deklarowanymi nutami przewodnimi. Ale przypominam że AXE na co dzień robi tanie dezodoranty, które i tak najwięcej zyskują dzięki „z jajem” nakręconymi reklamami… Zresztą Topór (ang., Axe) to tylko jedna z marek należąca do koncernu Unilever, giganta który skupia w swym portfolio takie marki jak Dove, Domestos, Knorr, Hellmann’s, Algida, czy Signal… Ciekawe jak to jest nazywać się np. Mr Burberry, czy Dior Sauvage i mieć świadomość, że zostało się pokonanym przez producenta pasty do zębów i keczupu?… A tak na poważnie, marka AXE od lat kojarzona jest z nazwiskiem Ann Gottlieb* – perfumiarz, która stoi za sukcesem min. CK One Shock i Reveal, CH 212 i Bang! Jacobs’a, więc nie byle jaki nos.

*ja kojarzę ją również z Estee Lauder oraz Firmenich, firmą zrzeszającą perfumiarzy „do wynajęcia”, którzy komponują do szuflady lub na specjalne zamówienie klienta.

ann-gottliebAnn Gottlieb

A tu się okazuje że  producent tanich massmarketowych dezodorantów, skopał tyłki i posłał na deski 80% komercyjnego, drogiego i wysoko lokowanego (głównie przez działania własnego napuszonego marketingu i przeświadczeniu o własnej „zajebistości” u najbardziej rozpoznawalnych brandów) mainstreamu**. A jest kogo deklasować, bo mowa o takich tuzach jak Dolce& Gabbana (seria Light Blue), Paco Rabanne (Invictus), Dior (Sauvage), Azzaro (Wanted), Burberry (Mr. Burberry), Gucci (za całokształt), Lacoste (seria L.12.12), Carolina Herrera (za serię 212 Vip), a nawet Cartierowi (za najnowszego L’Envol), którzy zaproponowali ostatnio kompozycje tak żenująco słabe i banalne, że przy nich taniutkie (koszt ~30 zł) wody toaletowe AXE, to kwintesencja dobrego smaku i iście niszowej elegancji… I nie ironizuję, na serio wody toaletowe AXE deklasują powyższe w całej rozciągłości!.

**w świetle poziomu i jakości ich najnowszych i jakby nie patrzeć, świadomie sygnowanych premier.

axe-signature-adrenaline-i-urban

Nie, nie przesadzam… W moim odczuciu za wyżyłowaną ceną, aspiracjami i prestiżem marki, powinna stać jakość zarówno samej kompozycji (niebanalność, wirtuozeria i niepowtarzalność konceptu) oraz jakość wyrażona poprzez jakość użytych ingrediencji oraz trwałość i projekcję gotowej mikstury. Niestety pod tym względem największe tuzy komercyjnego perfumiarstwa coraz częściej zawodzą, w dodatku każąc sobie coraz więcej płacić za sygnowane swym markowym logo, popłuczyny… I nagle okazuje się, że drogeryjna taniocha za równowartość dwóch paczek papierosów, przebija lub co najmniej dorównuje jakością i formą kompozycje wycenione na dwie lub trzy sztangi/wagony tychże fajek… Wstyd prawda?

axe-reklama

Ja nie twierdzę, że perfumy made in AXE to jakieś tam górnolotne i wyżyłowane arcydzieła, mogące stawać w szranki z wirtuozerią minimalistycznych dzieł Elleny (nadworny perfumiarz domu mody Hermes), ale pachną naprawdę przyjemnie – i w sumie to nawet niespecjalnie naśladują jakieś inne, komercyjne (chwytliwe) brzmienia. Owszem pewnych podobieństw nie sposób uniknąć, choć by przybliżyć Wam ich krój, pokuszę się o przyrównanie ich brzmienia do czegoś, co już istnieje. A więc pierwszy przypomina mi Romę Laury Biagiotti, drugi figowego Men od Marca Jacobsa, exe quo z niszowym Frederic Malle French Lover – zaś trzeci przypomina właśnie Fordowy Tytoń i Wanilię (acz w mniej taranującej wszystko na swej drodze formie) aka klasyczny Old Spice… Oczywiście nie ma róży bez koców, bo trojaczki od AXE pachną najbardziej spektakularnie, najpiękniej i najokazalej przez raptem pierwszą godzinę od aplikacji, po czym ich bukiet stopniowo blaknie i wychodzą na jaw niedoskonałości (taniość i lakoniczność) użytych składników. Ale śmiem twierdzić, że i tak pachnie to lepiej i dużo oryginalniej niż Paco Invictus, Azzaro Wanted, Dolce Light Blue Living…, czy Dior Sauvage… Zatem kolejny raz potwierdza się teza, że w dzisiejszych czasach wysoka cena i rozpoznawalna marka – absolutnie nie są gwarantem, ani tym bardziej wyznacznikiem jakości… Co więcej, odnoszę wrażenie, że w żadnej innej branży (no może poza spożywczą) nie oszukuje się klienta tak bezczelnie, co w przypadku perfum – wciskając niczemu niepodejrzewającemu nabywcy produkt, hmmm (bądź grzeczny!) kompletnie nieadekwatny do ceny i prestiżu marki…

axe-signature

Ale dość narzekania, pora pochylić się nad walorami artystycznymi trojaczków AXE. Wprawdzie zapachy są trzy ale w praktyce mamy do czynienia z dwoma słodziakami i jednym wiosennym świeżakiem. Wbrew szumnym i obiecującym nazwom własnym, z ciężkim bliskowschodnim orientem, niszową esencjonalnością, ani chwytliwymi nazwami oud, ambra, czy imbir – te zapachy niewiele mają wspólnego… Ale w sumie to dobrze, wszak szczytem orientu jest dla przeciętnego Polaka „korzennyOld Spice i tytoniowaCuba„, więc producent wiedział co robi trzymając w ryzach swe orientalizujące ciągoty. Ale jeśli sądzicie że szydzę i drę łacha to co to to nie!, albowiem trojaczki AXE pachną kilka długości i poziomów lepiej, niż to po co w tym przedziale cenowym statystyczny Kowalski mógł dotąd nabyć w drogerii… Serio, za tę kasę dostajemy trzy naprawdę przyjemne i naprawdę solidnie skrojone zapachy, które swymi parametrami jakościowymi mogą zawstydzić wielokrotnie droższą i markową konkurencję…

axe-urban

Poza Malizią Vetiver i Tabac Original, Brutalem i paroma innymi klasykami ze wspomnianym Old Spice na czele, mało jest zapachów którymi można zadać tak skutecznie i elegancko szyku, co tymi trzema niepozornymi flaszkami… Niepozornymi, ale każda z nich reprezentuje sobą więcej i oferuje dużo więcej niż oferuje wspomniany wcześniej, markowy mainstream. Pierwsza choć straszy z etykiety oudem (na szczęście w praktyce nie stwierdziłem jego obecności) okazuje się być całkiem wyrafinowanym i finezyjnym casualowcem, skrojonym na podobieństwo zniewalającej Romy od Laury Biagiotti, choć z czasem lekki, ciepły i otulający bukiet kompozycji zdaje się przechylać w stronę Mistero i Essenza di Roma. Tak czy siak Signature pachnie wprost zniewalająco, więc w tej kategorii cenowej będą to najlepiej wydane pieniądze w ogóle… Drugi z trojaczków, choć straszy tytułowym piżmem i imbirem to tak naprawdę kompozycja figowa, którą zestrojono na wybitnie orzeźwiającą modłę za pomocą konotacji kwiatowo wodno roślinnych (w tym młode, zielone listki figowca). W efekcie powstał arcy niebanalny świeżak o wybitnie świeżym i figowo imbirowym zacięciu, mogący z powodzeniem robić za substytut wspomnianego French Lower od Frederica Malle. Z tym że konotacje irysowe zamieńcie sobie na figę – tym niemniej wydźwięk i iście wiosenny powiew świeżości prezentuje Adrenaline dokładnie ten sam…

axe-a-adrenaline

Trzeci z trojaczków choć na wstępie zapowiadał się na sążnistego naśladowcę Tobacco Vanille, w kilka kwadransów od aplikacji złagodniał, przyjmując pozę na podobieństwo któregoś z lżejszych, czekoladowo waniliowych Muglerów. Tym niemniej pachnie równie apetycznie i w klimatach gourmand, więc jeśli szukacie coś a’la Mugler A*XXX, a dysponujecie budżetem około 40 zł, to gorąco Wam te perfumy polecam!. Zresztą kilka godzin od aplikacji finisz trojaczka numer jeden również wybrzmiewa arcy apetyczną Muglerową suitą i pod tym względem podobieństwo jedynki i trójki zaskakuje. Po tych kilku godzinach od aplikacji niewiele osób zauważy różnicę w brzmieniu pomiędzy tą dwójką jak i samum Muglerem – a przypominam, że mowa o tanich perfumach wypuszczonych przez producenta dezodorantów… 😉 Cała trójka to tak naprawdę komplementarna i w zmyślny sposób dobrana kolekcja trzech wybornie uzupełniających się zapachów na każdą okazję. Zupełnie jak u Próchnika, mamy tu świeżaka, casualowca i coś co można użyć na wieczór (nazwy własne jak w tytule) – z dużym prawdopodobieństwem, że wieczór skończy się śniadaniem w łóżku… 🙂 Poważnie, wody toaletowe AXE to wielkie, ba OGROMNE zaskoczenie, bo w tej kategorii cenowej nie można życzyć sobie lepiej i uczciwiej pachnących czterdziestu złotych – ba czterdziestu złotych pachnących nierzadko lepiej i dłużej niż dwieście, trzysta i czterysta złotych z fikuśną metką, za którą w praktyce niewiele stoi… O ironio… 😉

p.s. Pawle, jeszcze raz serdecznie Ci dziękuję za próbki! 🙂

 

Jak co roku, prezentuję mój osobisty i nie ukrywam subiektywny ranking, najlepszych i najgorszych premier zapachowych mijającego roku. Podkreślam subiektywny, bo każdy ma prawo do własnego zdania i typowania własnych faworytów w poszczególnych kategoriach – niekoniecznie pokrywającego się z moim. Oczywiście ranking jest niepełny, bo i wielu mających w 2016 roku zapachów, nie udało mi się poznać – więc siłą rzeczy zabrakło ich w niniejszym zestawieniu. Mijający rok przyniósł zarówno kilka naprawdę dobrych premier, jak i zapachów hmmm rozczarowujących. Ale tym co najbardziej zaskakuje jest to, że tak niewiele brandów zdecydowało się pokazać coś naprawdę nowego, świeżego i ambitnego – a te które to uczyniły, raczej bym o to nie podejrzewał… Tradycyjnie pozwoliłem sobie uszeregować wszelkie nowości, wg kilku kategorii: najlepsze premiery mijającego roku, najgorsze premiery mijającego roku oraz tegoroczne odkrycia, w których wyróżniam zapachy warte poznania, acz niekoniecznie będące nowością. Ot po prostu dopiero w tym roku miałem z nimi bliższą styczność, a uznałem są warte wzmianki i rekomendacji. Życzę miłej i inspirującej lektury oraz zachęcam do dzielenia się własnymi typowaniami w komentarzach i korzystając z okazji – chciałbym również życzyć Wam wszystkiego najlepszego, w nowym 2017 roku! 🙂


Najlepsze premiery mijającego roku:


 

Yves Saint Laurent – La Nuit de L’Homme L’Intense Eau de Parfum to zwieńczenie całej kolekcji i zarazem pierwszy zapach z tej serii, który „uważam że pachnie” i w dodatku czyni to z nader przyzwoitym skutkiem. W sumie trudno zepsuć Parfum, choć nie jednemu się ta trudna sztuka udała – że wspomnę jedynie Mercedes Benz, Hugo Boss, Kenzo i wcześniejszy wypust YSL czyli L’Homme Parfum Intense… Tym niemniej budzący respekt samą nazwą La Nuit de L’Homme L’Intense Eau de Parfum rzeczywiście zasługuje na swą pompatyczną nazwę i stanowi godne zwieńczenie dla całej kolekcji L’Homme.

Yves Saint Laurent - La Nuit de L'Homme L'Intense Eau de Parfum

Paco Rabanne -1 Million Prive to prawdziwe zaskoczenie, głównie wykwintnością i finezją bijącą od tych wysublimowanych perfum. Osobiście stawiałem że Paco podąży ścieżką „odcinania kuponów” i Prive okaże się klonem jego bestellerowego szlagieru 1 Milion, ale nic z tych rzeczy. To zupełnie nowa i w dodatku zaskakująco dobra kompozycja – choć nie mam złudzeń, że jej wysublimowany sznyt przebije lub choćby dogoni popularnością oryginał… a szkoda. Ale chciałbym też zauważyć, że z każdym wypustem/generacją 1 Million – jest to lepiej skrojony zapach, wszak wersję Intense uważam za wyśmienitą, a najnowszy Prive, choć to nieprawdopodobne, znów podniósł poprzeczkę wyżej!. Gorrrąco polecam!

paco-rabanne-1-million-prive

Lalique – Encre Noire A L’Extreme co tu dużo mówić to Lalique, więc koniec i kropka! No dobrze, a nieco mniej lakonicznie pisząc – Lalique to jedna z nielicznych marek, wciąż stawiająca na nienaganny krój, jakość, bezkompromisowość i wirtuozerię w kreacji perfum, sygnowanych swym zacnym logo. Więc nie powinno nikogo dziwić, że nawet sportowy świeżak (Encre Noire Sport) pachnie w ich wydaniu wyśmienicie, a co dopiero ich flagowe EdP… L’Extreme to ekstrakt z Encre Noire i EdP pełną gębą, acz zaserwowane z wirtuozerią i kunsztem typowym dla Lalique i to wystarczy za rekomendację… Gorrrąco polecam!

Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP

Narciso Rodriguez – for Him Bleu Noir to nowość równie porywająca, co jedna z najlepszych ubiegłorocznych premier, czyli Bentley infinite lub Lalique Voyageur. Tak, ten zapach jest AŻ TAK DOBRY, że śmiało zaliczę go do panteonu jednego z najlepszych dostępnych na rynku casualowców. Zresztą wymienienie tych perfum w towarzystwie Bentleya i Lalique, marek po prostu legendarnych jeśli chodzi o bezkompromisowy i górnolotny kunszt w kreacji powinno Was nakierować, z czym mamy do czynienia. Bleu Noir to szyk, świeżość i nienaganny krój, którego nie powstydziła by się żadna licząca się marka – wliczając w to Cartiera z jego doskonałym Declaration, a do którego Bleu Noir pośrednio nawiązuje. Gorrrąco polecam!

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir

Calvin Klein – CK2 tu przyznam, że miałem dylemat którego Calvina wyróżnić, ponieważ całkiem nieźle prezentuje się też tegoroczny Calvin Klein Obsession for Men Summer.  Ale ponieważ Summer to kompozycja dość mocno posiłkująca się legendą swego protoplasty – postanowiłem wyróżnić nowość, która broni się nietuzinkowym krojem pod własnym szyldem. Tym niemniej miło, mi że aż dwie z trzech tegorocznych premier CK, zakwalifikowały się do wyróżnienia – co jedynie potwierdza moje wcześniejsze doniesienia, o powrocie brandu do formy.

Calvin Klein - CK2

Loewe 7 – Anonimo EdP to bez wątpienia jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza premiera mijającego roku. Wiem, mocne słowa, a opinia subiektywna, ale osobiście nie znam osoby, której bym pokazał te perfumy – a która nie zachwyciłaby się ich zniewalającym brzmieniem. Klasyczne Loewe 7, do którego jestem coraz bardziej przekonany* też wzbudza zachwyt swym bezprecedensowym i niesamowicie porywającym krojem, więc wyobraźcie sobie te perfumy doprawione i zmiękczone nieprzyzwoitą ilością balsamiczno ambrowych konotacji… Z tego połączenia powstał zapach tak niesamowicie wysublimowany, przytulny i zniewalający, że nic tylko wąchać, pławić się i rozpływać pod jego pieszczotliwym dotykiem… Gorrrąco polecam!

*z pobudek osobistych zapach kojarzył mi się z kompotem jabłkowym mojej babci, sowicie doprawionym goździkami, stąd zdystansowanie się od oceny kroju tych perfum.

loewe-7-anonimo

Dior – Fahrenheit Cologne to lekkie i przepięknie skrojone połączenie, jakże dziś modnego trendu na Colognes, z motywem przewodnim znanym z klasyka. Wprawdzie aktualne brzmienie klasycznego Fahrenheita raczej rozczarowuje (zwłaszcza jeśli przypomnieć sobie jak to pachniało przed pierdylionem reformulacji), ale w wersji Cologne ten uproszczony i ewidentnie odchudzony look Fahrenheita Anno 2016 jakby mniej bolał i uwierał. Zastanawiam się dlaczego Dior z uporem maniaka niszczy swój flagowy produkt, upraszczając go i kastrując z każdym rokiem, skoro tak łatwo można pogodzić interes wszystkich zainteresowanych – właśnie za pomocą całkiem zacnie wybrzmiewającą wersją Fahrenheit Cologne, a klasyka zostawić w spokoju… W końcu część klientów woli pachnieć czymś konkretnym i specyficznym, a pod tym względem klasyczny Fahrenheit od dekad nie ma, o pardon nie miał (czas przeszły) sobie równych… Gorrrąco polecam!

Dior Fahrenheit Cologne

Avon – Classic wprawdzie pachnie bardzo podobnie do chronologicznie starszego Avon Premiere Luxe Oud, ale przynajmniej nie udaje czegoś czym nie jest (nie udaje oudowca). Przypomina też kilka innych zapachów w jakże modnej obecnie konwencji suchego, purystycznego i „ołówkowego” w brzmieniu, nieco dystyngowanego „drzewniaka” – ale pod względem ceny i parametrów stanowi interesującą alternatywę dla konkurencji.

avon-classic

Cristiano Ronaldo – Legacy wprawdzie niczego nie urywa, a wręcz niczym swoistym się nie wyróżnia – ale jest po prostu przyjemny. A zważywszy iż są to perfumy celebryckie (kolejny suwenir dla fanów) to i oczekiwać po nich nie można zbyt wiele. Ale tu Legacy dość mocno zaskakują zarówno bardzo dobrymi parametrami jak i przyjemnym, słodkim i wciąż całkiem odległym od głównego nurtu krojem. Jeśli lubicie klimaty subtelnie słodkiego CK Reveal, to i Legacy przypadnie Wam do gustu.

Cristiano Ronaldo – Legacy

Bentley – Infinite Rush zaskoczył mnie nie tylko fantastycznym brzmieniem, ale i niemal zupełnym brakiem podobieństwa do zeszłorocznego Infinite. Tyle że Infinite, choć piękny i zniewalający, zbierał tęgie cięgi po du… za swe rzekome podobieństwo, do innego rynkowego szlagieru, a mianowicie Terre d’Hermes od Hermesa. Nie wnikam czy podobieństwo to tego jakże charakterystycznego i niemożliwego do pomylenia bestselleru było zamierzone, czy tylko przypadkowe – ale gwałtowne odejście od motywu przewodniego Infinite w wersji Rush, daje dość wymowną odpowiedź na to pytanie. Bentley diametralnie zmienił brzmienie Infinite (które pomimo podobieństwa do Terre było wyśmienite) i nie uwierzycie – w wersji Rush zastąpił je czymś jeszcze lepszym! No ale w końcu to Bentley, marka która obok Lalique stanowi jedną z ostatnich ostoi jakości i dobrego smaku w świecie perfum. Gorrrąco polecam!

bentley-infinite-rush-duzy

Davidoff – Horizon to jedno z największych objawień mijającego roku olfaktorycznego. Piękny, wysublimowany i iście orgazmistyczny Horizon, to żywy dowód że wciąż można zaprezentować w komercyjnym mainstreamie zapach nietuzinkowy, niebanalny i porażająco piękny. Oto zapach, który w nader wyrafinowany sposób łączy w sobie przymioty aż kilku topowych kompozycji, łącząc je w jedną, spójną i wyjątkowo urokliwą całość. Jeśli jesteście zmęczeni i zniesmaczeni wypustami pokroju The Game i tęsknicie za starym dobrym Zino, to te perfumy na powrót przywrócą Wam wiarę w Davidoffa. Gorrrąco polecam!

Davidoff Horizon

Guerlain – L’Homme Ideal Eau de Parfum to ogromna niespodzianka, bo co myślę o „incydencie” i „plamie na honorzeGuerlain z rodziną Ideal, wie każdy czytelnik bloga. Gdyby brandy perfumeryjne nosiły tytuły, Guerlain ze swym dorobkiem byłby Imperatorem Olfaktorycznego Wszechświata, ba byłoby BOGIEM tegoż wszechświata… Marka pod każdym względem ikoniczna, nobliwa i zasłużona, będąca przez dekady wyznacznikiem stylu i dobrego smaku – wreszcie brand, któremu inni i bardziej rozpoznawalni wielcy tegoż świata, pokroju Dior i Chanel mogą czyścić buty… Ale pojawienie się rodziny Ideal zakończyło dobrą passę i nasz bóg stracił swą nieśmiertelność i spadł na ziemię niczym bolid, przy wtórze rozdzierającego huku i ognia.

Guerlain L’Homme Ideal - Eau de Parfum

Prada – Luna Rossa Eau Sport jeszcze raz podkreślę, że chodzi o wersję EAU, EAU SPORT, bo Luna Rossa Sport to w mym odczuciu TRAGEDIA… Generalnie Prada choć jest marką stosunkowo młodą (i może właśnie dlatego) sygnuje swym logo naprawdę dobre i nietuzinkowe kompozycje zapachowe. Ich zapachy są tak wyrafinowane i finezyjne, że nie powstydziłby się ich nie jeden dużo starszy i wysoko lokowany brand, że pozwolę sobie przytoczyć jedynie genialne Amber Pour Homme, Infusion d’Homme i absolutnie przezajesmerfastyczne Infusion de Vetiver, zwłaszcza w wersji poreformulacyjnej co samo w sobie stanowi kolejny ewenement!… Wcześniej Prada wypuszczała nowe perfumy mniej więcej co dekadę, by od kilku lat wypuszczać je rok w rok – ale obawiam się, że ilość nie przekłada się na ich jakość… Doskonale to obrazują tegoroczne usportowione Luny Rossy (aż dwie), które reprezentują bardzo zróżnicowany, wręcz skrajnie odmienny poziom – ale wersja Eau rzeczywiści się wyróżnia na plus.

Prada Luna Rossa Eau Sport EdT

Dunhill – Icon wprawdzie jeszcze nie doczekał się odrębnego wpisu na blogu, ale niewątpienie jest to jedna z najciekawszych premier – a zwłaszcza w kontekście niskobudżetowego mainstreamu, gdzie najłatwiej o banał, wtórność i nijakość, bo i klient najmniej wymagający. Tyle że Icon reprezentuje swym krojem znacznie wyższy poziom i z łatwością zawstydza dużo wyżej plasowane brandy, które zaoferowały swym klientom sromotnie przepłacony, komercyjny chłam (litościwie nie wymienię ich z nazwy)…

Dunhill - Icon


Najgorsze premiery mijającego roku:


 

Thierry Mugler – A*Men Pure Tonka, choć generalnie bardzo wysoko cenię Muglera za krój i jakość sygnowanych jego nazwiskiem kompozycji, to ten okazał się niechlubnym odszczepieńcem. W sumie to nie są perfumy kwalifikujące się do grona najgorszych, ale niewątpliwie jedne z najbardziej rozczarowujących, stąd „wyróżnienie„. Pure Tonka to zapach o treści kompletnie nieadekwatnej do swej szumnej nazwy. Zapach miał być monumentalny i tak bardzo tonkowy, że aż strach – a wyszedł z tego niebotyczny przerost nazewnictwa nad raczej rozczarowującą wtórnością treścią…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka

Dolce & Gabbana – Light Blue Pour Homme Beauty of Capri – to kolejny przykład, że Dolce już nie potrafi lub nie chce robić dobrych perfum i co najistotniejsze – nie szanuje swych klientów. Wiem, mocne sowa, ale jak inaczej wytłumaczyć kolejną tak miernej jakości i treści zapchajdziurę, będącą bezczelnym odcinaniem kuponów od nazwy Light Blue?… I nawet jeśli ta seria w założeniu ma przede wszystkim opiewać malownicze zakątki Włoch – to obawiam się że niski poziom i powtarzalność tych perfum, robi im jedynie antyreklamę…

Dolce&Gabbana - Light Blue Pour Homme Beauty of Capri

Abercrombie & Fitch – First Instinct już był w ogródku, tfu Douglasie, już witał się z gąską, tfu Abercrombie… A tak się cieszyłem, że A&F wreszcie doczekał się polskiej dystrybucji i skończy się gehenna, z kupowaniem sromotnie przepłaconych flakonów – pochodzących z prywatnego importu ze Stanów lub kontrabandy przeszmuglowanej w bagażu podręcznym… 🙂 Dobre i to powiecie, choć nie pozostawało to bez wpływu na i tak wyśrubowaną cenę Fierce – ale ja obawiałem się czegoś gorszego, a mianowicie trafienia podróbki… Niestety moja radość z pojawienia się Abercrombie nie trwała długo, gdyż póki co dostępny jest tylko jeden zapach i w dodatku bardzo nieciekawy… Sorry ale przy ultra wyrafinowanym i orgazmistycznym brzmieniu Fierce, First Instintc to jego ubogi krewny…

abercrombie-fitch-first-instinct

Joop! – Homme Sport czyli książkowy przykład na totalny przerost marketingu nad zdrowym rozsądkiem i arcy bezczelnego odcinania kuponów od wcześniejszych dokonań. Wprawdzie usportowione Homme jest tak ordynarne i irytujące jak choćby Paco Invictus czy Versace Eros, ale jest równie kuriozalny, przerysowany, irytujący, nieadekwatny i nie na temat.

Joop! Homme Sport

Cartier – L`Envol nie ogarniam, po prostu nie ogarniam jak marka mająca w swym zapachowym portfolio niemal same perełki, mogła popełnić coś takiego… Ja wiem, że każdemu zdarzają się słabsze kompozycje, a czasem trzeba powalczyć o klienta masowego i pochałturzyć – ale tu ani to, ani to. Zapach tak nijaki, mierny i nudny, że nie mieści się nawet w segmentacji „skrojone tak by podobać się wszystkim„, a najciekawszy związany z nim aspekt (i jedyny zapadający w pamięci), to futurystyczny flakon…

cartier-l-envol-eau-de-parfum-edp-80-0-ml-von-cartier-groesse-80-0-ml-184732577

Kenzo – Homme Eau de Parfum jest nie na temat, zwyczajny i kompletnie nieadekwatny zarówno w kontekście nazwy jak i segmentacji. Ot zapchajdziura sklecona naprędce i gwoli zasady, „zróbmy sobie EdP, bo inni też mają„, więc zdecydowanie szkoda na Kenzo Homme EdP kasy i fatygi…

kenzo-homme-eau-de-parfum

Burberry – Mr. Burberry to totalna porażka i gniot jakich mało. Przykład perfum zrobionych ewidentnie na siłę (byleby mieć nowość na koncie), bez pomysłu na zapach i po taniości, co czuć zarówno po po jakości jak i opiewanej tematyce. Pusty karton po mydłach do rąk, walający się na zapleczu hipermarketu oferuje ciekawszą i dłużej utrzymującą się kompozycję zapachową – więc radzę omijać to badziewie szerokim łukiem – ewentualnie walić kijem przez łeb, jak będzie próbowało podejść…

Burberry - Mr. Burberry

Paco Rabanne – Invictus Aqua to marketingowe pokłosie mającego premierę w 2013 roku Invictusa, który jest tak irytujący i badziewny, że postanowiłem go zbojkotować i nie opisywać… Ale nachalny marketing, z którego brand słynie zrobił swoje (plus szkolenia dla koniunkturalnych konsultantek, czego sam doświadczyłem) i zapach doczekał się całej serii flankierów z nigdy nie zgadniecie, tak! Intense i Aqua… A jak może pachnieć koniunkturalny „wodniak” po tatusiu Invictusie?

paco-rabanne-invictus-aqua

Boucheron – Quatre Pour Homme to prawdziwa porażka i to kuta na cztery łapy! Nie ogarniam jak marka mająca nieposzlakowaną reputację i dekadami wypracowany target, mogła nagle wykonać nieoczekiwany zwrot w stronę nurtu, od którego wszyscy szanujący się producenci zdają się stronić? Niestety sygnowanie gów*ianego mainstreamu nie wymaga większego doświadczenia – za to wymaga miliardów wpakowanych uprzednio w marketing marki – o czym Boucheron zdaje się może tylko pomarzyć. Zatem zwiastuję QPH jedynie sromotną klapę, bo przy tej konkurencji nie mają najmniejszych szans z takimi tuzami kiczu i tandety, jak Gucci, Lacoste czy Paco Rabanne (Invictus).

boucheron-quatre-pour-homme

Azzaro – Wanted to kolejny gniot, którego najmocniejszą stroną, jest oczojebny i niemożliwy do przeoczenia flakon. Jest równie „charakterystyczny” co złota sztaba od Paco, hantel od Davidoffa i pięść od Diesla, więc nie ma bata, musicie wziąć to ustrojstwo do ręki i powąchać. Ale uprzedzam, nie warto, bo Wanted to kolejny „przebój” sklecony na zasadzie „ej zróbmy sobie jakieś nowe perfumy, w przykuwającym uwagę flakonie„, gdzie mam wrażenie 90% budżetu poszło na ów flakon, a 10% na składniki i gażę dla perfumiarza… Chociaż w przypadku „pudrowania świni„, mowa raczej o odszkodowaniu, za użyczenie swego nazwiska… 😉

azzaro-wanted

Mercedes Benz – Le Parfum to w mym odczuciu nader wymowny przykład obecnej kondycji koncernu Mercedes… Kiedyś lider technologii i marka będąca gwarantem i substytutem jakości, dziś sygnuje swym trójramiennym logo dostawczaki od Renault, pokraczne kompakty (klasy A i B) i sromotnie przepłacone sedany o agresywnej stylistyce, rodem z Batmobilu… Wątłe, rachityczne, nudne, smętne, mętne i nijakie Parfum Mercedesa nie wzbudza sobą żadnej ekscytacji – z tym że perfumy to nie stateczna niemiecka limuzyna, od której wręcz wymaga się ponadczasowej, niestarzejącej się i pozbawionej emocji linii nadwozia i statecznego pragmatyzmu w działaniu…

mercedes-benz-le-parfum-z-gory

Bvlgari – Man Black Cologne to kolejny przykład robienia czegoś na siłę, bo jest na to moda – a ktoś inny uroił sobie, że jest na to rynek. Ponieważ wciąż mamy modę na Colognes, no do geniusze marketingu od Bvlgari postanowili coś na tym ugrać. Tyle że zamiast przygotować coś nowego i adekwatnego do nazwy, wzięli gotowy koncept i wypuścili go ponownie na rynek pod zmodyfikowaną nazwą. Tylko po co dwa bardzo podobnie brzmiące zapachy (warto zaznaczyć, że „dawca” chadza jako kompozycja wieczorowa i w koncentracji EdP) w obrębie jednej marki? Kuriozalne Man Black Cologne, aka Man In Black – przypomina mi równie absurdalnego Fiata 500 L/XL. Czyli sztucznie napompowaną „kobyłę„, która bazując na legendzie „pięćsetki” udaje SUV’a – bo jakiś „kreatywny inaczej” uznał, że na rynku jest na to segment…

bvlgari-man-black-cologn

Calvin Klein – Euphoria Essence Men to zapach, który absolutnie nie jest tym za co się podaje i jednocześnie stanowi jedno z największych tegorocznych rozczarowań. Po pierwsze jego rozchwiany, niespójny i niepasujący do nazwy i oprawy bukiet, wprowadza raczej w konsternację niż zachwyt – a po drugie jest potężnym lingwistycznym nadużyciem. Po zapachu zaanonsowanym jako Essense, spodziewam się esencji i kwintesencji klasycznej męskiej Euphorii, ewentualnie jej genialnego rozwinięcia, pod szyldem Intense. A to co dostajemy pachnie jak niedorobiony purystyczny świeżak, podcierający się legendarną nazwą Euphoria

calvin-klein-euphoria-essence-men

Enrique Iglesias – Deeply Yours for Him to nudny, wtórny, oklepany, nijaki, mierny i beznamiętnie koniunkturalny zapach, stworzony wedle recepty: „zróbmy coś co pachnie jak średnia rynkowa i powalczmy o swój kawałek rynkowego tortu„… Efekt? Co z tego że większość statystycznych „Januszy i Sebiksów” i ich „Grażyn” powie że „fajny„, skoro wszystko tak pachnie?. Musiałem przeczytać własną recenzję, by spróbować przypomnieć sobie jak to pachnie, więc jeśli chcecie zrobić na kimś wrażenie swoim zapachem – to unikajcie tych perfum, bo w nozdrzach swego otoczenia, dosłownie stopicie się z tłem…

Enrique Iglesias - Deeply Yours for Him

Balmain – Homme to kolejna obok Boucheron marka, nieco niszowa i zasłużona – ale o dość nikłej rozpoznawalności w świecie komercyjnych perfum… I ta oto marka, dotąd słynąca z sygnowania ambitnych konceptów pokroju Carbone, czy Monsieur – postanowiła spróbować szczęścia w tzw. „komercyjnej masówce„. Efekt jest może nie tyle opłakany co śmieszny, bo z czym do ludzi?. Klienci którzy kupują komercyjny mainstream kierują się przede wszystkim rozpoznawalnością i prestiżem marki, która stoi za danym zapachem – więc kto da kilkaset złotych za miernej jakości zapach, od słabo znanego producenta? Nie kupią tego „mający jaranko na markę„, ani tym bardziej dotychczasowa klientela Balmain, czyli ludzie o wyrobionym i dość specyficznym guście. A więc winszuję dyrektorowi kreatywnemu Balmain podwójnego postrzału w stopę… 😉

Balmain Homme


Tegoroczne odkrycia:


 

Thierry Mugler – A*Men Ultra Zest to wprawdzie edycja limitowana, nad czym niezwykle ubolewam, ale jeśli gdzieś zobaczycie ten charakterystyczny, pomarańczowy flakon – to sprawdźcie koniecznie, bo cholernie warto!

Thierry Mugler - AMen Ultra Zest

Bentley – Absolute For Men, to po prostu genialny Gucci Pour Homme, którego Bentley w swej nieskończonej dobroci, tfu roztropności – przywrócił światu, za co po wsze czasy będą go wielbić i czcić miliony… Czczę i ja i uprzejmie donoszę, że sezon „na szukam zapachu podobnego do Gucci PH” uważamy za zamknięty!.

Bentley Absolute EdP

Ginestet – Le Boise ta niepozorna marka stworzyła coś co mnie autentycznie zachwyciło i rozczuliło zniewalającym pięknem swego subtelnego, skąpanego w labdanum bukietu… Wiem że dostępność jest bardzo słaba, bo marka egzotyczna i w ogóle to nisza, ale jeśli cenicie klimaty Tumulte Christiana Lecroix, to jesteście w domu…

Ginestet - Le Boise

Maria Amalia od Morris Italy jak wyżej, czyli niemal nieosiągalna nisza, ale tak zachwycająca delikatnością i ciepłem swego wysublimowanego – otulająco ambrowego bukietu, że aż chciało mi się wyć… To są damskie perfumy, ale tak śliczne i pieszczotliwie balsamiczne, że nosiłbym ten zapach z dziką rozkoszą i wypsikałbym sobie nim pościel…

Maria Amalia Morris Italy

Tom Ford – Sahara Noir niestety już nieprodukowany, bo zbyt ambitny, zbyt specyficzny i niszowy jak na gusta przeciętnego bywalca perfumerii sieciowych, w których spotkamy sążniste i głębokie kompozycje Toma Forda… Ale nie płaczcie, albowiem na rynku jest Olympic Orchids Artisan Perfumes – DEV #2: The Main Act, który jest niemal doskonałym zamiennikiem dla nieodżałowanej, intensywnie żywicznej Sahary. Żywicznej do tego stopnia, że pachnie niemalże jak potraktowana lutownicą kalafonia, więc dla miłośników żywic w wydaniu hardkorowym, pozycja obowiązkowa.

Tom Ford - Sahara Noir

Cartier – Eau de Cartier Vetiver Bleu to jedna z najdelikatniej, najcieplej i najpiękniej objawionych vetiver, jaką możecie spotkać na rynku. Wprawdzie zapach nie jest ewenementem i jest kilka innych kompozycji, wybrzmiewających vetiverą na podobnie zaaranżowaną modłę – ale jak to mawiają, od przybytku głowa nie boli… Jeśli cenicie Lalique Hommage Voyageur, Pradę Infusion de Vetiver i Olfactive Studio Ombre Indigo, to Wasze uszy właśnie powinny przypominać uszy owczarka niemieckiego… 😉

cartier-vetiver-bleu

Diesel – Only The Brave zwraca uwagę przede wszystkim niebanalnym i diabelnie charakterystycznym flakonem, w kształcie pięści, ale to nie flakon zdobi perfumy, jak i nie szata zdobi człowieka. OTB to naprawdę ciekawe perfumy, a zwłaszcza w wersji Tattoo – choć Diesel jest marką która w ogóle ma wiele do zaoferowania, choć nikt się tego po niej nie spodziewa.

Diesel - Only The Brave flakon

Viktoria Minya – Hedonist Cassis czyli znów trudno osiągalna nisza, autorstwa pewnej ambitnej i bardzo kreatywnej węgierki. Po miodowym Hedonist, przyszła pora na porzeczkowego Hedonist Cassis, od którego soczystej cierpkości można chwilami dostać ślinotoku. Jeśli będziecie kiedyś mieć okazję powąchać jej perfumy, to gorąco polecam, głownie przez świeże i naprawdę interesujące podejście Viktorii do tematu.

Viktoria Minya Hedonist Cassis

Donna Karan – DKNY Men (2009) to naprawdę niepozorne perfumy od marki, które zrobiły na mnie dokładnie wprost proporcjonalne wrażenie. Wrażenie to potęguje fakt iż pochodzą od marki, która nie kojarzy mi się z niczym pozytywnym, za wyjątkiem damskiego Black Cashmere. Wprawdzie zapach nie jest bezprecedensowym objawienie, albowiem stanowi całkiem udaną kopię  klasycznego Eau Sauvage Extreme od Diora – ale zważywszy na owe podobieństwo i cenę obu kompozycji, stanowi naprawdę ciekawą alternatywę.

Donna Karan - DKNY Men

Tommy Hilfiger – TH Bold to kolejny zamiennik/alternatywa dla czegoś co już istnieje i w dodatku świetnie pachnie. jeśli lubicie klimaty kolońskie i chcecie wody kolońskiej naprawdę trwałej, efektownej i nieco innej niż wszystkie – to TH Bold aka trudno osiągalny Banana Republic Classic będzie naprawdę interesującą i niebanalną propozycją.

Tommy Hilfiger - TH Bold

Hugo Boss – Bottled Intense to jedna z nielicznych i naprawdę udana konwersja klasyka do konwencji Intense. Moda modą, ale mowa o legendarnym Bottled Intense, którego naprawdę nie chciałbym wąchać sprofanowanego przez nieudolny dział dusigroszy, tfu marketingu – które swym ślepym podążaniem za modą i trendami, zmasakrowały już nie jednego klasyka. Tym razem się udało i najęty przez Hugo Bossa anonimowy nos, wywiązał się z powierzonego mu zadania wyśmienicie. Efekt jego pracy wciąż pachnie jak Bottled i jednocześnie wypada przekonywająco jako Intense, więc moje podwójne gratulacje i gorąco polecam.

Boss Bottled Intense

Azzaro – Chrome Intense to kolejny przykład bardzo udanej konwersji klasyka, do wersji zintensyfikowanej. Choć wydaje się to oczywiste, w praktyce Intense/Extreme to w dzisiejszych czasach zwykle atrapa, wyczarowana naprędce przez kreatywny dział marketingu – to kategorycznie nie tym razem. To naprawdę pachnie jak Chrome w wersji Intense i ponadto broni się adekwatnymi parametrami – więc jeśli szukacie równie głębokiej alternatywy dla Acqua di Gio czy Bvlgari Aqua, to Chrome Intense naprawdę daje radę.

azzaro-chrome-intense-front

Lanvin – Avant Garde pojawił się w perfumeriach bez fajerwerków i jego premiera przeszła tak jakoś bez echa, a szkoda bo to naprawdę zacne perfumy. Wprawdzie ich geneza jest dość oczywista, a mianowicie uszczknąć dla producenta jak najwięcej z mody, zapoczątkowanej pojawieniem się równie kochanego co znienawidzonego 1 Million od Paco Rabanne. Ale trzeba przyznać, że w tym całym zalewie mniej lub bardziej udanych klonów – te perfumy naprawdę się bronią krojem i wykonaniem.

Lanvin Avant Garde

Karl Lagerfeld – Paradise Bay for Men są swoistym zaprzeczeniem ciężkich i zwalistych kwiatowych siekier, jakimi zwykle raczy klientów Lagerfeld. Poważnie, przy dotychczasowym dorobku Karla, Paradise Bay pachną jak żart, chichot, kaprys i drwina, pachną tak jakby zostały stworzone pod impulsem chwili – przez kogoś bardzo szczęśliwego i beztroskiego, kogoś zakochanego…

Karl Lagerfeld - Paradise Bay for Men

Olympic Orchids Artisan Perfumes – DEV #2: The Main Act pod tą koszmarną nazwą kryje się ni mniej ni więcej, bardzo wysokiej jakości zamiennik dla nieodżałowanej w pewnych kręgach Sahary Noir od Tomka Forda. Żywica tak ciężka i intensywna, że przywodząca na myśl paloną kalafonię lutowniczą, ale jak to pachnie… No więc jeśli tęsknicie za wspomnianą i nieprodukowaną już Saharą, to uprzejmie informuję iż istnieje dlań godna i zacna alternatywa…

Olympic Orchids Artisan Perfumes - DEV #2 The Main Act

więcej grzechów nie pamiętam… 😉

Napisane przez: pirath | 24 Grudzień 2016

przegląd polskich marek odzieżowych i ich perfum…

Wszyscy słyszeli np. o Hugo Bossie (który w czasach II wojny światowej ubierał w swoje świetnie skrojone mundury Wehrmacht i SS), czy Armanim, Calvin Klein, Burberry, Gucci, Chanel, Dior i innych tuzach świata mody. A tym czasem na naszym krajowym poletku, nie brakuje marek, które tak jak najwięksi rynkowi gracze – poza konfekcją i galanterią, oferują swym klientom również perfumy. Może nie są to marki tak rozpoznawalne i co za tym idzie pożądane co powyższe – ale warto mieć świadomość ich istnienia i przy okazji osobiście zapoznać się z ich ofertą.

brutal01

Bo „polskie perfumy”, to nie tylko Pollena i równie nieśmiertelna, co niekiedy siermiężna klasyka, która wryła się stereotypem Warsa i Brutala, w olfaktoryczną świadomość światopoglądową Polaków. Ale dziś nie będzie o perfumach celebryckich Anji Rubik, czy piłkarzy Majdana i Lewandowskiego, ani markach stricte kosmetycznych, czyli Dr Irena Eris, Miraculum, Pollena Aroma, Pollena Ewa, Inglot oraz Fridge. Dziś przyjrzymy się ofercie marek modowych: Wittchen, Próchnik, Bytom, Vistula, Tiffi, Paprocki & Brzozowski, Mohito, Bohoboco, Diverse, Michał Szulc, które postanowiły poszerzyć swoje portfolio o perfumy.

original-by-anja-rubik

Od razu zaznaczam, że niniejszy wpis jest raczej informacyjny niż merytoryczny, albowiem dużej części z tych zapachów nigdy nie dane było mi powąchać. Jednak w oparciu o faktycznie przeprowadzone testy, pokuszę się o wskazanie pewnej zależności. Otóż odnoszę wrażenie, że rodzimi producenci wykazują tendencję do kreowania tzw. zapachów bezpiecznych. Jeśli szukacie czegoś niebanalnego, bezprecedensowego, lub choćby charakterystycznego, to obawiam się że z wyjątkiem Próchnikowego Gromu i Szulcowego Sale 01 – trudno tu o zapachy ambitne, specyficzne i swoiste. Zdecydowanie brakuje mi w ofercie polskich marek perfum ekskluzywnych nie tylko przez pryzmat ich niekiedy zawrotnej ceny, ale i kroju oraz wykonania… Z drugiej strony trudno się dziwić, gdyż najłatwiej jest sprzedać zapach uniwersalny i swoim krojem adresowany do jak najszerszej grupy potencjalnych klientów. Zresztą, jeśli spojrzeć na poziom i krój perfum sygnowanych logo najbardziej rozpoznawalnych marek zagranicznych, to od jakiegoś czasu stosują one dokładnie tę samą taktykę…

perfumy-wittchen

Wittchen – to uznany rodzimy producent galanterii skórzanej. gdy kilka lat temu wypuścili serię czterech zapachów inspirowanych stronami świata, postanowiłem do nich napisać z prośbą o przesłanie próbek. Widać są tak rozchwytywani, snobistyczni i ekskluzywni, że nigdy nie doczekałem się jakiejkolwiek odpowiedzi na moją wiadomość. No cóż nic na siłę, ale po pojawieniu się ich kolekcji w Lidlu wnioskuję, że chyba nie wiedzie się im najlepiej – skoro tak „wyniosła i ekskluzywna” marka postanowiła przygotować kolekcję dla dyskontu spożywczego… 😉

perfumy-prochnik

Próchnik – ma w swej ofercie całkiem sporo perfum, również damskich, ale trzon ich oferty to mająca premierę w ubiegłym roku seria trzech zapachów, inspirowanych Cichociemnymi i tradycją polskiej obronności. trojaczki Gryf, Grot i Grom może nie są szczytem wyrafinowania i bezprecedensowego kroju, ale pachną naprawdę dobrze i co najważniejsze – razem stanowią naprawdę  wszechstronną i doskonale się uzupełniającą kolekcję, na którą składa się świeżak, casualowiec i elegancki zapach na wieczór. Zresztą szerzej pisałem o trojaczkach Próchnika TU, więc zainteresowanych zapraszam do lektury.

perfumy-bytom

Bytom – raptem kilka tygodni temu i dosłownie przypadkiem natknąłem się na perfumy marki Bytom. Jakież było moje zdziwienie (bardzo zresztą pozytywne), że kolejna rodzima marka odzieżowa, a w dodatku naprawdę renomowana, pokusiła się o własną kolekcję perfum. Wprawdzie pod względem kroju kompozycja „nie rzuca na kolana” – ale zawsze to miło robi się na sercu, gdy rodzimy producent się rozwija… 🙂

perfumy-vistula

Vistula – ha! wiedziałem że o czymś zapomniałem, ale dzięki czujności Fredka899 (pozdrawiam i jeszcze raz dzięki za przypomnienie) do niniejszego zestawienia dołączyły dwa zapachy Red i Black od Vistuli. Poznałem oba podczas mojej ostatniej wizyty w Łodzi i tamtejszej Manufakturze, którą zwiedzałem z Pawłem (również serdecznie pozdrawiam), ale szczerze powiedziawszy kompozycje Vistuli nie zrobiły na mnie wrażenia. Być może to przez pośpiech i przytłoczenie innymi zapachowymi wrażeniami z tamtejszego dnia. Zapamiętałem je jako zachowawcze i mainstreamowe aż do bólu, więc nic dziwnego że mi umknęły… Obawiam się też czegoś innego, a mianowicie rozmycia i niesłusznych posądzeń o odgapiostwo – wszak niedawno na rynku pojawiły się dwa, bardzo podobnie sygnowane zapachy (kolorystyka, nazwa i segmentacja). Chodzi rzecz jasna o Red King i Black King od Joop’a!, ale tu trzeba wyraźnie zaznaczyć, że to Vistula była pierwsza.

perfumy-tiffi

Tiffi – posiada w ofercie cztery dość interesujące zapachy, nazwana niewiele mówiącymi T1, T2, T3 i T4, za to ich kompozycje zapachowe mówią już znacznie więcej. Co więcej sprawiają wrażenie dziwnie znajomych, a wręcz wywołują sobą przemożne uczucie deja vu… Szerzej opisałem je TU i odnoszę dobitne wrażenie, iż nie są to autorskie kompozycje. Abstrahując od perfum Tiffi, jestem bardzo cięty na wszelkie przejawy odgapiostwa i mniej lub bardziej zamierzonego „inspirowania się„, ale niestety chore prawo z jednej strony pozwala jednym opatentować „prostokąt z zaokrąglonymi rogami” – a jednocześnie nie pozwala opatentować unikalnego brzmienia i receptury perfum, na czym co rusz ktoś „kreatywny” korzysta…

perfumy-bohoboco

Paprocki & Brzozowski, Mohito, Bohoboco, Diverse i Teresy Kopias i ich kompozycje to wciąż dla mnie tajemnica, ale być może kiedyś uda mi się je powąchać, a nawet zrecenzować. Szczególnie zaintrygowała mnie kolekcja Bohoboco, która jest naprawdę obszerna i wygląda na naprawdę profesjonalnie przygotowaną. Niestety część z wymienionych marek oferuje perfumy dedykowane wyłącznie paniom, a to zdecydowanie nie moje poletko… 😉 A tym czasem niecierpliwie czekam na perfumy sygnowane przez inne znane polskie marki odzieżowe, a więc Reserved, 4F i Wólczankę – a i może coś od Maćka Zienia i Ewy Minge?.

Napisane przez: pirath | 19 Grudzień 2016

Avon – Premiere Luxe Oud, czyli czyli przede wszystkim PijaR…

Widzę, że moda/zajawka na agar (tzw. oudomania) wciąż ma się dobrze, bo co rusz któryś producent wypuszcza własnego agarowca. Rzecz jasna z różnym skutkiem, bo moda na oud, która kilka lat temu przetoczyła się wpierw przez tzw. „niszę„, by nieco później przewalić się przez tzw. „mainstream, a teraz jej niedobitki właśnie przesączają się do tzw. segmentu „massmarketowo drogeryjnego” (czego przykładem jest oudowy Axe). Oczywiście to tylko segmentacja i product placement, który jak wiemy „na pstrym koniu i widzimisię dystrybutora jeździ„, więc każdy ma prawo w tym temacie zaistnieć.

avon-premiere-luxe-oud

Ale od razu mówię, że jeśli spodziewacie się kompozycji nawiązującej krojem i formą, do któregoś z pierdyliona oudowców np. Montale, to zbłądziliście. Zapach epatujący tym jakże dumnym i ekskluzywnym Premiere Lux Oud, to mieszanina Iceberg Eau de Iceberg Oud z Ginestet Le Boise (samo otwarcie) oraz suchych i ołówkowych Próchnik Grom, XoXove Pour Homme i Avon Classic w jednym. Jest to kompozycja zacna, męska i niebanalna i jeszcze do niedawna mogąca na upartego oblecieć, za namiastkę legendarnego Gucci Pour Homme. Ale teraz gdy ów Gucci Pour Homme został wskrzeszony przez Bentleya w kompozycji Absolute (a więc powrócił oryginał) – szukanie doń porównań i analogii, straciło sens…

271038af3a2218a59439bf6bcdc1235c

Tym niemniej są to naprawdę niezłe perfumy, podobnie zresztą jak opisywany niedawno Avon Classic, będący trzecim chronologicznie wcieleniem kompozycji jaką znajdziecie na rynku, również pod szyldami XoXoba Pour Homme i Próchnik Grom. Tyle że konia z rzędem temu, kto mi wskaże paluszkiem, gdzie w tym wszystkim jest ów tytułowy oud? Założę się, że nawet sprzęt NASA, do wykrywania czarnych dziur wykazałby (hipotetycznie) jakieś pojedyncze molekuły agaru – to są one tak syntetycznie i małostkowo ujęte, są tak suche, purystyczne, pochlastane i odrealnione od swego jakże charakterystycznego brzmienia – iż prościej stwierdzić, że poza nazwą, z oudem ten zapach nie ma nic wspólnego… Co więcej Premiere Luxe Oud ma też niewiele wspólnego z orientem, oryginalnością oraz ekskluzywnym brzmieniem, gdyż jak wymieniłem już na wstępie – zapach przypomina co najmniej kilka innych i starszych kompozycji…

avon-premiere-luxe-oud-rekmama2

Owszem Premiere Luxe Oud jest ładny i robi wrażenie swym purystycznym, suchym i drzewno ołówkowym krojem, ale po cholerę dorobili mu ideologię oudowca? Te perfumy nie mają nic wspólnego z oudem i za to „nadużycie” należy się Avon’owi spory minus. Co więcej zapach zbyt mocno przypomina inne perfumy ten marki, a mianowicie Avon Classic, którego niedawno opisałem – a który również pachnie uderzająco podobnie do wspomnianych Próchnik Grom i XoXoba Pour Homme, a więc dostajemy klon wcześniejszego klona, tyle że z bajerancką i przekłamaną nazwą… A więc jeśli szukacie luksusowego oudu (bądź w ogóle oudu), to w tych perfumach go nie świadczycie, podobnie jak bezprecedensowej oryginalności. Ale jeśli szukacie niebanalnego, dyskretnego, nowoczesnego, niewątpliwie męskiego i eleganckiego „drewniaka” o suchym i piżmowo pylistym zacięciu – to w tej roli Premiere Luxe Oud spisuje się wyśmienicie.avon-premiere-luxe-oud-edp

rok powstania: 2016

nos: Yves Cassar

projekcja: dobra

trwałość: dostateczna

Głowa: czarny pieprz, imbir, lawenda,
Serce: paczula, agar, drzewo gwajakowe,
Baza: ambra, drzewo sandałowe, piżmo,

Dawno nie miałem styczności z zapachem, który wywołałby u mnie tak ambiwalentne uczucia i nie pozwolił się jednoznacznie ocenić. A przecież ostatnimi laty, Calvin zdążył nas przyzwyczaić do naprawdę dobrych i solidnie przygotowanych premier – czym w moich oczach, CK zdołało z siebie zmyć niechlubną etykietkę producenta nietrwałych i banalnych „owocowych soczków„. Ten zapach zachowuje się i układa na mej skórze w sposób tak zaskakująco zmienny, niekonsekwentny, rozchwiany i androgeniczny – iż po zużyciu całej próbki, wciąż nie wiem do końca jak, czym i komu to pachnie… Co więcej codziennie te perfumy odnotowują inne parametry projekcji i trwałości. Wczoraj zapach spokojnie dobił na skórze do 8 godzin z okładem, gdy dziś po niecałych sześciu, ledwie go czuję. Ba, nie jestem w stanie nawet określić co sądzę o Essence, bo za każdym razem kiedy próbuję się z nimi zaprzyjaźnić, pachnie po prostu inaczej. Nie wiem czy to wina mojej skóry, diety lub dnia, ale ciężko polubić i poznać perfumy, które odnoszę wrażenie – codziennie poznaję po raz pierwszy… Taki dzień świstaka i zabawa w kotka i myszkę, w jednym… 😉

calvin-klein-euphoria-essence-men

Jedno jest pewne, Essence Men niespecjalnie nawiązuje do klasycznej męskiej Euphorii (jedynie lekkim krojem), zaś do wersji Intense już w ogóle… Odnoszę wrażenie, że trzon bukietu Essence tworzy dużo bluszczu, mięty pieprzowej, szałwii muszkatołowej i syntetycznego piżma oraz innych akcentów silących się na oddanie brzmienia „szorstkiej surowości i pseudo zamszu” – by drugiego dnia zagrać mi delikatną i ujmującą serenadę, brzdąkając po zapachowej pięciolinii iście wiosennymi konotacjami kwiatowo roślinnymi, które łagodnie pieszczą me nozdrza. Chyba nie muszę mówić jak Essence mnie tą niestałością i niekonsekwencją, niemiłosiernie irytuje… Wówczas dla odmiany czuję delikatność wyrażoną mam wrażenie fiołkiem (liść) i herbatą, zupełnie jak w Gucci Pour Homme II, tyle że Euphoria Essence Men jest od Gucci’ego wytrawniejsza i mniej słodkawa. I obawiam się, że nie jest też równie ciekawa, zniewalająca, dopieszczona, finezyjna i ujmująca swą wysublimowaną i perfekcyjnie skrojoną delikatnością – więc nie radzę traktować EEM jako zamiennik dla GPH II, wszak to tylko ogólne wrażenie, a nie fizyczne podobieństwo… 🙂

2015

Ale któryś szałwiowy Jaguar też tak pachnie i mam wrażenie jakiś St. Dupont, czy Varvatos? O mam!, przecież Zadig & Voltaire, oferują przecież całkiem niezłego Tome 1, który wybrzmiewa podobnie skorelowaną, szałwiowo piżmowo kwiatową (jaśmin) i równie purystyczną świeżością!. Tyle że od Calvina, noszącego kultową już nazwę Euphoria i w dodatku opatrzoną mocnym podtytułem Essence, oczekuję zapachu będącego bardziej ukłonem w stronę głębi Intense/Gold, a nie letniego i uniseksowego świeżaka… Sorry nie ta segmentacja (nieadekwatna)… Flakon tych perfum powinien być biały albo szary (jak w klasycznym Narciso Rodriguez for Him), sprawiać wrażenie zmrożonego lub pokrytego szronem, bo tak te perfumy pachną – są raczej chłodne i w neutralny sposób zdystansowane, więc skąd ta myląca czerwień?… Dopiero z czasem, tak w godzinę od aplikacji zapach nabiera swoistej głębi, robi się nieznacznie słodki, ciepły kremowy i chropowato zawiesisty – ale wciąż nie jest to głębia, która sankcjonowałaby użycie epitetu „Essence„, że o sugerowaniu iż ten zapach ma cokolwiek wspólnego z klasyczną męską Euphorią, nie wspomnę…

calvin-klein-euphoria-essence-men-bokiem

Kwiatowo piżmowe, kremowe, ździebko pudrowe i odrobinkę suche oraz niezdefiniowane serce – acz wciąż delikatne serce tej kompozycji, sprawiają iż trudno, naprawdę trudno uznać te perfumy za męskie i skrojone dla mężczyzn… To bardziej uniseks, podobnie jak Zadig niż zapach, który z pełnym przekonaniem określiłbym jako męski/dla mężczyzn. Owszem można mieć wylane na segmentację narzuconą przez producenta – ale już Michał Szpak, w pełnym scenicznym anturażu (obcasy i piórka), jest bardziej męski niż te perfumy… No kurcze, przy Essence taki Daim Blond Lutensa, wydaje się męski i samczy, niczym Cuir Mauresque!. 😉 Całe szczęście Essence to eksperyment, tfu edycja limitowana, która mam nadzieję nie trafi do stałej oferty i między innymi dlatego wybaczam Calvinowi niniejsze „rozchwiane i niekonsekwentne” potknięcie…calvin-klein-euphoria-essence-men-edt

rok powstania: 2015

nos: Jean-Marc Chaillan

projekcja: od dobrej, po dostateczną

trwałość: od bardzo dobrej, do dostatecznej

Głowa: bergamotka, bluszcz,
Serce: biały pieprz, jaśmin, zamsz,
Baza: ambra, drzewo gwajakowe, fasolka tonka,

 

 

jpg-le-male-essence-de-parfumaż trudno uwierzyć, że ten elegancki i wysmakowany flakon o irygującym kolorze cieczy – to najnowszy, perfumowany JPG Le Male Essence de Parfum, choć tym razem NIE w wykonaniu Francisa Kurkdjiana

Czemu? Bo przykładowo dziś konsultantka Super Farmu (prawdopodobnie świeżo po szkoleniach produktowych, albo pracownik dystrybutora na występach gościnnych, w charakterze wsparcia), próbowała mi wcisnąć, że Invictus to „cudowny i wspaniały zapach, w którym Paco zawarł całą swoją wcześniejszą twórczość” – a że wymieniła go niemalże w jednym ciągu z Chanel Allure i Platinum Egoiste… Szczerze? Gdybym się nie znał i nie wyczul, że to na kilometr trąci egzaltowanymi banialukami z oficjalnego dossier, to łyknąłbym ten ostatni flakon Invictusa (co na koniec podkreśliła). Więc znów nasuwa mi się pytanie o bezstronność i kompetencje konsultantek, czyli: czy płacą im za sugerowanie konkretnych zapachów?. Nie za bardzo chciało mi się z tą panią polemizować, zwłaszcza po tym, gdy stwierdziła, że Gueralin Vetiver to „śmierdziel” – a Ideal to fantastycznie perfumy… Ale z jednym się z nią zgadzam „o gustach się nie dyskutuje” – choć uważam, że o poziomie jaki dany zapach sobą reprezentuje, już owszem!. Na odchodne miałem ochotę jej powiedzieć, że nie życzę sobie doradztwa od kogoś, kto poleca klientom chłam pokroju Invictusa, jako dobre perfumy… Naprawdę, mieli tam na półkach masę duuuuużo lepszych propozycji, ale widać to niepremiowane produkty konkurencji…

nowa-szata-graficzna-flakonow-guerlain-z-meska-klasyka
a genialnego Guerlain L’Eau Boisee i innych ponadczasowych szlagierów Guerlain, od dziś szukajcie w tego rodzaju flakonach…

Zniesmaczony, poczłapałem z kumplem do Sephory, by pokazać mu Loewe 7 i jego najnowszą odsłonę, Anonimo. Tak w ogóle, to chodziło o znalezienie mu zastępstwa dla coraz ciężej osiągalnego Bugatti Pur3 Black, stąd ten cały dzisiejszy maraton po perfumeriach. Efekt? jest Anonimo absolutnie zachwycony, nawet dużo bardziej niż wersją oryginalną oraz Diorem Homme, którego pokazałem mu na starcie i do kompletu z Burberry London. Lustrowałem też półki w poszukiwaniu flakonu Guerlain Vetiver, by kumpel wiedział, co „profesjonalistka” z SF określiła pejoratywnym „śmierdziel„, ale niestety nie mieli… Mam natomiast dobrą wiadomość dla fanów min. Guerlain L’eau Boisee, bo zauważyłem że Guerlain zunifikował prawdopodobnie całą ofertę klasyków, umieszczając je we jednakich flaszkach a’la retro. Więc moje wcześniejsze doniesienia, o wycofaniu zapachu z rynku, dotyczyły raczej starszej wersji opakowania. Uffff…

nowy-joop-homme-kings-of-seduction-red-king-oraz-black-king

Zauważyłem, że kawałek obok, stał sobie na półce L’Eau Boisee w starym flakonie, więc postanowiłem skorzystać z okazji i sprawdzić „łapa w łapę„, czym się obie wersje różnią. Wiecie, zmiana szaty graficznej i flakonu, to zwykle dobry pretekst dla przemycenia cichaczem jakiejś skrytobójczej reformulacji, ale na szczęście nie tym razem. Porównywałem je przez ponad dwie godziny i poza delikatnym dysonansem tuż po aplikacji, a za który obwiniam wiek i kondycję testera wersji klasycznej, nie zauważyłem żadnych istotnych różnic. Zresztą cała seria klasycznych kompozycji Guerlain, doczekała się nowej, zunifikowanej formy flakonu. Zatem Guerlain poszło w ślady YSL, które również przesunęło swoją zacną klasykę do rodziny La Collection, choć czy to nie oznacza (głównie przez formę flakonu i segmentację) ostracyzmu i naznaczenia etykietką „zapach dla dziada„, wszak L’Eau Boisee i Homme Parfum nie mają nic wspólnego z oldskulem…

joop-red-king-oaz-black-king

Z kolei w zaprzyjaźnionej perfumerii niezrzeszonej, którą odwiedziliśmy na koniec, poznałem nowego Le Male Essence de Parfum i dwa nowe Joop’y!, Red King i Black King. I wiecie co? Czerwony, wyraźnie zaciągając wiśniami (pewnie tonka + plus mniej lub bardziej syntetyczny ekstrakt z pestek wiśni lub po prostu dodatek amaretto) zrobił na mnie całkiem pozytywne wrażenie, czego nie mogę powiedzieć o siermiężnej wersji Black. Do Red King na pewno jeszcze wrócę, choćby po to, by móc pławić się i napawać jego bezwstydnie wiśniową słodyczą – zaserwowaną w podobnym stylu do tej, która bawi i pieści nozdrza w genialnym Burberry London, że o stylistycznym podobieństwie do CK One Shock nie wspomnę… 🙂

jpg-le-male-essence-de-parfum-box

Wróćmy jeszcze do JPG Le Male Essence de Parfum, który zrobił na mnie wrażenie nie tylko prostym, bezbarwnym i pięknie wyciosanym flakonem – co kolorem, którego głębi zdjęcia reklamowe nie oddają. Zawartość flaszki była nie tyle niebieska, czy granatowa co fioletowo czerwonawa. To bardziej przypominało kolor oryginalnego Joop! Homme (wersja sprzed pierdyliona reformulacji) lub Durbanowego Heliotropu, niż ten banalny błękit ze zdjęcia powyżej. Ale nie wysmakowany kształt flakonu i kolor cieczy wzbudził mój największy zachwyt, co znany –  acz zupełnie odmieniony, niesamowicie wykwintny, wyrafinowany i dopieszczony krój samej kompozycji… A więc moi drodzy, tak powinno pachnieć Parfum, inspirowane klasykiem!… Ale najdziwniejsze jest to, że zapach popełnił nie Francis Kurkdjian, co mniej znany i zdecydowanie mniej prestiżowy Quentin Bisch – więc czuję swoisty zawód, że to nie ojcu klasyka zawdzięczamy niesamowity krój tej kompozycji…

Niestety nie mam dla Was dobrych wieści, albowiem ten zapach jest tak słaby i tak bardzo nie na temat – że zostaje mi jedynie napiętnowanie tego jakże bezczelnego skoku na kasę klientów… To nie jest tak, że ja czerpię jakąś dziką i perwersyjną radość z pastwienia się nad nowymi zapachami – ponieważ jako osoba kochająca perfumy i z czysto hedonistycznego punktu widzenia – wolę otaczać się zapachami pięknymi, wybitnymi i najlepiej tylko takie Wam przybliżać. A niedawne recenzje Cartiera Vetiver Bleu, Davidoffa Horizon, czy Loewe 7 Anonimo – dowodzą, że wciąż można zaprezentować światu perfumy niebanalne, dopracowane i zniewalające. Ale z tymi zapachami jest pewien problem, gdyż paradoksalnie przez ich wyrafinowany i dość specyficzny krój – nigdy nie będą bestsellerem, który zarobi dla swego producenta krocie… Łatwe, stałe i gigantyczne przychody może dać tylko zapach absolutnie genialny, uniwersalny (Boss Bottled, JPG Le Male, Adidas Active Bodies, czy Dior Fahrenheit) lub na tyle bezczelnie i nachalnie reklamowany, by wywołać sobą wirusową modę – co swego czasu udało się Paco Rabanne 1 Milion.

joop-homme-sport

Niestety o takie kompozycje w dzisiejszych czasach naprawdę trudno, więc „nowością” zwykle jest to „adresowany do wszystkich” populistyczny i „skrojony na miarę czasów” gniot – jadący na reputacji marki, modzie i/lub legendzie jej wcześniejszych wypustów. I nie inaczej jest w przypadku najnowszego Joop! Homme Sport, którego wyśmiałem już na etapie zapowiedzi (swoisty ewenement, gdyż zwykle ignoruję zapowiedzi premier). Joopa! Homme zna każdy (jak nie z nazwy, to na 100% kojarzy zapach) i niewątpliwie jest to zapach pokroju „love or hate„. Namiętnie, bezwstydnie i nagminnie podrabiany, wpada w nozdrza wszędzie, jak Polska długa i szeroka. Pachną nim osiedlowe żule, corpo garniaki, karki na siłowniach, „Sebiksy” w szeleszczących dresach i wąsate „Janusze” chadzające cały rok w kamizelkach wędkarskich – słowem Joop! Homme (podobnie jak w/w zapachy) dorobił się w Polsce statusu perfum kultowych. Wprawdzie nie każdy ich miłośnik wie, czym tak naprawdę pachnie (w oryginale, jak i takowy z rzadka posiada), ale nieważne – jak Polska długa i szeroka, Joop! Homme, zadaje tu szyku, od przeszło 25 lat!*.

*to nie sarkazm, ani pojazd – a jedynie zabawnie i celowo stereotypowo przedstawiony przekrój odbiorców Joop’a!, więc proszę mi się tu nie spinać!… 😉

joop-homme-sport-reklama3

Widząc jego zapowiedź zamarłem, a po jej przeczytaniu, zacząłem się opętańczo śmiać. Joop! Homme w wersji Sport? Srsly? Osobiście bardzo cenię klasyczne Homme, ale czy ta zwalista i landrynkowata landara, o projekcji zdolnej zadusić wszystkich pasażerów podróżujących w porannym szczycie komunikacją miejską – właśnie doczekała się młodszego i usportowionego braciszka? No spoko, skoro dzięki debilnej modzie na „intensyfikowanie wszystkiego” – doczekaliśmy się owej zwalistej landary w wersji Extreme. Osobiście nie widzę sensu, potrzeby, ani tym bardziej „fizycznej możliwości” większego zintensyfikowania** legendarnego pod względem nośności bukietu Homme. No ale skoro ktoś się pokusił o hierarchizację oferty, to siłą rzeczy musiał się pojawić do kompletu „sporcik„, co by klienci mieli dobry pretekst do zakupu kolejnego produktu marki Joop!… 😉 O dziwo pod zapachem ktoś się podpisał i chodzi o nie byle jakie w branży nazwisko!. Czym się podniecam? To trochę kuriozalne, ale w dzisiejszych czasach premiera podpisana imieniem i nazwiskiem żywego perfumiarza – czyli nie będąca anonimowym ulepem, to swoisty ewenement!.

**metoda jest prosta, reformuuje się oryginał, by był zaledwie cieniem swej oryginalnej formuły, by zrobić tym samym miejsce dla właśnie wprowadzonej do oferty wersji Extreme. W ten oto oszukańczy sposób poszerza się portfolio dostępnych produktów, wciskając do oferty jakże niezbędne nowości… 😉

joop-homme-edt
gimby nie znajo, ale klasyk był do niedawna synonimem i niedoścignionym wzorcem dla niebotycznej projekcji i kilku dobowej trwałości…

W sumie nie wiem co mnie bardziej przeraża. To, jak bezczelnie producenci perfum robią z klientów idiotów – czy to, że tak niewiele osób kupujących później tak spreparowane perfumy, orientuje się, że są robione w balona? Po pierwsze, nie wyobrażam sobie używania tak esencjonalnego, wyrazistego i zwalistego zarazem zapachu co oryginalne Homme, na siłowni. Podwyższona w wyniku wysiłku fizycznego ciepłota ciała, w połączeniu z poceniem się – może w przypadku tak nośnego i esencjonalnego zapachu, dać niespodziewane i wysoce niepożądane efekty. Producent też o tym wie, ale o dziwo nie zdecydował się przebudować oryginalną recepturę (do której nawiązuje), a jedynie podetrzeć się, tfu posłużyć się samą nazwą kultowego klasyka (Joop! Homme), gdy sam bukiet nie przypomina go w ogóle. Poważnie, jest tu pewna lakoniczna słodycz, ale kwiatem pomarańczy i tonką bym tego co tu czuję nie nazwał… Wiem, część z Was będzie rozczarowana i macie rację, gdyż samemu widząc na etykiecie np. nazwę Fahrenheit – spodziewam się, że dany zapach będzie chociaż nawiązywał krojem i brzmieniem kompozycji, do formuły po której odziedziczył nazwę!. Tak przynajmniej nakazuje przyzwoitość i uczciwość, ale takie rzeczy niestety nie we współczesnym perfumiarstwie, gdzie rządzą księgowi i kreatywny marketing… 🙂

joop-homme-sport-reklama-2

A więc zapomnijcie, że to choć po części pachnie jak Joop! Homme, co jak wspomniałem ma swoje plusy i minusy, więc na dwoje baba wróżyła. Sport nie nawiązuje, ani w niczym nie przypomina swego słynnego tatusia, więc jeśli jaracie się marką i macie pozytywne skojarzenia z jego nawą – to od razu mówię, darujcie sobie, bo będziecie rozczarowani. Ta nazwa to tylko tani chwyt marketingowy, by skusić ludzi do zakupu. Zapomnijcie też o jakiejkolwiek analogii do zamieszczonego poniżej „oficjalnego wykazu nut„, gdyż w praktyce czuć tu jedynie lekką i płytką słodycz tonki, dopełnionej pseudo ozonowymi syntetykami – oraz z początku wyrazistym, acz równie nieczytelnym miksem esencjonalnej zieleniny, która z czasem przemienia się w bezkształtną pulpę. Chciałbym móc opisać brzmienie tych perfum bardziej precyzyjnie, ale naprawdę mam problem z potwierdzeniem, czy czuję tu choćby coś tak charakterystycznego jak imbir… To są bardzo słabe perfumy, zarówno pod względem samej kompozycji, jak i jej wykonania. O tym jak bardzo jest to słaby zapach, stanowi jego równie dosadna, co ordynarna reklama… Ponoć wystarczy odpowiednio długo lampić się w tyłek tej panienki – by z czasem dostrzec, że na fotografii jest więcej golizny, a nawet jakiś flakon…  😉 Tym tanim chwytem, producent nie mogąc pochwalić się czymkolwiek innym – sugeruje, że hipotetyczny klient poczuje się z tym zapachem równie dobrze i atrakcyjnie, co ten koleś ze zdjęcia lub otrzyma analogiczną nagrodę… Ale trzeba być naprawdę naiwnym by łudzić się, że sekretem powodzenia u płci przeciwnej są perfumy… 🙂

joop-homme-sport-reklama

To może chociaż daje radę na siłce? W moim odczuciu jako towarzysz „uprawiania sportu„, Joop! Homme Sport też się nie sprawdzi – albowiem kompozycja przeznaczona do tuszowania tzw. efektów ubocznych rekreacji ruchowej (pot, sebum) musi zostać tak skomponowana, by wykazywać określone predyspozycje. Przede wszystkim musi być świeża, żywa, wyrazista i esencjonalna w każdym ze swych stadiów, aby na każdym etapie swej bytności na skórze móc efektywnie poradzić sobie ze swoim niełatwym zadaniem. Owszem są na rynku „usportowione” i wciąż delikatne zapachy, np Gucci by Gucci Sport, czy Lalique Encre Noire Sport (ten drugi nazwano per Sport przez pomyłkę, gdy ewidentnie miało być Light), ale Joop! nie dorasta swym krojem nawet do pięt, delikatnej i finezyjnej kompozycji od GucciJoop! Homme Sport to jedynie nijaka zapchajdziura w ofercie, spłodzona tylko po to, by zaistnieć w każdym możliwym segmencie rynkowym i coś z niego uszczknąć dla właściciela brandu…

joop-homme-solo
ale król w tej stajni jest wciąż tylko jeden…

W kontrastująco oczeojebnym flakonie (acz uparcie nawiązującym formą i nazwą do oryginału), znajdziemy ugrzecznionego, nijakiego i skierowanego do wszystkich ulepa – pod którym podpisał się wspomniany Antoine Lee i coś czuję, że nie jest specjalnie dumny z efektów swojej pracy… Tak naprawdę Joop! Homme Sport jest miernym i niczym szczególnym nie wyróżniającym się casualowcem, jakich na rynku pełno. Śmiem twierdzić, że prawdziwe archetypy zapachu na siłownię, czyli Lacoste Challenge i Davidoff Champion pachną dużo lepiej, ciekawiej i adekwatnie – a więc sprawdzą się w swojej specyficznej i dość trudnej roli. Natomiast zapchajdziury od Joop’a! absolutnie w tej roli nie widzę – ani w żadnej innej, bo o zapach zupełnie przeciętny, nieciekawy i kompletnie niewarty Waszej uwagi i tym bardziej pieniędzy…joop-homme-sport-edt

rok powstania: 2016

projekcja: dostateczna, z czasem mierna

trwałość: dostateczna

nos: Antoine Lee (płakał jak komponował i później, gdy wyrażał zgodę na publikację nazwiska)

Głowa: mięta, bergamotka i imbir;
Serce: sól morska, skóra, nuty morskie, kwiat pomarańczy,
Baza: fasolka tonka,

Napisane przez: pirath | 3 Grudzień 2016

Avon Classic, czyli do trzech razy sztuka…

Dzisiejszy wpis będzie traktował o tym, jak sprzedać jedną formułę perfum, aż trzy razy. Oczywiście niepostrzeżenie i pod przykrywką trzech różnych i nijak niepowiązanych ze sobą marek. Już sam fakt współistnienia na rynku tego samego zapachu w aż trzech odsłonach jest zadziwiający – wszak zwykle są to góra bliźniaki i bywają nie do końca identyczne. W sumie to wcale się nie dziwię producentom, że sięgnięto po akurat tę recepturę, bo zapach jest naprawdę ładny, męski, elegancki i przy tym dyskretny i nienarzucający się – a więc idealnie wstrzeliwuje się w dzisiejsze trendy i realia. Wprawdzie lakoniczny wykaz nut zdradza niewiele o charakterze tych zmysłowych perfum – ale tu polecam zapoznać się z dużo obszerniejszym wykazem nut, zamieszczonym przez innego ich producenta… 🙂

avon-classic

Jeszcze dwa lata temu, nazwałbym go całkiem niezłym zamiennikiem/ zastępstwem dla nieodżałowanego Gucci Pour Homme, ale od kiedy powyższy został cudownie wskrzeszony przez Bentley’a, pod nazwą Absolute – dalsze szukanie dlań zamienników, stało się mym odczuciu kompletnie bezcelowe. Mówię rzecz jasna o (chronologicznie, tak jak je poznawałem) Próchniku Grom, Xoxoba Perfumerie Pour Homme i bohaterze dzisiejszego wpisu, Avon Classic. Wiem, że to nieprawdopodobne, ale w stosunkowo krótkim czasie i pod trzema różnymi szyldami – na rynku pojawił się jeden i ten sam zapach. Nawet kolor się zgadza, że o specyficznym kroju kompozycji i jej parametrach nie wspomnę.

prochnik-grom

Mówcie co chcecie, ale ten specyficzny, piżmowo, pieprzono drzewno kadzidlany, suchy i pylisty oraz wyraźnie „ołówkowy” w odbiorze zapach, poznam wszędzie. Spośród trojaczków Próchnika, to właśnie Grom zrobił na mnie największe wrażenie, później opisałem go ponownie – tym razem pod szyldem również rodzimego Xoxoba i dosłownie na dniach, kolega przyniósł mi flakon Classica. Wręczył mi go ze słowami: „może zainteresuje cię taniutki wynalazek od Avona, o nikłej projekcji i słabowitej trwałości„, ale w jego odczuciu wart poznania… No i trafił w dziesiątkę, bo wprawdzie zapach jest rzeczywiście z gatunku niezbyt wylewnych – ale toż to Grom/Xoxoba we własnej osobie, tyle że pod szyldem Avonu… 😉 I co najistotniejsze, jest owszem dyskretny, ale na pewno nie można mu zarzucić kiepskiej trwałości, gdyż u mnie pociągnął przeszło 8 godzin, wybrzmiewając przy tym pełnym bukietem.

xoxoba-pour-homme

Wybaczcie, że nie będę opisywał przymiotów bukietu Avon Classic, tylko odeślę Was do lektury Próchnika i Xoxoba Parfumerie. W moim odczuciu to jeden i ten sam zapach i tak naprawdę jedynym sensownym kryterium decydującym o tym którego z nich wybrać, jest cena. Wprawdzie Próchnik ostatnimi czasy znacznie obniżył cenę Groma, ale do niecałych 50 zł za Avon Classic jeszcze im brakuje. Z tym że Avon to pojemność 75 ml, zaś Grom i Pour Homme mają po 100 ml. Przy tym ostatnim producent deklaruje iż jest to EDP, choć osobiście różnicy w brzmieniu pomiędzy nim, a konkurencyjnymi EDT nie czuję. Z tym, że nawet przeliczając cenę Avonu dla pojemności 100 ml i tak wychodzi najtaniej z całej trójki… Moja rekomendacja, za te pieniądze brać i chomikować na czarną godzinę – bo jak wiadomo Avon częściej zmienia paletę produktów, niż niektórzy bieliznę 🙂avon-classic-edt

rok powstania: 2016

nos: jakiś hurtowy powielacz receptur

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Skład: imbir, olejek olibanowy, piżmo,

Jedno jest pewne, stary, ciężki, męski i sążniście orientalny Boucheron, to już przeszłość. Wygląd flakonu oraz przede wszystkim brzmienie najnowszego Quatre Pour Homme reprezentuje odświeżony, unowocześniony, zeuropeizowany i niestety populistyczny aż do wyrzygania krój „pachnę czymś, ale nie wiadomo czym„. Więc obawiam się, że trudno będzie odróżnić pachnącego QPH mężczyznę, od statystycznego nosiciela dowolnego Hugo Bossa, Bruno Banani, czy Beckhama (z wyłączeniem epickiego Homme, który rozwala sobą system!). Żyjemy w wyjątkowo podłych czasach, gdzie dla łatwego i szybkiego pieniądza, producenci z łatwością odchodzą od jakości, ideałów i wypracowanych przez dekady standardów. Zwykle czynią to pod płaszczykiem dostosowania produktu do obowiązujących trendów i gustów nabywców – gdy tak naprawdę chodzi wyłącznie o maksymalizację przychodów, za wszelką cenę i po trupach!. Więc skoro Guerlain, czyli ikona perfumiarstwa wypuszcza koniunkturalne gnioty pokroju Ideal – to też raptowne odejście od wypracowanego przez Boucheron brzmienia, nie powinno nikogo dziwić…

boucheron-quatre-pour-homme

Szkoda tylko, że nikt z decydentów odpowiedzialnych za charakter kompozycji i tę nagłą zmianę image marki – nie zauważył, że nie każdy mężczyzna nosi rurki, brodę + fryzurkę rodem z Hitlerjugend i wpierdziela bezglutenowy hummus, zapijany latte z jagodami goji, na bez laktozowym i odtłuszczonym bawolim mleku (oczywiście wszystko fair trade i hand made)… 😉 To co do niedawna postrzegano jako indywidualizm, inwencję, kreatywność i nietuzinkowość – dziś w wyniku ślepego i masowego powielania, staje się nużącym, monotonnym i nijakim. I właśnie takie są te perfumy – totalnie pozbawione swoistości i indywidualizmu. Niby nowe i starannie dostosowane do współczesnych standardów – czyli przyjemny, ale pozbawiony wyrazu i niczym szczególnym nie wyróżniający się bukiet + rozczarowujące parametry, w rezultacie dają sobą coś, co stapia się z szarym tłem, coś wokół czego przytłaczająca większość przejdzie obojętnie…

*macie częściej i więcej psikać, by producent więcej zarabiał na sprzedaży większej ilości flakonów…

boucheron-quatre-pour-homme-reklama

Nijaki, wtórny i pozbawiony jakichkolwiek indywidualnych, czy nietuzinkowych, a więc wartych zauważenia akcentów + zachowawczy flakon i sztampowy kolor cieczy = nijaki ulep… Nie potrafię zliczyć ile razy miałem styczność z tak skrojonym zapachem i jak bardzo mi się nie chce już tego rodzaju brzmień opisywać… Myślę, że bez większej straty od strony merytorycznym, mógłbym przekopiować lub podlinkować opis pierwszego z brzegu casualowca i nikt by się nie połapał, że leję wodę… Ale przecież nie oto chodzi, wszak ma być merytorycznie i na faktach. A więc Quatre pachnie przyjemnie acz banalnie i zachowawcze jak diabli. W otwarciu lekko cytrusowo i ze sporą domieszkę geranium** oraz przez chwilę rzeczywiście wyczuwalnym i nadającym wyraźnie wytrawny ton całej kompozycji, liściem fiołka. Ale już nieco godzinkę później, gdy zwyczajowo najgłośniejsza i najbogatsza w detale faza serca przebrzmi – to wszystko przygasa i ulega uzupełnieniu, o garść niezidentyfikowanych i równie lakonicznych co syntetycznych detali, emulujących drewno oraz równie umowne wtrącenia ambrowo balsamiczne. I już…

**będę się upierał, że z różą te perfumy nie mają nic wspólnego – z geranium pewnie też nie, bo zapewne jest to jakiś tani syntetyk, jedynie je emulujący…

boucheron-quatre-pour-homme-boucheron

Wprawdzie większość „Sebiksów i Januszy” powie, że to pachnie fajnie – owszem, ale jednocześnie Quatre pachnie tak bardzo wtórnie, nijako i tanio (massmarketowy sznyt i kiepskiej jakości składniki), że w/w i tak nie zapamiętają nazwy i kupią z rozpędu jakiegoś Bossa, czy Bruno Banani, bo przynajmniej kojarzą ich chwytliwe i pożądane nazwy. Winszuję zatem osobom odpowiedzialnym za charakter i jakość produktów sygnowanych logo Boucheron – tego iście epickiego postrzału w stopę. Właśnie zrównaliście się poziomem z równie nijaką, acz dużo bardziej rozpoznawalną konkurencją – bo kto spośród klienteli, o której portfele chcecie powalczyć, słyszał o jakimś tam Boucheron?. A Wam moi drodzy czytelnicy podszeptuję, że zdecydowanie nie warto – albowiem ze względu na krój i jakość kompozycji, pierwszy w brzegu Playboy, Mexx, Beckham Classic, Hugo The Scent, czy denny Azaro Wanted pachną podobnie i prawdopodobnie są też tańsze i trwalsze…boucheron-quatre-pour-homme-edt

rok powstania: 2015

nos: anonimowy coach and spin doctor, od rewolucyjnego zrywania z tradycją, dla wykręcania jedno sezonowych rekordów w Excelu

projekcja: wpierw dobra, później lakoniczna

trwałość: dostateczna

Głowa: cytryna, lima, liść fiołka,
Serce: jaśmin wielkolistny, róża,
Baza: cedr, drzewo kaszmirowe, piżmo,

Napisane przez: pirath | 28 Listopad 2016

Cartier – Eau de Cartier Vetiver Bleu, czyli OMG!

Na wstępie przepraszam za nikłą ostatnimi czasy ilość wpisów, ale niedawne przeziębienie, życie towarzyskie i praca zawodowa nader skutecznie absorbują mój czas. A teraz pora na akty strzeliste, peany i egzaltację ubiegłoroczną premierą Cartiera – czyli Vetiver Bleu. Oj oj oj!, coś mi się widzi, że znalazłem genialne wypełnienie niszy, pomiędzy Cartier Roadster, Pradą Infusion de Vetiver, a Lalique Hommage L’Homme Voyageur! Wszystkie trzy są zjawiskowo piękne, zacne, zniewalające, arcy finezyjne i absolutnie wysmakowane – a ich hipotetyczna hybryda, powinna w moim mniemaniu pachnieć właśnie tak!. Uwierzylibyście, że pomiędzy tymi trzema, arcy wymuskanymi i wykwintnymi kompozycjami, wciąż znalazło się miejsce dla czwartego gracza?

cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu

Ależ TAK!!!. Wyrażone z iście włoskim polotem i niewymuszoną elegancją, porywające, szlachetne, no po prostu orgazmistyczne połączenie vetivery, mięty i ambrette/heliotropu – dało coś, co stanowi kwintesencję tych trzech pachnideł i zarazem wariację, godną zestawienia z każdym z nich z osobna!. Obcując z czymś tak pięknym, tak porywająco lekkim, wyśrubowanym, wysmakowanym i poruszającym finezją i delikatnością z jaką wyartykułowano każdy detal bukietu – aż trudno uwierzyć, że w 2016 roku Cartier wypuścił też gniota pokroju L’Envol… Ja rozumiem, że można mieć słabsze kompozycje w portfolio, bo choć zawsze ceniłem Cartiera za jakość ich wysmakowanych konceptów – to L’Envol autentycznie postrzegam w kategorii katastrofy, wypadku lub sabotażu…

cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu-reklama

Ale wróćmy do rzeczy przyjemnych, czyli zaznajomimy się z lekkim i cudnej urody bukietem Vetiver Bleu. O dziwo nie czuję tu wymienionej w oficjalnym wykazie nut lukrecji, za to wyraźnie czuje przemilczane ambrette – to samo, które stanowi oś i esencję bukietów zarówno wspomnianego Lalique Hommage Voyageur oraz w bardziej esencjonalnej i wylewnej formie u Olfactive Studio Ombre Indigo. Owo słodkie, nieco marchewkowo ołówkowe i ambrowe zarazem ambrette, dopełniono wytrawnością przede wszystkim korzenia (a nie liści) vetivery. Tutejszą vetiverę zaserwowano na ciepło, bez konotacji „piwniczno ziemistych” i w wysokim stężeniu – więc razem z lekko ołówkowym ambrette i/lub ambroxanem, tworzą doskonale uzupełniający się duet – wybrzmiewający w nadrzędnej, równej, bardzo spójnej i diabelnie przyjemnej tonacji. Odnoszę wrażenie, że w tle formuły zawarto również niewielką domieszkę jakiegoś „drzewnego konglomeratu” o wybitnie syntetycznym rodowodzie, acz stanowiącym całkiem niezłe dopełnienie dla wątku przewodniego.

cartier-vetiver-bleu

Ale najbardziej budujące jest to, że ta subtelna równowaga pomiędzy świeżością ciepłej vetivery, a ambrette nie ulega zachwianiu, choć w tle pojawia się niezidentyfikowany akcent drzewny. Niezidentyfikowany i na wskroś lakoniczny, ale jego anonimowość nawet nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, ładnie stapia się z nieszczególnie wylewnym krojem całości. W tym zapachu trudno też doszukiwać się tu podziału na tradycyjne akordy, bo choć zapach rzeczywiście w nieznacznym stopniu ewoluuje, to czyni to w stopniu kosmetycznym, ocierając się o formę monoscentu. Ale jeśli cenicie spokój, finezyjną stateczność i harmonię, bijącą od Hommage Voyageur, Ombre Indigo i Prady Infusion de Vetiver – to macie kolejnego milusińskiego, we właśnie tej tonacji… 🙂cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu-edt

rok powstania: 2015

nos: nieznany wirtuoz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: mięta,
Serce: lukrecja,
Baza: wetyweria,

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: