Napisane przez: pirath | 20 Marzec 2017

Lalique – L’Insoumis, czyli obłaskawianie kota…

Niestety nie mam dla Was dobrych wieści… Te perfumy, nie będą hitem, ani nie będą się dobrze sprzedawać i prawdopodobnie po niedługim czasie Lalique wycofa je z oferty… Powód? Są zbyt wykwintne, wyrafinowane, dyskretne i nietuzinkowe, by wkraść się w gusta masowe. Oczywiście to kwestia gustów i nie zakładajmy niczego z góry – tyle że facet zwykle pachnący Bossem, Muglerem, Calvinem, Herrerą, czy Davidoffem – nie sięgnie po te perfumy, ponieważ reprezentują diametralnie odmienny styl… Po drugie L’Insoumis, nie mają szokującej ani miażdżącej prezencji Encre Noire, który przeżyje nawet zagładę nuklearną i skonfunduje nawet ortodoksyjnego wyznawcę niszy. A po pachnidle tak wyrazistym jak Encre Noir, sygnowanie równie ambitnego co enigmatycznego L’Insoumis – stawia przed tym drugim (w walce o atencję klienta), naprawdę wysoko usadowioną poprzeczkę…

L’egumina od Lalique (wybaczcie przekręconą nazwę, ale L’Insoumis nie sposób mi wymówić, ani zapamiętać) to zapach z pozoru tak niezdefiniowany, że aż nijaki i trudno je pokochać od pierwszego niucha… Owszem jest przy tym bardzo przyjemny, wykwintny, delikatny i łaskawy dla nosa – ale tak niejasny w odbiorze oraz tak bardzo niezobowiązujący, że prawdopodobnie większość ludzi kompletnie go zbagatelizuje, nie odnajdując w nim kompletnie nic szałowego, ani sobie znanego… A ja twierdzę, że na tym polega geniusz Pellegrin’a, bo stworzył casualowca tak bardzo wyrafinowanego, gustownego i niebanalnego, że przy całej oryginalności tego arcy enigmatycznego konceptu – niemalże transparentnego. Przy czym czuć to dopiero po bliższym i dokładnym poznaniu tych perfum i obawiam się, że na zmierzenie się z czymś tak ambitnym i wzniosłym – większości potencjalnych nabywców zabraknie cierpliwości, pomimo iż zapach jest nieprzeciętnie ładny!… Niestety najlepiej sprzedają się nieskomplikowane i łatwe w interpretacji zapachy – ponieważ by zrozumieć i co za tym idzie docenić L’eguminę, trzeba czasu… Może zabrzmi to zabawnie, ale te perfumy są jak obłaskawianie / próba wkupienia się w łaski kota… Gdzie to nie L’egumina stara się by nam się spodobać od pierwszego niucha – a to wąchający, podchodząc do zapachu kilkukrotnie, stara się go zrozumieć i w efekcie polubić…

Ale czy nie podobnie bywa z każdym odważnym, trudnym i niebanalnym zapachem, od Encre Noir zaczynając, a na YSL M7 i ekstremalnie niszowych „śmierdziuchach” kończąc? Coś w tym jest, choć L’eguminie daleko do ultra wymagającej siekiery, pokroju Encre NoireL’egumina to raczej odpowiedź na modły tych wszystkich, którzy z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów uważali, że Lalique robi zbyt wyraziste, zbyt mocno zdefiniowane, zbyt odważne, zbyt swoiste, zbyt oryginalne i zbyt wyraziste perfumy. Ale czy klienci, którzy sięgają po niemiłosiernie wyśrubowane i arcy wykwintne kompozycje od Lalique, miewają tej natury rozterki? Ok nawet wśród zagorzałych miłośników kreatywnego i górnolotnego perfumiarstwa Lalique, znajdą się osoby, dla których Encre Noire jest zbyt mroczne, Hommage zbyt głośne, White za słodkie, Equus zbyt ziołowe, Eau de Lalique zbyt koperkowe – zaś porywająco genialny Hommage Voyageur, nie trafił swym ultra wymuskanym, prześlicznym i wysublimowanym krojem, w ich łaknące „prawdziwej petardy” gusta…

To właśnie dla tych „malkontentówLalique zamówiło zapach inny niż wszystkie – wciąż wyśrubowany, jak na wysokie standardy Lalique przystało, ale z definicji lekki i przystępny. Fabrice stworzył zapach, który do złudzenia naśladuje brzmienie banalnego i rasowo niezobowiązującego casualowca – jednocześnie wcale banalnym nie będąc, oj co to to nie… Chyba żadnego miłośnika kunsztu Lalique nie zdziwi, gdy napiszę że zapach nie posiada absolutnie żadnego precedensu i jak to bywa z Lalique, z niczym już istniejącym się nie kojarzy. Lalique tworzy od podstaw, pod siebie (i pod włos rynkowi, za co najbardziej je cenię) i miło wiedzieć, że nadal stawia na jakość i oryginalność. Te perfumy to mistrzowski popis kamuflażu, wirtuozerii, finezji i wyrafinowania i niedopowiedzenia w kreacji. Są tak delikatne, dyskretne, zmysłowe i zarazem eleganckie oraz złożone, że YSL i Guerlain powinni się od Lalique uczyć, jak powinny pachnieć również skierowane do odbiorcy masowego, linie L’Homme i Ideal!. I co najistotniejsze, ta sztuka udała mu się bez udziału modnej i ostatnimi czasu niemiłosiernie nadużywanej „tonkowej słodyczy” – choć ISO E Super wyrzec się nie potrafiło*… 🙂

*w kultowym Encre Noire też jest ponoć masa ISO E Super, choć tego nie czuć…

Skąd ten wniosek? Tak się składa że Pellegrin wcześniej już dwukrotnie udowodnił, że potrafi zrobić perfumy dosłownie „urywające zadek” swą finezją i wyrafinowaniem. Mowa o Smoke for the Soul by Kilian i Just Cavalli Gold for Her, których używała moja serdeczna koleżanka. Dym dla duszy trudno uświadczyć poza perfumeriami niszowymi, ale tego Cavalli można spotkać w sieciówkach i są żywym dowodem, że nawet w mainstreamie – wciąż jest miejsce na artyzm i niebanalność w przystępnym dla nosa wydaniu… Teoretycznie L’eguminę osnuto na motywie przewodnim bazylii i szałwii (a więc wyraziście), ale oszczędny – wręcz dietetyczny w prezencji i ekspresji tych nut bukiet, ewidentnie temu zaprzecza. Powiem wprost, bazylia to tylko przygrywka i zasłona dymna, owszem urocza i diabelnie przyjemna, ale „umowna”… Te perfumy najlepiej jest podziwiać globalnie, bez puszczania się w pogoń za pojedynczymi nutami – gdyż ta zawsze skończy się ślepą uliczką i psuje odbiór naprawdę ciekawie i spójnie zaaranżowanego bukietu.

Generalnie wszystkie obecne tu ingrediencje, sprawiają wrażenie zawoalowanych, odmiennych, eterycznych i zupełnie do siebie niepodobnych. Wyrażono je ostrożnie, z dużą dozą delikatności i wyczucia, wręcz wstrzemięźliwej wstydliwości. Tak bardzo, że miałem spory problem z identyfikacją poszczególnych nut, chociaż jako całość, zapach broni się i wypada naprawdę atrakcyjnie, przekonywająco i co najważniejsze, harmonijnie. Jest to kompozycja z gatunku cichych i emitujących się do otoczenia dość oszczędnie – ale jego kameralna projekcja, ładnie współgra z jego dość enigmatycznym bukietem. Bukietem tak złożonym, dyskretnym i wymyślnym, że aż niemożliwym jest stwierdzić czym zapach wybrzmiewa i co stanowi jego motyw przewodni. Na upartego i zawierzając na słowo wykazowi nut (wszak to Lalique, które nie musi wypisywać niestworzonych bzdur, by zrobić na nabywcach wrażenie), zapach ma ziołowo drzewną charakterystykę, całkiem zresztą zbliżoną do Equusa – a nawet pachnąc jak jego młodszy i znacznie delikatniejszy brat. Brat niezdefiniowany i nieokreślony, ale jeśli zapomnieć o jego w rzeczywistości do niczego nie pasującym wykazie nut – niesamowicie oryginalny, lekki i przyjemny w odbiorze…

Za to gdy zapach uleży się przez kilka godzin (2-3), coraz cichszemu wątkowi przewodniemu – zaczyna wtórować cudnej urody miks purystycznych, balsamicznych i arcy delikatnych niuansów drzewnych + konotacje balsamiczne. Generalnie nie ma co się oszukiwać, większość „roboty” przy finale, odwala ISO – co nie zmienia faktu, że zapach jest w odbiorze arcy rozkoszny i iście czarujący. A później, później jest jeszcze lepiej, jeszcze rozkoszniej i już totalnie rozbrajająco – ponieważ w akordzie bazy, zapach zaczyna sprawiać wrażenie ścielącej się na skórze kompozycji drzewno ambrowejPellegrin wycisnął tu z ISO, nut drzewnych i prawdopodobnie syntetycznej ambry absolutnie wszystko, więc fenomenalny Hommage Voyageur powinien właśnie poczuć na plecach gorący oddech L’eguminy – albowiem w konfrontacji z bazą L’eguminy, jego pozycja najbardziej słitaśnego i uroczego zapachu w ofercie Lalique, jest mocno zagrożona…

Moim zdaniem, śliczna, ścieląca się na skórze, diabelnie wykwintna i najbardziej spektakularna faza schyłkowa – to najmocniejszy atut tych perfum. Faza jakby żywcem wyjęta z niszowych i bardzo kosztownych perfum. I aby go doczekać, trzeba przetrwać wcale nie brzydki akord środkowy (akordu otwarcia w zasadzie tu nie ma), co nie będzie trudne. Ale i tak obawiam się że L’egumina podzieli los The One Gentleman od Dolce & Gabbana, czy Mistero di Roma od Laury Biagiotti – czyli zapachów na wskroś wybitnych, dopracowanych i urodziwych, ale i na swe nieszczęście, również zbyt finezyjnych i kunsztownych. A te jak wiemy przechodzą niemal niezauważone i świat szybko o nich zapomina – wszak najbardziej w pamięci zapadają wonie głośne i wyraziste. No i żaden z klientów perfumerii nie będzie wstanie wymówić nazwy L’Insoumis, aby zapytać o ich dostępność… 🙂

rok powstania: 2016

nos: Fabrice Pellegrin

projekcja: umiarkowana, z czasem dyskretna

trwałość: dobra, z czasem zapach robi się blisko skórny

Głowa: bergamotka, rum, bazylia,
Serce: lawenda, czarny pieprz, szałwia muszkatołowa,
Baza: haitańska wetyweria, paczula, nuty drzewne, mech,

Wiedza, kompetencja i uczciwość to wartości, które w teorii powinny przyświecać każdemu doradcy klienta, niezależnie od branży. Idąc do mniej lub bardziej specjalistycznego sklepu, zakładamy że możemy liczyć na fachowe doradztwo oraz indywidualny dobór produktu, pod nasze potrzeby – ale czy aby na pewno?. Niestety naciski na wyniki i coraz niższa poprzeczka względem doświadczenia, wiedzy, szkoleń i etyki pracy – sprawiają, że trafienie na sprzedawcę kompetentnego i uczciwego jest coraz trudniejsze. Nie ważne jak, po trupach, bezwzględnie wykorzystując klienta niewiedzę i naiwną wiarę w uczciwość i rzetelność – sprzedawcy wciskają nam nie to co my chcemy i jest dla nas dobre, a to co sami chcą nam sprzedać. I nie ważne czy chodzi o komputer, ekspres do kawy, polisę ubezpieczeniową, czy perfumy – za każdym razem schemat wygląda podobnie. Przychodzimy do sklepu, licząc na rzetelne doradztwo, a wychodzimy z produktem, który niekoniecznie musi spełniać nasze oczekiwania. Natomiast niemal pewnym jest, że spełnił on cel lub wytyczne koniunkturalnego sprzedawcy, realizującego swój własny interes…

Oczywiście nie chcę generalizować, bo nie wszędzie można spotkać się z takim draństwem, oportunizmem lub porażającą niekompetencją. W każdej branży są pozbawione skrupułów czarne owce – jak i jednostki nieprzeciętnie kompetentne, rzetelne i traktujące swą pracę i klienta profesjonalnie. Tyle, że takich osób coraz częściej ze świecą szukać, ponieważ niestety współczesny etos pracy w corpo i sieciówkach, jest daleki od doceniania powyższych wartości i cech u sprzedawcy. Liczy się efektywność i zorientowanie na realizację celów, niestety kosztem nas, czyli interesu klienta. Płace w tym sektorze też nie powalają na kolana, a za wiedze i zaangażowanie nikt ekstra nie płaci – więc trudno oczekiwać, że nierzadko zieloni i przypadkowi ludzie z łapanki, będą wiedzieli cokolwiek na temat towaru, który oferują. Bywając często w perfumeriach, sam to widzę i słyszę – choćby niechcący podsłuchując dialogi pomiędzy konsultantką a klientem i często niewiedza konsultantek jest doprawdy porażająca, a mowa o podstawach!. Ale chyba najgorsze jest to, że samemu nie mając specjalistycznej wiedzy, ani nikogo wśród znajomych, który mógłby nas wspomóc obecnością i radą podczas zakupów – jesteśmy zmuszeni zaufać… Z duszą na ramieniu i uważnie słuchając, bo to pozwala się czasem zorientować, że mamy do czynienia „wciskaczem promocji„, „naciągaczem na rozszerzone gwarancje„,  – czy rzetelnym doradcą, który traktuje klienta jak partnera, a nie owcę do obstrzyżenia…

Żeby nie było, o widzianym i zasłyszanym buractwie i chamstwie klientów perfumerii też mógłbym sporo napisać, ale to temat na oddzielny wpis… A do popełnienia niniejszego, zostałem poniekąd sprowokowany, przez równie kuriozalną co żenującą sytuację, o której niedawno opowiedziała mi znajoma. Została tak bezczelnie okłamana i wprowadzona w błąd przez nieuczciwą konsultantkę, jednej z sieciowych perfumerii – iż nie wytrzymałem i postanowiłem o tym napisać. Oczywiście bez podawania nazwy przybytku, wszak w dzisiejszych czasach pisanie brutalnej prawdy o nieuczciwych praktykach wielkich molochów lub żenującym nieuctwie ich pracowników – to „uderzanie w ich dobre imię” i zaraz mnie pozwą. W międzyczasie sam byłem świadkiem podobnej rozmowy, gdzie pewien młody sprzedawca dużego sklepu z RTV, próbował „wcisnąć” niezorientowanym klientom laptopa – opowiadając wyssane z palca bzdury, którym ewidentnie przeczyły informacje na etykiecie produktu. Nie wytrzymałem i wszedłem mu w zdanie, pytając: dlaczego tak bezczelnie okłamuje klientów? Bo są starsi i nie mają możliwości zweryfikować kalumnii, które im wciska? Oczywiście zmieszał się, a następnie gdy go wypunktowałem krok po kroku – obalając te jego zmyślone lub naprędce zaimprowizowane rewelacje, a które wciskał pewnemu starszemu małżeństwu, ulotnił się na zaplecze…

Mam świadomość, że niniejszym wpisem świata nie zbawię, ani nie wyeliminuję nieuczciwych praktyk u sprzedawców. Nikt nie przyzna tego wprost, ale to przyjęty model biznesowy jeśli nie nakłania, to przynajmniej toleruje takie praktyki, bo przecież plany sprzedażowe same się nie zrobią… I dopóki taki sprzedawca nie ma płacone nie za wiedzę i kompetencje, a dostaje premię lub procent od obrotu – to z założenia próżno liczyć na rzetelność i zwykłą ludzką uczciwość… Ale jeśli ten wpis pomoże uświadomić choć jedną osobę, która słyszała lub co gorsza wierzy w przytoczone poniżej herezje i kłamstwa nieuczciwych sprzedawców – to będzie mi miło, jeśli uda mi się ją „nawrócić”. A teraz już nie przedłużając, pora na garść najbardziej żenujących praktyk, z jakimi możecie spotkać się min. w perfumeriach.

1. Odgórne i protekcjonalne założenie, że coś jest lepsze, bo jest droższe i pochodzi od bardziej znanej marki… Już parokrotnie spotkałem się z taką tendencją, że sprzedawcy uważają produkt markowy, za lepszy niż tańszy odpowiednik od mniej rozreklamowanej konkurencji. I to bez jakichkolwiek merytorycznych argumentów za i przeciw, na zasadzie „bo tak”. A im marka bardziej rozpoznawalna i snobistyczna, tym bardziej – nawet gdy porównanie parametrów i cech obu produktów, wskazuje na wyższość produktu tańszego lub od mniej rozpoznawalnego producenta. Widać kult marki potrafi dziś zdziałać cuda, skoro w pogoni za pożądanym logotypem – ludzie zapominają o zdrowym rozsądku i rezygnują z chłodnej analizy cech i realnie nabywanych korzyści. Nie chcę tu pisać o mechanizmach „motywacyjnych” wywieranych na samych sprzedawców, ale w społeczeństwie wciąż funkcjonuje utarty schemat, że droższe i markowe jest lepsze niż tańsze i niemarkowe – tyle że w dzisiejszych czasach, już nie powinno się ślepo polegać na tej zależności. Markowi producenci również oferują tandetę i marnej jakości masówkę, o dziwo częściej niż by wynikało z ceny i prestiżu marki.

2. Starocie na regałach z promocjami… czyli niemiłosiernie irytujące zjawisko, a wręcz patologia – z którą od lat walczę, w pewnej dużej sieciówce. Litościwie pominę nazwę, bo ze zjawiskiem można się spotkać nie tylko tam. Pomijając wewnętrzne zasady merchandisingu i standaryzacji layoutu, którymi się perfumerie zasłaniają – uważam, że wykorzystywanie regałów z napisem „nowość” do wciskania klientom słabiej rotujących produktów, jest delikatnie mówiąc nieuczciwe. Uważam, że dla pobudzania fluktuacji słabiej rotującego towaru i przypominania o nim klientom – dużo lepiej sprawdzi się ekspozycja opatrzona napisem promocja. A umieszczanie na regale z „nowościami” zapachu mającego już ładnych kilka lat i od również ładnych kilku lat będącego w zasobach tejże perfumerii – jest po prostu nadużyciem… Bo jeśli już na wstępie oszukujecie lub traktujecie potencjalnego, a troszku zorientowanego w ofercie rynkowej klienta jak idiotę – to co on ma sobie o was pomyśleć?

3. Uderzanie w najniższe instynkty oraz sugerowanie niemalże nadprzyrodzonych cech produktu… A zwłaszcza w konfrontacji z płcią przeciwną, gdzie jako kluczowy argument przemawiający za wybraniem danego zapachu, jest kokieteryjny flirt konsultantki, insynuujący – że z tymi perfumami to żadna się panu nie oprze / albo będzie się pan cieszył wielkim powodzeniem u kobiet /  wszyscy prawdziwi mężczyźni to kupują / kobiety uwielbiają tak pachnących mężczyzn… No ręce opadają, jakby o powodzeniu mężczyzny w oczach kobiet, świadczył nie jego wygląd i zachowanie, a zapach noszonych przez niego perfum… Ja rozumiem, że w efektywnej sprzedaży stosuje się różne techniki manipulacyjne, mające pomóc w nakłonieniu klienta do zakupu – ale w przypadku „wciskania kolesiowi” perfum, jest to szczególnie nieetyczne i tanie. Tym bardziej, że zwykle ma to niewiele wspólnego z preferencjami samego klienta, a bardziej pozwala upłynnić to, na czym zależy konsultantce… Klient musi się dobrze czuć z danym zapachem i samemu przekonać się, że zapach mu „leży” – więc przyspieszanie tego procesu, poprzez wywieranie podprogowych nacisków – łącznie z wjeżdżaniem na ego i ambicję, traktuję jednoznacznie z naciąganiem… No i chyba największa żenada, gdy skołowany klient, któremu wciśnięto ze 20 bloterków, kapituluje – podtykanie mu pod nos kawy i jej substytutów, by za wszelką cenę coś kupił…

4. Wciskanie kitu, że testery są lepsze niż regularne perfumy… jedna z największych bzdur, legend i mitów w branży perfumeryjnej – i co gorsza ciesząca się niesłabnącą popularnością zarówno u nabywców, jak i nieuczciwych sprzedawców. Szerzej na ten temat pisałem TU, natomiast na potrzeby tego wpisu jedynie nadmienię, że tester zawiera w sobie dokładnie te same perfumy co produkt półkowy. Jedyne co je różni, to skromniejsze opakowanie i zwykle brak korka oraz oznaczenie, że jest to tester, czyli PRODUKT DLA CELÓW DEMONSTRACYJNYCH – bo i nie każdy wie, że testerami oficjalnie nie można handlować. Ale „Janusze i Grażyny biznesu” wpadli na pomysł z bajeczką, o rzekomo lepszych właściwościach testera, że jest bardziej skoncentrowany i dłużej pachnie – po to by mieć solidną kartę przetargową, dla sprzedania produktu bez korka i ładnego opakowania, czyli w teorii niepełnowartościowego. I ot cały sekret, więc jeśli ktoś próbuje Wam wcisnąć, że tester jest lepszy niż regularny flakon tych samych perfum – to wiedzcie że bezczelnie kłamie!.

5. No i chyba koronne, czyli to co najbardziej mnie rozsierdziło! Czyli wciskanie klientom kitu, że owe cyferki przy FL. OZ. na flakonie, oznaczają stopień stężenia ekstraktu perfum, co znaczy że perfumy są mniej rozcieńczone, niż te o większej pojemności… 🙂 Serio, nie zmyśliłem sobie tego, a taką herezję pocisnęła żonie mojego kolegi, konsultantka jednej z opolskich sieciówek, ale po kolei. Żona kolegi wybrała się z koleżanką na zakupy, do jednej z sieciowych perfumerio drogerii. Znalazła swoje ulubione perfumy w promocji, ale nie bardzo potrafiła sobie racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego flakon o pojemności 30 ml jest droższy niż tańsza „sześćdziesiątka„. Poprosiła więc o pomoc jedną ze sprzedawczyń, ale ta odesłała ją „bezpośrednio do koleżanki, która zajmuje się u nich perfumami”. Udała się do wskazanej osoby spytać o cenę i przy okazji zapytała dlaczego na jednym flakonie jest napisane 1.0 fl. oz., a na drugich 2.0 fl.oz. i jak ma to interpretować… I wiecie co usłyszała w odpowiedzi? Nie zgodną z prawdą informację, że to przelicznik objętości flakonu z mililitrów na uncje amerykańskie (30 ml to 1.0 fl.oz.) – tylko stosunek gęstości ekstraktu perfum do gotowego roztworu… I te o mniejszej pojemności, są bardziej skoncentrowane (a więc wydajniejsze i trwalsze), niż te bardziej rozcieńczone w opakowaniu 60 ml, uwierzycie?… Zawierzyła więc nieuczciwej lub niedokształconej konsultantce i zakupiła dwa flakony droższych perfum – o dwukrotnie mniejszej pojemności, ufając że będą dłużej i intensywniej pachnieć. Na szczęście nie dawało jej to spokoju i postanowiła zapytać mnie o to przez męża, wiec wyobraźcie sobie jak się spieniłem, słysząc te rewelacje… Nie wiem jak sprawa się skończyła, bo jeszcze się od tamtej pory nie widzieliśmy, ale skoro pracownik działu perfum, z rozmysłem powtarza klientom takie bzdury – a tym samym naraził klientkę na niekorzystne dla niej rozporządzanie jej pieniędzmi, to zapewne będzie z tego niezła awantura, zwłaszcza że dziewczyna ma świadka…

6. Stare i zleżałe kosmetyki na półkach… Teoretycznie okres przydatności perfum i kosmetyków liczy się od ich otwarcia i określa to specjalny logotyp (opakowanie kremu z otwartym wieczkiem), nieumieszczony na każdym opakowaniu – wraz z liczbą określającą minimalny okres przydatności do zużycia. I jeśli produkt był właściwie przechowywany i transportowany (ale tu warto zauważyć, że perfumeria lub drogeria często nie mają wpływu ani wiedzy w jakich warunkach składowano lub przewożono product po stronie swego dostawcy), to szansa ze trafimy na produkt niepełnowartościowy (czyli zleżały) jest bardzo niewielka. Osobom niezorientowanym jest trudniej wychwycić, że coś zalega na półkach bardzo długo, ale często kurz, albo „zmęczone” opakowania, nierzadko pokryte warstewką kurzu” mogą sugerować, że coś bardzo długo czeka na szczęśliwego nabywcę. Więc jest spore ryzyko, że taki nie pierwszej świeżości produkt, ulegnie po otwarciu przyśpieszonemu starzeniu i zepsuje się szybciej nim zdołamy go zużyć. Ponadto gdy widzimy, że kosmetyk od dłuższego czasu „kisi się” w świetle i cieple generowanym przez blisko niego usytuowaną żarówkę halogenową – lepiej sobie darować zakup tak przechowywanego produktu… Co tu dużo mówić, tester perfum, pracujący w tak ekstremalnych warunkach (ogrzewanie i naświetlenie) nierzadko wytrzymuje ledwie kilka miesięcy – nim się zepsuje i zacznie pachnieć Maggi… Czy nie byłoby lepiej (wizerunkowo) dla perfumerii lub drogerii, zdjąć z półki takiego zleżałego „pułkownika” i zestratować, niż zszargać sobie u klientów reputację – dopuszczając do sprzedaży i w efekcie reklamacji od klienta, który wdepnie na taką minę? To samo tyczy się starych, odbarwionych, zjełczałych, zakurzonych i klejących się testerów – nierzadko tak bardzo zepsutych, że aż cuchnących Maggi… Gwarantuję, że nikt nie kupi perfum w oparciu o taki tester – ale niektóre perfumerie sieciowe zdają się mieć to gdzieś…

7. Przedreformulacyjne i pochodzące z innych partii testery… To niestety plaga większości perfumerii… Testery dodawane zwykle przez dystrybutora gratis, do każdej większej partii produktu – są po to, by klient kupujący produkt z danej partii, a konkretnie tej partii, mógł się z nim zapoznać. Tak to sobie, zgodnie ze sztuką wymyślił producent – to znaczy, że tester powinien być wymieniony na świeży (bieżący), przy każdej nowej partii produktu na półce – właśnie na tester pochodzący z tej konkretnie partii. Pomijając reformulacje, różne partie perfum, mogą się od siebie nieznacznie różnić – stąd dbałość, by klient wiedział co konkretnie kupuje i nie miał powodu do reklamacji. Chyba nie muszę Wam mówić jak można się bardzo zdziwić, gdy decyzję o zakupie podjęliśmy wąchając produkt z testera przedreformulacyjnego – a kupiliśmy produkt poreformulacyjny, o wyraźnie innych parametrach i inaczej pachnący. Niestety perfumerie z reguły nie podmieniają testerów na świeże, zwykle wymieniając tester tylko wtedy, gdy ten się zużyje lub zepsuje (choć to ostatnie nie zawsze ma miejsce) – a zaoszczędzone flakony testerów, no cóż… Niestety dla dużej liczby perfumerii, problem wymiany testerów na „aktualne” nie istnieje – bądź z ignorancji, bądź z niewiedzy i niestety cierpi na tym równie nieświadomy tej zależności klient… Dla mnie sprzedaż perfum w oparciu o „nieaktualny” tester jest świadomym wprowadzeniem nabywcy w błąd i podstawą do zwrotu towaru – oczywiście w przypadku gdy walory i parametry produktu, zauważalnie odbiegają od demonstracyjnych. Zresztą można to łatwo sprawdzić, zerkając na numer partii na testerze i pudełku perfum – a najlepiej zrobić sobie zdjęcia, by mieć koronny argument, na wypadek zwrotu. W mojej ocenie, w takiej sytuacji – perfumeria MUSI przyjąć zwrot, nawet już używanych perfum.

8. Namolne konsultantki i natarczywa ochrona, czyli to co wciąż wyróżnia rodzimy handel od reszty świata, niestety na niekorzyść… Już kiedyś o tym wspominałem, ale wchodząc do sieciowej perfumerii lub drogerii, wpierw od wejścia atakują mnie sprzedawczynie – od progu pytając, w czym mogą mi pomóc. To może w spłacie kredytu za samochód? A przecież wystarczyłoby dać mi chwilę na wejście i spokojne rozejrzenie się – a gdy zacznę szukać wzrokiem obsługi, wówczas dopiero podejść, oferując pomoc. I gwarantuję że klient będzie zadowolony z obsługi, a konsultantka poczuje się chciana i potrzebna. No ale jest jak jest, więc gdy już opędzę się od konsultantek, chwilę później jestem brany na celownik przez sklepową ochronę, której jakiś intruz wkroczył na obiekt. Pomijając ich zachowane, nierzadko naśladujące strażnika więziennego oraz ubiór krojem i barwą przypominający szturmowca Grom’u – zwykle szybko czuję się zaszczuty obecnością takiego łażącego za mną, krok w krok „strażnika teksasu„… A wystarczyłoby proste szkolenie, uświadamiające, że ochrona ma być transparentna i dyskretna. Śmiem twierdzić że ochroniarz w spodniach od garnituru i białej koszuli wygląda bardziej profesjonalnie niż ZOMO‚wiec, w czarnym uniformie – i założę się, że taka mniej rzucająca się w oczy i subtelniejsza ochrona, byłaby też efektywniejsza… A póki co, co chwila widzę kontem oka złowieszczą czarną postać, która wychyla się zza regału lub nachalnie staje kawałek obok, bacznie lustrując co też robię z testerami…

Koniec, to może nie najlepsze określenie, bardziej schyłek serii Le Male – jej zwieńczenie, za to zaserwowane w naprawdę pięknym stylu… Owszem czuć, że zapach powstał z myślą o byciu ukoronowaniem serii, ale jest coś jeszcze… Przede wszystkim czuć, że te perfumy stworzył inny nos niż Francis Kurkdjian i pewnie zaraz zostanę za to co powiem ukamienowany bezglutenowymi babeczkami z otrębów (twardość porównywalna z diamentem) – ale osobiście postrzegam to w kategorii zalety… Ok, Francis jest zdolny, nawet bardzo, stworzył genialnego w swej prostocie Le Male, stworzył też arcy porywającego w swym wysublimowanym kroju Fleur Du Male – ale swoista klęska urodzaju flankierów Le Male, sprawiła, że koncept zdążył mi już konkretnie zbrzydnąć. Winą za taki stan rzeczy obarczam samo JPG, którego upierdliwa nadgorliwość, w lansowaniu niezliczonej ilości klonów Le Male (gdzie każdy kolejny był łudząco podobny do przedniego i niewiele sobą wnosił) – sprawiło, że cała seria nudzi się i dewaluuje.

Owszem Essence wciąż nawiązuje do stylu i ducha Le Male, tyle, że jest jego kwintesencją – poniekąd wybornie zaanonsowaną wcześniejszą premierą Ultra Male. Ultra Male, które jest niczym innym jak zręcznie przemyconym flankierem w wersji Intense – lecz czyni to o wiele wykwintniej i na temat niż konkurencja. Ultra Male postrzegam też jako swoiste preludium, zapowiedź nadchodzącego (wreszcie!, bo ile można to ciągnąć) końca, anonsujące ostatnie brakujące ogniwo. Essence de Parfum to wyrafinowane i finezyjne zwieńczenie całej serii, przysłowiowa kropka nad i jednocześnie wzorzec tego jak powinno pachnieć Parfum, stanowiące idealne zwieńczenie dla całej serii i niekoniecznie mam na myśli serię Le Male

klasyczny i niezatapialny JPG LE Male w jednym z najbardziej charakterystycznym na rynku flakonie

Mam oczywiście świadomość ze seria Le Male to dla JPG kura znosząca złote jajka, marka w marce, od której odcinanie kuponów przynosi firmie krocie. Ale myślę, że ktoś u Gaultiera dostrzegł, że kolejne premiery, które wypuszczają szybciej niż strzela karabin półautomatyczny – nie spotykają się z większym zainteresowaniem i podobną estymą co klasyk. Oczywiście nie wątpię, że nie odpuszczą i nadal będą powstawać edycje limitowane i letnie, wszak na Le Male zawsze będą klienci… Tym niemniej nadpodaż flankierów Le Male i rynkowa moda na tonkę sprawiła – iż ta konwencja, częściowo już się klientom przejadła. Przejadła zarówno ze względu na ideę upierdliwie słodkiego i chwilami ordynarnego killera, jak i porażającą wtórność kolejnych flankierów. Dlatego ktoś u JPG podjął słuszną decyzję, by tym razem pokazać coś naprawdę wyjątkowego – a dla pewności zatrudnili innego perfumiarza…

mający swą premierę w 2015 roku JPG Ultra Male, będący Intense pełną gębą i preludium dla Essence w jednym

Le Male jest specyficzny, jego chwilami ordynarny, drapieżny, nadpobudliwy, ulepkowaty i daleki od współcześnie lansowanych trendów charakter – nie każdemu się spodoba, a w ekstremalnie zintensyfikowanej formie Parfum, jego słodycz musiałaby być nieznośnie upierdliwa i skrajnie męcząca. Quentin Bisch miał tego pełną świadomość, dlatego postanowił pójść w nieco innym kierunku – wybornie łącząc tradycyjne brzmienie tytułowego Le Male, ze swoistą i bynajmniej wcale nie rewolucyjną świeżością, w którą pchnął cały koncept. Uczynił to za pomocą zręcznie wplecionych w bukiet przypraw, skóry i owoców, które wzbogaciły, uszlachetniły i co najistotniejsze urozmaiciły i jednocześnie wydelikaciły, nieco skostniałą konwencję klasycznego Le Male, popychając go w stronę 1 Million i Burberry London

ciężko byłoby skojarzyć i pogodzić, tym razem wysmakowany flakon i bukiet Essence z prostą i prowokacyjną serią Le Male – ale szczęśliwie Ultra Male okazał się naprawdę dobrym łącznikiem pomiędzy serią, a jej Essencjonalnym zwieńczeniem

Essence nie jest rewolucją, ponieważ ten zapach wciąż czerpie garściami z idei i konwencji oryginalnego Le Male – ale chyba najmocniej przypomina wspomnianego wcześniej Ultra Male, którego jest odważniejszą i wykwintniejszą kontynuacją. Abstrahując od ich wzajemnego podobieństwa, jak i podobieństwa Ultra Male i Essence De Parfum do V&R Spice Bomb, PR 1 Million, CK The One Shock i Burberry London – osobiście uważam, że wcześniejszy Ultra Male i Essence są najbardziej dojrzałymi, najlepiej dopracowanymi i reprezentującymi najwyższy poziom aranżacji, przedstawicielami całej rodziny Le Male. Zresztą tak samo ewoluował 1 Million od Paco Rabanne, którego odsłona Intense, a ostatnio Prive okazała się najwybitniejszą odsłoną całej serii… Essence to wciąż gęsta i niesamowicie esencjonalna słodycz tonki i (w mniejszym stopniu) kwiatu pomarańczy, ale jak wiemy diabeł tkwi w szczegółach…

Le Male jest monotematyczne i niezbyt skore do ewolucji na skórze i pod tym względem Essence również rewolucji nie czyni. Natomiast już stopień i wyrafinowanie z jakim odświeżono, ubogacono, rozświetlono, wydelikacono i urozmaicono jego wykwintny, elegancki i finezyjny jak na takiego mocarza, bukiet – mile zaskakuje. Urozmaicenie i wygładzenie bukietu EDP, uczyniło go dyskretniejszym, bardziej przystępnym – zdecydowanie popychając formułę w stronę arcy szykownej kompozycji na wieczór. Paradoksalnie, pomimo iż jest to Parfum, zapach wydaje się delikatniejszy i bardziej powściągliwy (nie mylić z projekcją) w epatowaniu swym esencjonalnym bukietem niż EdT – co czyni z nieznaną dotąd klasą i lekkością. Ponadto zapach zyskał na bogactwie detali, jego słodycz uszlachetniły korzenne przyprawy, a oblicze złagodzono poprzez dodanie owoców (coś ala konfiturowa porzeczka, wiśnia, śliwka), które zauważalnie pchnęły koncept w stronę nie mniej przyjemnego w odbiorze, The One Shock od Calvin Kleina i Burberry London. Ale mimo to, nadrzędną i najmocniej wyczuwalną ingrediencją, jest niepodzielnie panująca we wszystkich stadiach bukietu, tonka.

Paco Rabanne 1 Million Intense, to przed pojawieniem się wersji Prive, najdoskonalej skrojona i najwykwintniejsza odsłona całej serii i poniekąd zapach do którego Essence całkiem mocno nawiązuje stylem i charakterem.

Tutejsza głęboka i miękka tonka, niemalże przypominające migdałowo wiśniowe amaretto ścieli się i lepi powłóczyście do skóry – a towarzyszą jej kardamon, pieprz, cynamon, lawenda, szałwia, muszkat i wanilia. Co ciekawe dobrze wyczuwalny w klasyku kwiat pomarańczy, tu występuje w ilości śladowej. Jest więc bogato i treściwie, zauważalnie inaczej – ale wciąż zaskakująco lekko i niemalże balsamicznie. Te perfumy nie mają w sobie za grosz drapieżności ani agresji pierwotnych odsłon Le Male, Spice Bomb, czy 1 Million. Essence przypomina ich styl, ale wyartykułowano je z ogromną dozą delikatności, wyczucia i ciepłej miękkości. W sumie sam nie wiem czy te perfumy to jeszcze Le Male, czy już odejście w stronę stylistyki 1 Million? Hmmm jeśli mam być szczery, to wolę ucieczkę w bogatszą i bardziej dopracowaną konwencję PR 1 Million Intense – niż kolejną niewiele wnoszącą wariację na temat Le Male

Stylistycznie to właśnie do The One Shock i 1 Million Intense jest Essence De Parfum najbardziej podobne, choć osią kompozycji jest ta sama, masywna i głęboka tonka, którą znajdziemy zarówno w sercu oryginalnego Le Male, jak i Bogarta Pour Homme oraz w nieco złagodzonej formie, u Thierrego Muglera. Na upartego, niemal lejące się po skórze Essence, pachnie równie przytulnie i apetycznie, co bardziej zintensyfikowana wersja Burberry London, choć zaznaczam iż jest to raczej powierzchowne podobieństwo – oparte głównie na wspomnianych konotacjach przyprawowo owocowych, które stanowią klejnot w koronie i „smaczek” wszystkich tak zaaranżowanych kompozycji. Essence jest bardzo udanym mariażem klasycznego Le Male z wybitnie orientalizującym i bogatym w detale 1 Million i klimatami gourmand. Pomimo obranej konwencji i złożoności bukietu Essence, nosi się te perfumy zadziwiająco lekko – zwłaszcza że mowa o zwieńczającym całą serię, Parfum… Wprawdzie zapach nie posiada równie miażdżącej projekcji i trwałości co tradycyjne Le Male, ale spokojnie – nie znika ze skóry od groźniejszego spojrzenia, no i nie zawiera glutenu!. 😉

rok powstania: 2016

nos: Quentin Bisch

projekcja: bardzo dobra, acz jak na standardy Le Male dyskretna

trwałość: dobra

Głowa: kardamon, bergamotka, dzięgiel, pieprz,
Serce: lawenda, skóra, cynamon, szałwia,
Baza: kostowiec, drzewo bursztynowe, kumaryna, wanilia, piżmo,

 

Napisane przez: pirath | 10 Marzec 2017

Kacper Kafel – Stereo Love, czyli Narcyz się nazywam…

Nie planowałem opisywać tych perfum, poniekąd przez niechęć do osoby ich twórcy – ale uznałem, że moje własne animozje, nie powinny przekładać się na chłodną ocenę czyjegoś talentu. A Stereo Love autorstwa Kacpra Kafla, zrobiło na mnie tak pozytywne wrażenie, swą prostotą, świeżością i naturalnością, iż z prawdziwą przyjemnością je Wam przybliżę. Tym bardziej, że zapach opiewa jeden z moich ulubionych wiosennych kwiatów, narcyza.

Kocham wiosnę, to moja ulubiona pora roku, gdy to co umierało na mych oczach jesienią (moja druga ulubiona pora roku) już za kilka tygodni powróci – w niekończącym się cyklu odradzania się przyrody. A jak wiosna, to i wiosenne kwiaty, a więc pora na min. narcyza i żonkila – choć poza kolorem nie mam pojęcia czym się różnią, bo oba pachną dla mnie identycznie. No dobrze, mam pojęcie, bo szybki research pozwolił mi ustalić, że żonkil to po prostu żółty narcyz, tadaaaam! 😉 Zatem każdy żonkil jest narcyzem – ale nie każdy narcyz jest żonkilem, jak powiedziałby klasyk. Wprost ubóstwiam ich (żonkil, narcyz) słodkawy, upajający, lekko goździkowy zapach (niektóre azalie/ rododendrony też pachną mi jak goździk), który wdycham wiosną tak intensywnie, że nierzadko wciągam nozdrzami płatki kwiatu. Narcyz to bez wątpienia jeden z moich ulubionych kwiatów, obok maciejki, heliotropu, fiołka, konwalii, bzu, goździka i kwitnącej wiśni. Niestety woń tych kwiatów jest równie delikatna co ulotna i już po zaledwie kilku minutach łapczywego wdychania ich upajającej woni, przestaję ją czuć – a i czasu na ich kontemplację jest bardzo niewiele…

Pomijając przekwitanie, czemu tak się dzieje? Niestety ma tu zastosowanie bezwzględny mechanizm adaptacji naszego powonienia, które z czasem zaczyna świadomie ignorować pewne wonie/bodźce – by receptory zapachowe mogły na powrót skupić się na odbiorze i analizie woni tła, czyli wychwytywaniu potencjalnych zagrożeń. Nasze powonienie i sterujące nim reguły, nie zmieniły się zbyt wiele od czasów praczłowieka, a przypominam, że podstawową funkcjonalnością naszego powonienia jest nie wąchanie kwiatków – a ostrzeganie nas przed niebezpieczeństwem, np. tygrys szablozębny, pożar, czy już bardziej współcześnie – zepsute mleko, pukający do drzwi Świadkowie Jehowy, albo inkasent z Provident’a. 😉 Notabene ten właśnie mechanizm sprawia, że z czasem przyzwyczajamy się do stale używanych zapachów i w efekcie zaczynamy je coraz słabiej i krócej czuć. Ludzie nieświadomi tego mechanizmu, aplikują na siebie coraz więcej ulubionych perfum – robiąc z siebie postrach otoczenia, które dosłownie zamęczają nieznośnym odorem perfum, którymi się zlewają… znacie to skądś? 😉

Wprawdzie autor deklaruje nieco bogatszy wykaz użytych nut, ale w praktyce Stereo Love to monoscent, czyli perfumy wybrzmiewające / poświęcone – jednej jedynej nucie zapachowej, w tym przypadku narcyzowi. W każdym razie narcyz gra tu tak bardzo pierwsze skrzypce, iż obecności porzeczki, sandałowca ani ambry nie stwierdziłem i bynajmniej wcale nie postrzegam tego za wadę. Ale Stereo Love daje mi coś, czego nie dała mi żywa roślina – a mianowicie pozwala mi się w nieskończoność reaplikować i przez wiele godzin pławić, w coraz to nowych wazonach z narcyzami. Stereo Love pachnie o wiele bardziej intensywnie, niż pojedynczy kwiat i choć jego najbardziej spektakularna i porażająco autentyczna faza, wybrzmiewająca wonią żywych i świeżych kwiatów, trwa nieco ponad dwie godziny – to z dojrzałym i pod koniec już niemalże przekwitłym kwiatem, możemy obcować przez dalsze kilka godzin . Te perfumy to prawdziwe naręcza narcyzów, wąchane jakby z rabaty – na której dopiero co zakwitły, w setkach lub tysiącach sztuk.

Ale to nie koniec niespodzianek, bo jak na niemalże perfekcyjnie sklecony monoscent przystało – pachnie on przerażająco autentycznie, wiernie i tak bardzo przekonywająco, że gdy zamknę oczy – widzę i czuję żywy kwiat, a więc moje szapo ba dla autora, za idealne dobranie proporcji gotowego roztworu. Jeśli miałbym ocenić, kto lepiej przedstawił tytułowego narcyza: amator z polski, czy arcy utalentowany profesjonalista – to śmiem twierdzić, że stawiający swe pierwsze kroki w perfumiarstwie nastolatek, przedstawił narcyza dużo bardziej autentycznego i daleko bardziej strawnego dla otoczenia, niż jego zimna i skrajnie wyobcowana podobizna z Hermesa Eau de Narcisse Bleu… Wiem to zabrzmiało jak świętokradztwo, ale po prostu narcyz w wydaniu KK pachnie o niebo lepiej i wierniej – niż jego odsłona, autorstwa niekwestionowanego geniusza minimalizmu, Jeana Claudea Elleny. Być może to po prostu łut szczęścia, czy kwestia przyjętej konwencji – ale dla mnie liczy się efekt końcowy, a ten jest fenomenalny…

Niedowiarkom polecam zamówić próbkę i sprawdzić samemu, autora kompozycji znajdziecie na Facebooku… A wracając do Stereo Love, gotowa mikstura pachnie dokładnie jak żywy, wiosenny, wąchany prosto ze zroszonej wiosennym deszczem rabaty, narcyz i tym mnie ten zapach kupił… Wprawdzie jego świeżość z czasem zaczyna kuleć, ale nim to nastąpi, mamy przed sobą około 2-3 godzin dzikiej narcyzowej orgii – a po niej kolejną, tyle że już w towarzystwie dojrzałej, wręcz przekwitłej (i nie mniej autentycznej) fazy życia tego kwiatu. Narcyzowej orgii trwającej grubo ponad 8 godzin, podczas której możemy się bezwstydnie pławić w jego całej okazałości – bez ryzyka, iż nasze zachłanne nozdrza poszarpią jego delikatne płatki i co najważniejsze, możemy to robić na okrągło, przez calutki rok…

p.s. Edziu dziękuję Ci za możliwość uszczknięcia próbki z Twojego flakonu…

rok powstania: 2015

nos: Kacper Kafel

projekcja: dobra

trwałość: w teorii dobra, ale ze względu na delikatność i ulotność opiewanej nuty w naturze, bardzo dobra!

Głowa: liść i owoc czarnej porzeczki, łodyga narcyza
Serce: narcyz z rodzaju poeticus
Baza: ambra, deski jodłowo-sandałowe (pisownia oryginalna)

użyte zdjęcia pochodzą ze strony http://drscent.blogspot.com/

Spokojnie, dziś nie będzie o bezglutenowym i bezlaktozowym wynalazku, na bazie śruty, jarmużu i otrębów owsianych dla dewiantów, tfu entuzjastów zdrowego żywienia – którzy naiwnie wierzą, że wyeliminowanie z diety glutenu* cudownie odmieni ich życie. 😉 Oczywiście to kwestia gustu, ale ja preferuję szarlotkę na tradycyjnym cieście, z dużą ilością słodkich jabłek, cynamonu i pod nieprzyzwoicie grubym płaszczykiem, apetycznie maślanej kruszonki 😉 Dzisiejszy wpis poświęcam najnowszej odsłonie kultowej „szarlotki„, której „lekkostrawną wersję„, niedawno zaprezentował Hugo Boss. Odświeżoną i lekkostrawną, ale zapewniam Was, że wcale nie pozbawioną smaku i walorów wersji klasycznej, która pomimo 19 lat brylowania na perfumeryjnych półkach – wciąż sprzedaje się jak świeże bułeczki. Wszak mowa o casualowcu skrojonym idealnie, więc nie dziwota że zapach z łatwością rozkochał w sobie kolejne pokolenie i co rusz powstają jego kolejne flankiery.

*poproszę o jakiekolwiek wiarygodne i merytorycznie dowiedzione wyniki badań, mające potwierdzić, że stosowane diety bezglutenowej (pomijam tu uzasadnione przypadki celiakii) ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość – a nie są jedynie efektem placebo, kolejnej mody lub wydumanego trendu w żywieniu…

Szarlotka to pieszczotliwe i potoczne określenie na flagowe perfumy Hugo Bossa, które ze względu na swój specyficzny, niesamowicie chwytliwy oraz apetyczny krój – stały się kultowe i to jeszcze za swego życia. Mówiąc szarlotka, mamy na myśli Bottled, którego odświeżona (Tonic), klasyczna (Grey Boss, aka No 6) i zintensyfikowana (Intense) oraz perfumowana (Intense Parfum) odsłona, naprawdę się swym twórcom udała – czego nie można powiedzieć o wyrosłej na fali ślepego podążania za trendami i koniunkturą, wersji Night. Bottled, to flagowa i moim zdaniem najlepsza i zarazem najbardziej klasyczna seria, w całym portfolio marki. Chanel ma swoje Allure, Dior ma linię Homme, a Hugo Boss ma Bottled.

A jak pachnie Bottled Tonic?, ano tak jak na flankiera kultowego Bottled przystało – czyli Bottled, zatem odświeżona wersja kultowego klasyka, to wciąż stara dobra „szarlotka„… ;). Niby oczywiste, ale w dzisiejszych czasach nie jest to regułą, iż flankier noszący nazwę swego wielkiego przodka, przypomina oryginał. Nierzadko w ogóle go nie przypomina, stąd moja ekscytacja i wzmianka czymś zgoła tak oczywistym. Niewtajemniczonym, już naprędce tłumaczę o co chodzi. W dzisiejszych czasach, rozwinięcia kultowych klasyków noszące nazwy z dopiskiem Intense, Extreme, Parfum, Eau, etc nie zawsze (wbrew swojej szumnej nazwie) nawiązują do brzmienia swoich wielkich protoplastów – zawężając lub ograniczając podobieństwo względem pierwowzoru, jedynie do bezczelnego i niezasłużonego użycia nazwy oraz kształt flakonu. Określam ten proceder mianem „bezczelnego odcinania kuponów i pójścia na łatwiznę” i dość ostro napiętnuję producentów stosujących te nieuczciwe praktyki. Ale tu Boss znów mnie mile zaskoczył, prezentując kolejną (po Bottled Intense) wyraźnie i uczciwie nawiązującą do klasyka wariację – której zbieżność z oryginałem w kontekście brzmienia, szacuję na solidne 80%. Zaś pozostała różnica wynika bardziej z mylącego otwarcia i ogólnego przyciszenia bukietu, niż faktycznej z nim rozbieżności. I pomyśleć, że tego rodzaju uczciwość, coś co powinno być oczywiste i nie powinno nikogo dziwić – dziś urasta do rangi cnoty i cechy szczególnej, zasługującej na osobną wzmiankę…

Cieszę się, że i tym razem Hugo stanął na wysokości zadania, bo Tonic dosłownie garściami czerpie od klasyka, będąc w istocie – dosłownie jego wersją light!. Zatem jeśli kiedykolwiek mieliście obiekcje czy wypada używać Bottled latem i podczas upałów – to Bottled Tonic jest wyśmienitym remedium na Wasze rozterki 😉 Remedium zbliżonym ideologicznie do Hermesa Eau Tres Fraiche oraz Lalique Encre Noire Sport, które są po prostu odświeżonymi i lżejszymi wersjami swych klasycznych odsłon. Tyle, że pierwszy niuch wersji Tonic, wcale nie przywodzi na myśl podobieństwa do kultowego Bottled, ponieważ otwarcie Tonic jest soczyste, świeże, monotematycznie cytrusowe i wybitnie doń niepodobne. Tak bardzo niepodobne, że w pierwszej chwili pomyślałem, iż Hugo znów odstawił jakąś koniunkturalną manianę, siląc się na wykreowanie własnego Colognes. Tak, moda na Colognes wciąż ma się świetnie, choć Hugo Boss sprytnie to zatuszował, używając niewinnej i niewzbudzającej podejrzeń nazwy Tonic… 😉

Mam słabość do Bottled, zresztą tą samą estymą darzę Chanel Allure (a zwłaszcza wersję Edition Blanche) i już miałem się na Hugo Bossa obrazić – gdy nagle poczułem w tle Tonic, wpierw nieśmiałe, ale z każdą minutą wyraźniej wyczuwalne rytmy klasyka! Uśmiechnąłem się, również z wdzięczności, że Boss wziął sobie do serca maksymę, że nazwa zobowiązuje i Bottled wciąż pachnie Bottled!… Lekki, zdominowany przez rozcieńczone wodą mineralną, cytrusy (wszak dopisek Tonic zobowiązuje) akord otwarcia – zaskakuje świeżością (cytryna, grejpfrut i pomarańcz), której nie powstydziłby się rasowy letni świeżak, skorelowany na podobieństwo do jednego z najwybitniejszych przedstawiciele kasty świeżaków, czyli Kenzo L’Eau Par. Osobiście uważam L’Eau Par za archetyp świeżaka idealnego, głównie przez jego niewymuszoną i naturalną sugestywność i niebanalny jak na świeżaka krój. W równie lekkim i niewymuszonym stylu rozpoczyna Bottled Tonic, dosłownie pieszcząc nozdrza umiarkowanie soczystą i wylewną porcją, umiejętnie i z rozmysłem rozwodnionych cytrusów.

Stadium to trwa niecałe 10 minut, ale nim dobiegnie do końca, w tle zaczynają przebąkiwać wpierw nieśmiałe, ale coraz lepiej i dobitnie wyczuwalne – pierwsze takty motywu przewodniego Bottled. Oczywiście odpowiednio dyskretniejsze i bardziej powściągliwe w epatowaniu słodyczą i klimatami gourmand – zupełnie jakby perfumiarz użył potencjometru od głośności, ściszając nośność natywnego bukietu Bottled, o jakieś 30 procent. Nieco później do akordu cytrusowej świeżości, dołączają nuty charakterystyczne dla arcy przyjemnego i niewymownie apetycznego brzmienia Bottled. Mamy więc muśnięte wanilią, goździkami i cynamonem, jabłuszka – pieczone ze słodką i lekko maślaną kruszonką, jak na szarlotkę przystało oraz dyskretnie przemycone pomiędzy nuty drzewne, głębokie akcenty roślinne (mech i wetivera). Z racji na utemperowaną nośność, te „kawiarniano cukiernicze niuanse” nie rzucają się w nozdrza równie okazale co u klasyka, ale miłośnicy Bottled, momentalnie odnajdą je w treści wersji odświeżonej. Tonic jest nieco cichszy i wypada dużo bardziej dyskretnie, wręcz powściągliwie niż klasyk, ale w trakcie upałów jego wycofana projekcja, będzie jak znalazł. Spodziewałem się, że z racji utemperowanych, ściszonych i przykręconych parametrów, zapach będzie niezbyt trwały – ale tu kolejna niespodzianka. Wprawdzie Bottled Tonic to nie klasyk i nie zostawia za nosicielem równie imponującego ogona, ale w kwestii trwałości – możemy spokojnie liczyć, na co najmniej 6-7 godzin dyskretnej, acz dyskretnej egzystencji.

rok powstania: 2017

nos: anonimowy acz utalentowany orędownik dietetycznego perfumiarstwa 😉

projekcja: umiarkowana, acz bardzo adekwatna do treści

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, gorzka pomarańcza, cytryna, jabłko,
Serce: imbir, cynamon, goździk (przyprawa), geranium,
Baza: wetyweria, nuty drzewne,

Premiery kalibru tych perfum, zdarzają się raz na mniej więcej dekadę, albo i jeszcze rzadziej. Więc ten buńczuczny, protekcjonalny i być może nieco na wyrost sformułowany tytuł, nie powinien nikogo z Was dziwić. Powiedzmy sobie wprost, szansa że którakolwiek z marek mainstreamowych (celowo wyłączam tu niszę, a zwłaszcza jej ortodoksyjny, nieskalany komerchą odłam) przedstawi zapach równie odważny, niebanalny i ambitny co Gucci Guilty Absolute, jest bliska zeru. Dziś historia zatoczyła koło i pomyśleć, że na sposobność napisania dla odmiany czegoś miłego o nowych perfumach Gucci – przyszło mi czekać 6 lat, aż od mającej w 2011 roku premiery Gucci Guilty… Ten zapach jest tak dobry, że poszukiwania i nominacje do tytułu najlepszej premiery zapachowej mijającego roku (a w tegorocznym zestawieniu takowa kategoria będzie) uważam za zakończone, już w lutym… 😉

gucci-guilty-absolute

Cieszę się, że brand którym sam do niedawna wycierałem sobie gębę, za sygnowanie niemiłosiernie badziewnych popłuczyn, które nakazała sygnować logiem Gucci, jego ex dyrektor kreatywna, Frida Giannini – wreszcie wręczył Pani Giannini jakże zasłużone wypowiedzenie i postanowił powrócić do bycia ikoną prawdziwie wysmakowanego perfumiarstwa i stylu, w najlepszym włoskim wydaniu. A trzeba przyznać, że na tym polu marka Gucci ma wiele do powiedzenia, więc nim przejdziemy do przybliżenia brzmienia gwiazdy dzisiejszego wpisu, pora na mini retrospekcję… Obraz zaczyna falować, wszystko robi się rozmyte, w tle pojawia się plumkanie harfy – a krawędzie pola widzenia zaczyna wypełniać miękka mgła…

tom-fordTom Ford

Dawno, dawno temu, gdy przej jurajskie stepy maszerowały stada Allozaurów, którym przygrywała na bałałajce Maryla Rodowicz, tfu, wróć! – to nie było aż tak dawno!… Dawno, dawno temu, gdzieś pod koniec lat 80-tych, wielkie marzenie Guccia Gucci (tak, założyciel marki naprawdę miał na imię Gucio), zaczął chylić się ku upadkowi. Firma naprawdę stała u skraju bankructwa, gdy za jej sterami stanął młody, genialny wizjoner i multiinstrumentalista, Tom Ford. Ford postawił na nogi również bankrutujący dom Yves Saint Laurent, więc powiedzmy że Tomek zna się na rzeczy i bynajmniej nie poszedł przy tym na łatwiznę – np. oferując wyrobionej klienteli Gucci, tandetną i nijaką masówkę, na zasadzie: „skoro inni też to oferują i to się sprzedaje – to i my będziemy!„. Król Ford zarządzał włościami rodu Gucci mądrze i sprawiedliwie od roku 1990 do 2004 – a firma prosperowała pod jego rządami jak nigdy wcześniej. W 1998 roku urodził się imbirowy aniołek Gucci Envy – a dwa lata później, na świat przyszedł drzewno żywiczny Gucci Rush*.

*zaznaczam że skupiam się na zapachach męskich, choć pasjami ubóstwiam damskie Gucci Rush 1 i 2.

frida-gianniniFrida Giannini

Niestety idylla nie mogła trwać wiecznie, bo dobrego króla Toma otruła zła czarownica Frida i zagarnęła królestwo, ku rozpaczy i na zgubę jego poddanych – STOP!, znowu nie ta bajka!… Niestety pewnego dnia Tom Ford odszedł na swoje, a jego miejsce zajęła Frida Giannini, która bardzo szybko wprowadziła własną, bardzo „świeżą” i drastycznie odmienną wizję zarządzania, dopiero co na powrót postawionym przez Forda na nogi, domem mody Gucci. Bravo Frida!… Tylko to co ujdzie markom pokroju Lacoste, Hugo Boss, czy skierowanym do młodzieży brandom pokroju Puma, czy Adidas – nie bardzo przypadnie do gustu klienteli, przyzwyczajonej do luksusu i elegancji, w najlepszym włoskim wydaniu. To tak jakby Frida Giannini stanęła za sterami najlepszej włoskiej restauracji, z tradycjami i o typowo włoskim zacięciu w kwestii koncelebrowania posiłków – i nagle przekreśliła to jednym podpisem, zamieniając ją na bar szybkiej obsługi, o menu i obsłudze rodem z McDonald’s… Czyli jemy burgery, szybko, palcami i z papierowych pudełek, ale za to sprzedajemy dużo i szybko – no Bravo!, Bravissimo!!! 😉

gucci-guilty-absolute-reklama

No i nie trzeba być wielkim strategiem biznesu, ani dyrektorem kreatywnym z pensją liczoną w dziesiątkach tysięcy euro miesięcznie – by wiedzieć, że ten model biznesowy, nie ma prawa wypalić. Starzy klienci, dobrze dotąd dopieszczeni geniuszem i kreatywnością Forda, poczuli się zniesmaczeni i oszukani, a nowi, których nic przy marce Gucci nie trzymało – wspólnie zagłosowali nogami i odeszli do konkurencji… Jedni w poszukiwaniu utraconej jakości, a młodzi w poszukiwaniu bardziej pożądanych i bardziej cool logotypów… Hej wracajcie! Damy wam kupony na Dragonbala i etui z Pokemonami na wasze iPhony, jeśli zostaniecie i polubicie nasz fanpejdż na Fejsie!… Jak to, nie chcecie? Ej sam se wsadź to etui w d.pę bezczelny g.wniarzu, w tenisówkach od Lacoste!. Nagle okazało się, że na rynku są gracze dużo lepsi w lansowaniu banalnych owocowych soczków dla małolatów – na które przerzuciło się Gucci, prezentując światu min, serię Guilty i Made to Measure… A z kolei majętny i lojalny klient pierdzielnął fochem i zaniósł swoją platynową Visę do konkurencji… Ale jak to? dlaczego nikt nie chce kupować sromotnie przepłaconych i nijakich popłuczyn, właśnie od Gucci? To proste, bo na rynku już od dawna działają (i to znacznie prężniej) wyspecjalizowane w tym marki, których pozycji nie zagrozi pojawienie się nikomu nie znanego w tym segmencie domu mody Gucci. Wiecie, to tak jakby NASA zaczęła konkurować z naszym Bolesławcem, albo Rosenthalem w temacie ceramiki… A poszli won, wypalać ceramiczne okładziny dla wahadłowców, a nie serwisy do kawy! 😉

ognisko

Na szczęście ktoś w zarządzie grupy kapitałowej Gucci Group, do której obecnie należy marka Gucci (tak, na szczęście nad Fridą, był jeszcze ktoś) – zauważył, że wdrożony przez nią model biznesowy, przy tej konkurencji nie ma prawa zadziałać i w dodatku przynosi marce więcej szkody niż pożytku. W efekcie w porę odsunięto nieudolną dyrektor kreatywną od sterów – by miliony euro, wpakowane dotąd w kreowanie wizerunku marki Gucci, przestały dewaluować w tak zastraszającym tempie. Szczęśliwie Alessandro Michele, nowy dyrektor kreatywny Gucci – postanowił powrócić na sprawdzoną ścieżkę sukcesu, wyznaczoną wcześniej przez Tomka Forda, czego pokłosiem jest bohater dzisiejszego wpisu, Gucci Guilty Absolute! Tak, wysmakowany, wyrobiony i wykwintny krój GGA, to bez wątpienia efekt woli nowego dyrektora kreatywnego, bo choć zapach odziedziczył niechlubną nazwę po serii Guilty – nie wątpię, że za panowania Fridy Giannini, nie pachniałby równie doskonale… I mam tylko cichą nadzieję, że Frida nie znajdzie już nigdy pracy w tej branży – czego Wam, sobie i każdej firmie z branży życzę 🙂

gucci-guilty-absolute-box

Ok, a teraz gdy już shejtowałem Fridę z góry na dół (ale należało się jej) – odgrywając się za lansowanie badziewia, zszarganie reputacji i niemalże ponowne pogrążanie marki, która dała światu jedne z najwybitniejszych męskich zapachów ever! (ave Rush, Envy oraz GPH 1 i 2) – przejdźmy do rewolucyjnego Guilty Absolute. Zapachu przełomowego, ale nie wątpię, że ten będzie miał pod górkę bardziej, niż jakikolwiek inny zapach w historii. Po pierwsze Guilty Absolute, jest odważny, ambitny, niszowy i obrazoburczy, a klient masowy nie lubi takich perfum. Boję się że zapach może skończyć tak, jak swego czasu YSL M7, który również wyprzedził swoją epokę i został zdjęty z produkcji, nim dopiero hmmm pośmiertnie rozkochał rzesze miłośników perfum w swym równie odważnym, oudowym bukiecie. Po drugie zapach odziedziczył źle kojarzącą się i będącą niewątpliwie ciężką kulą u nogi, nazwę Guilty…Genialny i wymagający Guilty Absolute to zapach kalibru wspomnianego i nie mniej genialnego M7, czy nie mniej wybitnego co trudnego Encre Noire. Charyzmatyczny zapach z charakterem, który albo przekona do siebie klientów i stanie się modny – albo zniknie z rynku bez śladu…

gucci-guilty-absolute-reklama-2

Zapytacie, czemu marka postawiła na tak osławioną nazwę. Obawiam się, że Gucci mógł nie mieć wyboru, bo niestety perfumy nie powstają z dnia na dzień. Zapach powstaje długo, co tyczy się zarówno receptury samej kompozycji zapachowej, jak i tzw. zaplecza, czyli kampanii reklamowej, nazwy, szaty graficznej i flakonu. Wbrew tego co niektórzy z Was myślą, nawet ten zalegający masowo na perfumeryjnych półkach chłam, nie powstaje z marszu, od tak. Wylansowanie nowych perfum swoje trwa i jest to proces czasochłonny i angażujący naprawdę sporo zasobów ludzkich i finansowych. Owszem kompozycję zapachową zwykle się zleca osobie lub firmie zewnętrznej, a wykonanie dedykowanej rozlewni – ale każdą nowość trzeba wpierw opracować i wpisać w kalendarium marki – więc często pomysł i jego realizację dzielą lata. Zakładam, że nad Absolute pracowano jeszcze za czasów Fridy Giannini, wszak zatwierdzono spójny dla całej linii flakon i nazwę. Także zamówienia na flakony idą do hut szkła z ogromnym wyprzedzeniem i są bardzo kosztowne.

palone-drewno

Więc gdy Frida straciła pracę, a z huty dzwonili, że te ~50 milionów flakonów z napisem Guilty Absolute jest już gotowe i czeka na odbiór – wówczas Alessandro stanął przed nie lada problemem. Moim zdaniem mógł zrobić tylko jedno, czyli podmienić zapewne banalną kompozycję zapachową, a którą wcześniej klepnęła Frida, na coś ambitnego – przy jednoczesnym wykorzystaniu zleconych i już posiadanych flakonów oraz częściowo wdrożonej/uruchomionej kampanii. Tak było o wiele szybciej i co najistotniejsze – NAJTANIEJ, niż zaczynać od nowa z zupełnie nową nazwą, kampanią oraz flakonem – gdzie te już istniejące mają naniesioną nazwę Guilty Absolute… Mowa o milionach euro, które zamiast wywalić bezsensownie na śmietnik, sprytnie wykorzystano z moim zdaniem podmienioną na lepszą, kompozycją zapachową. Oczywiście dywaguję, ale tak właśnie mogło to wyglądać – bo przyznacie, że zapach zupełnie do „gustuFridy nie podobny, a odziedziczył po niej nazwę i flaszkę. Konkludując komentarz jednego z czytelników – owszem, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale to dziwne i niewytłumaczalne poczucie spokoju – podpowiada mi, że od teraz już będzie dobrze, że ta zła pani już sobie poszła i od teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by zawsze było dobrze…

reklama-gucci-guilty-absolute

No dobrze, skoro mamy już za sobą obszerne i w moim mniemaniu niezbędne dla lepszego zaanonsowania tych perfum wprowadzenie – pora na meritum… Tym co szokuje i jednocześnie najbardziej zachwyca, jest nie ambiwalentna nazwa, co sama kompozycja zapachowa. I to jaka kompozycja zapachowa! Toż to pachnie prawdziwą, męską skórą, ciężkim i głębokim agarem, drewnem oraz palonymi i wciąż pachnącymi ogniem i dymem beczkami, po whiskey single malt!. Czegoś tak masywnego, głębokiego, męskiego, bezkompromisowego, odważnego, bogatego i zarazem awangardowego, spodziewałbym się prędzej po ortodoksyjnie niekomercyjnej niszy – niż marce, którą jeszcze tydzień temu uważałem za archetyp producenta wyjątkowo kiepskiej masówki. A tu się okazuje, że ostatni z Guilty’ch, zwieńczenie i ukoronowanie całej serii (jest to EdP) – jest jej totalnym zaprzeczeniem, zwrotem o 180 stopni i jak na ironię, klejnotem w koronie!

box-gucci-guilty-absolute

Klejnotem pachnącym jak sacrum i profanum, niszowo i mrocznie – niczym połączenie Fumidusa, z Black Tourmalinem i Petroleum, czyli nisza niszy!. Szczerze powiedziawszy tak ambitnego zapachu nie spodziewałbym się nawet w wydaniu Hermesa, Lalique (pomimo istnienia Encre Noire) i Muglera – czyli marek na tyle odważnych i pewnych swej pozycji, by wciąż traktować sztukę perfumiarską w sposób odpowiedzialny i bezkompromisowy. I nagle wśród nich pojawia się gracz, po którym nikt by się tego nie spodziewał – a którego premiera zupełnie zburzyła porządek i układ sił, w perfumeryjnej rzeczywistości. Oto pojawia się zapach, który tak szczerze i gorliwie żałuje za grzechy (ang. guilty), że autentycznie zmył i odkupił w mych oczach wszystkie wcześniejsze winy swojej marki… Guilty Absolute naprawdę mnie zaskoczył, ba wstrząsnął i poruszył mną do żywego – a wierzcie mi, trudno mnie jeszcze czymś zaskoczyć…

gucci-guilty-absolute-kampania

Zapach robi piorunujące wrażenie i zaskakuje swym dymnym i palonym (palone drewno) bukietem, przy czym po pierwszej konsternacji, wywołanej jego niebanalnym krojem – jego dalszy odbiór jest zaskakująco łatwy i przyjemny… Tu duże brawa i ukłony dla geniuszu Alberto Morillasa, za przedstawienie tematyki, którą zwykle zaliczamy do nurtu niszy trudnej i ekstremalnej – w taki sposób, by stała się strawna i przyjazna, nawet dla przeciętnego odbiorcy. Oczywiście zdaję sobie sprawę że nie każdy lubi woń palonego drewna, whisky „black label” i oudu – ale podobnie skrojonych zapachów w mainstreamie ze świecą szukać i generalnie te perfumy nie mają w mainstreamie żadnej konkurencji. Bogaty i wielowymiarowy aromat, które roztaczają te wyraziste i wytrawne, ale i ciepłe perfumy – składa się z bardzo wielu, fantastycznie skorelowanych ze sobą detali. Absolute to dym ogniska i wnętrze nobliwego klubu dla gentlemanów, palone drewno lub osmalone ogniem i uwędzone dymem wnętrze beczek – w których dojrzewała whisky typu single malt.

whisky-single-malt

Ale ponieważ beczki były nieszczelne, więc dość szybko zlano zeń zawartość i nie straciły wiele ze swego bogatego aromatu spalenizny, samemu zyskując szlachetny alkoholowy posmak. Wreszcie Absolute to świątynne ognisko, gdzie na ceremonialnym palenisku ułożono stosik drogocennych szczapek drewna agarowego (oudowego), które w przypływie fanatycznego barbarzyństwa podpalono, ku czci jakiegoś zapomnianego bóstwa… Szczapki paliły się tylko częściowo, ugaszone sporą ilością alkoholu, którą kapłan chlusnął w ogień, generując przy tym ogromną ilość pachnącej pary i dymu. Zresztą nawet tysiąc słów nie zastąpi jednego niucha tych bogatych w subtelne niuanse i arcy wykwintnych perfum… Do tego dochodzi drewno sandałowe i wspaniała, szorstka, nieco animalna i niesamowicie męska skóra – którą wykończono korzeniem i źdźbłami wetivery i zmiękczono domieszką ciepłej paczuli… Jak dla mnie olfaktoryczny orgazm**

**nie Roqfort, Tobie nie będzie się podobał, ale i tak pozdrawiam… 😉

agar-wood

Po drugie Morillas dokonał czegoś z pozoru niemożliwego. Przedstawił sugestywną, specyficzną i wybitnie niszową woń „palonego ogniska” w sposób tak sugestywny i zarazem przystępny, że zapach intryguje i zachwyca sobą nawet osoby na co dzień gustujące w świeżakach i niezobowiązujących casualowcach (przetestowane w praktyce na grupie kolegów z pracy, z których część uważa że Armani Mania to dobre perfumy 😉 ). To oczywiście nie oznacza, że miłośnicy niezobowiązującego mainstreamu, z marszu porzucą swoje owocowe soczki i przerzucą się na spaleniznę Made in Gucci – ale jeśli tak nietuzinkowy i zarazem wymagający zapach, odbierany jest tak pozytywnie, to przyznacie, bardzo dobrze dlań rokuje. Guilty Absolute jest wyrazisty, zwłaszcza w swej początkowej fazie, ale przy tym nie jest ukręcającą nos siekierą, o miażdżącej projekcji – więc nikogo tymi perfumami nie skrzywdzicie.

opalana-ogniem-beczka

Absolute pachnie niszowo i konkretnie jak przystało na wypadkową użytego repertuaru nut – ale przy tym nie terroryzuje, nie męczy i nie przytłacza zbyt głośnym lub nazbyt wszędobylskim bukietem. Wprawdzie po EdP można by oczekiwać wyższego poziomu głośności i zważywszy, na użyte, wysoce intensywne ingrediencje – co najmniej 10 godzinnej trwałości, ale w praktyce można liczyć na co najwyżej 6 godzin, dobrze wyczuwalnej bytności GGA na skórze. Na skórze, bo na tkaninie zapach utrzymuje się znacznie dłużej i jest jeszcze mniej skory do ewolucji – bardzo długo utrzymując na pierwszym planie ten wyraźny akcent drzewno dymnej spalenizny. Z jednej strony te 5-6 godzin może rozczarować, ale już nie raz pisałem, że w teorii intensywne i maksymalnie stężone wody perfumowane i perfumy – w praktyce lubią pachnieć krócej, niż teoretycznie mniej stężone EdT. Zatem Absolute nie jest tytanem trwałości, ani nie ciągnie się za nosicielem, zostawiając niebotycznie długi ogonek – wręcz trzyma się dość blisko nosiciela, za to tę zadaną ilość chmurek nosi się zaskakująco miło, łatwo i przyjemnie – zresztą osobiście mógłbym reaplikować sobie te te perfumy bez końca… Alberto, Alessandro – dziękuję, że Gucci wróciło w tak pięknym stylu!

p.s. specjalne podziękowania i dedykacja dla Michała L., bez którego wiadomości o wywaleniu Fridy i premierze Guilty Absolute, nie byłoby tego wpisu 🙂 No to chórem, dzię! ku! je! my! 😉gucci-guilty-absolute-edp

rok powstania: 2017

nos: Alberto Morillas

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: skóra,
Serce: paczula,cyprys,
Baza: nuty drzewne, wetyweria,

Napisane przez: pirath | 26 Luty 2017

z cyklu szybki przelot przez – Gucci is back!

Dzisiejszy szybki przelot, jest w dwójnasób wyjątkowy! Po pierwsze nigdy wcześniej się nie zdarzyło, by każdy – absolutnie każdy nowy zapach, poznany w trakcie szybkiego przelotu, okazał się naprawdę dobry i wart bliższego poznania! A po drugie, miałem niewymowną przyjemność zakosztować najnowszego arcydzieła, autorstwa genialnego Albero Morillasa – a mianowicie Gucci Guilty Absolute, który śmiem twierdzić, jest godnym zastępstwem dla wycofanego przez Gucci, Pour Homme (które notabene wróciło w 2014 roku, pod szyldem Bentley Absolute)!. A więc już nie przedłużając, dzisiejszy szybki przelot, pozwolę sobie spisać wciąż drżącymi z podniecenia palcami – zaczynając od niekwestionowanej gwiazdy i zarazem narodzin mesjasza, domu mody Gucci!

gga

Gucci – Guilty Absolute, czyli boski pomazaniec spuścizny po Tomku Fordzie i archetyp równie genialnego co rewolucyjnego, YSL M7 w jednym! Tak! moi kochani, dawne Gucci wróciło we wspaniałym i wielkim stylu! Niedawno pisałem, że zarząd Gucci z hukiem wywalił na zbity pysk Fridę Giannini, która obejmując po Tomie Fordzie stanowisko dyrektora kreatywnego domu mody Gucci, zniweczyła wszystko co ów genialny strateg wdrożył – forsując swoje własne, bezpłciowe, miałkie i komercyjne popłuczyny. Jej krótkowzroczny i chaotyczny model biznesowy, znów pchnął dopiero co odratowaną markę w stronę niechybnej plajty, że o zszarganej reputacji nie wspomnę. A najnowszy Gucci Guilty Absolute jest przecudownym i jakże wymownym dowodem, jak bardzo zasłużony i siarczysty kopniak, spadł na kościsty tyłek Fridy! Odynie, nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę i jak długo czekałem na ten moment, gdy ta nieudolna niewiasta – wreszcie wyleciała z roboty!!!. Oczywiście w międzyczasie wyrządziła marce masę złego (powstanie Gucci Guilty, Guilty Intense, Guilty Black i Made to Measure + zabicie klasyków Rush, Envy i GPH*), ale Gucci Guilty Absolute jest wymownym przykładem, że marka właśnie wstała z kolan! Powiem więcej, wstała z kolan i właśnie pokazała światu iż ma aspiracje, by na powrót wspiąć się na wyżyny kunsztu i wyrafinowania w kreacji perfum – na które została wyniesiona, podczas pontyfikatu Toma Forda!.

*teoretycznie marce wygasł kontrakt na Gucci Pour Homme, ale w moim odczuciu – skoro zapach autorstwa Michela Almairaca wypłynął kilka lat później pod szyldem Bentleya, to znaczy że można było powalczyć o pozyskanie/utrzymanie tego „białego kruka” – ale widać Frida wolała sabotować własną markę, nie walcząc by zapach pozostał w portfolio Gucci….

gucci-guilty-absolute-edp

Nie, nie przesadzam!. Odważny, bezkompromisowy, obrazoburczy, łamiący stereotypy i szokujący swym mocnym i nietypowym krojem YSL M7 swego czasu zszokował i zelektryzował swą premierą perfumeryjny światek – tak samo jak dziś czyni to GGA. Światek, który powiedzmy to sobie wprost, na długo przed wybuchem późniejszej oudomanii (czyli modzie na zapachy osnute na przewodnim motywie oudu/agaru) – nie był gotowy na tak odważny, oudowy zapach. To poniekąd przyczyniło się, że pierwotna wersja M7 została tak szybko wycofana przez YSL ze sprzedaży. Zainteresowanym i nie wiedzącym jak pachniał YSL M7, polecam YSL M7 Oud Absolu, którym to YSL naprawiło swój pochopny ruch – przywracając światu M7, acz w nieco złagodzonej formie. Tym niemniej twierdzę, że najnowszy i wyczuwalnie agarowy Gucci Guilty Absolute, jest właśnie takim YSM M7 2.0!. Z tym, że nie fizyczne podobieństwo obu zapachów mam na myśli – a ich odważne, nowatorskie i bezkompromisowe kroje. Ponadto GGA jest równie odważny, wręcz szokujący swym bogatym i rasowo niszowym krojem – osnutym na połączeniu niemalże animalnej skóry, z głębokim oudem i aromatem wędzonych i palonych ogniem beczek po whisky single malt. Tak do diabła!, nowy Gucci jest tak dobry i niebanalny, by zasłużyć sobie na określenie go mianem torpedy, o kalibrze porównywanym z YSL M7, czy Encre Noire od Lalique. Takiej premiery nie było na rynku od lat i oto na powrót w perfumeriach pojawił się zapach, którego samczy krój – oddzieli rozmiłowanych w owocowych soczkach od Lacoste chłopców, od mężczyzn! Swoją drogą ciekawe kiedy Gucci go wycofa, bo perfumerie powiedzą: tego nie da się sprzedać, tak jak było w przypadku YSL, który wyprzedził swą erę?… 🙂

ysl-m7
A tak właśnie prezentował się flakon przez wielu nieodżałowanego YSL M7.
Przyznacie, że jest pewne podobieństwo do GGA, zarówno w formie jak i treści…

No dobrze, a więc już wiecie jakiego kalibru objawieniem mamy do czynienia, więc jeśli wśród moich czytelników jest ktoś, kto dowiaduje się o nowościach jeszcze wolniej ode mnie – to niech pędzi do turkusowej sieciówki i wypatruje niepozornego formą, ale nieobalanego treścią flakonu, na tamtejszym regale z nowościami. O dziwo tym razem właśnie tam stoi! 🙂 A tak w ogóle, to chciałem pochwalić obsługę Douglasa w opolskim Solarisie, bo tym razem na regale z nowościami, rzeczywiście znalazłem tylko i wyłącznie same nowości – więc może w końcu wzięli sobie do serca moje utyskiwanie, że ten regał nie służy do wciskania klientom nierotujących gniotów, sprzed kilku lat. 😉 Ale żeby nie było zbyt różowo, to na regale z wyprzedażą, wśród flakonów znalazłem zapomnianą butelkę środka do mycia szyb (i bynajmniej nie chodzi o flakon Moschino) i uwaga, szklankę z sypką i zwietrzałą kawą mieloną… Srsly? pomimo iż to nielegalne i nieetyczne, nie było kawy w ziarenkach? 🙂 Ok nie będę się pastwił, bo pewnie ktoś chciał „sprostać wysokim korporacyjnym standardom”, więc przejdźmy do kolejnych zapachowych objawień:

boss-bottled-tonic

Boss – Bottled Tonic – tak, to nie żart i przysięgam , że tym razem to nie sarkazm, ani zawoalowana ironia! No wiem, że zwykłem drwić, szydzić i wytykać Hugo Bossowi jego niechlubną, nazistowską przeszłość oraz porażająco słaby poziom sygnowanych ich logiem premier – ale tym razem nie drwię!… Owszem Bottled Tonic, to niezbyt górnolotny zapach, ale akurat jego lekki, świeży, cytrusowo owocowy, wręcz lekko infantylny krój – wyśmienicie wpisuje się w ramy, zadanej konwencji „Tonic„. Powiem więcej pachnie to równie przyjemnie i przekonywająco, co moim zdaniem niekwestionowany wzorzec w tej klasie – czyli kipiący soczystą, tonikową świeżością Kenzo L’Eau Par. Zapach jest miły, lekki i diabelnie przyjemny, a przy tym wypada naturalnie, autentycznie i przekonywająco – więc z łatwością odcina się od etykiety „syntetyczny owocowy soczek„, choć jak znam życie nie znajdziemy w nim nawet kropelki naturalnej esencji zapachowej. 🙂 Tym niemniej, patrząc na efekt końcowy, dostaliśmy naprawdę przyjemnego świeżaka na lato i gdy zrobi się cieplej, z przyjemnością poświęcę Bottled Tonic odrębny wpis.

givenchy-gentlemen-only-absolute

Givenchy – Gentlemen Only Absolute naprawdę mnie zaskoczył. Wprawdzie odnoszę wrażenie, że co drugi sygnowany obecnie zapach nazywa się Absolute (czyżby nowa moda po zdewaluowaniu w efekcie bezmyślnego nadużywania określeń Intense i Extreme w stosunku do każdej nowości?), ale zapach wypada naprawdę treściwie i w przeciwieństwie do większości komercyjnych i skleconych naprędce gniotów, z dopiskiem Intense/ Extreme – ten rzeczywiście zasłużyłby na określenie Intense. Wprawdzie Absolute dość mocno odpłynął od konwencji klasycznego Gentelmen Only, ale przynajmniej nie można odmówić tej kompozycji braku treściwej formy. Zapach jest treściwy, głęboki i na temat, nawet bardzo – ale niestety jest diabelnie wtórny, a przez to nijaki na tle równie dobrze skrojonej konkurencji. W ciągu ostatnich dwóch lat, na rynku pojawiła się masa bardzo podobnie skrojonych EdP i Parfum, min. od Diora, YSL, Armani, Bvlgari, Chanel, Guerlain, Loewe – więc Absolute Givenchy, jest tylko kolejnym zapachem wybrzmiewającym w tej przytulnej, obłej, miękkiej i otulającej – ambrowo balsamiczno, żywicznej konwencji, doprawionej sporą ilością miękkiej tonkowej słodyczy. Tym niemniej jeśli pragnęliście ~15 alternatywy dla perfumowanego Dior Fahrenheita, warto pochylić się i nad propozycją Givenchy. 😉

lalique-linsoumis

Lalique – L’Insoumis też pozytywnie zaskakuje, nawet jeśli staliście przed regałem około pół godziny – próbując jakoś scalić te literki i przeczytać ciągiem, a potem wymówić na głos jego niewymawialną dla 99% populacji nazwę. 🙂 Ale wróćmy do zapachu, a tu już powodów do drwin nie ma. A swoją drogą, czy Lalique mogłoby rozczarować premierą zapachową? Albo czy w historii taka sytuacja miała miejsce? Nie sądzę, by taki precedens miał miejsce, wszak Lalique to jedna z nielicznych marek, które od zawsze, nieodmiennie i niezmiennie stawały na jakość, podobnie jak Hermes, czy Mugler. Sięgając po flakon, zastanawiałem się, czy przypomina lub stanowi rozwinięcie Hommage, lub arcy genialnego, boskiego, przefantastycznozarąbistego Hommage Voyageur Niestety nie, a spodziewałem się że Lalique pójdzie właśnie w tym kierunku, go rozwinie lub pokaże coś nieco odważniejszego. L’Insoumis jest przyjemny, nawet bardzo, jest też elegancki i wykwintny, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu że Lalique poszło tym zapachem swoisty kompromis, oferując dla odmiany casualowca wyważonego. To nie grzech, ani rzecz jasna powód do do wstydu, wszak dobrze mieć w portfolio zarówno zapachy odważne i wyraziste, jak i dyskretne i stonowane.

Eternity for Men Intense to naprawdę dobry zapach i nie chce mi się liczyć, która to już z rzędu, przyzwoita premiera od CK. Naprawdę cieszę się, że Calvin Klein, w końcu się nawrócił i zaczął sygnować swym logo nie tylko owocowe soczki dla małolatów, ale i poważne i naprawdę zacnie skrojone pachnidła. A skoro utrzymują ten trend, to widać zmiana taktyki wychodzi im na dobre, bo tam gdzie inni wciąż tną się i prześcigają, w sygnowaniu kolejnych beznamiętnych siuśków (tu pozdrowienia dla Gucci, Lacoste i Hugo Bossa) – tam Calvin zdobywa rynek, oferując dla odmiany coś ambitnego. Niby oczywiste, ale jednak nie dla wszystkich wysoko opłacanych i krótkowzrocznych „geniuszy” z działów marketingu – dla których sukces rynkowy kończy się, wraz ze zgarnięciem premii za wdrożenie do oferty kolejnej, nic nie wnoszącej nowości…

calvin-klein-eternity-for-men-intense

Przy czym jak na ironię Eternity for Men Intense nie wnosi sobą absolutnie nic nowego – no może poza świeżym spojrzeniem na określoną grupę kompozycji, dziś określanych mianem oldskulowych lub bardziej kolokwialnie: dla starych dziadów. Nie mam nic przeciwko kolokwializmom, jeśli te są jedynie dosadne, ale w przypadku tych perfum, owa dosadność, zakrawa już o wydźwięk pejoratywny. A z tym się kompletnie w kontekście tych perfum nie zgodzę – bo choć zapach ma w swym brzmieniu coś z klasyki i retro, to absolutnie nie zasługuje na etykietkę, „zapach dla starego dziada”. Jedno jest pewne, ewidentnie jest to zapach skrojony na wieczór lub oficjalne okazje. W pierwszej chwili stawiałem na obecność róży, ale Calvin twierdzi, że jest tu tylko geranium, ślicznie dopełnione odrobiną rabarbaru, który przydaje kompozycji świeżości i lekkości – dzięki czemu Eternity Intense nie pachnie jak dziadkowa woda toaletowa, a nowoczesny i całkiem wartki w odbiorze zapach, którym mógłby pachnieć nawet student.

calvin-klein-eternity-for-men-intense-reklama

Student!, a więc jaki stary dziad?! No dobra, szczerze powiedziawszy miałem pewien problem ze znalezieniem porównania, tudzież precedensu dla brzmienia tych perfum – by nie strzelić tej recenzji w stopę, sięgając właśnie po kompozycje ewidentnie kojarzące się z oldskulem i równie ciężkimi co archaicznymi dla współczesnych użytkowników perfum, kanonów perfumiarstwa lat 80-tych. Było ciężko, bo Eternity Intense w początkowej fazie na kilometr zaciąga oldskulem w stylu Ungaro III, Givenchy Xeryus i Guy Laroche Drakkar Noir, ale jednocześnie CK Eternity Intense jest wyraźnie lżejszy, nowocześniejszy i bardziej finezyjny od powyższych. Ostatecznie uznałem, że w sumie współczesne Cartier Declaration d’Un Soir, Burberry Brit i Givenchy Gentlemen Only pachną w zbliżonej stylistyce i tonacji, więc dużo lepiej sprawdzą się w roli adekwatnego i miarodajnego przykładu. Już widzę słuszne oburzenie niektórych czytelników, wytykających mi, że porównuję zapach osnuty na geranium, do kompozycji opartych na kanwie róży – ale szczerze powiedziawszy, przy tak niewielkim stężeniu i łudząco podobnym charakterze obu nut, ilu z nas naprawdę wyczuje różnicę?*

*tym bardziej, że wielu nieuczciwych producentów perfum świadomie używa taniego geranium jako zamiennika dla drogiego olejku różanego…

ungaro-pour-lhomme-iii

Witają nas rzecz jasna cytrusy, banalne i powszechne w otwarciach perfum niczym powietrze którym oddychamy – ale już od pierwszych taktów dopełnia je coś esencjonalnego, żywego i wyrazistego. Coś co nadaje ton i koloryt całej kompozycji i nie opuszcza sceny we wszystkich akordach. Geranium, rześkie, skrzące, powłóczyste i głębokie – niemalże różane… Skojarzenie z oldskulem pojawia się automatycznie, ale zaraz, zaraz… To nie pachnie z butą i temperamentem oldskulowych Habitów, Heritage’ów, Xeryusów, Drakkarów, ani Ungaro III – acz z finezją i lekkością, z jaką zwykły wybrzmiewać wyrafinowane włoskie casualowce. Płomienną wylewność geranium łagodzi jowialność i stateczny spokój herbaty oraz soczysta rześkość jędrnego rabarbaru, którego orzeźwiająca woń z gracją odczarowuje różany posmak kompozycji z jej ciężkiej, oldskulowej toporności

guy-laroche-drakkar-noir

Akord serca w oldskulu zwykle miażdżąco dobitny, tu wypada w sposób stonowany – pieszcząc nozdrza z wyrafinowaną, acz stateczną i elegancką subtelnością. Nic nie kopie po nosie, nic nie drażni nadpobudliwością – ot idealnie wyważony i gdzie trzeba przytłumiony constans. Nie da się ukryć, że geranium stanowi tu duszę i serce kompozycji, a towarzyszący mu cichutki śpiew rabarbaru, stanowi jedynie dźwięczne i kojące dopełnienie, które z czasem zanika, ustępując pola zręcznie wyplenionym w akord schyłkowy, konotacjom drzewnym. Baza jest dojrzała, ciepła i dostojna, dopełniona wzniosłą i statecznie ujętą wetywerią – której głęboka i poważna butelkowa zieleń przejmuje i kontynuuje pierwotną rześkość geranium i rabarbaru. A całość wybrzmiewa w miłej dla nosa, nieco powściągliwą, acz doskonale wyczuwalną i akuratną projekcją. No moje szczere szapo ba, za wysmażenie tak gustownego, wyrazistego i jednocześnie lekkostrawnego bukietu – utrzymanego w konwencji odmłodzonego o jakieś trzy dekady, archetypu lat 80-tych

Liberty Dollar Stack

Calvin pokazał tym zapachem coś (dla młodych) naprawdę nowego i niebanalnego, a jednocześnie (dla starszych) tak swojskiego i pasującego niczym stare, znoszone kapie. Kapcie tak wygodne i uleżałe, że czujemy się jakbyśmy chadzali boso. Oto zapach, który miłośnikom perfum wyda się znany i oczywisty, a przez co z automatu zostanie uznany za przyjazny i konkretny, a jednocześnie wciąż będzie znośny i przystępny dla młodego pokolenia, o wydelikaconych (by nie powiedzieć zniekształconych i skrzywionych przez wszechobecnie lansowany banał) gustach olfaktorycznych. Moi drodzy, tu nie ma o co się obrażać, wszak gusta zapachowe i preferencje nabywców współcześnie sygnowanych perfum – definiuje i kształtuje właśnie poziom samej oferty rynkowej. A ta jest coraz to bardziej płytka, nijaka i pozbawiona odważnych i ostrzejszych konturów, co nie pozostaje bez wpływu na gusta i oczekiwania klientów, więc błędne koło się zamyka. W moim odczuciu, współcześnie sygnowane zapachy skrzywdziły najmłodsze pokolenie, pozbawiając go możliwości obcowania z woniami pełnymi, odważnymi i charyzmatycznymi.

calvin-klein-eternity-for-men-intense-reklama2

Ja wiem że zapachowy oldskul nie jest dla każdego i nic na siłę – ale czy nie fajnie byłoby dać ludziom możliwość wyboru i wiedzę co tracą, zamiast odgórnie skazywać ich na nijakość, w imię bezwzględnej maksymalizacji własnych zysków?. Dlatego jestem Calvinowi bardzo wdzięczny za te perfumy. Pojawienie się Eternity Intense, postrzegam jako swego rodzaju łącznik pomiędzy tradycją i nowoczesnością – medium które łączy w sobie najlepsze cechy dawnej sztuki perfumeryjnej, z nowoczesnymi trendami hołdującymi minimalizmowi i lekkości. Anonimowemu perfumiarzowi udało się zgrabnie i harmonijnie połączyć ze sobą, to przed czym jedni dotąd uciekali i ignorowali, a tym co innych rozczarowywało, pozostawiając pustkę i niedosyt. Ten nieznany nam geniusz blotera, połączył tradycyjne, mocne i wyraziste ingrediencje z niesamowitą lekkością i finezją – jednocześnie zachowując bez większej ujmy ich treść i koloryt oraz świeżość i lekkość. Jak dla mnie idealne połączenie wyrazistej i dobitnej tradycji, z wyrafinowaną i lekką nowoczesnością.calvin-klein-eternity-for-men-intense-edt

rok powstania: 2016

nos: anonimowy geniusz kompromisu

trwałość: wyśmienita

projekcja: bardzo dobra

Głowa: bergamotka, grejpfrut, biały pieprz, czarna herbata,
Serce: irys, geranium, rabarbar, lawenda,
Baza: cedr, wetyweria, drzewo kaszmirowe,

Akurat pod tym zapachem od Lacoste ktoś się podpisał, notabene nie byle jaki nos – ale nie oznacza to, że zapach jest choćby odrobinę lepszy, na tle całej serii… Yellow nie jest po prostu badziewne, mierne i banalne jak reszta serii L.12.12.ono jest tak arcy ostentacyjnie badziewne, mierne i banalne, że aż bezczelne!!!. Pewnie myślicie, że uwziąłem się i czepiam biednego Lacoste, bo to kwestia gustu i w ogóle „każda potwora znajdzie swego amatora” – ale cóż ja poradzę, że nie potrafię przejść obojętnie, obok jawnego draństwa i bezczelności?. Ja rozumiem że są klienci zarówno na lekkie owocowe soczki jak i ciężkie tonkowe siekiery, ale w sytuacji gdy treść i jakość szorują brzuchem po bruku, a cena chadza z głową w chmurach – czuję, że ktoś chce mnie perfidnie naciąć…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune

Wierzcie mi, pochylanie się nad „arcydziełami” z serii L.12.12. jest dla mnie już wystarczającą katorgą, karą i ewidentną stratą czasu, który mógłbym poświęcić np. na dużo bardziej „twórcze” dłubanie w nosie lub hedonistyczne „drapanie się po tyłku”… Serio, wiem że brzmi to grubiańsko, ale to naprawdę dużo bardziej ciekawe i więcej wnoszące zajęcie, niż próba kontemplowania zapachu „rozcieńczonego wodą płynu do mycia naczyń, o zapachu cytrusowym” – bo tak (dosłownie) pachnie Lacoste L.12.12. Jaune (Yellow). No ale czego nie robi się dla wiernych czytelników i ku tzw. przestrodze… 😉

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-tshirt

Poprzednie wytwory z serii L.12.12. też były groteskowo trywialne, miałkie i płytkie, ale Yellow zdeklasował je w całej rozciągłości. Jaune wspiął się na nieosiągalne dotąd wyżyny w sygnowaniu tandety – osiągając niechlubny poziom, który kilka lat temu wyznaczyła sobą Puma Sync… Jaskrawo żółty Jaune jest kwintesencją tego co najgorsze w komercyjnym mainstreamie, czyli: sromotnie przepłaconym zapachem, traktującym o niczym. Gdybym chciał bardziej obrazowo przedstawić jak bardzo Lacoste wy.rało się tym zapachem na swoich potencjalnych klientów – musiałbym opisać np. dyrektora kreatywnego Lacoste jako osobnika, który wszedł na drabinę, opuścił spodnie, wypiął się, a następnie defekował na stojących pod nim klientów… Aha i na koniec jak gdyby nic, użył cytrusowego odświeżacza powietrza… To było niesmaczne i gorszące? Przepraszam, ale w przypadku tak rażąco złych perfum, nie będę bawił się w konwenanse i subtelności – wszak pragnę nader dobitnie wyrazić, jak bardzo powinniście unikać wydania pieniędzy na te (dosłownie) popłuczyny…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-bokiem

Daruję sobie próbę polemiki z bajkopisarstwem, jakie Lacoste uskutecznia w oficjalnym wykazie nut – bo równie dobrze mógłbym podjąć rzeczową dyskusję z kimś, kto uważa, że ziemia jest płaska. W końcu nie od dziś wiadomo, że kreatywność i inwencja w zakrzywianiu rzeczywistości, a jaką zwykle uskuteczniają w swoich wykazach nut producenci komercyjnego mainstreamu (zabrakło jedynie wzmianki o pierdach jednorożców i ciepłych kamieniach), jest porównywalna z propagandą Korei Północnej lub wieczornego wydania Wiadomości (w sumie na jedno wychodzi)… 😉 Jedyne co się zgadza, to ta lakoniczna wzmianka o tonic water, bo rzeczywiście czuć tu aromatyzowaną cytryną, wodę – tudzież zimne już pomyje, które pachną jak woda ze śladowym dodatkiem cytrynowego płynu do mycia naczyń a’la Ludwik i koniec… I nie istotne, że otwarcie tych perfum jest dużo bardziej złożone i przyjemne (co bywa złudne, gdy ktoś napali się na zapach, poznając jedynie jego akord otwarcia) – bo już w kwadrans od aplikacji, na skórze pozostaje nieczytelny i niemrawy niuans, przypominający jakiegoś mocno rozcieńczonego cytrusa.

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-box

Chyba nie muszę dłużej tłumaczyć, jak bardzo zapach jest słaby, rozczarowujący i niewart zachodu… Moja rada jest taka: idźcie do sklepu, kupcie cytrusowy płyn do mycia naczyń w granicach 5-7 zł (zaszalejcie, bo w końcu zależy nam na jakości i wierności brzmienia). 🙂 W domu rozcieńczcie kilka kropli tego płynu wodą (pobawcie się w perfumiarza i poeksperymentujcie z proporcjami), a gotową miksturę aplikujcie atomizerem lub wcierajcie bezpośrednio w skórę i gotowe!. Jestem pewien, że otrzymacie podobny i podobnie długo utrzymujący się na skórze efekt zapachowy, a zaoszczędzone ~200 zł wydajcie na prawdziwe perfumy…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-seria

a na koniec jeszcze jedna mała dygresja…

I pomyśleć, że za Jaune stoi ta sama Sonia Constant, która w tym samym roku dała światu genialne Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir!. A więc śmiem twierdzić, że to nie jest kwestia warsztatu i umiejętności perfumiarza – a jego ścisłego dostosowania się do wymogów zleceniodawcy… Widać Lacoste zleciło badziewie i dostało dokładnie to, za co zapłaciło (zresztą nie pierwszy raz)…lacoste-l-12-12-yellow-jaune-edt

rok powstania: 2015

nos: Sonia Constant

projekcja: słabowita

trwałość: kiepska

Głowa: grejpfrut, różowy pieprz, tonic water,
Serce: czerwone jabłko, kolendra,
Baza: cyprys, wetyweria, ambra,

Widzieliście może teledysk do Ain’t Your Mama, Jennifer Lopez? Ja rozumiem, że teraz nachalne produkt placement (lokowanie produktu) jest modne i każdy aspirujący YouTube’r, w co drugim filmiku zachwala Coca Colę, albo Pepsi – ale czy Jey Lo jest tak biedną i początkującą gwiazdką, by wepchać w obrębie jednego teledysku reklamę min. kawy, ciuchów, wódy i drobnego sprzętu AGD, do stylizacji włosów?… Srsly potrzebowała tych „drobniaków„, by np. za teledysk się zwróciło?. Dla mnie żenada, bo to co ujdzie początkującej gwieździe, w przypadku kogoś tak majętnego oraz o tak wyrobionym nazwisku i reputacji, po prostu nie powinno mieć miejsca… I podobny dysonans bije mnie po oczach w przypadku Lacoste, więc nie jestem twoją „mamusiąLacoste i nie będę opisywał twoich perfum!

lacoste-l12-12-bleu

Na osłodę polecam obejrzeć genialną parodię tego teledysku, w wykonaniu Barta Bakera, naczelnego parodysty YouTuba 😉


Ale po kolei… Właściciele najsłynniejszego na świecie logotypu z krokodylem, oferują solidnie uszytą konfekcję dla sportowców, luzaków i lansiarzy, ale w pewnych kwestiach przypominają dziecko specjalnej troski. Niby Lacoste to popularny i pożądany producent, a jednak perfum robić nie umieją* lub co grosza, nie chcą. A wystarczy wziąć przykład z innych. Po latach degrengolady, Gucci w końcu wywalił na zbity pysk Fridę Giannini i ponoć wrócił do ścieżki wyznaczonej przez Toma Forda – czyli sygnowania wysokiej jakości perfum. Perfum o doskonałym i niepowtarzalnym kroju, zamiast bezpłciowych siuśków, które zaczęła pochopnie lansować Frida. Efekt? Zgodny z tym co wieszczyłem jakieś 5 lat temu – marka Gucci znów zaczęła tracić prestiż, rynek, klientów i co za tym idzie pieniądze… Ale co ja się tam znam na rynku, pracując od ponad 20 lat w handlu specjalistycznym b2b… 🙂

*żeby nie było, że fala hejtu – z dwoma chlubnymi wyjątkami: jabłkowy Lacoste Style in Play i kozacki Lacoste Challenge.

lacoste-l12-12-bleu-reklama

Calvin Klein zdołał się w tzw. międzyczasie nawrócić na wysokich lotów perfumiarstwo, a Gucci właśnie się opamiętał, że nie tędy droga – więc z tych największych i najbardziej dotąd przeze mnie wyszydzanych brandów, które parają się sygnowaniem najbardziej miałkiego jakościowo mainstreamu – na rynku ostał się ino Hugo Boss i Lacoste. Z tym że Hugo już od wczesnych lat 40-tych słynął z produkowania masówki, szyjąc mundury dla całego Wermachtu, Kriegsmarine, Luftwaffe i SS – więc nie ma co liczyć, że łatwo przestawią się z masówki, na jakość**… No więc zostało nam Lacoste, które jako brand pożądany, rozpoznawalny i ceniący się (jak za tusze do drukarek atramentowych HP 🙂 ) – posiada w swej ofercie wcale nie tanie perfumy. I jeśli chodzi o jakość konfekcji, generalnie większych zarzutów do jakości mieć nie można – to w przypadku perfum, ich tandetny, pytki i badziewny krój, aż kłuje po nosie…

**pardon, ale nie mogłem sobie odmówić, by kolejny raz wytknąć marce Hugo Boss świadomy i jakże intratny udział w ludobójstwie, podczas II wojny światowej. Zresztą przyznacie że to podwójne S, w nazwisku Boss – rzeczywiście brzmi w kontekście historii brandu, złowieszczo…

lacoste-l12-12-bleu-bokiem

Poznając coraz to następne wytwory, ze zdawać by się mogło „flagowej” serii L.12.12. – nie wychodzę z podziwu nad konsekwencją, z którą jej twórcy niszczą, krewią, rujnują i szargają reputację marki… Ja rozumiem, że do t-shirtów, białych trampek, soksów i luźnych szortów, nikt nie użyje ciężkich piżmowych perfum, ale litości… Niezobowiązujący i usportowiony styl nie znaczy, że klient noszący się na luzie (casualowo) nie może i nie chce pachnieć dobrze i prawdopodobnie ma więcej niż 16 lat!… A wystarczy powąchać niezobowiązujące casualowce od takiej Laury Biagiotti, albo Horizon od Davidoffa, czy choćby legendarnego Gucci Pour Homme II – by przekonać się, że nawet niezobowiązujący świeżak może pachnieć świeżo, z klasą, niebanalnie i czarująco… da się? da się!.

lacoste-l12-12-bleu-box

Więc jaki jest twój problem Lacoste, że z takim uporem maniaka lansujecie banał i płyciznę?. Co tu dużo mówić Bleu, to kolejny wątły owocowy soczek, łudząco podobny do wszystkich poprzednich i jednocześnie – nijak nie potrafiący zapaść w pamięci, bo pachnie jak wszystko i nic… Tak naprawdę jedyną rzeczą, która wyróżnia te perfumy na tle pozostałych L.12.12 (tak, celowo chcę to zawęzić do obrębu jednej linii, należącej do jednej marki aby bardziej uwypuklić różnice) – jest uwaga, KOLOR FLAKONU… Jeśli pytacie jak to pachnie, odeślę Was do recenzji poprzednich L.12.12., jeśli zapytacie mnie czym się różnią – odpowiem, że nie mam pojęcia, bo nie czuję pomiędzy nimi żadnej zasadniczej różnicy… Ponadto ten zapach jest tak słaby i wtórny, że nie chce mi się marnować życia na próbę analizy jego bukietu, bo śmiem twierdzić że niektóre detergenty piorące i mydła do rąk – kosztujące ułamek tej kwoty, pachną lepiej i ciekawiej niż te perfumy…

lacoste-l12-12-bleu-poster

Więc po co powstał ten zapach? By wygenerować sztuczny ruch w interesie, bo współczesny model marketingu zakłada, że ludzie chcą igrzysk (dużo szybko i często następujących po sobie premier i nowości), ale w tym całym natłoku medialnym – nawet nie zauważają, że prezentuje im się odgrzewanego kotleta, który nic lub prawie nic sobą nie wnosi. To wszystko już było, a w dodatku konkurencja zrobiła to lepiej (lepsza trwałość i projekcja) i zapewne taniej – bo śmiem twierdzić, że pierwszy z brzegu dezodorant AXE z drogerii, ma w sobie więcej polotu i charyzmy niż L.12.12 Bleu, Red, Green, White… Ale zmanipulowany złudnym i naiwnym mniemaniem, że za marką musi stać jakość, a później osaczony przez koniunkturalną konsultantkę klient i tak kupi – bo po pierwsze to nowość, no i pewnie usłyszy jakiś banał, że „ten zapach podoba się kobietom” (a więc pojawia się szansa, że wreszcie zaliczy) i wreszcie – to Lacoste!. Ale Wam radzę, nie patrzcie że to Lacoste, zróbcie ślepy test i odpowiedzcie sobie sami na pytanie: czy te perfumy są warte żądanych zań pieniędzy?. W końcu nie macie na czole przyklejonego krokodylka, informującego wszystkich wokół, że pachniecie perfumami od Lacoste – powtórzę, bo koleś siedzący na ławce obok nie dosłyszał, Lacoste!!!lacoste-l12-12-bleu-edt

rok powstania: 2011

nos: nikt się nie przyznał

projekcja: słabowita

trwałość: mierna

Skład: grejpfrut, mięta, kwiat afrykańskiej pomarańczy, szałwia, paczula, cedr Virginia, paproć.

 

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: