Napisane przez: pirath | 3 Grudzień 2016

Avon Classic, czyli do trzech razy sztuka…

Dzisiejszy wpis będzie traktował o tym, jak sprzedać jedną formułę perfum, aż trzy razy. Oczywiście niepostrzeżenie i pod przykrywką trzech różnych i nijak niepowiązanych ze sobą marek. Już sam fakt współistnienia na rynku tego samego zapachu w aż trzech odsłonach jest zadziwiający – wszak zwykle są to góra bliźniaki i bywają nie do końca identyczne. W sumie to wcale się nie dziwię producentom, że sięgnięto po akurat tę recepturę, bo zapach jest naprawdę ładny, męski, elegancki i przy tym dyskretny i nienarzucający się – a więc idealnie wstrzeliwuje się w dzisiejsze trendy i realia. Wprawdzie lakoniczny wykaz nut zdradza niewiele o charakterze tych zmysłowych perfum – ale tu polecam zapoznać się z dużo obszerniejszym wykazem nut, zamieszczonym przez innego ich producenta…🙂

avon-classic

Jeszcze dwa lata temu, nazwałbym go całkiem niezłym zamiennikiem/ zastępstwem dla nieodżałowanego Gucci Pour Homme, ale od kiedy powyższy został cudownie wskrzeszony przez Bentley’a, pod nazwą Absolute – dalsze szukanie dlań zamienników, stało się mym odczuciu kompletnie bezcelowe. Mówię rzecz jasna o (chronologicznie, tak jak je poznawałem) Próchniku Grom, Xoxoba Perfumerie Pour Homme i bohaterze dzisiejszego wpisu, Avon Classic. Wiem, że to nieprawdopodobne, ale w stosunkowo krótkim czasie i pod trzema różnymi szyldami – na rynku pojawił się jeden i ten sam zapach. Nawet kolor się zgadza, że o specyficznym kroju kompozycji i jej parametrach nie wspomnę.

prochnik-grom

Mówcie co chcecie, ale ten specyficzny, piżmowo, pieprzono drzewno kadzidlany, suchy i pylisty oraz wyraźnie „ołówkowy” w odbiorze zapach, poznam wszędzie. Spośród trojaczków Próchnika, to właśnie Grom zrobił na mnie największe wrażenie, później opisałem go ponownie – tym razem pod szyldem również rodzimego Xoxoba i dosłownie na dniach, kolega przyniósł mi flakon Classica. Wręczył mi go ze słowami: „może zainteresuje cię taniutki wynalazek od Avona, o nikłej projekcji i słabowitej trwałości„, ale w jego odczuciu wart poznania… No i trafił w dziesiątkę, bo wprawdzie zapach jest rzeczywiście z gatunku niezbyt wylewnych – ale toż to Grom/Xoxoba we własnej osobie, tyle że pod szyldem Avonu…😉 I co najistotniejsze, jest owszem dyskretny, ale na pewno nie można mu zarzucić kiepskiej trwałości, gdyż u mnie pociągnął przeszło 8 godzin, wybrzmiewając przy tym pełnym bukietem.

xoxoba-pour-homme

Wybaczcie, że nie będę opisywał przymiotów bukietu Avon Classic, tylko odeślę Was do lektury Próchnika i Xoxoba Parfumerie. W moim odczuciu to jeden i ten sam zapach i tak naprawdę jedynym sensownym kryterium decydującym o tym którego z nich wybrać, jest cena. Wprawdzie Próchnik ostatnimi czasy znacznie obniżył cenę Groma, ale do niecałych 50 zł za Avon Classic jeszcze im brakuje. Z tym że Avon to pojemność 75 ml, zaś Grom i Pour Homme mają po 100 ml. Przy tym ostatnim producent deklaruje iż jest to EDP, choć osobiście różnicy w brzmieniu pomiędzy nim, a konkurencyjnymi EDT nie czuję. Z tym, że nawet przeliczając cenę Avonu dla pojemności 100 ml i tak wychodzi najtaniej z całej trójki… Moja rekomendacja, za te pieniądze brać i chomikować na czarną godzinę – bo jak wiadomo Avon częściej zmienia paletę produktów, niż niektórzy bieliznę🙂avon-classic-edt

rok powstania: 2016

nos: jakiś hurtowy powielacz receptur

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Skład: imbir, olejek olibanowy, piżmo,

Jedno jest pewne, stary, ciężki, męski i sążniście orientalny Boucheron, to już przeszłość. Wygląd flakonu oraz przede wszystkim brzmienie najnowszego Quatre Pour Homme reprezentuje odświeżony, unowocześniony, zeuropeizowany i niestety populistyczny aż do wyrzygania krój „pachnę czymś, ale nie wiadomo czym„. Więc obawiam się, że trudno będzie odróżnić pachnącego QPH mężczyznę, od statystycznego nosiciela dowolnego Hugo Bossa, Bruno Banani, czy Beckhama (z wyłączeniem epickiego Homme, który rozwala sobą system!). Żyjemy w wyjątkowo podłych czasach, gdzie dla łatwego i szybkiego pieniądza, producenci z łatwością odchodzą od jakości, ideałów i wypracowanych przez dekady standardów. Zwykle czynią to pod płaszczykiem dostosowania produktu do obowiązujących trendów i gustów nabywców – gdy tak naprawdę chodzi wyłącznie o maksymalizację przychodów, za wszelką cenę i po trupach!. Więc skoro Guerlain, czyli ikona perfumiarstwa wypuszcza koniunkturalne gnioty pokroju Ideal – to też raptowne odejście od wypracowanego przez Boucheron brzmienia, nie powinno nikogo dziwić…

boucheron-quatre-pour-homme

Szkoda tylko, że nikt z decydentów odpowiedzialnych za charakter kompozycji i tę nagłą zmianę image marki – nie zauważył, że nie każdy mężczyzna nosi rurki, brodę + fryzurkę rodem z Hitlerjugend i wpierdziela bezglutenowy hummus, zapijany latte z jagodami goji, na bez laktozowym i odtłuszczonym bawolim mleku (oczywiście wszystko fair trade i hand made)…😉 To co do niedawna postrzegano jako indywidualizm, inwencję, kreatywność i nietuzinkowość – dziś w wyniku ślepego i masowego powielania, staje się nużącym, monotonnym i nijakim. I właśnie takie są te perfumy – totalnie pozbawione swoistości i indywidualizmu. Niby nowe i starannie dostosowane do współczesnych standardów – czyli przyjemny, ale pozbawiony wyrazu i niczym szczególnym nie wyróżniający się bukiet + rozczarowujące parametry, w rezultacie dają sobą coś, co stapia się z szarym tłem, coś wokół czego przytłaczająca większość przejdzie obojętnie…

*macie częściej i więcej psikać, by producent więcej zarabiał na sprzedaży większej ilości flakonów…

boucheron-quatre-pour-homme-reklama

Nijaki, wtórny i pozbawiony jakichkolwiek indywidualnych, czy nietuzinkowych, a więc wartych zauważenia akcentów + zachowawczy flakon i sztampowy kolor cieczy = nijaki ulep… Nie potrafię zliczyć ile razy miałem styczność z tak skrojonym zapachem i jak bardzo mi się nie chce już tego rodzaju brzmień opisywać… Myślę, że bez większej straty od strony merytorycznym, mógłbym przekopiować lub podlinkować opis pierwszego z brzegu casualowca i nikt by się nie połapał, że leję wodę… Ale przecież nie oto chodzi, wszak ma być merytorycznie i na faktach. A więc Quatre pachnie przyjemnie acz banalnie i zachowawcze jak diabli. W otwarciu lekko cytrusowo i ze sporą domieszkę geranium** oraz przez chwilę rzeczywiście wyczuwalnym i nadającym wyraźnie wytrawny ton całej kompozycji, liściem fiołka. Ale już nieco godzinkę później, gdy zwyczajowo najgłośniejsza i najbogatsza w detale faza serca przebrzmi – to wszystko przygasa i ulega uzupełnieniu, o garść niezidentyfikowanych i równie lakonicznych co syntetycznych detali, emulujących drewno oraz równie umowne wtrącenia ambrowo balsamiczne. I już…

**będę się upierał, że z różą te perfumy nie mają nic wspólnego – z geranium pewnie też nie, bo zapewne jest to jakiś tani syntetyk, jedynie je emulujący…

boucheron-quatre-pour-homme-boucheron

Wprawdzie większość „Sebiksów i Januszy” powie, że to pachnie fajnie – owszem, ale jednocześnie Quatre pachnie tak bardzo wtórnie, nijako i tanio (massmarketowy sznyt i kiepskiej jakości składniki), że w/w i tak nie zapamiętają nazwy i kupią z rozpędu jakiegoś Bossa, czy Bruno Banani, bo przynajmniej kojarzą ich chwytliwe i pożądane nazwy. Winszuję zatem osobom odpowiedzialnym za charakter i jakość produktów sygnowanych logo Boucheron – tego iście epickiego postrzału w stopę. Właśnie zrównaliście się poziomem z równie nijaką, acz dużo bardziej rozpoznawalną konkurencją – bo kto spośród klienteli, o której portfele chcecie powalczyć, słyszał o jakimś tam Boucheron?. A Wam moi drodzy czytelnicy podszeptuję, że zdecydowanie nie warto – albowiem ze względu na krój i jakość kompozycji, pierwszy w brzegu Playboy, Mexx, Beckham Classic, Hugo The Scent, czy denny Azaro Wanted pachną podobnie i prawdopodobnie są też tańsze i trwalsze…boucheron-quatre-pour-homme-edt

rok powstania: 2015

nos: anonimowy coach and spin doctor, od rewolucyjnego zrywania z tradycją, dla wykręcania jedno sezonowych rekordów w Excelu

projekcja: wpierw dobra, później lakoniczna

trwałość: dostateczna

Głowa: cytryna, lima, liść fiołka,
Serce: jaśmin wielkolistny, róża,
Baza: cedr, drzewo kaszmirowe, piżmo,

Napisane przez: pirath | 28 Listopad 2016

Cartier – Eau de Cartier Vetiver Bleu, czyli OMG!

Na wstępie przepraszam za nikłą ostatnimi czasy ilość wpisów, ale niedawne przeziębienie, życie towarzyskie i praca zawodowa nader skutecznie absorbują mój czas. A teraz pora na akty strzeliste, peany i egzaltację ubiegłoroczną premierą Cartiera – czyli Vetiver Bleu. Oj oj oj!, coś mi się widzi, że znalazłem genialne wypełnienie niszy, pomiędzy Cartier Roadster, Pradą Infusion de Vetiver, a Lalique Hommage L’Homme Voyageur! Wszystkie trzy są zjawiskowo piękne, zacne, zniewalające, arcy finezyjne i absolutnie wysmakowane – a ich hipotetyczna hybryda, powinna w moim mniemaniu pachnieć właśnie tak!. Uwierzylibyście, że pomiędzy tymi trzema, arcy wymuskanymi i wykwintnymi kompozycjami, wciąż znalazło się miejsce dla czwartego gracza?

cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu

Ależ TAK!!!. Wyrażone z iście włoskim polotem i niewymuszoną elegancją, porywające, szlachetne, no po prostu orgazmistyczne połączenie vetivery, mięty i ambrette/heliotropu – dało coś, co stanowi kwintesencję tych trzech pachnideł i zarazem wariację, godną zestawienia z każdym z nich z osobna!. Obcując z czymś tak pięknym, tak porywająco lekkim, wyśrubowanym, wysmakowanym i poruszającym finezją i delikatnością z jaką wyartykułowano każdy detal bukietu – aż trudno uwierzyć, że w 2016 roku Cartier wypuścił też gniota pokroju L’Envol… Ja rozumiem, że można mieć słabsze kompozycje w portfolio, bo choć zawsze ceniłem Cartiera za jakość ich wysmakowanych konceptów – to L’Envol autentycznie postrzegam w kategorii katastrofy, wypadku lub sabotażu…

cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu-reklama

Ale wróćmy do rzeczy przyjemnych, czyli zaznajomimy się z lekkim i cudnej urody bukietem Vetiver Bleu. O dziwo nie czuję tu wymienionej w oficjalnym wykazie nut lukrecji, za to wyraźnie czuje przemilczane ambrette – to samo, które stanowi oś i esencję bukietów zarówno wspomnianego Lalique Hommage Voyageur oraz w bardziej esencjonalnej i wylewnej formie u Olfactive Studio Ombre Indigo. Owo słodkie, nieco marchewkowo ołówkowe i ambrowe zarazem ambrette, dopełniono wytrawnością przede wszystkim korzenia (a nie liści) vetivery. Tutejszą vetiverę zaserwowano na ciepło, bez konotacji „piwniczno ziemistych” i w wysokim stężeniu – więc razem z lekko ołówkowym ambrette i/lub ambroxanem, tworzą doskonale uzupełniający się duet – wybrzmiewający w nadrzędnej, równej, bardzo spójnej i diabelnie przyjemnej tonacji. Odnoszę wrażenie, że w tle formuły zawarto również niewielką domieszkę jakiegoś „drzewnego konglomeratu” o wybitnie syntetycznym rodowodzie, acz stanowiącym całkiem niezłe dopełnienie dla wątku przewodniego.

cartier-vetiver-bleu

Ale najbardziej budujące jest to, że ta subtelna równowaga pomiędzy świeżością ciepłej vetivery, a ambrette nie ulega zachwianiu, choć w tle pojawia się niezidentyfikowany akcent drzewny. Niezidentyfikowany i na wskroś lakoniczny, ale jego anonimowość nawet nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, ładnie stapia się z nieszczególnie wylewnym krojem całości. W tym zapachu trudno też doszukiwać się tu podziału na tradycyjne akordy, bo choć zapach rzeczywiście w nieznacznym stopniu ewoluuje, to czyni to w stopniu kosmetycznym, ocierając się o formę monoscentu. Ale jeśli cenicie spokój, finezyjną stateczność i harmonię, bijącą od Hommage Voyageur, Ombre Indigo i Prady Infusion de Vetiver – to macie kolejnego milusińskiego, we właśnie tej tonacji…🙂cartier-eau-de-cartier-vetiver-bleu-edt

rok powstania: 2015

nos: nieznany wirtuoz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: mięta,
Serce: lukrecja,
Baza: wetyweria,

Napisane przez: pirath | 22 Listopad 2016

Paco Rabanne – Invictus Aqua, czyli Polopiryna Extreme…

Zauważyliście że ostatnimi czasy, producenci leków zmienili taktykę?. Pewnie po spadających słupkach sprzedaży „suplementów diety„, wykminili, że klienci połapali się, w czym tkwi różnica pomiędzy lekiem, a suplementem diety. Stąd reklamy coraz częściej „dobitnie podkreślają”, iż chodzi o LEK, a nie suplement – aby rzesze hipochondryków i potencjalnych klientów, poczuły się bardziej przekonane co do ich efektywności.😉 A skoro już jesteśmy przy lekach, to zauważyłem, że perfumeryjna moda na „Intense” dosięgła również nazewnictwa środków farmaceutycznych. Max, Forte i Duo są już passe – bo oto będąc niedawno u przyjaciół, z wypiekami na twarzy śledziłem reklamę, uwaga: Bilobilu Intense…😉 Czekam zatem na Polopirynę Extreme, Rutinoscorbin Night Intense i syrop z wyciągiem z oudu i miłorzębu… Strach pomyśleć co to będzie, gdy zintensyfikują Viagrę…🙂

paco-rabanne-invictus-aqua

 

Ale do meritum… A więc pierwszy Invictus był tak dennym, miernym i zarazem nachalnie reklamowanym zamachem na portfele klientów – iż w ogóle olałem jego opisanie, ograniczając się tu i ówdzie do wtrącenia lakonicznego, „ku przestrodze„. Wiecie, nie tykaj g… to nie będzie śmierdzieć, a naturalna selekcja sprawi, że pomimo dziesiątków milionów wpakowanych w marketing tego badziewia, ludzie szybko o nim zapomną. Niestety marketingowcy od Paco też mają świadomość, że na dłuższą metę trupa/niewypału reanimować się nie da – więc przystąpili do kontrataku, wypuszczając Invictusa Aqua. Kij że jesienią, wszak reklamy T-Mobile i Coca Cola podcierają się, tfu posiłkują się akcentami świątecznymi, już od połowy listopada – więc czemu nie wypuścić letniego świeżaka już zimą?…😉

paco-rabanne-invictus-aqua-box

 

Jedno można zaliczyć Invictusowi Aqua na plus, a mianowicie posiada potężną projekcję i moc rażenia porównywalną z największymi świeżakowymi killerami, od Armaniego i Bvlgari oraz Bentleyem Azure – bo w sumie to bukiet tego ostatniego, najmocniej Invictus Aqua przypomina. Również projekcja Aquy jest chwilami tak monumentalna, że aż przytłaczająca – i tu również kłania się w pas analogia, do wspomnianego Bentleya. Nie, nie twierdzę że są identyczne, ale pod względem monumentalizmu z jakimi je wyrażono, są bardzo podobne. Niestety to koniec superlatyw, bo już pod względem tematyki, Aqua jest porażająco wtórna, nudna i nie wnosi sobą absolutnie nic nowego. Ot ktoś sklonował jedno z najpopularniejszych połączeń aromatycznych ziół i przypraw, jakim wybrzmiewają ultra poprawnie politycznie casualowce i próbuje to sprzedać z kompletnie nieadekwatną nazwą Aqua… Powiem wprost, te perfumy nie mają z wodą absolutnie nic wspólnego…

paco-rabanne-invictus-aqua-reklama

Ale z dwojga złego lepiej w tę stronę, bo w moim odczuciu „niedoszacowanie„, zawsze wygląda lepiej niż przesadne epatowanie nieadekwatnym nazewnictwem, aka Intense, Extreme. Invictus Aqua to tak naprawdę kolejny klon Bentleya Azure, Beckhama Classic, Hugo Bossa The Scent i kilkudziesięciu innych przyprawowy ziołowych casualowców z przytupem, nieco narowistych i pozornie temperamentnych – ale i stosunkowo szybko wytracających swój początkowy impet. Pachnie to to poprawnie, ba wręcz dobrze i doprawdy nie sposób przyczepić się do wykonania tych perfum – poza wspomnianą wtórnością.

paco-rabanne-invictus-aqua-reklama-2

Schyłek kompozycji jest stosunkowo cichy, mętny i nijaki, jak przystało na nowożytne koncepty, silące się na ambrowo balsamiczny sznyt – więc po prostu przemilczę to niezbyt ciekawe stadium. Oczywiście zapach reklamuje „wydziarana golizna„, bo jakby było inaczej oraz co odbieram jako szczególnie rażące – pierdoły i dyrdymały w wykazie nut!. Chciałbym wiedzieć co to jest „drewno bursztynowe„, bo pierwsze słyszę o takowym gatunku i jeśli nie jest to błąd w tłumaczeniu jakiegoś stażysty w agencji PR, która „wysmażyła” to arcy kreatywne dossier – chciałbym poznać więcej informacji, na temat występowania tego równie mistycznego co „pierdy jednorożca„, składnika… Ale pewnie okaże się, że „drewno bursztynowe” to wynalazek pokroju „drewna kaszmirowego„, czy innej „praliny” – będącej jedynie przerostem marketingu nad treścią…🙂paco-rabanne-invictus-aqua-edt

rok wodowania: 2016

nos: anonimowy farmaceuta

projekcja: wpierw monstrualna, z czasem dobra

trwałość: uczciwa

Głowa: yuzu, grejpfrut, różowy pieprz,
Serce: woda morska, liść fiołka,
Baza: ambra, drzewo bursztynowe, drzewo gwajakowe,

Nie lubię pisać ogólnych zestawień i kompendiów, bo ciężko się to czyta (objętość, plus lakoniczność) – ale skoro jesień za oknem, a nos porażony katarem, to coś trzeba robić z czasem🙂 Pytacie mnie w wiadomościach, co bym polecił na jesień i zimę, tudzież co się wtedy najlepiej sprawdzi lub czego sam używam – więc niniejsze zestawienie nie będzie klasycznym przeglądem oferty rynkowej (nie wyobrażam sobie wrzucenia do jednego wpisu kilkuset zapachów), a swoistym mini przewodnikiem po dotychczas zamieszczonych recenzjach. Wiem że ciężko wertować zasoby całego bloga, więc myślę, że zamieszczenie najciekawszych pozycji w obrębie jednego wpisu, będzie miłym ukłonem w stronę osób dopiero zaczynających przygodę z perfumami oraz szukających konkretnych brzmień.

A jakież to są te konkretne brzmienia? Gdy za oknem chłód i mrok, wówczas chętnie sięgamy po brzmienia ciężkie, wyraziste i przede wszystkim słodkie. Ma to również swoje odzwierciedlenie w nieubłaganych prawach fizyki oraz chemii, a których to niebagatelnego wpływu na użytkowanie perfum, zwykle na co dzień nie dostrzegamy (nie widzimy związku). Gdy na dworze jest zimno, nasze perfumy projektują gorzej (mniej wyczuwalnie pachną), bo zapachowi naniesionemu na naszą skórę dostarczana jest zbyt mała ilość ciepła/ energii (z otoczenia i naszego wychłodzonego przez aurę ciała), aby skutecznie i efektywnie poderwać stosunkowo ciężkie olejki zapachowe z powierzchni skóry. Objawia się to znacznie słabszym odczuwaniem obecności perfum na skórze i ich skromniejszą projekcją (promień oddziaływania, ew. skromniejszy ogon, który nimi za sobą zostawiamy) co przekłada się na wrażenie, że zapach słabo pachnie, więc w efekcie popełniamy błąd aplikując go znacznie więcej.

A co się stanie gdy tak obficie skropieni, wejdziemy do bardzo ciepłego pomieszczenia? No właśnie, zamiast umilić sobie i innym życie subtelną wonią naszych perfum – zgwałcimy siebie i innych nieznośnym, przytłaczającym i wszędobylskim odorem, więc osiągniemy efekt odwrotny od zamierzonego… Zatem kluczem do efektywnej i zadowalającej projekcji perfum jesienią i zimą, jest taki dobór kompozycji zapachowej – której skład i właściwości, pozwolą zapachowi na efektywną pracę w trudnych warunkach pogodowych/ termicznych. Takimi zapachami są właśnie ciężkie i zawiesiste słodziaki, zapachy ambrowe, drzewne, przyprawowe i gourmand*, które latem i ciepłą wiosną odbieramy jako wonie wręcz przyłączające i niezdatne do użycia. Pamiętajmy że to co latem wydawało się zbyt ciężkie (esencjonalne i nazbyt aromatyczne kwiaty, piżma, drewna i przyprawy), właśnie zimą lub jesienią będzie pachniało na nas akuratnie i zarazem bardzo przyjemnie. I właśnie po tego rodzaju zapachy powinno się sięgać gdy chłodno, wietrznie i mokro, gdyż po pierwsze dają radę i pasują, ale co najistotniejsze – właśnie wtedy ich używanie sprawia największą radość i przyjemność.

*gourmand, to kompozycje zapachowe lub monoscenty, pachnące w sposób wyraźnie kulinarny i apetyczny – dając jednoznaczne skojarzenia z jedzeniem, np. ciasta, czekolada, kawa, słodycze i napoje.

Na szczęście na rynku jest cała masa kompozycji, które efektywnie, ba wręcz spektakularnie sprawdzą się tam – gdzie nie dadzą rady lekkie owocowo morsko ozonowe świeżaki i casualowce, które aplikujemy na siebie latem. Wprawdzie wśród zapachów dedykowanym na chłodniejsze pory roku dominują wonie słodkie, wręcz upierdliwie słodkie – ale spokojnie, jeśli nie przepadacie za zwalistą słodyczą toffi czy karmelu, to nie jesteście na nią skazani. Sądzę że w przebogatej ofercie rynkowej, którą raczą nas producenci (oraz po wstępnym odfiltrowaniu fikcji, bełkotu i produktów jedynie udających to czym są**) znajdzie się zapach, który umili Wam słotę i mróz, rozwiewając swym przyjemnym aromatem jesienną depresję. Oprócz niezawodnej klasyki pokroju Givenchy Pi, Boucheron Jaipur, Clavin Klein Obsession for Men, Yves Saint Laurent Opium, Burberry London, Tom Ford Tobacco & Vanille, Ted Lapidus Black Soul, Cartier Must, Paco Rabanne 1 Milion Intense, pozwolę sobie przypomnieć o istnieniu poniższych:

**niestety gro zapachów oferowanych jako Intense, Extreme i Parfum (a więc dedykowanych chłodnej aurze) to tylko ściema i marketingowa wydmuszka, będąca jedynie bezczelnym zamachem na portfele nieświadomych przekrętu klientów.

Amouage – wprawdzie najnowsze wypusty raczej rozczarowują (głównie następującymi po sobie zbyt szybko premierami, co niestety przekłada się na jakość konceptów) – ale Jubilation XXV, Gold, Memoir i Honour, to kwintesencja najbardziej górnolotnego i spektakularnego warsztatu w kreacji, którym Amouage zapracowało sobie na swoją dotychczasową pozycję.

amouage-jubilation-xxv-eau-de-parfum-50ml

Armani raczej sygnuje niezobowiązujące i ciepłolubne świeżaki oraz casualowce, ale Eau de Nuit i Code Ultimate zdecydowanie reprezentują brzmienie, który chciałoby się nosić gdy chłodno.

Giorgio Armani Eau de Nuit

Azzaro ma do zaoferowania przyprawowego Visit i równie wytrawne co odrobinę oldskulowe Pour Homme i z tego co pamiętam oba zostawiały ~10 metrowe ogony.

azzaro__visit__100ml__edt__m

Balmain to niezbyt w Polszy znany brand, za to mający do zaoferowania totalnie odmiennie zaserwowane cytrusy w Monsieur oraz niebanalnego, suchego i diabelnie męskiego Carbone

balmain carbone

Bentley to kwintesencja jakości i dobrego smaku oraz brand, który przywrócił światu genialnego i nieodżałowanego Guci Pour Homme w postaci Bentleya Absolute. Ale jeśli Absolute wydaje się zbyt korzenny, to polecam zdecydowanie balsamicznego Men Intense lub odrobinę pikantnego i pomimo pewnej wtórności pachnącego nieziemsko, Infinite Intense.

Bentley Absolute For Men

Banana Republic Cordovan – ciężko go trafić i jest niezbyt trwały, ale jest przepięknym, iście świątecznym połączeniem cynamonu i figi – wręcz stworzonym na umilanie chłodów.

banana_republic_cordovan1

Bottega Veneta Pour Homme to prawdziwe objawienie i kwintesencja włoskiej finezji w kreacji – czego nie można powiedzieć o słabiutkiej i wcale nie ekstremalnej wersji Extreme.

Bottega Veneta pour Homme

Boucheron kocha ciężki, zawiesisty i esencjonalny orient, którego wybornym przykładem są ciepłe i pełne przepychu Jaipur i Pour Homme.

Boucheron - Jaipur

Bugatti Design & Motion to jeden z tych zapachów, za którym uroniłem łzę (na wieść że go wycofali). Ma niesamowite brzmienie i powalającą trwałość oraz projekcję, wiec jeśli gdzieś znajdziecie jego niedobitki…

design-motion-bugatti

Burberry ostatnio bardzo się opuścił i skomercjalizował, ale w ofercie marki wciąż jest niedościgniony London – czyli kwintesencja i wzorzec zapachu idealnego na jesień i zimę.

burberry-london-eau-toilette-spray17789

Bvlgari ma w swojej ofercie ekstremalnie drzewnego Man i cudownie balsamicznego Man in Black EdP, więc jeśli szukacie czegoś na chłody, to polecam tę dwójkę.

Bvlgari Man In Black

Calvin Klein to przede wszystkim obłędny Obsession for Men oraz dyskretny Dark Obsession, ociekający apetyczną słodyczą The One Shock, esencjonalne Euphoria Intense i Intense Gold oraz delikatny Revel, więc jest z czego wybierać.

calvin-klein-obsession-for-men

Cartier też Was rozpieści, jak nie całorocznym Declaration, to ciepłym i różanym Declaration d’Un Soir, niesamowicie gorącym Santos’em, orientalnym Pashą oraz równie zniewalającymi co trudno w Polsce osiągalnymi Must i Must Essence

Cartier Must

CB I Hate Perfume to w sumie nisza ekstremalna i arcy trudno dostępna, ale porywająco autentyczny zapach palonych jesienią liści w Burning Leaves i ciepła woń terpentyny w Russian Caravan Tea, są warte zachodu by je zdobyć…

CB I Hate Perfume - Burning Leaves

Cerruti nie wiedzieć czemu nie święci trumfów w światowej stolicy kebaba, więc przypominam o istnieniu niesamowitego 1881 Bella Note.

Cerruti 1881 - Bella Notte Man

Chanel – najchętniej w ciemno wspomniałbym o Antaeusie i Egoiste, ale w świetle tego czym są teraz i ich parametrów, nie wiem czy po ostatnich reformulacjach wypada je rekomendować… Ale na pewno warto wspomnieć o Chanel Coromandel i Sycomore z linii Les Exclusifs de Chanel, które pachną po prostu nieziemsko…

chanel coromandel

Christian Lacroix Tumulte, to kwintesencja rozgrzewającej, balsamiczno apetycznej – bo skąpanej w szlachetnych żywicach oraz śliwkowym labdanum kompozycji na jesień i zimę.

Tumulte Homme

Comme des Garcons – w CdG kochają kadzidło i tworzą na jego kanwie kompozycje wprost stworzone pod rozświetlanie chłodu. Że wspomnę tylko nieziemską serię Incense (wszystkie pięć) oraz Man2, pieprzny Black i niesamowicie drzewny Wonderwood.

Comme des Garcons Black

Cristiano Ronaldo Legacy, to niewątpliwie jedna z lepszych premier roku i zarazem zapachów komercyjnych, więc z czystym sumieniem polecam.

Cristiano Ronaldo – Legacy

Custo Barleona Custo wprawdzie na kilometr trąci odgapiostwem od Le Male, ale jest równie skuteczny na mróz za oknem, co oryginał…

Custo-Barcelona-Man-edtDavid Beckham Homme i kropka. Nie ma lepiej skrojonego, bardziej finezyjnego i szybciej zdzierającego majtki z płci przeciwnej drewniaka z tej klasie na rynku i koniec!

David Beckham Homme

Davidoff Champion może nie jest najbardziej jesiennym zapachem ever, za to jest diabelnie skuteczny i energetyzujący, a to się zawsze sprawdza na rozgrzewkę. Warto też wspomnieć o równie rozgrzewającym co nośnym Zino – bo prześliczny, ale niestety słabowity Horizon, raczej się w chłody nie sprawdzi.

Davidoff Zino

Demeter Prune będzie idealnym dodatkiem do świątecznego sweterka z reniferem i czapki św. Mikołaja, ponieważ pachnie dosłownie świątecznym piernikiem ze śliwkami, mniam!.

Demeter Prune

Diesel Olny The Brave Tatoo i Zero Plus Masculine sprawdzą się wyśmienicie. Pierwszy jest utrzymany w bogatej konwencji Paco 1 Milion, zaś drugi pachnie głównie cynamonem.

Diesel - Only The Brave Tattoo

Dior bawi i cieszy cały rok, a klasyczny Fahrenheit (plus wersja Parfum), balsamiczno kadzidlany Absolute z łatwością umilą chłód i mrok. Warto też wspomnieć o zacnej rodzinie Homme (wszystko poza Sport i Cologne) oraz Eau Sauvage Extreme, który w przeciwieństwie do leszczowatego Sauvage, pachnie nawet przy -30 stopniach😉

Dior - Homme Parfum

DKNY w sumie nie ma wiele do zaoferowania poza Men, pachnącym łudząco podobnie do Dior Eau Sauvage Extreme i kultowej już „pościelówyBlack Cashmere. W teorii BC zapach jest damski, ale w praktyce jest bardziej męski niż większość dedykowanych mężczyznom nowości.

blackcashmere_edpspray_w

Dolce & Gabbana, to przede wszystkim Pour Homme Intenso, klasyczny Pour Homme (jeśli zadowoli Was trwałość i projekcja wersji bieżącej) i zmysłowy The One Gentleman.

Dolce & Gabbana - Pour Homme Intenso

Dsquared2 robi głównie purystyczno drzewne świeżaki, ale w ich ofercie jest również Potion (EdT i EdP), więc wpierw przymierzcie, który Wam bardziej przypasuje…

potion

Dunhill to ze względu na krzywdzącą i niemiarodajną segmentację „drogeryjny massmarket„, ale marka ma do zaoferowania więcej niż nie jeden wysoko lokowany brand komercyjny – w tym naprawdę niezłego Brown, więc obniuchajcie…

dunhill brown for men 01

Eau d’Italie to niezbyt znana nisza, ale ich nieziemski korzenno balsamiczny Baume du Doge to prawdziwe cudeńko.

43211

Emanuae Ungaro, to przede wszystkim niesamowity Ungaro III i osnuty oraz ociekający magią ISO E Super, Ungaro Man

emanuel ungaro III 04

Escentric Molecules – a skoro już jesteśmy przy magii ISO E Super, to czy można nie wspomnień o arcy zniewalających Molecule 01 i nieco bardziej industrialny Molecule 02

Molecule 01 - Escentric Molecules

Etat Libre d`Orange ma w ofercie całkiem sporo zapachów godnych uświetniania nimi jesieni, ale opisałem jedynie Tom of Finland, choć wspomnę Wam jeszcze o Rien.

Etat Libre d`Orange - Tom of Finland EdP

Farmacia SS to brand który kojarzymy głównie z niefortunnego połączenia liter S, w nazwie – ale mają w ofercie Annunziata Isos, zapach wprost stworzony na jesień i zimę.

Isos

Floris również nie wywołuje swą nazwą ekscytacji nad Wisłą, ale jeśli zobaczycie gdzieś ich testery – to polecam Wam niekoniecznie sandałowego Santal’a, również dlatego, że przypomina nieodżałowane męskie Gucci Envy.

Floris Santal

Givenchy to nie tylko legendarne Pi, ale i całkiem niezły Only Intense oraz przyjemy w noszeniu Play Intense.

Givenchy Play Intense edt 03

Gucci – aktualnie nie oferuje kompletnie nic, co nadawałoby się do noszenia jesienią i zimą – za co możemy podziękować min. Fridzie Giannini, na szczęście już byłej dyrektor kreatywnej domu mody Gucci. Ale warto wspomnieć o wielkich nieobecnych (choć czasem jeszcze osiągalnych), czyli Gucci Pour Homme (dziś jako Bentley Absolute), Gucci Envy (dziś jako Floris Santal) oraz Rush (podobnie pachnie któryś z króliczków od Rouge Bunny Rouge), które przepięknie rozświetlały sobą chłód i mrok…

gucci-pour-homme

Guy Laroche to przede wszystkim fantastycznie skrojony Drakkar Noir, pachnący całkiem podobnie do Ungaro III, jeśli to pomoże Wam jako rekomendacja.😉

Guy Laroche - Drakkar noir

Guerlain to w świecie perfum marka ikoniczna i legendarna, ale ostatnio wdepnęła w krótkowzroczną politykę serwowania swym klientom koniunkturalnego badziewia. Nie powinno więc nikogo dziwić, że w temacie zapachów na jesień i zimę, mają do zaoferowania wyłącznie swój klasyczny i leciwy dorobek. A że mowa o niesamowitych i ponadczasowych L’Instant, Habit Rouge, Heritage oraz ultra wszechstronnym Vetiver – więc nie będziecie zawiedzeni.

Guerlain - L'Instant de Guerlain pour Homme Eau Extreme

Hermes jest głownie kojarzony przez pryzmat ultra zwiewnych i skrajnie minimalistycznych arcydzieł Jean Claude’a Elleny (ogródki i colognes) – co nie znaczy, że jesienią i zimą zostajemy na lodzie. Nawet na mrozie, ze względu na swą nośność i charyzmę sprawdzą się Terre d’Hermes (zarówno EdT i EdP), Voyage EdP oraz klasyczne i ultra męskie Rocabar i Bel Ami.

hermes voyage parfum 03

Hugo Boss oferuje pierdylion zapachów, w tym Intense i Extreme – ale Wasza uwaga powinna się przede wszystkim skupić, na kultowym i ponadczasowym Bottled i bardzo udanym Bottled Intense.

Boss Bottled

Jesus Del Pozo stworzył nieziemsko pachnące Arabian Nights, bardzo orientalne i modne – ale pachnące przepięknie i w przeciwieństwie do większości oferty rynkowej, naprawdę warte uwagi…

Jesus Del Pozo - Arabian Nights

Jacques Bogart ma ws swojej ofercie nieco oldskulowego tonkowego killera, czyli Pour Homme. Śmiem twierdzić, że te perfumy wygrają konfrontację nawet z ciekłym azotem…🙂

bogart-pour-homme

James Heeley stworzył skostniałego i wyniosłego Cardinal’a – ale, że jesień i zima kochają kadzidło w każdej postaci, to pokochają miłością bliźniego i Kardynała

cardinal-heeley

Jean Paul Gaultier, to 267 identycznie pachnących zapachów, z dopiskiem Le Male w nazwie – ale poza klasykiem, polecę Wam jeszcze wysublimowanego i naprawdę ciekawszego Ultra Male.

Jean Paul Gaultier - Ultra Male

Joop! to w sumie klasyczny i niezatapialny Homme i koniec…

joop-homme-woda-toaletowa-75-ml_0_b

Jovoy Paris są drodzy, pretensjonalni i snobistyczni, ale jest to jeden z nielicznych przykładów niszy tworzącej pełną gębą i wartą każdego grosika, którego krzyczą za swoje wyroby! Opisałem zaledwie wycinek ich oferty, ale wszystko to sprawdzi się jesienią i zimą wprost wybornie.

Jovoy - Les Jeux Sont Faits

Juicy Couture mają w ofercie Dirty English – łobuza, który naprawdę daje radę rozbawić, gdy człowieka dopadnie jesienna chandra.

DirtyEnglish_M_1

Kenzo to nie tylko piżmowo, ozonowe, wodne świeżaki i siekiery na wiosnę i lato – ale i wybornie spisujący się jesienią ortodoksyjnie drzewny Boisee i przypominający Davidoffa Zino, Jungle.

Kenzo_Homme_Boisee

Kilian wprawdzie sprzedał się niedawno gigantowi Estee Lauder, ale w ofercie marki wciąż pozostają perełki pokroju Straight to Heaven oraz Asian Tales Sacred Wood

Straight to Heaven

L’Artisan Parfumeur ostatnio mocno przerzedził swoją ofertę, wycinając część tematycznej klasyki, min Tea for Two – ale jeśli będziecie mieć okazję powąchać Premier Figuier Extreme lub nieziemskiego Al Oudh, to gorąco polecam jesienne propozycje tej prawdziwie niszowej marki.

L'Artisan Parfumeur - Tea for Two

Piver przy okazji niedawnych reformulacji niestety zszedł na psy z jakością – ale w moim odczuciu nad Cuir (dawniej Cuir de Russie) wciąż warto się pochylić, a zwłaszcza o tej porze roku…

L.T. Piver - Cuir EdT

Lacoste – tylko Challange. Wprawdzie nie jest to klasyczny zapach na zimę, ale wziąwszy pod uwagę całokształt oferty tej marki, ten ma największe jaja, dynamikę, klasę i polot…

Lacoste Challenge Men

Lalique oferuje to, co tygryski kochają najbardziej, a więc na przystawkę pachnący zawsze wyśmienicie, klasyczny Encre Noire i jego wersja L’Extreme – choć ten może w przypadku dużych mrozów rozczarować (co ze względu na specyfikę EdP i Pafum, nie powinno nikogo dziwić) oraz Hommage, Hommage Voyageur i na koniec majerankowy Equus. Gwarantuję, że w ofercie Lalique, każdy znajdzie coś dla siebie i na każdą porę roku.

Lalique - Encre Noire EdT

Lanvin to nieziemsko tonkowy Avant Garde i styknie…

Lanvin Avant Garde

Laura Biagiotti – ni mniej ni więcej, Roma. Słodka i w ciepłe pory roku zwalista, za to zimą i jesienią pachnie wprost czarująco.

Laura Biagiotti Roma Uomo

LM Parfums tak wiem, w tym całym pokłosiu po oudomanii, trudno polecić oud niebanalny i niepowtarzalny – ale Black Oud zdaje się być właśnie takim ujęciem, tej szlachetnej ingrediencji.

LM Parfums - Black Oud

Loewe to przede wszystkim klasyczne goździkowe 7, genialne i zarazem naprawdę balsamiczno goździkowe 7 Anonimo i jakby komuś było mało lub miał alergię na gluten i goździki – gorrrące Solo Absoluto!

loewe-7-anonimo

Lolita Lempicka w zasadzie wszystko robi słodkie i pod zimową aurę, ale Illusions Noires Au Masculin Eau de Minuit i Eau de Masculin, zdają się być tego kwintesencją.

Lolita Lempicka - Illusions Noires Au Masculin Eau de Minuit

Lubin w zasadzie żyje ze sprzedaży jednych perfum, Idole de Lubin i ich wersja perfumowana to ponoć jeden z największych niszowych hitów i jednocześnie jedna z bardziej strawnych i uniwersalnych propozycji na ukojenie jesiennej chandry.

12780_1

Maurer & Wirtz choć z nazwy nie kojarzony przez nikogo, oferuje nam Tabac – czyli jeden z ciekawszych, cieplejszych i skuteczniejszych zapachów na rozgrzewkę, w cenie około 2 groszy.😉

en-ucuz-tabac-original-edt-100-ml-erkek-parfumu_16926114

Marc Jacobs z perspektywy czasu doszedłem do wniosku, że pieprzowy aż do bólu Bang!, to są naprawdę niezłe perfumy.

marc-jacobs-bang-100ml-woda-toaletowa-m-marc-jacobs-bang_0_b

Mont Blanc produkuje Presence, cudowne i arcy przyjemne perfumy z wyczuwalną nutką anyżu, które są prawdziwym balsamem na zimno…

mont blanc presence old 01

Montale ma w ofercie około miliarda perfum, w tym 990 milionów oudowców – ale prawdziwe perełki też im się trafiły, w tym arcy niebanalne Patchouli Leaves i Blue Amber

Montale - Blue Amber

M.Micallef oferuje wiele zapachów, ale słodkawy i drzewny Gaiac wydaje się najbardziej stosowny na jesienną słotę.

miccalef-gaiac

Narciso Rodriguez dosłownie wbił mnie w ziemię swym najnowszym for Him Bleu Noir, więc i Wam polecam dać się nim zmiażdżyć😉

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir

Nasomatto to marka na którą posiadam swoistą alergię (jak na wszystko z przerostem amazingu i ideologi nad treścią), ale Black Afgano mimo wszystko warto polecić.

Black+Afgano

Norma Kamali – Incense, bo jak nie teraz to kiedy?, bo jak nie Wy, to kto? – że pozwolę sobie zacytować J.F.Kennedy’ego, w obliczu jednej z najbardziej ekstremalnych i zarazem jesiennych kompozycji niszowych ever!

Norma Kamali Incense

Olfactive Studio zmajstrowało przed paru laty Ombre Indigo – jeden z ładniejszych, bardziej nietuzinkowych, noszalnych i ekstremalnie balsamicznych zapachów w nurcie niszy nowoczesnej.

Olfactive Studio Ombre Indigo

Olivier Durbano to moim zdaniem jego „święta trójca„, czyli Black Tourmalin, Rock Cristal i Heliotrop… the end

Olivier Durbano - Turmaline Noir

Olympic Orchids Artisan Perfumes DEV #2: The Main Act – bo jeśli kochaliście Saharę Noir Toma Forda, to przedstawiam Wam jej wciąż produkowaną kontynuację.

Olympic Orchids Artisan Perfumes - DEV #2 The Main Act EdP

Paco Rabanne 1 Milion choć trochu wulgarne i kiczowate, jest też wypustem ikonicznym – za co należy mu się miejsce w panteonie perfumeryjnych legend. Więc tym bardziej warto polecić i zarekomendować jego szlachetniejsze i bardziej dopracowane wersje, czyli Intense oraz najnowszego Prive.

paco-rabanne-1-million-prive

Parfum d’Empire to gęste, zmysłowe i esencjonalne Ambre Russe, Wazamba, Aziyade i Cuir Ottoman, które z łatwością rozświetlą mroki najbardziej przygnębiającej jesieni…

01CuirOttoman

Paul Smith Man i Man 2, czyli gdzie diabeł nie mógł posłać min. Armaniego Eau de Nuit i Diora Homme (plus mniej więcej kilkanaście innych), tam posłał Paula Smitha

Paul Smith - Man 2 EdT

Piotr Czarnecki Sensei EdP, czyli zapach z naszego rodzimego podwórka, a którego nie powstydziłaby się komercyjna nisza…

Piotr Czarnecki Sensei EdP

Prada to w zasadzie wyłącznie Amber Pour Homme i zapomnijcie o wersji rzekomo „Intense„…

prada-amber-pour-homme-eau-toilette-spray216533

Pro Fumum Roma to kwintesencja tego, czym nisza być powinna w kontekście jakości – i zarazem nirwana dla miłośników szlachetnych żywic, których Arso, Tundra i Olibanum są żywym ucieleśnieniem.

Pro Fumum Roma - Olibanum

Rasasi to przede wszystkim tytoniowo miodowy Dhanal Oudh Nashwah, truskawkowo oudowy Dhan Al Oudh Al Nokhba i tytoniowo piżmowy La Yuqawam Tobacco Blaze.

Rasasi - Dhanal Oudh Nashwah

Robert Piguet to marka, która kompletnie nic nikomu nie mówi – więc po prostu powąchajcie jego Bois Noir i Casbah

Robert Piguet - Bois Noir

Rouge Bunny Rouge – wprawdzie z braku próbek recenzje premierowych trojaczków po dziś dzień nie doczekały się publikacji na blogu, ale ZDECYDOWANIE warto odnotować ich istnienie i poznać je na własne nozdrza😉

Rouge Bunny Rouge

Rochas ma w ofercie niepozorny i niezbyt męski przez wzgląd na flakon Man, ale to jeden z najpiękniejszych pościelowych ściemniaczy i rozpinaczy staników jaki istnieje na rynku…😉

rochas man 01

Serge Lutens L’orpheline, Serge Noir oraz jeśli Serge jeszcze do reszty nie oszalał i wciąż łaskawie produkuje: Ambre Sultan, Fille en Aiguilles, Russe, Fleurs d’Oranger, Fumerie Turque, Borneo, Five O’Clock au Gingembre, Clair de Musc i inne, bo trudno o swego czasu równie charyzmatyczną i twórczą markę niszową.

Serge Lutens - L'orpheline

Syed Junaid Alam Rasikh to zapach, który w obrębie jednego flakonu połączył dwa teoretycznie niemożliwe do połączenia światy, więc polecam!

Rasikh

Ted LapidusBlack Soul i Black Soul Imperiale, konkretnie i na temat!.

ted lapidus black soul imperiale

Thierry Mugler tak jak Pratchett, czy twórcy Star Wars i Star Treka, stworzył swoje własne uniwersum, w którym mocno odciśnięto jego czekoladowo kawowo paczulowe piętno – więc więc w zasadzie każdy zapach z pod znaku A*Men, nada się do walki z demonami chłodu i mrocznej strony doby…

Thierry Mugler – AMen Les Parfums de Cuir Pure Leather

Tom Ford, jestem na siebie zły, że tak słabo i lakonicznie poznałem dość obszerną ofertę Forda, ale Tobacco Vanille, Black Orchid i nieodżałowaną Sahara Noir powinien poznać każdy… Ze szczególnym naciskiem na Tobacco Vanille, bo ta niemiłosiernie żywotna i wszędobylska siekiera została chyba stworzona, do walki ze skutkami jesieni i zimy😉

tom ford tobacco vanille 100 ml

Valentino Uomo, to żywy przykład co w praktyce oznacza wyrafinowana i finezyjna włoska kompozycja…

Valentino Uomo

Versace Dreamer latem zabija i męczy, ale gdy za oknem chłodno i wszystko przestaje pachnieć – tonkowo lawendowy pacyfikator od Versace naprawdę daje radę…

VERSACE DREAMER

Viktor&Rolf zbłaźnił się pierwszą „przyprawową bombą„, nudną i wtórną – za to Spicebomb Extreme to pełna rehabilitacja!

Viktor&Rolf - Spicebomb Extreme

Viktoria Minya Hedonist to zarażające optymizmem perfumy, pachnące latem i miodem, więc któż się im oprze?

Hedonist EdP

Yas Perfumes Al Malaki to zapach, który za sprawą swego czarującego bukietu – poradzi sobie z jesienną depresją skuteczniej niż kilogram czekoladek, kot + koc i Dzienniki Bridget Jones…😉

Yas Perfumes - Al Malaki

Yves Saint Laurent dał nam ostatnio fantastyczne La Nuit de L’Homme L’Intense Eau de Parfum, a wcześniej kultowe choć reformuowane M7 Oud Absolu, Opium i Kouros’a, więc drżyj jesienna chandro!

Yves Saint Laurent - La Nuit de L'Homme L'Intense Eau de Parfum solo

Zirh Ikon pięknie uświetniał sobą jesień, ale dziś trudno o jego pierwotną odsłonę z magnetycznym metalowym korkiem…

zirth - ikon

więcej grzechów nie pamiętam…😉 Mam świadomość, że wielu murowanych hitów i klasyków zabrakło w niniejszym zestawieniu – ale powtarzam, że chodzi o rekomendacje zapachów opisanych wcześniej na łamach tego bloga.

Na wstępie uprzedzam, że nim przejdę do meritum, będzie sporo offtopu i przykładów, ale zapewniam iż jest to niezbędne zarówno dla wyłuszczenia fenomenu tworzenia jakże modnych dziś Intense – jak i podkreślenia, dlaczego akurat ten jest wyjątkowy…

tablet

Sięgając po próbkę Chrome Intense, byłem niemal pewien, że robię to tylko dla formalności i przejadę się po nim niczym Gordon Ramsay, po uczestnikach Hell’s Kitchen… Wprawdzie dopisek Intense i wyrazisty kolor mikstury zwiastują coś solidnego – ale nie do takich sztuczek uciekają się producenci, by ich produkt przynajmniej wyglądał drogo i poważnie. Ale wyobraźcie sobie, że tym razem to nie ściema!. Wprawdzie nadal uważam, że próba intensyfikowania wszystkiego co się nawinie, a zwłaszcza z definicji lekkich świeżaków – jest równie trafiona, co chadzanie do McDonald’s na sałatkę (oczywiście bezglutenową i wegańską) – ale nie od dziś wiadomo, że moda i trendy rządzą się własną logiką… Wedle tejże pokrętnej logiki powstają zintensyfikowane (czyli ciężkie) wersje letnich i ultra lekkich ozonowo morskich świeżaków, które oferuje się klientom – próbując im wmówić, że to „rewolucja” i właśnie tego potrzebowali do pełni szczęścia.

azzaro-chrome-intense

Nadążacie? Ja wiem, że to wygląda jakbym szukał problemu tam gdzie go niema, ale pozwólcie, że dla lepszego zilustrowania tego zjawiska – podeprę się innym absurdem, czyli tabletami. Jak wiadomo rynek nie znosi próżni i jakiś czas temu, pewien geniusz marketingu – wziął zwykłego ultrabooka (to taki ultra mobilny laptop, skonstruowany z naciskiem nie na osiągi, a maksymalnie długi czas pracy na baterii), uwalił mu klawiaturę i większość gniazd rozszerzeń – aby zaoferować go tłuszczy, jako nowe, rewolucyjne i zupełnie suwerenne urządzenie. No zaraz zaraz, ale jak na tym wygodnie pisać, albo podłączyć więcej niż jedno urządzenie peryferyjne – wciąż przy tym zachowując ergonomię i mobilność? Spokojnie, wychodząc naprzeciw potrzebom klientów, przedsiębiorczy producent nieprzypadkowo oferuje w opcji zewnętrzną klawiaturę oraz całe wiadro ekstra przejściówek, kabli i peryferiów – protezując nimi bazową funkcjonalność, którą wcześniej temuż urządzeniu zabrano!. Przemilczmy, że komplet, czyli tablet plus wiadro niezbędnych dodatków zwykle wychodzi około dwa razy drożej niż tradycyjne urządzenie w jednym kawałku – że o estetyce, zwartości, ładzie, ergonomii i mobilności nie wspomnę…🙂

azzaro-chrome-intense-reklama

Poważnie, w moim odczuciu tablet to przykład innowacji, która niewiele sobą wniosła (co innego tablet z wpinaną i wypinaną klawiaturą, zawierającą komplet tych brakujący gniazd), poza stworzeniem kolejnych, wcześniej nieznanych problemów i specjalnie wypracowanych dla tych problemów rozwiązań. Przykładem podobnego absurdu jest syrop na mokry i suchy kaszel – ale po co się nad tym zastanawiać?. Czy nie prościej jest zrobić jeden syrop, który zadziała w obu przypadkach? No pewnie, ale bez tej sztucznie wykreowanej szopki z dylematem, jaki się ma kaszel – jego magiczna formuła o uniwersalnym działaniu, wypada blado i zwyczajnie…😉 Może się czepiam, ale analogiczną sytuację widzę w sytuacji, gdy ktoś bierze produkt perfumeryjny, który działa (tu lekkiego ozonowego świeżaka), a następnie psuje go lub modyfikuje – by wypuścić go ponownie, ale przybranego w nową ideologię, zupełnie przypadkiem zgodną z najnowszymi trendami oraz równie nową, mniej lub bardziej urojoną funkcjonalność. Tadaaaaam! zatem tym z Was, którzy jakimś cudem nie znaliście kultowego Azzaro Chrome – przedstawiam nowego i jeszcze lepszego Azzaro Chrome Intense! Taaaak wiem, stary dobry Chrome ma się świetnie i wciąż jest oferowany – ale metodologia i motywy którymi się posłużono przy wdrażaniu Intense jest bardzo podobna do genezy powstania naszego tabletu i syropu na kaszel. Czyli zróbmy coś nowego, a potem się wymyśli dlaczego…😉

azzaro-chrome-intense-izometrycznie

Ok, a teraz na poważnie, bo choć geneza powstania Chrome Intense jest równie naciągana co wskaźniki, za pomocą których amerykanie obliczają poziom inflacji dolara – Azzaro Chrome Intense pachnie w swych nowych szatach naprawdę dobrze, ba wręcz wyśmienicie! Serio, serio! nawet otwarcie ma zupełnie odmienione (nieświeżakowe) – choć nawet ono nijak nie zdradza tego, co będzie się działo z zapachem później. A dla pełnego poparcia i uzasadnienia użycia dopisku Intense, najistotniejsze jest to co się dzieje z zapachem później, a konkretnie o sposób w jaki w tą świeżą, choć wcale nie lekką konstrukcję, wpleciono gęste i zawiesiste inkantacje balsamiczno ambrowe – które nieznacznie, ale jednak wyczuwalnie odmieniły krój kompozycji, przydając jej cech najprawdziwszego Intense!

azzaro-chrome-intense-blue

W otwarciu witają nas gęste, mocno dojrzałe i zawiesiste cytrusy, jakby rzeczywiście zagęszczone i wyostrzone imbirem, jałowcem i ostrymi nutami ozonowymi. O dziwo pachnie to naprawdę interesująco, rześko i w pewnym stopniu niepowtarzalnie, choć głównie ze względu na wyrazistość i masywność akordu. W tej fazie zapach jest zielony, ozonowy, nieco morski, choć bardziej przypomina włoskiego ziołowo roślinnego casualowca, niż klasycznego morskiego świeżaka. Zresztą akcenty ozonowe stanowią tu jedynie tło dla chwilami ultra wyrazistego i wysoce wytrawnego motywu przewodniego, utkanego z arcy esencjonalnej zieleni. Ośmielę się stwierdzić, że zapachowi niewiele pod tym względem brakuje do dawnego Isseya, Bvlgari, czy Rive Gauche od YSL oraz kultowego Dolce & Gabbana Pour Homme (tego sprzed 135 reformulacji). Jest więc męsko, szorstko, wyraziście i aromatycznie, a wszystko za sprawą niesamowicie mocno ujętych nut ziołowo zielonych, doprawionych piżmem i purystycznymi akcentami ozonowymi. A po chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej pipety, gdzieś z głębi bukietu, zaczynają się przebijać nieśmiałe akcenty balsamiczne.

azzaro-chrome-intense-front

Zapach dojrzewa i wybrzmiewa swą wyrazistą, wytrawno zielono ozonową melodią całkiem długo, nim bukiet dojrzeje i uleży się na skórze na tyle, by przejść do meritum. I nie jest nim bynajmniej agresywna esencjonalność, pylistość, ani piżmowość, a najprawdziwsze, miękkie, powłóczyste i snujące się rytmy ambrowe!. Wpierw delikatnie i nieśmiało przebąkując, by z czasem dać o sobie znać znacznie obfitszymi tchnieniami. Naprawdę trudno uwierzyć, że to połączenie, w teorii niemożliwe do pogodzenia zadziała – ale okazuje się, że jest to możliwe i to z całkiem sensownym i spójnym w odbiorze skutkiem!. Ten wyrazisty killer, którego moc i projekcja rośnie z każdym kwadransem bytności na skórze, naprawdę zaczyna ewoluować w stronę czegoś, co można określić mianem drzewno piżmowo balsamicznego Intense!. Intense, a nie udawanej i rachitycznej popierdółki, o nośności i brzmieniu Pumy Sync

azzaro-chrome-intense-reklama2

Z tym że nie jest to powłóczysta balsamiczność jaką znamy choćby z perfumowanych Diorów – a jedynie obłe wykończenie ponadprzeciętnie nośnych konturów, całkiem nośnej i wartkiej kompozycji. Warto tu zaznaczyć, że już klasyczny Chrome mógł poszczycić się naprawdę solidną projekcją i trwałością, którą w przypadku Intense można śmiało określić jako zbliżoną. W praktyce wciąż jest to poziom głośności dawnych Isseyów, Bvlgari i Aqua di Gio Armaniego – ale przypominam, że mowa o nowożytnej kompozycji i skleconej ewidentnie pod schlebianie modzie i trendom, więc punkt dla Azzaro za jaja i solidne podejście do tematu!. Wprawdzie zapach niewiele wnosi sobą nowego, ale na plus zaliczyć mu należy zgodność nazwy i wizerunku z treścią, solidne brzmienie oraz równie solidne parametry jakościowe – co w przypadku „Intense” wcale nie jest takie oczywiste*… Powiecie że podobne parametry ma pierwszy z brzegu tablet, tfu zapach – z tym że ten zrobiono naprawdę solidnie, nie nakłamali mu w specyfikacji, odnośnie czasu pracy na bateriach – no i w cenie dostajemy przypinaną klawiaturę oraz komplet niezbędnych akcesoriów…

*no chyba, że tak jak w tym przypadku, jest to EdT – co wiele tłumaczy w kwestii nośności i trwałości…

azzaro-chrome-intense-edt

rok powstania: 2015

nos: anonimowy geniusz i altruista z doliny krzemowej

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, grejpfrut, imbir, hedione,
Serce: nuty ozonowe, porost, jaśmin wodny,
Baza: ambra, piżmo, mate, nuty drzewne,

Napisane przez: pirath | 28 Październik 2016

Ducati – Trace Me, czyli zapach z marmuru…

Z ortodoksyjnie perfumoholicznego punktu widzenia, nie ma sensu w ogóle pochylać się nad perfumami marki Ducati. Ducati robi wspaniałe motocykle, ale nie potrafi robić dobrych perfum. Tak na marginesie to Ducati w ogóle ich nie robi, ponieważ prawa do wytwarzania perfum pod tą nazwą, posiada któryś z kosmetyczno chemicznych molochów (Estee, P&G, Coty), ale mniejsza o to… W efekcie zapachy z logo Ducati są słabe i pachną słabo, gdyż nie stworzono ich z myślą o godnym reprezentowaniu walorów marki, której nazwę noszą – a w celu wyciśnięcia z rynku maksymalnie dużej ilości gotówki. W ten oto sposób perfumy Ducati nie pachną niszowo, min. rozgrzaną gumą, asfaltem, benzyną, czy skórzanym kombinezonem, a jak najzwyklejszy, nieco toporny, ugrzeczniony i do bólu nijaki świeżak, skrojony pod wstrzelenie się w gusta masowe…

ducati-trace-me

Tak, macie prawo być zawiedzeni, bo po produkcie bądź co bądź markowym i noszącym logo znanej i szanowanej marki, można się spodziewać czegoś więcej niż sztampowego i skrojonego maksymalnie pod koniunkturę „soczku„. Tyle że TEN Ducati, pachnie w tej roli zaskakująco dobrze, ba wzorcowo – ale rzecz jasna tylko w sytuacji, gdy za niedościgniony wzór i przodownika, weźmiemy ideał świeżaka. Świeżaka robiącego po 500% normy świeżości… Transparentnego tak bardzo, że uczciwość i czystość jego bukietu aż boli i kole po nozdrzach… Zapachu tak charyzmatycznego i skupionego na wzorcowym wykonywaniu swej roli, że nic tylko obwozić po całym kraju, od perfumerii do perfumerii, by pokazywał jak należy pachnieć… Przyznacie, że olfaktorycznie, analogia do Człowieka z Marmuru, pasuje jak w mordkę jeżyka strzelił…😉

ducati-10-2

I niech mi Krystyna Janda będzie świadkiem, że nawet w dzisiejszych czasach, da się znaleźć tak poczciwego i prostolinijnego bohatera i nakręcić o nim film, tfu, napisać o nim wpis…😉 Moje pierwsze doświadczenia z zapachami tej marki, to zderzenie z beznamiętnością jaką emanuje nijaki i bezpłciowy Fight for Me (więc skąd ta nazwa?), którego nawet nie chciało mi się opisywać. Co tu dużo mówić, Ducati choć oferowany przez pretensjonalnie ekskluzywne sieciówki, reprezentuje sobą poziom, co najwyżej drogeryjny. Aż pewnego dnia nawinęła mi się próbka Trace Me, którą zaaplikowałem sobie ku chwale ojczyzny i gwoli formalności na łapę, niuchając od niechcenia… Niucham i niucham i choć zapach jest wręcz książkowym przykładem świeżaka idealnie niezobowiązującego – to jest w swej roli tak dobry i przekonywający, że mimo wszystko postanowiłem się nad nim pochylić na serio…

ducati-trace-me-reklama

nie ma co, goła klata musi być, wszak bez tego nie da się dziś sprzedać perfum…

A cóż my tu mamy, odrobina owoców, ziół i przypraw oraz purystycznie ujętych nut ozonowych i drzewnych, układających się na obraz letniego świeżaka, tudzież lajtowego casualowca. Zapach jest przy tym niesamowicie lekki i finezyjny i zaaranżowano go odrobinę na Beckhamową modłę – czyli świeżak, ale skrojony z elegancją i fasonem. Owszem Trace Me jest zapachem do bólu syntetycznym i koniunkturalnym, ale śledzenie nosem za noszącą go osobą (trace me), daje przyjemność i bardzo pozytywnie nastraja. Przecież Avon Pure o2 to też kwintesencja chemii i wytwór ewidentnie laboratoryjny, za to jak ślicznie pachnie! Zresztą kto mówi, że nuty chemiczne i syntetyczne w perfumiarstwie to zło? Wręcz przeciwnie, ubogacają i rozszerzają coraz to skromniejszy portfel dostępnych dla perfumiarzy ingrediencji o kilkaset procent – dzięki czemu wciąż da się stworzyć niebanalne i bezprecedensowe perfumy. Co byłoby niewykonalne gdyby nosy bazowały wyłącznie na ingrediencjach naturalnego pochodzenia, których lista z roku na rok ulega skróceniu (dziękujemy ci IFRA!).

ducati-959-panigale-side-profile-827_827x510_81455887166

Ok, trochę odpłynąłem, ale wróćmy do „śledzeniaDucati Trace Me. Zaczyna się dość pikantnie i wyraziście jak na świeżaka, bo zwykle w otwarciu witają nas nuty owocowe, które tu zepchnięto na dalszy plan, by wysunąć na prowadzenie nuty ziołowo zielone, w asyście pikanterii pieprzu. Zapach chwilami jest tak ostry i wyrazisty, że aż kręci w nosie, ale to wcale nie jest wada, wszak kompozycja pokazuje że ma jaja (o pardon, gender mode=ON), eee pazury (gender mode=OFF)…😉 W tym stadium, bardzo płynnie przechodzącym do akordu serca, Trace Me pachnie jak wysoce energetyzujący i inhalująco aromatyczny przedstawiciel nurtu komercyjnych mainstremowców od Hugo Bossa (The Scent, Unlimited, Energise lub Beckham Classic), ale pozytywnie wyróżnia go jeden detal. Papryczka Pimento, którą nie sposób pominąć (a w pełnej krasie można podziwiać w Signature od Kennetha Cola), a która rozświetla swą pikantną obecnością, do bólu klasyczny i przewidywalny bukiet.

ducati-749-by-apogee-motorworks

Serce jest wyraźnie przyprawowe i wysoce esencjonalne, rzeczywiście czuć tu gałkę muszkatołową, papryczkę pimento oraz pieprz, kardamon i odnoszę wrażenie, że domieszkę przemyconego w tle geranium. Owo lekko różane geranium, przydaje bukietowi masywności i tajemniczości, której ten lekki świeżak desperacko potrzebował, ale zaraz zaraz? Czy my wciąż mamy do czynienia ze świeżakiem? Szczerze powiedziawszy wahałem się, czy po nastaniu tego stadium (i jego imponującej długości, około 2 godzin), nie zmienić zapachowi segmentacji na średniej wagi casualowca. To niby tylko jeden akord, ale utrzymujący się dużo dłużej niż zwyczajowo pachną akordy środkowe. Ale nic nie trwa wiecznie, więc gdy to najbardziej ekspresyjne, najbogatsze w detale i najbardziej wyraziste stadium wreszcie zacznie przemijać, Trace Me redukuje się do przewidywalnej aż do bólu roli brzdąkającej na skórze popierdółki. Poprawnej, milusiej, spokojnej ale i beznamiętnej jak setki mu podobnych. Ot takie sobie pachnidełko, tyle że jak na swoją klasę i reputację marki, bardzo poprawnie i starannie wykończone. W finiszu najdziemy garść syntetycznych i totalnie nieczytanych drewienek i nut pseudo balsamicznych – bez szału, ale po prostu przyjemnie pachnie, ma dobrą projekcję i niezgorszą trwałość – więc czegóż chcieć więcej w cenie około 50 zeta?…ducati-trace-me-edt

rok powstania: 2013

nos: nikt go nie wyśledził

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: ananas, czarny pieprz, zielone jabłko,
Serce: gałka muszkatołowa, papryczka pimento, liść fiołka,
Baza: cedr, ambra, żywice,

Dziś będzie trochę narzekania, gloryfikowania przeszłości, wtykania kija w mrowisko i rozdzierania szat, ale jest to niezbędne dla właściwego wprowadzenia – a zwłaszcza młodszych (czyli, gimby nie znajo😉 ) lub niezbyt zorientowanych czytelników bloga… Ekhm, no więc lato bez kolejnego ozonowo morskiego, ozonowo owocowego, drzewno owocowego lub ozonowo drzewnego świeżaka od CK byłoby latem straconym. A jeśli odnosicie wrażenie, że w zasadzie zmieniają się tylko cyferki w nazwie, to też macie rację. Z drugiej strony w kwestii lajtowej popierdółki na lato, ciężko o rewolucję w kreacji, więc wszyscy stawiają na sprawdzone i niezbyt szokujące wzorce, co by najnowszy „śmierdziuszek” dobrze się sprzedawał wśród mas… Ale co ja paczę!

o-37048

 

W niektórych przypadkach określanie czegoś nazwą kojarzoną z czymś innym, powinno być surowo zakazane… I bynajmniej nie o masło (roślinne), „papieskie kremówki„, czy kiełbasę lub szynkę (głównie z wody i zagęstnika sojowego) – mam ty na myśli, co tytułowanie właśnie takiej „letniej popierdółki„, per Obsession for MenObsession to w historii perfumiarstwa ikona (podobnie jak Fahrenheit u Diora), słowo klucz i swoisty wymiernik… Tak jak Givenchy Pi, Boucheron Jaipur, Joop! Homme, Cartier Must, czy kultowe Opium od YSL – tak w 1986 roku Calvin Klein zaprezentował światu Obsession for Men… Wówczas panowała inna moda i stylistyka w kreacji, stawiano na trwałość i potężną projekcję perfum oraz przede wszystkim na odważne i bogate brzmienia. I w zgodzie z powyższym skrojono niesamowite Obsession for Men, czyli ciężką odsłonę orientalno przyprawowego pachnidła, o mocy rażenia porównywalnej z artylerią niemieckich pancerników, z czasów II wojny światowej oraz zasięgiem Radio Maryja. A dziś o zgrozo, to Obsession for Men i dopiskiem Summer – zdobi flakon z lekkim i niezobowiązującym, ozonowo, ziołowo wodnym świeżaczkiem, do perfumowania rachitycznych torsów, pryszczatych nastolatków na plaży w Sopocie

calvin-klein-obsession-for-men-reklamam-kate-moss
tak, te świetne i jakże męskie perfumy reklamowała w roku 1993 twarz i osoba supermodelki Kate Moss – więc Chanel wcale nie było pierwsze, umieszczając w reklamie damskich Chanel No 5, Brada Pitta

Obsession for Men, czyli z definicji na wskroś ciepły, zawiesisty i mocarny, korzenny słodziak – tu w kuriozalnej roli letniego świeżaka*… Wybaczcie że się uniosłem, ale Obsession to symbol, ikona i wysoce swoisty krój, podobnie jak Poison Diora, czy JPG Le Male – zawsze będzie się kojarzyć z określonym brzmieniem, tematyką i przeznaczeniem (tu na wieczór, jesień i zimę). A wyobrażacie sobie „morską bryzę” z napisem Le Male (tylko cicho, bo jeszcze JPG usłyszy i postanowi wprowadzić ów szalony pomysł w życie), albo małego rodzinnego hatchbacka z napisem Bentley, czy Cadillac De Ville? Co tu dużo mówić, widząc nazwę i czując pierwsze takty kompozycji, poczułem się srogo zawiedziony, bo postrzał w stopę już na etapie nazwy, to dość rzadkie zjawisko w przyrodzie. Nawet epickie przerosty formy nad treścią pokroju Intense, Extreme i EdP, które obśmiewam od dwóch lat, nie zirytowały mnie swą bezczelnością tak bardzo, jak najnowsze Obsession for Men Summer

*stworzyli zbędny (nie tylko pod tą nazwą) ale i niespójny z resztą kolekcji zapach, że przypomnę tylko Diora Homme Cologne – którego premierą Dior również się wygłupił, rujnując przy okazji nienagannie skorelowaną serię Homme

calvin-klein-obsession-for-men-summer-box

OK, po utoczeniu ze dwóch litrów jadu i żółci i paru głębszych na uspokojenie – pora sprawdzić jak to pachnie… I wiecie co? pomijając ordynarne i oklepane niczym pośladki Kim Kardashian, w noc poślubną z Kanye Westem otwarcie, nie jest źle. Bo jeśli zapomnimy, że ten niepozorny i niczym szczególnym nie wyróżniający się świeżak nosi kompletnie nieadekwatną i nienależną mu nazwę Obsession (i właśnie dlatego ją dostał, więc brawo oportuniści z CK, tfu Procteura, Estee, Coty, czy kto tam teraz CK posiada), bo mają świadomość, że „gimby nie znajo„, bo nie pamiętają i dlatego kupią… Ale wyjąwszy niefortunne, ba świętokradcze nazewnictwo – okazuje się, że pachnie naprawdę nieźle, a jak na letniego morskiego świeżaka, naprawdę dobrze. A im później tym lepiej, bo choć zapach zaczyna swój bieg nieciekawie, to już akord serca ma naprawdę przyjemny, a przed nami jeszcze naprawdę milusia, wręcz zniewalająca urodą (jak na świeżaka i CK), niepozorna i urocza baza…

calvin-klein-obsession-for-men

kultowy, niesamowity i absolutnie zniewalający oraz jednocześnie jeden z najbardziej wyrazistych i esencjonalnych (obok One Shock) zapachów w ofercie Calvin Kleina

Dzięgiel? ekhm pozwólcie, że tą pozycję w menu przemilczę oraz nuty składające się na „ozonowo morsko wodny” też litościwie przemilczę, bo nie będę „masturbował się” nad ewidentnym wytworem laboratorium chemicznego… Otwarcie to nieco chaotyczny, do bólu wtórny i wypadający nieco kakofonicznie „owocowy soczek„, na który składają się niezidentyfikowane nuty owocowe oraz silące się na „inhalującą aromatyczność” i równie irytujące co pokraczne, wtrącenia „roślinno ziołowe„. Szczęśliwie po kilku minutach to „egzaltowane coś” z otwarcia zaczyna zanikać i zapach znacząco się uspokajać, wręcz wyciszać. Wyciszać, za sprawą pojawiającej się w akordzie środkowym szałwii, naturalnej i dyskretnej – chwilami wręcz za bardzo, ale być może i dlatego zapach odbiera się tak łatwo i przyjemnie – ponieważ nic nie gryzie, ani nie irytuje swą nadpobudliwością lub przerysowaniem.

calvin-klein-dark-obsession-for-men

Dark Obsession zniewala otulającą delikatnością zamszu, drewna i otulającą balsamicznością, zdecydowanie godny swego protoplasty flankier

Zwłaszcza, że to zapach na lato, więc w 30 stopniowym upale, masę i intensywność oddziaływania bukietu, trzeba będzie odpowiednio przemnożyć. Ale to co najbardziej zachwyca, to zaskakująco ciepłe nuty drzewne, z których wyszedł anonimowemu perfumiarzowi naprawdę przyjemny, spójny i przekonywający finisz.  Tym bardziej, że to drzewno szałwiowo ambrowe wykończenie nie jest suche, wiórowate i pyliste, jak to zwykle z cedrem i „drzewnymi finiszami” w mainstreamie bywa – a zwieńczono je i wykończono czymś obłym i jakby balsamicznym. A tutejszy cedr naprawdę „daje radę„, a równie dobrze i czysto ujęty, podziwiać można w Cerruti Si, czy Annayake Undo. Zaś co się tyczy szałwii, to delikatność i ciepło z jaką ja wyrażono, przypomina tę z Jaguara Fresh Verve, Armani Eau de Cedre i tła Loewe Solo.

calvin-klein-obsession-for-men-night
Obsession Night przeszedł jakoś zupełnie bez echa, jak przystało na koniunkturalne pachnidło, którego genezą było wstrzelenie się w aktualną modę

To niepojęte, ale tak jak kiedyś psy wieszałem na tej marce za tandetę, mierność i rażący koniunkturalizm – tak teraz nie mogę się Calvina nachwalić – za powrót do formy i naprawdę niezły poziom, ich już kolejnej z kolei kompozycji. Przypominam, że wszystko zaczęło się od Dark Obsession z 2013 roku, czyli zapachu którym CK jakby się nawrócił i marka na powrót zaczęła wypuszczać dobre zapachy, pokroju klasycznego Obsession for Men. A jak wypada przy nim jego wodno ziołowo drzewny pomazaniec? No cóż blado i skromnie, ale jakby nie patrzeć to inne czasy i konwencja. Wprawdzie CK deklaruje tylko trzy nuty zapachowe, ale nie dajcie się zwieść temu pozorowanemu minimalizmowi. Użytych tu nut jest dużo więcej**, ale tu nie chodzi o to by je wszystkie liczyć i identyfikować, a raczej o podkreślenie, że w przeciwieństwie do zacnego pierwowzoru, nie naciapano ich z metra, a postawiono na szlachetny minimalizm w kreacji…. Tia, wprawdzie zapach „daje radę„, ale to nie są „Hermesowe OgródkiElleny, więc chodzi tu raczej o PijaR’owy wydźwięk tej nazwy niż namacalne i godziwie konweniujące z historią i samym minimalizmem przymioty. Prawdopodobnie marketing CK udostępnił mediom skąpą ilość danych i osobiście na ten wariant stawiam moją przyszłą, równie oszczędną emeryturę.😉

**że o koszmarnych nutach owocowych z otwarcia nie wspomnę, które zdaje się producent sam litościwie przemilczał…😉obsession-summer-by-calvin-klein-4-oz-eau-de-toilette-spray-for-men-9

rok powstania: 2016

nos: anonimowy autor przepisu na „papieskie kremówki”

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Skład: dzięgiel, szałwia, cedr,

Napisane przez: pirath | 20 Październik 2016

Azzaro Wanted, czyli niezbyt dziki zachód…

Nie lubię prać publicznie prywatnych brudów, bo to nieprofesjonalne, dlatego nie będę robić tego TU…😉 Ale tym z Was, którzy są ciekawi cóż mnie tak mocno zirytowało i odciągnęło od pisania o perfumach, polecam lekturę wpisu na moim drugim blogu… Nie chcę abyście myśleli, że próbuję się w ten sposób odegrać, za angażującą i płonną przepychankę z infolinią i BOA T-Mobile Polska, albowiem wpis ten powstał jedynie ku przestrodze, w oparciu moje własne przykre doświadczenia. Mam nadzieję, że jego lektura oszczędzi komuś z Was, przede wszystkim kłopotu oraz czasu i nerwów, które sam straciłem w mijającym tygodniu – siłując się z bezczelnie unikającym odpowiedzialności za swoje poczynania telekomem…

ho-ho-ho

Po drugie, w tym roku chciałem Was, sklepy oraz samą Coca Colę zaskoczyć, prezentując jako pierwszy i choćby na kilka dni przed w/w – Mikołajkowo świąteczną reklamę mojego ulubionego odrdzewiacza, odkamieniacza i odplamiacza w jednym!😀 Niestety nie posiadam telewizora (z wyboru), by zweryfikować czy mi się to udało – więc w razie czego proszę o info, że się np. spóźniłem…🙂

azzaro-wanted

A teraz już zupełnie poważnie, recenzja, a raczej minirecenzja Wanted, czyli najnowszych perfum sygnowanych logo Azzaro. Celowo wspominam o minirecenzji, bo zapach jest tak słaby, by nie powiedzieć denny, że wspominam o nim jedynie dla świętego spokoju i formalności – gdyż utopiłem w nim kilka złotych za próbkę… bang, bang bang! Poważnie, niewiele było w tym i mijających latach równie płowych i miernych premier, bo śmiem twierdzić że niektóre płyny do mycia naczyń (a więc nawet nie środki piorące) oferują ciekawszą, oryginalniejszą i dłużej wybrzmiewającą kompozycję zapachową, niż Azzaro Wanted.

azzaro-wanted-rekmama-2

Tu można śmiało i bez ogródek stwierdzić, że kiczowaty i oczojebny zarazem flakon, jest (i aż wstyd mi to pisać) najciekawszym aspektem i najmocniejszym atutem tych perfum… Tak, jest aż tak źle, bo choć lekko owocowe i śmiertelnie nijakie otwarcie jest całkiem przyjemne, ale tak nijakie i bezpłciowe, że w odniesieniu do bukietu Wanted – otwarcia owocowych soczków od Calvin Kleina i Lacoste, to kipiące świeżością i szlachetnością swej minimalistycznej i niezobowiązującej formy, arcydzieła… Wyobraźcie sobie jak bardzo jest źle, że owocowe Lacosty z drętwej serii L.12.12, wypadają dobrze przy otwarciu nowego Azzaro… W akordzie serca robi się trochę bardziej wyraziście, nośnie i wartko i energetyzująco, ale to wciąż niezbyt górnolotny poziom przeciętnego Bossa, którego ktoś podrasował i podciągnął w górę, kardamonem, jałowcem i geranium, by jako tako i wyraziście pachniał. I nie powiem, serce Wanted, choć zachowawcze i absolutnie niczym nie odróżniające się od setek mu podobnych, jest najciekawszą i zarazem najbardziej wyrazistą częścią kompozycji, tyle że chwilami aż irytujące swą rozchwianą nadpobudliwością. Stylistycznie przypomina hybrydę najnowszego anonimowego Hugo Bossa (The Scent), z całkiem niezłym, choć nieco ordynarnym (gdy przesadzić z aplikacją) Davidoffem Championem. Czyli nie jest źle, ale i nic nowego Wanted swym sercem nie wnosi.

azzaro-wanted-reklama

Ale wraz ze schyłkiem nadpobudliwego acz całkiem znośnego akordu środkowego, nastaje smętny, śmiertelnie nudny, nieczytelny i kompletnie niemrawy akord bazowy – sklecony naprędce z kopiących po nosie swą syntetycznością nut pseudo drzewnych i niby balsamiczno ambrowych. Ale śmiem twierdzić że bursztynowa nalewka babuni, wypada w kontekście bursztynu bardziej przekonywająco i na temat, niż te perfumy… Swoją drogą, co to jest drewno bursztynowe, bo pierwsze słyszę?. Po zapachu zamkniętym we flakonie nawiązującym do magazynku rewolweru, oczekiwać należy ikry, charyzmy, jaj, zadziorności, polotu, pazura* – ale nic z tych rzeczy. Wanted jest niegrzeczny i zadziorny tylko z nazwy i kształtu flakonu, ale jako zapach jest kompletnie nijaki i gubi się w tłumie sobie podobnych bardziej – niż facet w rurkach i modną fryzurką rodem z Hitlerjugend, w niedzielne popołudnie, na pasażu galerii handlowej… Innymi słowy mówiąc, jeśli chcecie być choć odrobinę oryginalni – kategorycznie nie warto sięgać po te perfumy…azzaro-wanted-edt

*niewłaściwe i niepoprawne politycznie skreślić

rok powstania: 2016

nos: Fabrice Pellegrin

projekcja: na otwarcie dostateczna, potem dobra i na koniec mizerna

trwałość: dostateczna

Głowa: cytryna, imbir, lawenda, mięta,
Serce: gwatemalski kardamon, jałowiec, jabłko, geranium,
Baza: haitańska wetyweria, fasolka tonka, drzewo bursztynowe,

Widzieliście nowego Twardowsky’ego 2.0, z cyklu Legendy Polskie Allegro? Nie, to powinniście, bo śmiem twierdzić że „dwójka” jest jeszcze lepsza (i pełną gębą, na tzw. hollywoodzkim poziomie) niż prequel. I to samo się tyczy przeróbki soundracka, który w moim odczuciu wyszedł Romuladowi Lipko jeszcze lepiej, niż Aleja Gwiazd, w wykonaniu Zdzisławy Sośnickiej. A więc mamy dwa przykłady, że remake może wyjść jeszcze lepiej, albo równie dobrze niż oryginał – co przyznacie w przyrodzie trafia się jeszcze rzadziej niż uczciwy polityk lub duchowny dochowujący celibatu… Przekładając powyższe na język perfum, sytuacja by flankier lub zreformuowany następca pachniał lepiej lub przynajmniej równie dobrze co oryginał – trafia się równie rzadko, choć i tak częściej niż prawdziwe raty 0%…😉 Jedno jest pewne, słodziaków nam przybywa i coś mi mówi, że tej jesieni mężczyźni będą pachnieć nie tylko Legacy Cristiano Ronaldo, ale i Loewe 7 Anonimo

loewe-7-anonimo

No kurcze prześliczny jest! Loewe 7 jest piękne i totalnie bezprecedensowe (podobnie jak swego czasu M7 czy Encre Noire), ale wersja Anonimo przebija swą urodą oryginał, co w przypadku flankiera zakrawa o cud… Oczywiście w kwestii urody Anonimo, mowa o moich jak najbardziej subiektywnych odczuciach – ale by doświadczyć i docenić kunsztowność Anonimo, wystarczy go samemu powąchać. Wyobraźcie sobie ten wspaniały i wszystkim dobrze znany „goździkowy kompot z papierówek„, ale tym razem udział goździków jest w nim zauważalnie mniejszy. Osobiście obstaję, że zostały jedynie cofnięte w głąb kompozycji i przykryte stosowną warstwą izolacyjną, ale o tym za chwilę…

loewe-7-anonimo-z-bliska

A oprócz goździków, jest masa balsamicznych konotacji i całe wiadro, ba ocean! ISO E Super (co widać po tłustej plamie, która zostaje na skórze po aplikacji), dzięki któremu wąchającym Was ludziom, zmiękną kolana, a niewiastom serca…😉 Poważnie, jest tak przyjemny, otulający i orgazmistyczny, że dogonił pod względem czaru i uroku osobistego, najznamienitsze balsamiczne pościelówy – pokroju CK Dark Obsession, Prada Amber, Ungaro Man, Beckham Homme i Lalique Hommage Voyageur

loewe-7

Kształtem i krojem przypomina zarówno premierowe Loewe 7 (niebieski flakon) oraz Lutensowego L’orpheline (Le Sierotę), czyli bodaj najładniejsze i najłatwiejsze w odbiorze, z nowożytnych pachnideł Lutensa*. Klasyczne Loewe 7 to zapach z rodzaju love or hate. Można go kochać i nienawidzić za jego niebanalny, piękny, odważny i absolutnie bezkompromisowy bukiet – bukiet, który jednych zachwyci, a drugich odrzuci odważnym i wyrazistym krojem. I jeśli ów głęboki sznyt oryginału zbyt mocno Was uwierał, to wersja Anonimo jest spełnieniem Waszych modłów i perfekcyjnie skrojonym remedium na „wady” klasyka. Wady rzecz jasna umownie, ale ale nie każdemu genialny koncept oryginału i jego wylewność musi przypaść do gustu i właśnie dla tych osób stworzono dyskretniejsze i mniej wylewne Anonimo. Jest lżejsze i bardziej powściągliwe , ale to wcale nie znaczy że mniej urodziwe i urocze…

*odkąd Serge pogonił Christophera Sheldrake’a i sam zabrał się za komponowanie i wytyczanie nowego kursu w kreacji, diametralnie zmienił się styl sygnowanych jego nazwiskiem perfum i obawiam się że niestety jest to zmiana na gorsze. Pomijając wyższy poziom abstrakcji i tym samym trudność w odbiorze najnowszych dzieł Serge’a, odnoszę wrażenie że straciły na „urodzie” względem kompozycji Sheldrake’a

loewe-7-anonimo-reklama

Anonimo jest wciąż jabłkowo, kadzidlano, goździkowe, ale przy tym jest tak szlachetnie i wylewnie balsamicznie, że nic tylko miziać i tulić własną dłoń… Odnoszę wrażenie, że w stosunku do wersji klasycznej nie zmieniono w brzmieniu w zasadzie nic, za wyjątkiem rozcieńczenia gotowej formuły, w nieprzyzwoitej ilości balsamicznego ISO… W rezultacie otrzymano Loewe 7 w wersji light, ale w o niebo przystępniejszej, bardziej uniwersalnej oraz co za tym idzie wysoce noszalnej odsłonie. Taki homunkulus pierwowzoru. A najciekawsze jest to, że jest to EdP, które choć pachnie wyczuwalnie dyskretniej i delikatniej niż premierowe EdT –  pachnie dokładnie tak, jak EdP pachnieć powinno, czyli lekko tajemniczo i powłóczyście, ale przede wszystkim wykwintnie, szlachetnie i głęboko…

loewe-7-anonimo-box

Oryginalne Loewe 7 pod względem kroju i składu jest kwintesencją minimalizmu i zarazem przejawem niedoścignionego geniuszu swego twórcy. Jest równie proste i nieskomplikowane co genialne JPG Le Male autorstwa Francisa Kurkdjiana, ale nie posiada w przyrodzie precedensu (to znaczy, że nie ma drugich, pachnących tak samo perfum, a inni producenci nie zrobili miliarda kopii). Nic nie pachnie tak jak Loewe 7 i to jeden z największych atutów tej kompozycji – a teraz dostaliśmy ją w nowej, dojrzalszej i odnoszę wrażenie, że jeszcze lepszej odsłonie!.

reklama-loewe-7-anonimo

Jestem pod ogromnym wrażeniem tych perfum i coś czuję, że właśnie poznałem jednego z pretendentów do wyróżnienia za najlepszą premierę mijającego roku (podsumowanie całego roku już tradycyjnie, pod koniec grudnia). A jeśli połączyć to z naprawdę zacnymi parametrami jakościowymi i iście powalającą projekcją, otrzymujemy perfekcyjnie wyrażony „złoty środek” i niekwestionowany hit tej jesieni. Anonimo jest równie proste i bezpośrednie co jego protoplasta, a z racji na jego łagodność i wylewną balsamiczność, wstrzeliwuje się w gusta wąchającego łatwiej, niż pośliniony palec w hmmmmm… usta. Mówiąc wprost, Loewe 7 Anonimo odziedziczył wszystkie najlepsze i najcenniejsze przymioty swego ojca, które zaserwowano w jeszcze przystępniejszej formie, więc czegóż chcieć więcej?loewe-7-anonimo-edt

rok powstania: 2016

nos: wybitnie uzdolniony anonim

trwałość: bardzo dobra

projekcja: doskonała

Głowa: różowy pieprz, kadzidło,
Serce: skóra, benzoes, wetyweria,
Baza: labdanum, drzewo sandałowe (i sporo ISO E Super),

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: