I co ja bym zrobił bez moich kochanych czytelników? Informujecie o nowościach, wysyłacie próbki, uprzejmie donosicie, że coś ciekawego właśnie miało lub za niedługo będzie mieć premierę – i w ogóle jesteście mymi oczami, uszami i nosem w terenie🙂 Po stokroć Wam za to dziękuję, bo gdyby nie Wy, to z braku czasu, wielu ciekawych zapachów i nowości po prostu bym nie poznał – a już na pewno nie „egzotycznego” bohatera dzisiejszego wpisu. Wedle informacji dołączonej do próbki od Pawła (pozdrawiam serdecznie), XPH ma być alternatywą dla nieprodukowanego już Gucci Pour Homme. Do niedawna taki news z marszu wywoływał u mnie ekscytację i przyspieszone bicie serca, wszak wielu perfumoholików uganiało się po świecie za zapachem, który stałby się następcą, dla nieodżałowanego Gucia. W tzw. międzyczasie, poznałem sporo takich zapachów „zamienników„, ale każdy był jedynie powierzchowną namiastką – aż do dnia premiery Bentleya Absolute. Bentley będąc dosłownie „cudownie zmartwychwstałym Gustawem Pierwszym„, na zawsze uciął temat pielgrzymek i krucjat w poszukiwaniu Gustawowego Św. Graala

gucci-pour-homme„gimby nie znajo” czyli tak moje dziatki, prezentował się w moim odczuciu jeden z najlepszych męskich zapachów w historii perfumiarstwa, nieodżałowany, świętej pamięci klasyk – Gucci Pour Homme, autorstwa genialnego Michela Almairaca

Xoxoba Pour Homme w jakimś stopniu rzeczywiście przypomina Gucci Pour Homme (nawet kolor cieczy i nazwa poniekąd nawiązuje do Gustawa I-go) ale podobnie pachnie też jak… no właśnie, hmmm ten tego…. Ale zacznijmy od początku, bym przypadkiem nie machnął trzy zdaniowej recki🙂 Jedno jest pewne, dziś jeśli szukasz następcy GPH, to po prostu kupujesz Bentleya Absolute, ponieważ Xoxoba przypomina Gucia w podobnym stopniu, co Azzaro Visit, Balmain Carbone, Juicy Couture Dirty English, Iceberg Oud, Dsquared2 Potion, czy Próchnikowy Grom, czyli bez szału… Co więcej, zapach po części nawiązuje również do niszowego Roja Fetish Pour Homme, po którym zdaje się odziedziczył nawet zbliżony kolor i flakon, choć na szczęście nie jego niszową cenę…😉

xoxoba-parfumerie-pour-homme-edp
a oto bohater dzisiejszego wpisu, Xoxoba Parfumerie Pour Homme w pełnej krasie

roja-fetish-pour-hommeoraz przypominający powyższego formą flakonu, kolorem i pośrednio krojem kompozycji, Roja Fetish Pour Homme

Kurcze, Xoxoba przypomina po kawałeczku (bardziej chodzi o pojedyncze detale i niuanse niż ciągłość kompozycji) każde jedne z wymienionych wcześniej perfum, ale do jednych zdaje się być uderzająco podobny. Jakbym nie próbował z siebie tego wypierać i szukał w odmętach pamięci lepszego wzorca – to jest Próchnik Grom i koniec… Abstrahując od koloru i polskich korzeni obu marek, oba pachną mi po prostu identycznie… I nawiązując do meritum, oba z Gucci Pour Homme (a konkretnie jego korzennością i bogactwem bukietu) mają niewiele wspólnego i w odniesieniu do pomazańca Bentleya – dziś już absolutnie nie nazwałbym ani Groma, ani Xoxoba zamiennikiem/ alternatywą dla wspomnianego Gucci Pour Homme. W tym temacie umarł król, niech żyje król – ale chodzi mi o Absolutnego Bentley’a!.

bentley-absolute
jak dotąd najbardziej wierny, bo wywodzący się w prostej linii z organów Michela Almairaca zastępnik dla ŚP Gucci PH, czyli Bentley Absolute, za którego wskrzeszenie, jestem marce dozgonnie wdzięczy…

balmain-carbone
tu nie chodzi tylko o flakon i kolor, bo Balmain Carbone, też ma w sobie coś z Gustawa I-go

Ale wróćmy do naszego Xoxoba PH i Próchnik Groma. Oba są suche, nieco szorstkie i drzewno pyliste. Chwilami pachną jak świeżo zatemperowany ołówek lub sucha, właśnie oheblowana sandałowo cedrowa deska, którą ktoś oprószył przyprawami, piżmem i irysem – przez którego zapach momentami wydaje się lekko szminkowy, jak Dior Homme. Ale co tu dużo mówić, oba pachną fantastycznie, niebanalnie, elegancko, dość dyskretnie i przy tym bardzo męsko. Nie ma co się rozpisywać, w kwestii zapachu, odsyłam Was po prostu do recenzji Próchnika. Dodam tylko że parametry XPH ma naprawdę dobre, nie wiem tylko czy nasz stosunkowo wąski i niezbyt przychylny dla krajowych wyrobów rynek* – zdzierży i uniesie na swych wątłych barkach, aż dwa pachnące identycznie pachnidła… No i jak to uderzające i zapewne przypadkowe podobieństwo, wytłumaczą sami producenci…🙂

*no przecież Próchnik, Vistula czy Bytom to nie marka, pożądaną marką jest dla większości naszych kosmopolitycznych rodaków – równie mainstreamowy co masowy Armani, CK, czy ubierający swego czasu nazistów, Hugo BoSS… No ale zawsze to lepiej włożyć Armaniego na dupę, niż jakieś g… z drogerii, prawda? (pozdrawiam panów z Abstrachuje😉 )

prochnik-groma oto brat bliźniak (eeee oczywiście „ubzdurałem sobie” i podobieństwo jest czysto przypadkowe), Xoxoba Pour Homme, czyli Próchnik Grom

p.s. A skoro już jesteśmy przy temacie zamienników, to hmmmm nie chcę by zabrzmiało to jak reklama, ale jeśli jakimś cudem spodobał Wam się Xoxoba Pour Homme – to uprzejmie donoszę, że wspomniany i pachnący identycznie Próchnik Grom, jest od jakiegoś czasu w promocji i możecie go wyrwać, za dokładnie 50% ceny tego pierwszego…😉

gucci-pour-homme-edt

Zdjęcia użyte do ilustracji wpisu, pochodzą ze stron sklep.próchnik.pl, portkosmetyki.pl i fragrantica.pl

rok powstania: 2015?

nos: anonimowy powielacz sekretnej formuły

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: dzięgiel, imbir, papirus, lawenda,bazylia, petitgrain, bergamotka, cytryna,
Serce: goździk (roślina), paczula, różowy pieprz, drzewo sandałowe, korzeń irysa, jaśmin, cedr, geranium,
Baza: labdanum, skóra, fasolka tonka, ambra, piżmo, mech dębowy, wanilia, kadzidło, szałwia, wetyweria,

Napisane przez: pirath | 20 Wrzesień 2016

z cyklu szybki przelot przez – DSH…

Niniejszy szybki przelot, zamierzałem zamieścić już w niedzielę wieczorem – ale niestety przemokłem i przewiało mnie we Wrocku tak bardzo, że w efekcie dopadła mnie jakaś dżuma… Dziś wreszcie coś widzę, bo wczoraj oczka miałem napuchnięte jak bokser po 12 rundach – a nos jak Whitney Houston przed odwykiem kokainowym, więc średnio chciało mi się pisać… A jest o czym! Wypatrzyłem oczy do kości, ale w żadnej sieciówce nie znalazłem najnowszej Prady Homme. Szkoda, bo ze względu na nazwę i flakon, nie wygląda na kolejnego flankiera Luna Rossa, a coś zupełnie nowego. Ponadto za zapachem stoi Daniela Andrier, matka wszystkich Prad i nieziemskiej Bottegi Venety Pour Homme. Kolejną dobrą wiadomością miało się okazać wejście Abercrombie & Fitch do Douglasów, więc już zacierałem łapki, ciesząc się że dzięki konkurencji – niebotycznie napompowane przez prywatny import i spekulantów ceny Fierce, wreszcie spadną do akceptowalnego poziomu… Niestety, bo w praktyce chodzi o tylko jeden i zupełnie inny zapach – więc poza przeziębieniem, ten szybki przelot przyniósł niemal same rozczarowania…

prada-homme
wielki nieobecny dzisiejszego przelotu, ale mam nadzieję że na najbliższą koniunkcję planet, już będzie osiągalny na półkach…

Ale zacznijmy od rzeczy przyjemnych, czyli w Hebe znalazłem perfumy Adrenaline, Signature i Urban marki, uwaga AXE!. Wyglądają jak mniejsza forma dezodorantu, ale po ściągnięciu zatyczki, pojawia się klasyczny perfumeryjny atomizer i tadaaaam! To wody toaletowe o pojemności 100 ml i patrząc na epatujące z kartoników połączenia składników (oud i wanilia, czy tabaka i ambra), naprawdę zachęcają do testów skórnych. Niestety nie miałem czasu ani warunków na bardziej poważne testy, więc na razie wstrzymam się od oceny i uwag odnośnie realnej trwałości, ale na pewno do trojaczków AXE powrócę…😉

nowe-perfumy-axe
to nie dezodorant, to najprawdziwsze perfumy!

Kolejnym miejscem które odwiedziliśmy z Michałem (pozdrawiam Teziaka) była Sephora i tu przede wszystkim zwrócił moją uwagę nowy Paco Rabanne 1 Million Prive, który dosłownie mną pozamiatał… Jest prześliczny! i śmiem twierdzić, że jest to najbardziej wysmakowana, dojrzała, spektakularna, szlachetna i najbardziej dopieszczona ze wszystkich odsłon złotej sztaby i już kupiłem próbkę, by jak najszybciej zapoznać się z tym pachnidłem. Cieszę się, że tym razem zmienili kolor flakonu, by nie powtórzyć wtopy z 1 Million Intense, którego rynek po prostu przeoczył, ze względu na niemal identyczny flakon co u klasyka. Zapach otwiera się niesamowicie apetycznym, intrygującym połączeniem nut, układających się na podobieństwo moszczu winnego/ rosyjskiego szampana, a w chwilę później przypomina owocową gumę balonową – acz w niesamowicie wyrafinowanej i urodziwej odsłonie, więc już nie mogę się doczekać właściwych testów!.

paco-rabanne-1-million-prive
przepiękny kolor i zapach, a więc Prive to niekwestionowana gwiazda tego szybkiego przelotu…

Tu również widziałem Eau de Nuit Oud czyli nowy, zapewne totalnie innowacyjny i przełomowy OUDOWY Armani! Nie wiem jak rynek przyjmie to pachnidło, ale ja mam ochotę wyskoczyć przez okno, albo zapaść na jakąś egzotyczną chorobę weneryczną – na samą myśl o testowaniu kolejnego oudowca… No ile można? cóż nowego pokażą? oud i róża? oud i miód? oud i przyprawy? oud i ambra? Ale jeszcze gorsze zdaje się być nowe Loewe Solo Cedro, które jest okropnie nudne i na dodatek w swej fazie dojrzałej, pachnie całkiem podobnie do Davidoffa Echo (nie wiem czy uznać to za zaletę, czy wadę), ale w ostatecznym rozrachunku, chyba wolałbym natrzeć się jakimś smarem na komary… Wiem! Bros na komary i kleszcze ma ciekawszą kompozycję zapachową i zdaje się trwalszą….

armani-eau-de-nuit-oud
nowy przełomowy i rewolucyjny oudowiec na rynku…

Ostatnim miejscem które w niedzielę zwiedziliśmy, był Douglas – a tu w oczy rzucił mi się oryginalny (no dobra oczojebny i kiczowaty, ale spróbujcie go przeoczyć) flakon nowych perfum Azzaro Wanted. Flakon w formie magazynka na kule od rewolweru, sugeruje że zapach będzie dziki (jak dziki zachód), narowisty, nieokiełznany, być może ostry i nieokrzesany, a już na pewno nie dla grzecznych chłopców… Powiem tak, najciekawszą i jedyną rzeczą wywołującą jakiekolwiek emocje jest flakon tych perfum, a później jest już tylko gorzej. Wanted okazał się totalnie bezpłciowym i zatrważająco nijakim owocowym koszmarkiem i wolałbym już napisać recenzję włókniny ogrodniczej (przeciw chwastom) i elaborat dla Tygodnika Działkowca, o szkodliwym wpływie przekwaszonego torfu na sadzonki kalarepy, niż te perfumy… Zapewniam, że nawet artykuł o prawidłowym doborze i asortymencie dostępnych na rynku doniczek, jest dużo ciekawszą alternatywą niż tekst o Wanted

loewe-solo-cedro
flakon i kolor drewna jest przepiękny, więc szkoda że zawartość z nim nie konweniuje…

Tu również próbowano podsunąć mi bloter z najnowszym JPG Ultra Male Intense, ale wykonałem unik i uciekłem w popłochu – wszak by dogłębnie poznać liczną i rozległą ofertę flankierów Le Male, wystarczy powąchać jednego i styknie🙂 Trzeba przyznać, że JPG wie jak odcinać kupony od własnego sukcesu i  jak zarobić na modzie i trendach. Obecnie producenci bombardują nas najmodniejszymi w tym i poprzednim sezonie rodzajem perfum – a mianowicie kompozycjami stylizowanymi na Extreme/Intense (analogicznie do trendu przerabiania klasyki na EdP i Parfum), a u JPG zrobili to tak sprytnie, że aż im to wybaczę…😉 Po pierwsze nie użyli słówka Intense/Extreme/Parfum, tylko Ultra, czym skutecznie odcięli się od zarzutu ślepego podążania za modą i trendami. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy miła pani konsultantka zaatakowała mnie bloterem z Ultra Male Intense… Wszak to Ultra Male jest gęściejszą, nieznacznie zmodyfikowaną i bardziej zintensyfikowaną wersją klasyka, więc po cholerę jego wersja Intense?. Zrobiłem mały reserch i coś mi się wydaje, że to chyba nadinterpretacja i samozwańcze oznaczenie, bo najstarsze encyklopedie perfum i internety milczą na temat premiery takowych perfum – więc sugeruję by Doglas, poprawił sobie błąd na stronie…🙂

azzaro-wanted
mimo wszystko najciekawszym elementem nowego Wanted, jest jego kiczowaty flakon…

I wreszcie gwóźdź programu, Abercrombie & Fitch!. Ucieszyłem się jak dziecko, gdy jeden z czytelników napisał mi w mailu (pozdrawiam serdecznie), że do rodzimych Douglasów wejdzie A&F, min. ze swoim nieziemskim Fierce!. Oczywiście wcześniej też był dostępny, ale nie widzę powodu dlaczego mam płacić około 500zł za 100 ml perfum, kosztujących oficjalnie w Stanach nieco ponad 350 zł – więc super!. Wreszcie skończy się krojenie klientów przez spekulantów, trudniących się prywatnym importem z nieznanego źródła i spadnie ryzyko kupienia podróbki. Ale niestety mojego ukochanego Fierce nie zastałem, bo owszem A&F wszedł do polskich Douglasów, ale nie z Fierce. To co stoi na półce, to jakiś wynalazek o nazwie First Instinct (notabene też reklamowane przez przytyranego faceta, którego jakaś laska mizia po klacie) ale w moim odczuciu ten zapach jest hmmmm… mocno nieciekawy i nie dorasta Fierce nawet do pięt…

abercrombie-fitch-first-instinct
niestety nie jest to Fierce i nie pachnie tak dobrze jak Fierce…

Napisane przez: pirath | 15 Wrzesień 2016

Bvlgari – Man Black Cologne, czyli po co?

Pojęcia nie mam po co Bvlgari wypuściło Man Black Cologne (EdT), skoro na rynku jest już pachnący niemal identycznie, Bvlgari Man In Black (EdP). To Cologne dodali chyba tylko po to by ludzie nie mylili Man Black z Man In Black. Wszak różnica w nazwie jest niewielka, oba flakony są czarne – no i najważniejsze, pachną bardzo podobnie. No dobrze, znam odpowiedź – dla kasy… Kolejną kontrowersją jest sensowność tworzenia EdT o mylącej nazwie Cologne (gdzie cologne określa również stopień koncentracji), gdy zapach ani formą, ani treścią i co najistotniejsze stopniem koncentracji, NIE JEST COLOGNE!. Ale jaki jest sens w rozmienianiu się na drobne i robieniu klona EdP z nazwą Cologne, gdzie nazwa przeczy segmentacji, a i bukiet nie ma nic wspólnego z wodą kolońską?. Tu najbardziej prawdopodobną przyczyną, jest potrzeba wygenerowania choćby sztucznego ruchu w temacie modnych nowości – wszak lud domaga się igrzysk (niekończącego się wysypu nowości, nawet jeśli te nic nowego nie wnoszą).

bvlgari-man-black-cologn

Jak dotąd nie można było mieć do Bvlgari pretensji, że robili coś na pokaz, pół gwizdka lub na odczepnego, ale niestety to już czas przeszły… Man In Black pachnie przepięknie, no i zupełnie przypadkiem pachnie w najmodniejszej (wciąż) tonacji balsamiczno kadzidlanego słodziaka. Zresztą podobnie pachnie mające nie tak dawno temu Bvlgari Aqua Amara, w świetle którego Man Black Cologne wypada jeszcze bardziej wtórnie i blado. Na nasze nieszczęście, takie kompozycje świetnie się sprzedają i jeszcze długo będą – więc Bvlgari zaczęło po prostu bezczelnie odcinać kupony od niesłabnącej koniunktury. Receptę na sukces mają wyśmienitą, wszak Man In Black pachnie zacnie i chwytliwie, więc czemu nie zmodyfikować nieznacznie receptury, nazwy oraz odświeżyć dla lepszego odróżnienia flakonu* i voila!🙂

*taki błąd z niemal identycznym flakonem i brzmieniem, popełnił klika lat temu Paco Rabanne – wypuszczając 1 Milion Intense w niemal identycznie wyglądającym flakonie – przez co większość klientów nawet nie zarejestrowała, że na półkach stoi flakon z nowością i zapach przeszedł zupełnie bez echa…

bvlgari-man-black-cologn-bokiem

A cóż my tu mamy? Miękką, obłą, nieco wycofaną i wyraźnie rozwodnioną, balsamiczno drzewno przyprawową słodycz – wyrażoną, no właśnie i tu jest problem… Po wcześniejszym zapoznaniu się z wykazem nut, rzeczywiście można stwierdzić obecność kwiatu pomarańczy, jakiegoś alkoholu, tonki, ambry i bliżej nieokreślonych drewien – ale to wszystko jest tak rozmyte, tak nieczytelne i pozbawione wyrazistych krawędzi, iż zlewa się w bezkształtną i nieczytelną, słodkawo balsamiczną pulpę. W sumie mógłbym tu wypisać lub wymyślić na poczekaniu dowolne składniki, a i tak nie sposób ich obecności w bukiecie zweryfikować. To pachnie tak jakby wziąć kadzidlano balsamiczno irysowo czekoladowe Man In Black i rozcieńczyć je w proporcjach 2 do 1. Przy czym MiB wcale nie jest nie wiedzieć jaką siekierą, by trzeba było go rozcieńczać. Uzyskany tą drogą roztwór, wciąż przypomina kształtem pierwowzór, a jednocześnie staje się on pozbawionym wyrazu Man Black Cologne… Co bynajmniej nie oznacza, że zapach jest homeopatycznym placebo, co to to nie. To owszem pachnie, bardzo zresztą przyjemnie i całkiem donośnie – ale to wszystko już było, a w dodatku wcześniej wyrażono to pełniej i bardziej treściwie.

bvlgari-man-black-cologn-reklama

Nie powiem, ten zapach może się podobać, ale pod warunkiem, że przez ostatnie 10 lat siedzieliście zamknięci w jaskini, totalnie odizolowani od pachnącego świata. Tylko wtedy ten zapach zrobi na Was wrażenie i powiecie: tak, na to pachnidło chcę wydać moje ciężko zarobione dublony!. Ale jeśli znacie te wszystkie Man In Blacki, YSL L’Hommy i inne niezobowiązujące słodziaki, którymi producenci od lat bombardują rynek – wówczas będziecie rozczarowani, ponieważ trudno o bardziej wtórny i zarazem bardziej jałowy zapach, niż Man Black Cologne. Man In Black jest przyjemne, kształtne, pełne, otulające, ciepłe i na swój sposób bardzo ciekawe, zaś pachnące na pół gwizdka i wyraźnie słabszy Cologne – to stworzony na siłę, wbrew segmentacji i zdrowemu rozsądkowi wypełniacz oferty. Pewnie u Bvlgari pomyśleli, że ciemny lud i tak kupi, ale czy na pewno? W tej formie i brzmieniu, Man Black Cologne musi się zmierzyć nie tylko ze swoimi poprzednikami, ale i całym tabunem równie beznamiętnych i ocierających się o nijakość pachnideł, którymi rynek perfum jest obecnie dosłownie usr… eeee usiany. I szczerze wątpię, by akurat kompozycja od Bvlgari miała siłę przebicia, zdolną prześcignąć dużo bardziej znaną i pożądaną konkurencję, w wyścigu o portfel klienta… No a co z Man In Black i Aqua Amara? Udajemy że nie istnieją, a za pół roku któreś pójdzie pod nóż, bo nie sprzedaje się na oczekiwanym poziomie?

bvlgari-man-black-cologn-trio

Wiem, że to wygląda jakbym wylał na ten zapach wiadro pomyj i w sumie niewiele piszę o jego brzmieniu – ale naprawdę nie chce mi się przepisywać recenzji Man In Black. Ale doprawdy trudno o bardziej niepotrzebny i bezsensowny zapach niż Man Black Cologne. W kontekście segmentacji i usytuowania w ofercie swego brandu, jest takim BMW X1 lub Mercedesem B klasą, wciśniętym na siłę do oferty, aby tylko było i wypełniło jakąś tam urojoną niszę. MBC nie wnosi sobą absolutnie nic, poza chaosem i rozdrobnieniem, w dotąd całkiem przejrzystej i komplementarnej ofercie marki. Aha, jest jeszcze Bvlgari Man Black Orient, będące po prostu zręcznie przemyconym do oferty oudowcem. Łudziłem się że jakimś cudem Bvlgari przespało lub zignorowało modę na oud (szczęśliwie przemijającą już oudomanię), ale chyba ocknęli się niczym niedźwiedź ze snu zimowego – prezentując w 2016 roku własne, totalnie innowacyjne i przełomowe, połączenie oudu, z uwaga różą!.😉bvlgari-man-black-cologn-edt

rok powstania: 2016

nos: (płakał, kopiując samego siebie) Alberto Morillas

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: cytrusy, nuty zielone, rum,
Serce: tuberoza, kwiat pomarańczy,
Baza: drzewo sandałowe, ambra, piżmo, benzoes,

Napisane przez: pirath | 12 Wrzesień 2016

Mercedes Benz Le Parfum, czyli Niemiec płakał, jak sprzedawał…

Wiecie co pogrzebało żywcem markę Mercedes, w temacie perfum? Ten sam zestaw czynników, który zgubił ją w przypadku motoryzacji – czyli desperacka próba zaistnienia w każdym możliwym segmencie rynkowym i przestawienie się na masówkę. Sorry, albo produkujemy luksusowe sedany, które wsławiły się w historii motoryzacji* swą niezrównaną jakością, żywotnością, innowacyjnością i prestiżem – albo robimy A, B, R i M klasy oraz Smarta, bo inni też robią i nie chcemy odstawać, walcząc o potencjalne „pisiont groszy„, które można wycisnąć z rozchwianego i nielojalnego rynku. Ok, dość mądrzenia się o motoryzacji, pora pochylić się nad inną, nie mniej desperacką i żałosną próbą wstrzelenia się w modę i trendy, czyli trójramienne Le Parfum

*sam Adolf Hitler jeździł Mercedesem, chociaż akurat o tym „wyróżnieniu” marka pewnie chciałaby zapomnieć…🙂

mercedes-benz-le-parfum

Zasadniczo nie bardzo jest o czym pisać, gdyż zgodnie z moimi przewidywaniami, Mercedesowe Le Parfum niespecjalnie odbiega stylistyką od Le Parfum Diora, YSL, czy Guerlain. Niespecjalnie też odbiega od jakiegokolwiek innego, a wyrosłego na wylansowanej przez YSL modzie – na niezobowiązujące, ultra zachowawcze i pozbawione jaj, balsamiczne słodziaki, mające podobać się wszystkim… W efekcie otrzymujemy solidnie wyglądający flakon (ciecz jest niemal bezbarwna, ale skórzane wykończenie i kolor flakonu robią wrażenie), opatrzony równie „groźnym” dopiskiem Le Parfum, ale mocy i charakteru w tym tyle co w agresywnie ospoilerowanym Fordzie Mondeo z rachitycznym, jedno litrowym EcoBoost’em pod maską…😉 Co z tego że wygląda, skoro nie jedzie i podobnie jest z tymi perfumami. Mercedes kreuje nimi obraz solidnego, esencjonalnego i eleganckiego pachnidła na wieczór -niestety większość uwagi skupili na opakowaniu, zapominając przy okazji, że to ma jeszcze pachnieć – to znaczy, długo pachnieć…

mercedes-benz-le-parfum-reklama

Le Parfum choć teoretycznie ma potencjał i zapowiada się ciekawie, w praktyce okazuje się jałowym, smętne i pozbawione polotu, tfu nic z tych rzeczy, chciałem napisać niewypałem. Poważnie, to nie jest tak że jestem odgórnie uprzedzony do marki (gdyby tak było, to nie wydawałbym blisko 10 zł na próbkę) – czytając zapowiedź, naprawdę wierzyłem, że tym razem Mercedes zrobił naprawdę dobre i warte swojej ceny perfumy. Zwłaszcza że pierwsze takty Le Parfum, choć ospałe i totalnie pozbawione ostrzejszych akcentów – zdawały się układać w całkiem interesującą i zgrabnie opowiedzianą historię. A ta zaczyna się jak reklama dowolnego samochodu, w której zadowolony z życia przystojniak z brodą (lub chociaż kilkudniowym zarostem, wszak to modne) wsiada za kółko swego nowego Mercedesa i sunie nim majestatycznie, przez zupełnie puste ulice wielkiej metropolii – odprowadzany powłóczystymi i pełnymi pożądania spojrzeniami kobiet oraz zawistnymi łypnięciami innych mężczyzn, the end…

mercedes-benz-le-parfum-z-gory

Ale nim wy-googlujecie adres najbliższego dealera, jak jest w praktyce? Le Parfum ledwie opuścił garaż i zjechał z podjazdu, zgasł… Zgasł i nie chce odpalić, a po całej okolicy niesie się rzężenie okrutnie piłowanego rozrusznika – zaś upokorzonego kierowcę odprowadzają wzrokiem jedynie spojrzenia poirytowanych hałasem sąsiadek i ironiczne spojrzenia ich mężów, którym Passat’ypalą na dotyk„… Ok, wybaczcie mi ten ponowny zwrot w stronę motoryzacji i przełóżmy to na język perfum… Zaczyna się naprawdę przyjemnie, choć niestety wtórnie, bo od czegoś co przywodzi pierwsze takty wspomnianego, perfumowanego La Nuit Parfum od YSL oraz Guerlainowego Ideal Eau de Parfum. Subtelna, ambrowo balsamiczno tonkowa, niemalże migdałowa słodycz, wylewa się niczym gęsty miód, już z samego otwarcia kompozycji. Ale już chwilę później, towarzyszy jej całkiem aromatyczny, nieco wytrawny i bez dwóch zdań dystyngowany akcent fiołka (liść) i szafranu, przywodzący na myśl pewne podobieństwo, do perfumowanego Dior Fahrenheita. Wprawdzie potężną artykulacją i wybujałą projekcją zapach nie powala, ale swoją głębię ma – a i urody oraz wdzięku tej balsamiczno, tytoniowo, tonkowo szafranowej aranżacji, nie sposób mu odmówić…

mercedes-benz-le-parfum-zblizenie

Pewnie jesteście ciekawi, czy finisz naprawdę jest oudowo paczulowo wetiwerowy? Trudno powiedzieć, bo gdy już prawie uwierzyłem, że Mercedes wreszcie zrobił coś, może nie porywającego oryginalnością – ale solidnie i z wdziękiem wykonanego, nastąpił koniec kompozycji. Tak po prostu, nagle cały bukiet tąpnął i niespełna trzy godziny od aplikacji, zakończył swój żywot, redukując się po smętnej, niemal niewyczuwalnej, ultra lakonicznej i pozbawionej jakichkolwiek detali oraz wysoce blisko skórnej bazy… To jakiś żart, że wcale nie smętne i bynajmniej nie lakoniczne EDP, kończy bieg, nim ta swoista S Klasa, na dobre wrzuciła siódme przełożenie? Swoją drogą trzeba się nieźle postarać, by schrzanić i zaprzepaścić bukiet, początkowo całkiem solidnie wybrzmiewającego pachnidła – redukując jego realną trwałość, do około 3-4 godzin!… Czyżby dział PR Mercedesa miał w zanadrzu EdP Intense, które niemalże podwoiłoby żywotność do zawrotnych 6 godzin? Naprawdę szkoda, bo choć pod względem inwencji brzmienia „szału nie było„, to zapach naprawdę się bronił i wreszcie stajnię Mercedesa godnie reprezentował… No cóż, na koniec można tylko dodać, że „żywotnośćLe Parfum, wybornie koresponduje żywotnością silników Smart’ów i blacharką”okularników„…🙂mercedes-benz-le-parfum-edp

rok powstania: 2015

nos: pewnie jakiś sabotażysta nasłany przez Audi lub BMW…

projekcja: dobra

trwałość: nikła

Głowa: bergamotka, różowy pieprz,
Serce: liście fiołka, galbanum, szafran,
Baza: paczula, wetyweria, agar, ambra,

No i mamy poważnego pretendenta do nagrody najlepszy zapach roku, ups spoiler alert! Co tu dużo mówić, Infinite Rush jest prześliczny i w dodatku posiada tak dalece nowatorskie pierwsze akordy, że aż nie posiada precedensu – a to jest w przypadku mainstreamu niekwestionowany powód do dumy… Szczególnie, że żyjemy w czasach gdy premiery zapachowe są równie częstsze i wtórne, co kolejne generacje smartfonów. Poważnie, te perfumy to coś naprawdę nowego i świeżego, a w dodatku wyrażono je w formie, której nie powstydziliby się twórcy równie innowacyjnych Guerlain L’Eau Boisee, Lalique Encre Noire, YSL M7, czy Hermesa Voyage. Zresztą Bentley już od swych premierowych EdT i Intense EdP, przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu i kunsztu w kreacji, czego Infinite Rush jest równie wybornym przykładem. Rzadko kiedy kadzę jakiejś marce, ale brandów* pokroju Bentleya, czyli kładących wysoki nacisk na jakość, mamy na rynku coraz mniej.

*Hermes, Cartier, Lalique, Prada, Thierry Mugler, Laura Biagiotti i pomimo żenująco słabej serii Ideal, Guerlain

bentley-infinite-rush

O ile do klasycznego Infinite można mieć zastrzeżenia, że zbyt mocno nawiązuje do Terre d’Hermes, to już wersja Rush nie przywołuje tak jednoznacznych skojarzeń, a przynajmniej nie od razu i nie tak bezczelnie, tfu bezpośrednio. No prawie, bo na upartego można się kłócić, że zapach przypomina któryś z trojaczków Rouge Bunny Rouge (zabijcie, ale nie pomnę który), Davidoffa Horizon i stareńkiego Gucci Rush Men, ale nie będę się kłócił, gdyż jest to zbyt powierzchowne. Zresztą to nie istotne, bo Infinite Rush jest tak piękny i tak mocno intryguje swym wybornie skrojonym i nietuzinkowym bukietem , że nie widzę powodu by mącić sobie i Wam jego obraz… Jupiiiiii!, po tylu wpisach z rzędu,w których do znudzenia utyskiwałem na banał, wtórność i beznamiętność – wreszcie trafiła mi się premiera, w pełni warta czasu, który poświęciłem na jej opisanie!…

rozmaryn

Pierwsze akordy Pośpiechu (ang. rush) to przede wszystkim arcy aromatyczny i świdrujący rozmaryn, któremu w pełni poświęcono pierwsze minuty kompozycji, a któremu całkiem zgrabnie wtóruje nie mniej dźwięczny, różowy pieprz i niemal od pierwszych taktów kompozycji, wetiwer. Gdzieś pomiędzy nie, wciśnięto diabelnie przyjemną, niemalże Hermesową mandarynkę, która przydaje temu arcy aromatycznemu otwarciu odrobinę zwiewnej, owocowej soczystości i pięknie przełamuje jego wytrawność. Pierwsze takty Rush, przypominają mi tę żywiczną ziołowość, znaną choćby z CdG Avignon, zmieszaną z wetiwerą ujętą na modłę Prady (genialny Vetiver, a zwłaszcza w wersji poreformulacyjnej). Oj nie jest to otwarcie, którymi zwykle witają nozdrza kompozycje komercyjne, ale zapewniam że pomimo braku wiodącego wątku cytrusowego, zapach robi niesamowite wrażenie (może właśnie dlatego). Zapach z sekundy na sekundę robi się coraz bardziej wyrazisty i wytrawny, wręcz drapieżny, rozpościerając na skórze swą rozmarynową serenadę. Gdy już stanowiący oś kompozycji rozmaryn się wyszaleje, do głosu dochodzi i przejmuje pałeczkę – wpierw nieco wycofana, acz od początku starająca się zań nadążyć, wetiwera. Dzięki fantastycznemu mariażowi tych dwóch nut, możemy doświadczyć magii wetiwery pełną gębą i podniesionej do potęgi entej…

bentley-infinite-rush-reklamaWbrew nazwie i sugerującym suchość spękania na flakonie i w materiałach reklamowych – ten zapach nie ma nic wspólnego z jałowością i suchością pustyni…

A tutejsza wetiwera jest wprost przepiękna, zaskakująco pełna, bujna, aromatyczna, żywa, intensywna, wręcz inhalująca – więc z łatwością i bardzo skutecznie przejęła na swe barki ciężar kompozycji. Ale to nie koniec niespodzianek, albowiem w akordzie serca można odnieść wrażenie, że tej prześlicznej wetiwerze wtóruje dyskretnie wplecione w kompozycję, kadzidło frankońskie – o którym oficjalny wykaz nut nic nie wspomina (bo to raz?). Oczywiście biorę poprawkę na obecność elemi i fakt, że korelacja kilku nakładających się na siebie ingrediencji (elemi, pieprz, rozmaryn i wetiwera) nie takie potrafi płatać figle, ale ten „niuans” jest chwilami tak porażająco autentyczny, tak czysty, świeży, elegancki i odświeżająco inhalujący – iż pachnie równie rasowo, niewinnie i wzniośle, co zimnokrwisty i ortodoksyjnie kadzidlany, Rock Cristal Oliviera Durbano*. Zszokowani? ja też, bo po współcześnie sygnowanych perfumach mainstreamowych, prędzej spodziewałbym się taniego chwytu z ISO E Super, które z wdziękiem odwala robotę za większość perfumiarzy, ale nie tu. W przypadku Rush perfumiarz rzeczywiście sięgnął po cedr, mech, ambrę, wetiwer i żywicę elemi, które współtworzą ten wysmakowany, bogaty i po prostu rozpieszczający nozdrza schyłek…

*wieeeeem, zaraz zaczniecie szydzić że wymyślam, ale cóż ja poradzę, że takie a nie inne ten zapach przywołuje skojarzenia?…

bentley-infinite-rush-lezy

To chwilami pachnie tak żywicznie i świdrująco, jakby zapach rzeczywiście był leśny i wetiwerowo kadzidlany, ale to tylko subtelny mariaż wprost cudownie ujętego rozmarynu i wetiwery, dopełnionych pieprzem, piżmem i cudowną balsamicznością nader hojnie dodanej żywicy elemi… Pod względem finezji, szlachetności i delikatności z jaką wybrzmiewa dojrzała i uleżała „drzewna zieloność” bukietu tych perfum, jedynie Gucci by Gucci Sport, Abercrombie & Fierce Fierce, The Different Company Sel de Vetiver, dojrzałej fazy Guerlain Vetiver i wspomniana już Prada Infusion de Vetiver, mogą stanąć w szranki z wysublimowaną elegancją Infinite Rush. Moi drodzy, nie żartuję ani nie przesadzam, to są naprawdę wyborne perfumy i coś coś czuję, że przekuję próbkę na cały flakon…

bentley-infinite-rush-duzy

Wprawdzie otwarcie i akord serca Rush niewiele mają wspólnego z Infinite i Infinite Intense, za to faza dojrzała przynosi całkiem spore podobieństwo do wspomnianego TDC, Guerlain i Prady. Spore, co nie znaczy że uderzające, albowiem złożoność, wykwintność i szlachetność jaką emanuje bukiet Rush, nie pozwala zaszufladkować tego pachnidła jako bezpośredniego naśladowcę żadnego z powyższych. To co najbardziej zachwycające w tym pachnidle, to jego przecudnej urody finisz, a zwłaszcza grająca tu główne skrzypce, zniewalająco rozkoszna wetiwera – którą ukazano tak cudnie i zarazem niewinnie, że aż chce się kąsać i pocierać nosem własny nadgarstek. Wetiwera radosna i zupełnie neutralna, nie mająca nic wspólnego z jej mrocznym i ziemistym wcieleniem, jakie możemy podziwiać w Encre Noire od Lalique. Tutejsza jest (głównie za sprawą misternie skorelowanych dopełniaczy, które jej towarzyszą) raz odrobinę słodkawa, raz kadzidlana, później balsamiczna – a pomiędzy soczysta i świeża oraz wybrzmiewa tak urzekająco pięknie, że aż chce mi się wyć!. Zresztą wetiwera podobnie jak kobieta, zmienną jest…🙂

wetiwera

Ale by nie było zbyt różowo, pora na wcale nie taki bezpodstawny wniosek, a który to nasunął mi się podczas pisania tej recenzji. Bentley wprawdzie już nas nauczył, że bardzo serio traktuje sygnowanie perfum swoim logo i naprawdę dba o utrzymanie ich ponadprzeciętnych walorów – to mam pewne zastrzeżenia względem reprezentowanej przez ich zapachy oryginalności. Bo czy to podobieństwo Infinite EdT do Terre i wszystkich trzech Infinite do Prady/TDC/Guerlain nie jest przypadkiem zabiegiem zamierzonym?. Tak, wiem, dziś ciężko jest uniknąć podobieństw w kreowaniu zapachów – ale po co silić się na oryginalność, skoro można sięgnąć po sprawdzony i świetnie sprzedający się wzorzec i dyskretnie go powielić/przemycić do siebie – poniekąd wstrzeliwując się i powielając jego sukces komercyjny? Oczywiście dywaguję i „łamię parówki„, ale czy przykład Bentleya Absolute, będącego po prostu „cudownie wskrzeszonymGucci Pour Homme, nie jest ewidentnym dowodem, że coś w tym jest?

bentley-infinite-rush-foto

Nie mam złudzeń, że za 70% oryginalności i świeżości Rush odpowiada nowatorsko zaangażowany do roli głównej rozmaryn. Wreszcie nie mam złudzeń, że gdyby usunąć ten odświeżający brzmienie i łamiący stereotypy rozmaryn i zastąpić go grejpfrutem – to znów otrzymalibyśmy coś podobnego do premierowego Infinite EdT i tym samym Terre D’Hermes – od którego Rush ucieka właśnie tym rozmarynem. Ale abstrahując od powyższego, śmiem twierdzić, że Rush przebił urodą oraz finezją, kunsztem i artykulacją swego arcy wysublimowanego kroju – wszystkie wcześniejsze Bentleye, włączając w to Infinite Edt i zmartwychwstałego Gucci Pour Homme, tfu Bentleya Absolute.bentley-infinite-rush-edt

rok powstania: 2016

nos: anonimowy geniusz

trwałość: bardzo dobra

projekcja: wyśmienita

Głowa: różowy pieprz, mandarynka, rozmaryn,
Serce: wetyweria, elemi, cedr,
Baza: nuty drzewne, ambra, mech, białe piżmo,

Napisane przez: pirath | 5 Wrzesień 2016

Cristiano Ronaldo – Legacy, czyli Krystiana oda do krówki…

Jak na rasowego celebrytę i sportowca u szczytu popularności przystało, Radosław Majdan – o przepraszam, Cristiano Ronaldo Aviero*, również postanowił wylansować własne perfumy. I tu muszę Wam powiedzieć coś równie bolesnego, jak gdy dowiedzieliście się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Otóż Krystyna, o pardon, Krystian, miał tyleż wspólnego z powstaniem tego „swego dziedzictwa„** (ang. legacy), co stosowanie zasad feng shui i stawianie tarota, ze skuteczną antykoncepcją. A więc zapach zlecono firmie X i tu mały spoiler, bo jak na zapach debiutancki, Legacy wyszedł od naprawdę nieźle. Pewnie Krystian sam nie wie, ile jeszcze sezonów będzie rujnować swymi korkami stadionowe trawniki – więc czemu nie pomnożyć posiadanych przez siebie milionów, poprzez oddanie w ręce fanów kolejnego suweniru?. Koszt i wysiłek tu żaden, a wpływy ze sprzedaży takowego „gadżetu” kolosalne, więc „dziedzictwo” urośnie mu w oczach…😉

*Ronaldo to nie nazwisko, a drugie imię Cristiano, nadane mu na cześć ulubionego aktora jego ojca i późniejszego prezydenta USA, Ronalda Reagana

**przyznacie że dziedzictwo, brzmi w kontekście perfum i metodzie ich aplikacji, zdecydowanie lepiej niż spuścizna…🙂

Cristiano Ronaldo – Legacy

Na początku sądziłem, że Legacy będzie regularnym chłamem lub w najlepszym przypadku przykładem ordynarnego klonowania – wszak zapachy celebryckie inwencją i poważnym traktowaniem fanów/klientów nie grzeszą. Jakoby dla formalności zaaplikowałem ten wynalazek na łapę i już po chwili poczułem ten specyficzny „ulep” powstały jakby z namieszania CK Reveal, YSL L’Homme i RSVP Kennetha Cola. W duchu już sobie układałem stosownego wstępniaka na ten wpis, co jakiś czas unosząc nadgarstek do nosa – gdy za którymś razem… nie, to niemożliwe… a jednak!… nieeeee… tak!… to autentycznie pachnie krówką!. Nie, nie karmelem i toffi jak u Muglera, tylko najprawdziwszą, nieco maślaną i subtelnie waniliową, naszą Polską, tradycyjną – starą dobrą krówką!. Ale pomijając przesłodką, tę patriotyczną i mile się kojarzącą konotację – tak czy siak, Legacy to słitaśny i ultra grzeczniutki ulep. No dobrze, ale może zacznijmy od początku…

Cristiano Ronaldo – Legacy Cris

Otwarcie to całkiem przyjemy i skutecznie silący się na oryginalność miks cytrusów, jabłuszka (tego samego, które w każdym Deliciousie upycha Donna Karan) i cynamon, przydający otwarciu odrobinę orientalnej, korzennej masywności. Nie powiem, początek Legacyswoją robotę robi„, choć zawsze powtarzam, że na otwarcia trzeba brać dużą poprawkę, ponieważ kolokwialnie rzecz ujmując – otwarcie perfum, to taka ulotna i skierowana w stronę klienta „reklama perfum„, swoisty „lep na klienta„. I tu pewna uwaga, bo otwarcie Legacy nie chce przestać pachnieć i to dosłownie. Sądziłem że uleci tak jak zwykle po kilkunastu sekundach, no góra minucie, a tu nic z tych rzeczy. Jabłko i cynamon, choć bynajmniej nie układające się na podobieństwo szarlotki, nie chcą zejść ze skóry przez naprawdę długie minuty.

Cristiano Ronaldo – Legacy na butli

Ale już w dalszej części, zapomnijcie o szumnych zapowiedziach oficjalnego wykazu nut – albowiem od akordu serca, nie uświadczycie z niego nic, poza miękką, obłą i apetyczną słodyczą. Jeśli pasjami kochacie Rochasa Men, lubicie Muglery i CK Reveal oraz cenicie Saint Laurentowe zamulacze z rodziny L’Homme, będziecie tym pachnidłem zachwyceni! To właśnie w tym miejscu na skórze zaczyna dziać się magia, ponieważ ni stąd ni zowąd – na skórze pojawiają się pierwsze takty wspomnianej na wstępie krówki. Wpierw jako nieśmiałe bąknięcia nuty toffi, by z każdą chwilą narastać, aż do wykreowania w nozdrzach obrazu cukierka, którego desperacko próbujemy odwinąć z papierka (to trudne, bo zawsze jakaś krawędź papierka się rozedrze i zostanie w ciągutce) i gdy wreszcie nam się uda, wówczas poczujemy woń najprawdziwszej krówki. Naszej, polskiej, tradycyjnej, przez którą nie jedną straciłem plombę – i której niepowtarzalny, lekko maślany i subtelnie waniliowy smak oraz zapach, pamiętam jeszcze z czasów głębokiego PRL

krówka
w mojej ocenie najsmaczniejsze są te, z jeszcze częściowo płynnym wnętrzem🙂

Ale nie róbmy sobie złudzeń, że to zawoalowany ukłon perfumiarza Cristiano, w stronę polskiego przemysłu cukierniczego – ot po prostu ktoś stworzył perfumy gourmand, przypadkiem wpadające w konotacje z naszą rodzimą mordoklejką. Zwłaszcza że gdy krówki święciły nad Wisłą swój zasłużony triumf i popularność – Cristiano dopiero przeskakiwał z lewego jądra swego tatusia, na prawe. Przypadkiem, ale przy tym jest to zapach tak pieszczotliwy, przyjemny, dyskretny i lekki, że nawet przez chwilę nie poczujecie się tą hipotetyczną krówką przytłoczeni. Legacy jest tak dyskretne, grzeczne i tak bardzo poprawne politycznie, że pachnący tymi perfumami facet – zaczyna wywoływać sobą u ludzi reakcje, jakie zwykle wywołuje widok śpiącego na brzuszku niemowlęcia lub ziewającego szczeniaczka, tudzież oba naraz.😉 Do dziś pełną mobilizację u osób ogarniętych przemożnym instynktem macierzyńskim, wywoływał zapach zasypki i oliwki dla niemowląt, ale to już przeszłość. Poważnie, od tej pory zapach oliwki dla niemowląt zyskał tak solidnego konkurenta w walce o rozczulanie – że czując Legacy, oooooooooooooooojeeeeeeeeej samo ciśnie się na usta…😉 Ale uwaga, rozbrajający i sprzyjający produkcji endorfin akord krówkowy, też nie trwa wiecznie i po chwili naszej ciągutce zaczyna towarzyszyć szałwia, kolejny raz zmieniając kształt i wątek przewodni kompozycji.

Cristiano Ronaldo – Legacy wall

Choć Legacy zaskakuje swą początkową zmiennością i złożonością wątków, w fazie finalnej jest to monoscent. Monoscent wybrzmiewający nie do końca jak perfumy, za to dający wrażenie, że nosiciela okadzono jakimś wonnym dymem, z domieszką szałwii. Przez to niektórym może wydawać się niezbyt precyzyjny, monotonny, a wręcz nudny – ale czy z zapachami gourmand można się źle bawić?. Jak na tak lekki i delikatny zapach projekcję ma całkiem okazałą, wręcz niewspółmiernie okazałą jak na wysoce kameralny krój kompozycji. Gdy zapach już się dobrze uleży na skórze i przestanie pachnieć krówkami, wówczas Legacy zaczyna przypominać szałwiowe Loewe Solo, Jaguar Classic i FCUK For Him w wersji ultra light. Jest tak delikatny, lekki, dyskretny i niezobowiązujący iż nie sposób się doczepić, że nie ma pazura, ani jaj i w ogóle Enerdowskie sportsmenki były bardziej męskie od tych perfum.

Cristiano Ronaldo – Legacy reklama

No kurcze, choćbym chciał, od strony stylistycznej i jakościowej, nie ma tu się do czego przyczepić. Legacy w fazie dojrzałej i na pierwszego niucha może się wydawać bezpłciowe i przesadnie lekkie (ale CK Reveal też taki jest), ale noszone nieco dłużej – pachnie tak dobrze i przyjemnie, iż nie sposób potraktować tę jego niezobowiązującą i ultra poprawną lekkość, jako wadę. Coś czuję że to będzie wielki hit i na te święta połowa facetów w Polszy (i nie tylko fanów piłki kopanej) będzie roztaczać wokół siebie subtelną woń balsamiczno ambrowej szałwii… Jeśli szukacie na wskroś dyskretnego i przy tym diabelnie przyjemnego słodziaka do pracy, a nie możecie się pochwalić aparycją i stanem konta Cristiano – to sięgnijcie po jego perfumy, bo coś czuję, że wydatnie pomogą w realizacji planów i celów, zarówno matrymonialnych jak i sprzedażowych…😉

p.s. swoją drogą czy to nie zabawne, że wonie słodkie i kompozycje gourmand, zawsze się podobają – stanowiąc uniwersalną receptę na gwarantowany sukces?Cristiano Ronaldo – Legacy EdT

rok powstania: 2015

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra, wczoraj przeżył od 7 rano, do 19, dziś mamy już 17-tą i wciąż pachnie…

Głowa: bergamotka, cynamon, zielone jabłko, lawenda,
Serce: irys, cedr, fiołek, piwonia, rozmaryn, szałwia,
Baza: paczula, ambra, wetyweria,

 

No i co ja biedny żuczek mam napisać o tym zapachu? Nie chcę kolejny raz marudzić, że wtórny, że podobny do wszystkiego, że niknie w tłumie sobie identycznych klonów, bo i mnie to nudzi… No kuźwa, zmówili się wszyscy na wzajemne kopiowanie jednego jedynego kroju brzmienia, czy jak? Mam już tego dość i nie będę katował Was i mojej wątroby, kolejnym z rzędu utyskiwaniem na wtórność i banał!. Dlatego ten wpis ,w założeniu poświęcony Paradise Bay, przekształciłem na swoiste mini dossier o Karlu Lagerfeldzie. Jest na tyle ciekawą, barwną i zasłużoną postacią w świecie mody i sztuki, że w mym odczuciu jego osoba zdecydowanie bardziej zasługuje na przybliżenie, niż te perfumy, dupsko Kim Kardashian, tudzież najświeższe ploteczki o Lewym i jego żonie – znanej głównie z tego, że jest żoną swego męża… Męża, który wystąpił w bodaj każdej reklamie telewizyjnej, po 1988 roku…😉

Karl Lagerfeld - Paradise Bay for Men

image

188925239-karl-lagerfeld-g9HR6MHGMef

Dlatego niniejszy wpis postanowiłem zilustrować fotografiami Karla, przedstawiającymi jego mniej posągowe, a bardziej ludzkie oblicze. Chciałem pokazać Wam Lagerfelda jako człowieka z krwi i kości, a nie wyniosłą i śmiertelnie poważną figurę woskową, z wyrazem twarzy wskazującym na przedłużające się zatwardzenie. Moim zdaniem Karl jest sam w sobie dużo ciekawszym materiałem na wpis, zaś jego najnowszy zapach postanowiłem przemilczeć. Po co szarpać sobie wątrobę i jątrzyć jad, pastwiąc się nad jego niewybrednym bukietem, skoro można by ten spis przekształcić na mini hołd – dla jednej z najbardziej malowniczych i charakterystycznych postaci w świecie mody?. Oczywiście trzeba jasno zaznaczyć że Karl ma tyleż wspólnego z komponowaniem swych perfum, co majonez light z produktem dietetycznym – choć zapewne ostatecznie zatwierdza je osobiście.

8e20ef387fa29ef4eb74d32c4b484a2a

Karl-Lagerfeld-V-Magazine-2016-Shoot

wesolowska

Patrząc na Lagerfelda jako postronna osoba, widzimy totalnie ekscentrycznego dziwaka, wyglądającego trochę jak sędzia Anna Maria Wesołowska, tudzież zasuszona mumia i karykatura Michaela Jacksona (gdyby Majkel dożył swej emerytury w ZUS’ie). Wyalienowanego dziwoląga, w tych swoich charakterystycznych okularach, ze starannie zaczesanym kucykiem i retro outfitach – jakoby żywcem wyjętych z przedrewolucyjnej Francji Robespierre’a. I nagle ta jakże specyficzna, groteskowa i niezmienna niczym nepotyzm w rodzimych urzędach persona – wyskakuje z wizerunkowo wakacyjnym zapachem, skierowanym (pierwsze skojarzenie) do surferów – a pod względem brzmienia do potencjalnie absolutnie wszystkich mężczyzn, w przedziale wiekowym 18-30. Mający ponad 80 lat Karl, raczej nie przypomina wysportowanego młodzieńca, śmigającego po plaży w samych bermudach i deską do surfingu pod pachą – a i jego dorobek nie przypomina tego, co ów młodzieniec chciałby na siebie włożyć*, więc WTF?

*no zapytajcie Waszego dorastającego syna, czy chciałby coś od Lagerfelda – a gwarantuję, że jego pierwszą myślą będzie, czy to nazwa jakiegoś nowego dodatku do CS’a… a Wy drogie Panie, zapytajcie o Lagerfelda swego świeżo poślubionego męża, a prędzej pomyśli, że chcecie mu sprezentować body kita, albo sportowe zawieszenie do jego E36…😉

Karl+Lagerfeld+Fall+2006+Runway+5ZvlZgQD6wHx

Karl+Lagerfeld+Receives+Menschen+Europa+Award+ADAEYfAquJix

slide_249638_1497618_free

Nie da się ukryć, że limitowana edycja Paradise Bay, pasuje do stylu Karla jak kwiatek do kożucha. Czyżby Lagerfeld chciał się tym zapachem odmłodzić, a może jest zakochany i spłodził PB pod impulsem? Bo raczej nie podejrzewałbym kogoś, kto już 20 lat temu pierdzielnął fochem na haute couture i w ramach protestu wyjechał z Francji, by szukać inspiracji we Włoszech, o schlebianie modzie i trendom. Zresztą wystarczy spojrzeć na jego wdzianka i niezmienną  od miliona lat fryzurę (ale jakże charakterystyczną), by zrozumieć, że Karl jest wielkim indywidualistą, ekscentrykiem i nie lubi zmian (poza facetami, których zmienia jak rękawiczki). Dlatego wątpię, by porzucił swą wypracowaną stylistykę (Foto i linia Kapsule) dla czegoś tak błahego i infantylnego jak Paradise Bay

tumblr_lofmtaAsz21qmr582o1_500

Karl Lagerfeld - Paradise Bay for Men EdT

89020924_10

Moje dotychczasowe doświadczeniami z sygnowanymi jego nazwiskiem zapachami wskazują, iż Karl preferuje wonie ostre, wyraziste, mocno kwiatowe, wręcz drapieżne, więc jego nagły odwrót w stronę słitaśnego casualowca adresowanego do wszystkich – należy postrzegać albo w kategorii performance, żartu lub pierwszych objawów demencji u kreatora**… No kuźwa, ktoś kto projektuje haute couture dla Chanel, nie przerzuca się z dnia na dzień, na szycie ortalionowych dresów dla Nike… Nawet ja, antytalent i ignorant modowy to wiem!😉

**albo kolokwialnie rzecz ujmując skoku na kasę – wszak na czymś trzeba zarabiać, a na niezobowiązującym mainstreamie zarabia się najlepiej…

karl

ap_image.3919683

06-karl-lagerfeld.jpg_1097337557

c86fa2c74f2f81f425472211bd778b53

Perfumy Lagerfelda są równie specyficzne co on sam, są jednocześnie wyraziste i bezsprzecznie kwiatowe, niespokojne, chwilami wręcz drapieżne, ale niewątpliwie posiadają swój charakter i charyzmę. O Paradise Bay powiem tylko tyle, że również jest zapachem całkiem wyrazistym, aromatycznym i wybrzmiewającym dość bujnie, ale na tym superlatywy się kończą. Wita nas mocne, wręcz gorące, dźwięczne, bardzo wyraziste i aromatyczne otwarcie osnute wokół jabłka, ziół i fiołka. Pomijając że jakiś milion innych zapachów pachnie podobnie (w tym czołówka Hugo Bossa i DKNY), powiedziałbym że to całkiem przyjemny i dobrze skrojony zapach na dzień. Ale dość o wtórnym niczym Kevin na święta Paradise, które możecie przy okazji gdzieś tam powąchać – choć uprzedzam, że niczym nowym, ani szczególnym Was nie zaskoczą. Dlatego dziś skupimy się na dużo ciekawszej osobie Karla Lagerfelda.

karl_lagerfeld_b9228e0962a78b84f3d5d92f4faa000b

Karl-Lagerfeld-008

karl-lagerfeld-working-out

karll

Lagerfeld, choć nie słyszymy o nim codziennie i nie ma tak wyrobionej marki jak choćby Armani, Dior, czy Calvin Klein, jest swoistą ikoną, w świecie kultury i popkultury. Ale czy któryś z powyższych może się poszczycić własną linią butelek Coca Cola Light, za którą zresztą Lagerfeld przepada (to pewnie ta cola, niczym formalina tak dobrze go konserwuje😉 ). Ten urodzony w 1933 roku Niemiec, na co dzień pracuje w Paryżu. Poza prowadzeniem własnego domu mody i rozpieszczaniu swojej kotki, w branży modowej znany jest przede wszystkim jako dyrektor artystyczny domu mody Chanel. Szczęki opadły? i słusznie.

KarlLagerfeldbyHelmutNewton

karl-lagerfeld_80412k

Karl-Lagerfeld-Self-Portrait-Courtesy

 

tumblr_inline_mqw693Xjur1qz4rgp

Karl znany jest też z tego, iż w 2000 roku schudł przeszło 40 kg, by móc włożyć na siebie rurki i marynarki typu slim, do których jak słusznie zauważył, trzeba być szczupłym (i być gotowym na trepanację jąder). Ale jeszcze bardziej znany jest z desperackich prób ukrywania swego wieku. Siwy niczym gołąbek i pomarszczony niczym pomarańcza Karl wierzy, że noszenie ciemnych okularów i rękawiczek ukrywa przed innymi ludźmi jego sędziwy wiek – albowiem po dłoniach i oczach najbardziej to widać… srsly Karl? No coś w tym jest, ale równie dobrze Sasha Grey mogłaby zacząć chadzać w niewinnej bieli, udając niepokalaną dziewicę, ale ja nie o tym… Jakby Lagerfeld nie był kontrowersyjny i przerysowany wizerunkowo, jego nazwisko i marka – choć nie tak popularne i pożądane jak Chanel, Gucci czy Prada, jest na stałe wpisane w krajobraz hi fashion i ma większy wpływ na zawartość naszych szaf, niż nam się wydaje… zresztą poniższa scena o niebieskim swetrze z Devil Wears Prada, stanowi kapitalną kwintesencję owej zależności…😉


(niestety nie znalazłem tego fragmentu po polsku)

Karl-Lagerfeld-Barbie-Doll-Luxefeed

karl-2

PHO55ebcbb0-bd9e-11e4-8948-884c51d0f09a-805x453-800x453

karl-lagerfeld-cat

nrm_1410291642-choupette

Nim Lagerfeld sięgnął po główne nożyce u Chanel, jednocześnie dłubiąc przy włoskim Fendi – jego ścieżka kariery zawodowej wiodła przez domy mody Balmain, Jean Patou, Krizia, Valentino i Chloe. Sądzę że świecie mody i sztuki jest niewielu multiinstrumentalistów pokroju Lagerfelda, no może jeszcze Tom Ford, a wcześniej Yves Saint Laurent są równie wszechstronni i opiniotwórczy w tej branży. Lagerfeld wsławił się jako kreator mody i fotograf, zaś prywatnie jest wielkim miłośnikiem książek i uwaga iPodów, których zgromadził kilkadziesiąt egzemplarzy, ale kto bogatemu ekscentrykowi zabroni? Swego czasu powstała nawet lalka Barbie, stylizowana jego wizerunkiem i przyznacie, że z białym kotem na rękach – wygląda jak doktor Evil, geniusz zła planujący podbić świat jeszcze tej nocy…🙂Karl Lagerfeld - Paradise Bay for Men box

rok powstania: 2015

nos: Jean-Christophe Herault

projekcja: dobra

trwałość: dostateczna

Głowa: bergamotka, mięta, jabłko,
Serce: liść fiołka,
Baza: wetyweria, drzewo kaszmirowe,

Znacie klasycznego Diora Eau Sauvage? (nie, nie chodzi o te szczyny reklamowane przez Johny Deppa). Bardzo cenię to pachnidło oraz posiadam (i kocham pasjami) jego wersję Extreme – za jej wysmakowaną i wyrazistą elegacnję, idealną na wieczór i oficjalne okazje. Ten ponadczasowy klasyk autorstwa Edmonda Roudnitska powstał w 1966, ale niech Was nie przerazi jego sędziwy wiek, bo razem z Guerlainowym Vetiverem – wciąż zadają większego szyku, niż cały nowożytny dorobek Diora, Chanel i Guerlain zebrany do kupy*… Tu warto podkreślić, że zreformuowana w 2010 roku wersja Extreme (oryginalnie z 1984 roku), to zgodnie z podstawowymi zasadami logiki (acz nie do końca oczywistymi dla działów marketingu producentów perfum) bardziej skoncentrowana odsłona Eau Sauvage.

*piję do Diora Sauvage oraz rodzin Chanel Bleu i Guerlain Ideal

Donna Karan - DKNY Men

Niesamowite nieprawdaż? Nazwa odzwierciedla rzeczywistość i w dodatku pokrywa się z podstawowymi zasadami logiki i skalowalności!. Ok, szydzę, ale najmłodsi miłośnicy perfum, skrzywdzeni poprzez dzisiejsze, szumne i zupełnie nieadekwatne nazewnictwo – mogą naprawdę czuć się zaskoczeni, czymś tak niespotykanym i zarazem oczywistym dla ich starszych kolegów…🙂 Tak moje drogie dziatki, kiedyś to było proste, bo woda perfumowana pachniała ciężej, głębiej, mocniej i dużej niż woda kolońska – a przydomki Extreme i Intense rzeczywiście oznaczały, że mamy do czynienia ze zintensyfikowaną wersją pierwowzoru.😀 Ok, dość czepiania się urojeń kreatywnych iluzjonistów z działu marketingu – pora dokopać Donnie Karan i aż dwóm perfumiarzom!.

Donna Karan - DKNY Men bokiem

Tak naprawdę w dorobku DKNY są tylko jedne dobre męskie perfumy, a mianowicie (teoretycznie damski, choć faceci też z dumą noszą) Cashmere z 2002 roku i koniec. Cała reszta to smętne, populistyczne i nijakie siuśki, pokroju napompowanych przez marketing Be Deliciusów oraz familia DKNY Men 20xx – które wnoszą sobą dokładnie tyle samo, co Calvin Kleinowe Summery 20xx, czyli nic. Ale z jednym wyjątkiem, bo DKNY Men 2009 smętnym nazwać nie sposób, choć bynajmniej nie jest to zasługą Donny Karan, ani nawet genialnego Alberto Morillasa, który się pod tym zapachem podpisał. Wprawdzie Roudnitska zmarł w 1996 roku, ale mężczyźni pamiętający wciąż produkowaną i rozwijaną przez Diora rodzinę Eau Sauvage, wciąż żyją! i w dodatku nadal go chętnie ją kupują!.

Donna Karan - DKNY Men reklama

Ja wiem że w tej branży nie sposób jest uniknąć podobieństw w brzmieniu, ale DKNY Men pachnie dosłownie jak Dior Eau Sauvage Extreme w wersji hmmmm… light!. Zatem oryginalnością DKNY Men nie grzeszy, zwłaszcza że niemożliwym jest „przypadkiem” zmajstrować tak specyficzne i jednocześnie złożone brzmienie. Nie wierzę w przypadek i mam gdzieś, że kwestionuję autorytet tak uzdolnionego perfumiarza jak Morillas – ale nie będę polemizował z tym co znam, czuję i co każdy może z łatwością sam zweryfikować. Dla mnie DKNY Men są jedynie nieznacznie lżejszą (mniej stężoną i wylewną) i do tego całkiem zgrabną kopią rzeczonego Diora Eau Sauvage Extreme i koniec!. Czy oni naprawdę liczyli, że nikt nie zauważy?

Dior Eau Sauvage Extreme

Ok, koniec ciosania kołków za „kreatywność” i zajmijmy się czymś przyjemniejszym, czyli tym jak to pachnie… Zapach choć dość ciężki, jest wyraźnie świeży, winny i aromatyczny oraz wyraźnie wpada w konotacje kolońskie. Ale wyrażone z taką klasą, fasonem i przytupem iż gwarantuję, że nic podobnego na ulicy nie uświadczycie – no chyba ze spotkacie gentlemana pachnącego oryginalnym Diorowym Eau Sauvage Extreme. Oczywiście są tu akcenty cytrusowe, zioła i przyprawy, których niesamowicie finezyjny i złożony miks układa się w trudną do zdefiniowania, bogatą, ale niesamowicie łatwą i przyjemną w odbiorze całość. Ale tak naprawdę serce kompozycji stanowią tu dyskretnie wplecione w bukiet kwiaty, których obecność przydaje zarówno masywności oraz wysublimowanego polotu. A mianowicie jest tu fiołek, piwonia, goździk, irys, jaśmin i geranium, o których oficjalny wykaz nut nawet się nie zająknął – ale bo to pierwszy raz?😉

Donna Karan - DKNY Men z góry

Tak naprawdę bukiety Eau Sauvage Extreme i DKNY Men dzieli naprawdę niewiele. Najbardziej rzuca się w nozdrza projekcja, którą Dior z łatwością deklasuje, wręcz miażdży swą konkrecję. Ale tu biorę poprawkę na nieco inne stężenie olejków i prawdopodobnie pozyskane z innego źródła składniki, kolejność maceracji i inną rozlewnię. Nie wiem czy panowie Morillas i Fremont zrobili to naumyślnie, ani czy DKNY ma świadomość jak bardzo te perfumy przypominają koncept Diora. Ale abstrahując od momentami uderzającego podobieństwa obu kompozycji, DKNY Men to doprawdy świetny i równie wytworny zamiennik dla dużo droższego Diora. Owszem oryginał Christiana Diora charakteryzują nieco lepsze parametry, głównie trwałości, ale jeśli ktoś szuka tańszej alternatywy – pachnącej powiedzmy 6-8 godzin zamiast doby, będzie z jakości Donny Karan bardzo zadowolony.Donna Karan - DKNY Men EdT

rok powstania: 2009

nosy: Alberto Morillas i Hary Fremont

projekcja: bardzo dobra, później dyskretna

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, mandarynka, jałowiec, szałwia muszkatołowa,
Serce: pieprz, kardamon, liść fiołka, jaśmin,
Baza: cedr Virginia, paczula, wetyweria, korzeń irysa,

 

Mógłbym napisać DNO, ale nie napiszę, ponieważ prawdziwym dnem jest Puma Sync – zaś Mr. Burberry, podobnie jak Gucci Guilty, czy Toni Gard Sea Side to jedynie koniunkturalne i płytkie niczym kałuża siuśki – skrojone na poziomie artystycznym „programuWarsaw Shore… Lecz nikły poziom tych perfum absolutnie mnie nie dziwi, gdyż jedynie kwestią czasu było aż inne mainstreamowe marki też postanowią się skundlić (z całym szacunkiem do kundelków, które są jednymi z mądrzejszych i sympatyczniejszych psów) – tak jak zrobił to Dior (Sauvage), Guerlain (linia Ideal) i ponownie (a co!) Gucci (serią Guilty, a przypomnę że Frida Giannini, dyrektor kreatywna Gucci i jednocześnie osoba odpowiedzialna za min. krój i poziom perfum domu mody Gucci, całkiem niedawno straciła pracę – ciekawe dlaczego?). Dobrze, dość snucia wywodów o upadku i „ostatnich dniach Kaliguli” w świecie perfum i zajmijmy się Mr. Burberry*

*swoją drogą nie wiem czemu za Mr jest kropka, skoro skrót kończy się na ostatnią literę pełnej nazwy – ale widać w Anglii mają inną, bo prawdopodobnie lewostronną ortografię…🙂

Burberry - Mr. Burberry

Żartowałem, zapraszam na dalszy ciąg „pojazdu” po Panu Burberry, albowiem naprawdę na to zasługuje!…🙂 Dziwię się, że po beznadziejnie słabym Burberry Rhythm, nikt u Burberry nie wyciągnął wniosku, iż nie tędy droga, a moda na bezpłciowe gnioty już się kończy. A Mr. Burberry jest koronnym przykładem pachnidła skrojonego na miarę naszych czasów, czyli takiego właśnie beznamiętnego gniota. Wątłe to to, o wysoce nienachalnej projekcji, nikłej trwałości i smętnym, upierdliwie poprawnym politycznie bukiecie, który opowiada o niczym. A przecież perfumy powinny opowiadać jakąś historię lub coś opiewać, a tu nic…

Burberry - Mr. Burberry reklama

Ten zapach jest totalnie zachowawczy i tak bardzo wtórny, że przy nim żarty „suchary” Strasburgera, wydają się śmieszne!… Ale wiecie co jest najgorsze? Że za tym odrażająco nijakim, płytkim, drętwym, nudnym i porażająco słabym zapachem stoi nazwisko Francisa Kurkdjiana, czyli naprawdę zdolnego perfumiarza! Francis why?. Czy JPG płaci aż tak mało za kolejne flankiery Le Male, a Twoja „niszowa” linia Maison Francis Kurkdjian sprzedaje się tak słabo, że musisz chałturzyć u Burberry? No chyba, że to Twoja metoda na zdyskredytowanie i wykończenie konkurencji – w takim razie zwracam honor…🙂

Burberry - Mr. Burberry goto

Zapomnijcie o szyku, klasie i niewymuszonej elegancji, która stała za Burberry The Beat, Brit i London. To już się skończyło, a w miejsce ładnej, zgrabnej i charakterystycznej dla marki „kratki„, będącej dumą i znakiem rozpoznawalnym brandu, dostaliście TO. Tym zapachem Burberry definitywnie zrywa ze swą chlubną przeszłością, szykiem oraz klasą i od teraz przerzuca się na nowe logo, którym jest pusta, niczym niewypełniona przestrzeń (zupełnie jak treść tych perfum). Zrobili to prawdopodobnie po to, by przypadkiem nikogo nie urazić, ani nie dyskryminować osób np. nie lubiących wzorów geometrycznych – a już bardziej przyziemnie, by w swym krótkowzrocznym mniemaniu „tłuc na tych perfumach ekstremalnie dużą kasę„…🙂 Bravo!, Bravo!, Bravissimo!😀 bach!, bach! bach! – to dźwięk wystrzałów, po tym jak Burberry postrzelił się w obie stopy naraz, a trzecią kulkę wpakował sobie w skroń… No dobrze, powiedzmy że już się wyżyłem i wyładowałem mą frustrację, wywołaną skandalicznie słabym poziomem tych perfum – więc choćby dla formalności, skrobnę sówko, jak to pachnie…

Mr Burberry

Zaczyna się zwyczajnie, jak pierdylion innych niezobowiązujących casualowców, czyli ładnym acz nieśmiertelnym miksem niezdefiniowanych cytrusów oraz zielska, silącego się na udawanie aromatycznych ziół i przypraw. Pachnie to sztucznie, tanio, smętnie i niewyraźnie, ale w tle czai się coś jeszcze. Ewidentnie sięgnięto tu po syntetyczny zamsz i kaszmir, dokładnie ten sam którym emanuje bardzo bądź co bądź udany, CK Dark Obsession. To delikatne i dyskretne „kaszmirowe„, tło smagnięte symboliczną ilością muszkatu oraz rzeczywiście pojawiającą się na parę sekund brzozą, jest naprawdę ciekawe i przyjemne dla nosa – więc szkoda, że Burberry nie przesunął tego jakże przyjemnego detalu na pierwszy plan, wydłużając i rozciągając go jednocześnie na całą kompozycję.

Burberry - Mr. Burberry poster

Wtenczas uzyskaliby coś ładnego, ciekawego, szykownego i wciąż zgodnego z (modną) ideą współczesnego minimalizmu – ale po co eksperymentować, skoro można zaserwować to samo co wszyscy?… To niewątpliwie wyróżniłoby te smętne niczym p…. perfumy, na tle równie płytkiej i nijakiej konkurencji – ale Burberry postawił na „uniwersalne bezpieczeństwo„… Niestety „sabotażystaKurkdjian postanowił rychło zabić ów uroczy i intrygujący akcent „kaszmirowo brzozowy” – ucinając go nastającym zdecydowanie za szybko, akordem bazy. A baza wita nas nieciekawym, sztampowym, nijakim, wątłym i niemożliwym do bliższej identyfikacji „akcentem drzewnym” i tyle… Agencie Kurkdjian, gratuluję wykonania misji dywersyjno sabotażowej, twój kolejny cel to…. A tak na poważnie to szczerze i z całego serca, NIE WARTO I UNIKAĆ JAK OGNIA!!!Burberry - Mr. Burberry EdT

rok premiery: 2016

nos: speszjal ejdżent 007 – Francis Kurkdjian

projekcja: dostateczna, później nikła

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, kardamon, estragon,
Serce: liść brzozy, gałka muszkatołowa, cedr,
Baza: drzewo sandałowe, drzewo gwajakowe, wetyweria,

Napisane przez: pirath | 22 Sierpień 2016

Thierry Mugler A*Men Pure Tonka, czyli A*Men nihil novi…

Wąchając Pure Tonka, odniosłem wrażenie, że Thierry Mugler się kończy… To znaczy sam Thierry ma się nieźle i życzę mu zdrowia z całego serca – ale kończą mu się pomysły na nowe zapachy, a te wypuszcza ostatnio na rynek, z częstotliwością strzelającego kałasznikowa. To fajnie że wychodzą nowości, choć osobiście wolałbym by miały premierę ździebko rzadziej, ale coś sobą wnosiły – albowiem w obecnej formie, nowości Muglera zaczynają zjadać własny ogon. I żeby była jasność, nie chodzi  mi o ich wspólne podobieństwo, wręcz przeciwnie, cieszę się że Mugler wypracował własny niepowtarzalny styl/sznyt w kreacji. To budujące, że już na pierwszego niucha można wyczuć iż coś jest od Muglera, tak jak spoglądając na atrapę chłodnicy VW od razu wiadomo co to za marka – ale Thierry zaczął się ostatnio powtarzać, a to już mi się nie podoba…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka

Znając zamiłowanie Muglera do sygnowania wyrazistych, mocnych, zwaliście słodkich i chwilami przytłaczająco masywnych pachnideł – słysząc nazwę Pure Tonka, autentycznie zacząłem się bać… Bo jeśli Jacques Huclier (nadworny perfumiarz Muglera i autor większości X*Men’ów) potraktował temat dosłownie, to będzie przed czym czuć trwogę… Jednak na szczęście w nieszczęściu, skończyło się na zagrywce czysto tabloidowej – czyli szumna nazwa/ nagłówek, która ma przyciągnąć uwagę i na tym koniec… W zasadzie Pure Tonka nie wniosła nic nowego, obijając się i miotając wokół Muglerowej klasyki, osnutej na nieśmiertelnym u Muglera połączeniu kawy, karmelu i czekolady i The End…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka bokiem

Tak, jestem zniesmaczony i zawiedziony, bo po bądź co bądź solidnej (zarówno w formie jak i treści) marce jaką jest Thierry Mugler, nie spodziewałem się takiego pójścia na łatwiznę. Owszem Pure Tonka jest śliczne, apetyczne, przytulaśne, słitaśne i nic tylko tarzać się w tym zapachu – skoro to wszystko już było/jest… Jedyną różnicą jaką zauważyłem, jest to że bukiet jest jakby ździebko lżejszy niż u klasycznego A*Mena i dodano doń lukrecji – przez co zapach chwilami mocno przypomina Muglerowego B*Mena i stylistykę znaną z męskich kompozycji od Lolity Lempickiej, z Illusions Noires Au Masculin na czele. Słodkie kakao, odrobina rozpuszczalnej neski, kropelka lukrecji oraz miękka i niezbyt przytłaczająca karmelowo waniliowa słodycz i to wszystko… Aż tyle i tylko tyle i czuć to dopiero w fazie dojrzałej, bo na pierwszego niucha jest to zwykły, nieodmiennie apetyczny A*Men z kameralną domieszką lukrecji*… No jest ładny i bajecznie przyjemny, ale czy zasługuje na swą szumną i jakże wymowną nazwę?

*chociaż odnoszę wrażenie, że ktoś po prostu wymieszał w odpowiednich proporcjach A*Mena z B*Menem i wypuścił takiego mixa jako nowość…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka reklama

Próżno w tym pachnidle szukać tonkowego armageddonu, porównywalnego z choćby monumentalnie tonkowym Pour Homme od Jacquesa Bogarta… Ba, próżno tu szukać analogii do choćby zwykłej tonki, gdyż zapach w niewielkim stopniu odbiega od regularnego A*Mena… Zupełnie jakby komuś zależało wyłącznie na wykreowaniu szumu medialnego lub spłodzenia nowości za wszelką cenę. Zwłaszcza, że przecież nie tak dawno swą premierę miał rewolucyjny i bardzo udany Ultra Zest (czyli da się), więc co się stało?.

Thierry Mugler B Men

Z drugiej strony w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez kompozycje coraz to bardziej zdawkowe i przesycone ideą minimalizmu – pojawienie się zapachu jeszcze cięższego niż A*Men, byłoby rynkowym samobójstwem. Moim zdaniem u Muglera doszli do wniosku, że sukcesu i brzmienia klasycznego A*Mena i tak nie prześcigną – zresztą po co zmieniać coś, co już jest wyśmienite? Najprościej jest wziąć coś co i tak się świetnie sprzedaje, dać nową nazwę i gotowe… Porsche co roku pokazuje kolejną generację 911, po jeszcze bardziej umownym lifcie – więc czemu nie sprzedawać tą metodą perfum? O pardon, przecież liczne każdego roku premiery JPG Le Male w pierdylionie „nowych” odsłon – są najlepszym przykładem, że to działa…🙂Thierry Mugler AMen Pure Tonka EdT

rok powstania: 2016

nos: Jacques Huclier

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: mięta,
Serce: lawenda,
Baza: fasolka tonka, kawa, wanilia, paczula, lukrecja, kakao,

 

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: