Napisane przez: pirath | 24 lipca 2017

Azzaro Chrome Pure EdT, czyli jeszcze bardziej Chrome…

Wprawdzie lubię i cenię klasyczne Azzaro Chrome, ale po poznaniu wersji Pure, doszedłem do wniosku, że mój proszek do prania pachnie ciekawiej – zaś wybierając z tej dwójki, to nim chciałbym pachnieć. Tak wiem, trudno o gorszą rekomendację dla perfum i w zasadzie na tym etapie niniejszy wpis mógłbym zakończyć, darując sobie i Wam stratę czasu – no ale wtedy nie mógłbym sobie poużywać i ponarzekać 😉 Serio, uważam że mój proszek do prania bieli (zielony Persil w żelu) pachnie ciekawiej i bardziej oryginalnie niż najnowszy Azzaro Chrome Pure. Tyle że ta uwaga tyczy się wyłącznie wtórności tych perfum, wynikającej bezpośrednio z obranej grupy olfaktorycznej oraz kopiowaniu przez Azzaro samego siebie – gdzie trudno zaskoczyć świat czymś nowym. Ja wiem że to flankier i nie powinienem się czepiać zgodności tematycznej z protoplastą, ale nie miejmy złudzeń, że skoro Azzaro umieściło w nazwie słowo wytrych „Chrome” – to liczy na bonusy z przysłowiowego odcinania kuponów, od popularności legendarnego już dziś protoplasty serii.

Zapewniam waz że z klasycznym Chrome, mają te perfumy wiele wspólnego i nie chodzi tylko o bezczelne i czcze epatowanie nazwą. To nie jest kolejny bezczelny skok na portfele klientów, choć wielu z Was zada całkiem przytomne pytanie, „jaki jest sens robić wersję Pure perfum, które słyną z tego że są Pure? Chłodna, minimalistyczna, zielono ozonowo metaliczna świeżość klasycznego Chrome, z łatwością przypadła klientom do gustu. I szczerze powiedziawszy, nie ma co im się dziwić, że najęci przez Azzaro perfumiarze (bardzo zresztą zdolni) poszli tym samym tropem. I nie ma co ukrywać, że zrobili to dla zapewnienia swemu zleceniodawcy ruchu w interesie oraz łatwych i dużych pieniędzy… 😉

No dobrze, nie będę się pastwił i wprowadzał Wam zamęt. Chrome w wersji Pure pachnie nadspodziewanie dobrze – tym bardziej, że jest to odgrzewany kotlet z odgrzewanego kotleta. Zapach jak na swą dość frywolną i lekką tematykę, zwykle eksploatowaną, nad interpretowaną i szarganą przez rzesze idących na łatwiznę producentów – tu wyszedł nadspodziewanie dobrze, rzeczywiście bardziej świeżo, przekonywająco i co najistotniejsze, wciąż lekkostrawnie. Klasycznego Chrome nie sposób nie lubić, ani nie sposób odmówić mu lekkości, finezji oraz wdzięku i podobnie jest z wersją Pure. Paradoksalnie Pure to takie Chrome w wersji intense, gdzie pod niewinną nazwą Pure, ktoś sprytnie ukrył ślepą pogoń za modą na intensyfikowanie wszystkiego co popadnie. Postanowił uwypuklić i wydobyć z tych już na wskroś świeżych perfum – kolejne, dotąd nie uwolnione pokłady świeżości, wręcz podwajając (intensyfikując) bijącą od tego bukietu świeżość i podbijając ją odrobiną słodkości.

Trudno powiedzieć o bukiecie Pure coś odkrywczego, poza tym że jest naprawdę miły dla nosa i bardzo poprawnie wykonany – przy udziale prawidłowo i rzetelnie wyartykułowanych ingrediencji. Nie ma tu chropowatości i drapania siermiężnych i tandetnych nut o rasowo chemicznym rodowodzie, ani wyrw w bukiecie – Pure sprawia wrażenie kompozycji bardzo naturalnej, wiernie wyartykułowanej i niewymuszonej, a to duży plus w kontekście tej grupy zapachowej. Witający nas akord otwarcia to doskonale wszystkim znany motyw przewodni, ukręcony naprędce z soczystych owoców i cytrusów, z domieszką jakiejś orzeźwiającej zieleniny – ale nie wnosi sobą nic nowego.

Podobnie „interesująco” brzmi nieco bardziej wartkie, acz równie wtórne, energetyzujące i podkręcone kardamonem i nutami morskimi serce. Jedyne co je wyróżnia to szlachetność artykulacji, sugestywność i jakość nut, odtwarzających ten oklepany motyw przewodni, znany nie tylko z Chrome ale i połowy mainstreamowych świeżaków i casualowców na rynku. Za hipotezą intensyfikacji Chrome, przemawia fakt, iż jest tu sporo zgrabnie zakamuflowanej słodyczy, która ujawnia się dopiero u schyłku akordu serca i nastania akordu bazy. W tle pojawia się kwiat pomarańczy i tonka, których subtelna acz stanowcza słodycz – wskazuje iż bardziej jest to zakamuflowany „intense” niż rasowy, jeszcze bardziej purystyczny świeżak… Dopiero schyłek właściwy jest nieco wytrawny, suchy i wyraźnie piżmowo drzewny – a wspomniana wcześniej słodycz, w ty stadium zanika zupełnie. Powiedziałbym że stylistycznie Pure przypomina nieco Loewe Solo, zmieszane z klasycznym Chrome.

Spodziewałem się, że będzie to kolejna syntetyczna pulpa, albo groteskowo przerysowany świeżak, pachnący jak woda po kwiatach, ale nie… Chrome Pure wciąż trzyma wysoki poziom wykonania i charakter klasyka – co więcej nie jest męczący, upierdliwy ani drażniący chropowatością swych zintensyfikowanych akordów ozonowo metaliczno morskich. Jeśli przepadacie za nieco zwalistą, ozonowo morską świeżością Isseyów, Bvlgari Aqua, tudzież Acqua di Gio, to możecie śmiało sięgnąć po te perfumy – acz uprzedzam, że to nie jest stricte świeżość morska, co ozonowo metaliczno morska, z delikatną domieszką subtelnej tonkowej słodyczy. Mi osobiście zapachy morskie średnio leżą i kiepsko komponują się z chemią mojej skóry, za to kompozycje ozonowe znoszę i toleruję już dużo lepiej. Kampania tych perfum ponownie nawiązuje do wielopokoleniowej uniwersalności tych perfum i o ile w przypadku klasyka nie mam ku temu żadnych obiekcji – to w przypadku Pure, uważam ten zapach za nieco zbyt wyrazisty, dla kilkunastolatka.

Jaki jest więc sens w kupowaniu tych perfum?. Mam wrażenie że ten zapach powstał trochę na siłę i niepotrzebnie, wszak Azzaro ma już w ofercie Chrome Intense, całkiem niezłe zresztą. Pure powstał jako kolejny flankier, a że kończy się modne i chwytliwe nazewnictwo – to musiano go jakoś ulokować w ofercie, raczej nie przejmując się zgodnością nazwy z powalająco wtórną treścią. Pure broni się wysoką jakością użytych do jego spreparowania nut zapachowych oraz łagodną i elegancką linią bukietu – który czerpie garściami z charakteru i charyzmy, wiecznie młodego Chrome. A przecież o zgodność z kultowym Chrome i zarabianiu na nim chodziło, a po co zmieniać coś co jest dobre? Ten zapach nie wprowadził nic nowego, poza jeszcze większym rozmyciem i chaosem w ofercie marki, ale to już nie nasz problem. Powiem więc tak, nie ważne czy sięgniecie po Chrome, Chrome Intense czy Pure, każdy Wasz wybór będzie dobry.

rok powstania: 2017

nos: Jacques Huclier i Olivier Pescheux

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, mandarynka,
Serce: akigalawood, kwiat pomarańczy, nuty wodne,
Baza: cedr, fasolka tonka, mate, białe piżmo,

Klasyczny Invictus z 2013 roku, okazał się zapachem tak miernym, słabym i irytującym generowanym wokół tego gniota szumem PijaRowym, że w ogóle olałem próbę jego zrecenzowania. Ale jak wiemy marketing Paco Rabanne jest niewzruszoną i diabelnie skuteczną machiną propagandową, dzięki której liczne konsultantki (czego sam doświadczyłem) wciskały i wciskają nam te nędzne popłuczyny, zapewniając że to świetny nowoczesny zapach, za którym kobiety wprost przepadają… tia… przy dziesiątkach milionów euro wpakowanych w namolny i wszędobylski, wręcz opresyjny marketing u Rabanne (czego najlepszym przykładem była rozbuchana kampania 1 Milion) nawet największego gniota można przekuć na komercyjny sukces. Pamiętacie premierę 1 Milion? Ja pamiętam, że strach wtedy było otworzyć lodówkę 🙂

Nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że Paco kuje żelazo póki gorące i zrobił z dennego Invictusa całą serię, podobnie jak Ideal u Guerlain, L’Homme u YSL, Code u Armaniego i Guilty u Gucci (z wyłączeniem ostatniego Abslute, który jest absolutnie genialnym powrotem marki do dawnej formy). A więc po „marketingowym” i co za tym idzie komercyjnym sukcesie Invictusa, przyszła pora na równie słabą co wtórną wersję Aqua i idąc za ciosem i niesłabnącymi w tym sezonie trendami na intensyfikowanie wszystkiego – w ubiegłym roku pojawił się (nie uwierzycie) Invictus Intense!. I coś mi mówi że na Invictus Intense ten koszmar się nie skończy, ale jestem bardzo ciekaw (nie mam dostępu do testera tych perfum), czy Invictus Silver Cup Collector`s Edition pod którym podpisało się wiele renomowanych nazwisk pachnie lepiej?. O dziwo ta odsłona rzeczywiście pachnie wawrzynem aka liściem laurowym, tu kojarzonym z laurem zwycięstwa – ale obawiam się, że i tym razem Paco Rabanne wrócił nie z tarczą, a na tarczy…

Co wyróżnia II na tle słabego protoplasty, późniejszego słabowitego flankiera i równie słabych zapachów konkurencji? Wreszcie czym wyróżnił się, na tle innych koniunkturalno populistycznych wypustów, że jednak postanowiłem poświęcić mu wpis? Ano wpis jest ku przestrodze, bo wygłodniałe konsultantki, już czekają na Wasze dusze i portfele 😉 No może poza tym, że tym razem Paco wciska nam nudnego, słodkawego ulepa – utrzymanego w wypisz wymaluj, równie smętnej co nijakiej konwencji Trussardi Red… Jeśli więc bardzo kogoś nie lubicie, a macie gest i kasę na dotkliwą zemstę, podarujcie komuś flakon tegoż Trussardi lub Invictusa Intense* i spoglądajcie z satysfakcją, jak z nieszczęśnika uchodzi chęć do życia, a ludzie w jego otoczeniu uciekają w popłochu 😉 Dawno nie spotkałem zapachu równie nudnego, smętnego, nijakiego i wywołującego autentycznie nudności swą mdłą i snującą się bez życia fizjonomią. Fizjonomią która chwilami staje się tak nieznośnie przekoloryzowana, drapieżna i irytująca, że tzw. nudna faza bukietu pozwala autentycznie od tych perfum odpocząć. Invictus Intense miał być zapewne czymś a’la wspominany Trussardi, ale z wykopem, czymś w rodzaju CH 212 VIP murowanym kafarem na klubowe laseczki, ale coś poszło nie tak…

*pierwszy zanudzi nieszczęśnika i jego otoczenie na śmierć, zaś drugi doprowadzi do szału nadpobudliwością 🙂

I Invictus Intense rzeczywiście pachnie podobnie do tegoż Trussardi, acz w dużo bardziej wyrazistej formie (w końcu to wersja intense, ale tu jest to Pyrrusowe zwycięstwo). Zatem wzięto uosobienie nudnych i nijakich perfum, a udających że pachną jakimś wysublimowanym akordem alkoholowym, dosłownie żywcem kopiując to smętne brzmienie – po czym zintensyfikowano je do granic noszalności i zaserwowano złaknionej modnych nowości klienteli. Klienteli stosunkowo młodej i co za tym idzie o najmniej wyrobionych gustach oraz oczekiwaniach względem perfum – a więc najbardziej podatnej na indoktrynację ze strony koniunkturalnych konsultantek i szemranego marketingu. Wprawdzie nie śledzę tego, ale coś mi mówi, że kampania reklamowa przedstawi tego ulepa jako idealny zapach dla prawdziwego mężczyzny – dla zwycięzcy i samca alfa, jakim niewątpliwie staniesz się sięgając po urnę, tfu puchar z tymi perfumami… Pocieszające jest to, że zapach nie jest tak natarczywie reklamowany w prasie i mediach, jak jego protoplasta – więc jest cień szansy, że przynajmniej ten gniot przejdzie bez większego echa.

Czemu tak się czepiam tego zakłamanego marketingu i odgórnie uciskanych kretyńskimi celami konsultantek? Bo brutalna prawda jest taka, że o sukcesie towarzyskim i przychylności płci przeciwnej decydują nie używane perfumy, będące jedynie dopełnieniem całości i tzw kropką nad „i„- co kolokwialnie rzecz ujmując: wygląd zewnętrzny, ubiór, barwa głosu, ogólna prezencja i przede wszystkim mocna osobowość nosiciela perfum. Jeśli wyglądasz jak koleś z reklamy tych perfum, to Invictus, ani jakiekolwiek inne perfumy nie są Ci potrzebne. Ale jeśli na polu szeroko pojętej aparycji coś niedomaga to obawiam się, że żadne perfumy nie zrobią z „nieatrakcyjnego” faceta Casanovy ani lwa salonowego. A już kategorycznie nie TE perfumy, albowiem ich zwalista, irytująca i namolna fizjonomia, skupiona na nudnym i męczącym – naprzemiennie mdłym i monotematycznym oraz upierdliwie wyrazistym motywie przewodnim, z kwiatu pomarańczy, tonki i jakiejś rozmytej i zwietrzałej gorzały i z natury smętnego bursztynu, na mnie podziałała jak płachta na byka… Nawet dość mocno wyczuwalny w tle kompozycji wawrzyn (liść laurowy) nie jest w stanie przełamać zwalistego monolitu, utkanego z powyższych nut i całość nadal pachnie jak irytujący, siermiężny kloc na potężnym kacu… Te perfumy są autentycznie trudne i wymagające oraz trzeba sporo cierpliwości i samozaparcia, by je na sobie zdzierżyć oraz zdzierżyć towarzystwo noszącej je osoby, serio…

Próbowałem doszukać się na siłę jakiegoś pozytywu, głównie przez całkiem nieźle ukazany liść laurowy, który ma potencjał by przełamać ogólną zwalistość kompozycji. Tyle że by to osiągnąć i przekrzyczeć ową zwalistą kwiatowo alkoholową słodycz – u schyłku akordu serca, stawał się tak przerysowany i agresywny, że przytłaczał swą obecnością w drugą stronę, dosłownie miażdżąc pod swym ciężarem cały bukiet. Ja rozumiem że to jest Intense i zapach na wieczór, ale skoro jeden psik na nadgarstek okazał się tak nieznośny i trudny do zniesienia (wybujały bukiet plus wysoce efektywna projekcja), to strach pomyśleć jak nieznośny byłby podczas globalnej aplikacji i np. podczas dusznego, letniego wieczoru… brrrrr! W każdym razie trwałość i projekcja tego EdT nie powinny nikogo zawieść. A najlepsze jest to, że gdy już się „wyśmierdzi” i jego wybujały bukiet wytraci swój impet – to na powrót staje się doskonale znanym z oryginału, nudnym, smętnym i miałkim w formie i treści Invictusem

Nie wiem czy to przez tematyczne podobieństwo do Trussardi Red (a wyjąwszy moc, wręcz uderzające podobieństwo), tudzież Herrery 212 VIP, czy w ogóle ze względu na konotacje z w mym odczuciu najbardziej drętwą, wulgarną, tandetną i siermiężną tematyką wieczorowo klubową – zapach solidnie mnie zirytował i zmęczył. Głównie swym przejaskrawionym i ciężkim niczym kowadło bukietem, wyartykułowanym z finezją tegoż samego, acz zwalającego się na stopę kowadła… Owszem projekcję i trwałość ma bardzo solidną (jak na Intense przystało), ale w tym przypadku okazało się to wadą i nie mogłem się doczekać, aż zapach opuści mą skórę i ten wątpliwej przyjemności test wreszcie się skończy… Zmarnowałem kilka złotych na kupno próbki tego ulepa, ale przynajmniej z czystym sumieniem mogę podsumować te perfumy słowami – iż nie odstają od słabego i irytującego poziomu całej rodziny Invictus

rok powstania: 2016

nos: nieznany

projekcja: bardzo dobra, a wręcz drapieżna

trwałość: bardzo dobra

Głowa: czarny pieprz, kwiat pomarańczy,
Serce: wawrzyn, whiskey,
Baza: ambra, sól, ambra (amber aka bursztyn, p.s ufam że Fragrantica zacznie w końcu rozróżniać obie nuty 😉 )

Nie zdzierżyłem moi drodzy, więc przepraszam za ten wybuch frustracji i emocjonalne zacięcie wpisu, ale nie mogę stać obojętnie – gdy na moich oczach filary górnolotnego perfumiarstwa są podcinane i prostytuowane w imię zysków… To już nie te czasy, gdy min, Dior i Guerlain były firmą rodzinną, albo zarządzaną przez radę nadzorczą i kontynuowały wizję i politykę założyciela marki. Czyli nadrzędnym celem była nie tylko kasa, ale i sygnowanie wysokiej jakości produktu i dbałość o ideały i wizerunek marki. Niestety finalnie obie marki zostały sprzedane, a zakupiła je grupa /koncern LVMH (są też właścicielem min. sieci drogerii Sephora oraz Louis Vuitton, Céline, Loewe, Fendi, Donna Karan, Berluti, Givenchy, Marc Jacobs, Kenzo, Emilio Pucci, StefanoBi, Thomas Pink, Nowness, Dior, Hubolt Bvlgari, Christian Dior Perfums, Givenchy Perfums, Guerlain, Kenzo Perfums, Acqua di Parma, Fresh, Benefit Cosmetics, Make Up For Ever, Perfumes Loewe, Maison Francis Kurkdjian i inne), więc komu ma zależeć na dbałości o jakość i reputację?

Prezesikom z odgórnego nadania, którym zależy wyłącznie na zgarnięciu swojej niebotycznej premii rocznej, za wygenerowanie lipnych wzrostów? Ja mam świadomość, że to jest biznes i ktoś zapłacił ogromną kasę za te dwie marki – więc chce by ta kasa szybko mu się zwróciła, stąd goni i doi oba brandy (odnoszę wrażenie, że dosłownie je prostytuując), by wycisnąć z nich jak najwięcej kasy, ale za jaką cenę!. A no sygnując coraz bardziej tandetną (acz nie tanią) i populistyczną masówkę, której jakość i przede wszystkim poziom, można porównać do wytworów innych tuzów komercyjnego mainstreamu, jak Hugo Boss, Paco Rabanne, Calvin Klein, czy Lacoste. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, bo każdy ma swoje. No właśnie, każda potwora znajdzie swego amatora, bo na ambitną, nietuzinkową i wysublimowaną stylistykę Guerlain oraz Diora też był klient (w dodatku płacił za to i stojącą za tymi markami jakość), a teraz wszystko zrównano i wrzucono do jednego mainstreamowego worka…

Po ekskluzywnych i dopieszczonych perfumach Diora zostały tylko nazwy historyczne i niebotyczne ceny – ale słabo mi się robi jak sobie przypomnę, jak nędznymi popłuczynami okazał się niedawno przeze mnie wąchany Dior Fahrenheit!. Uwierzycie, że prawie serce mi pękło z żalu na myśl, że już nigdy nie będę nim pachniał? (bo to jak pachnie teraz nawet nie przypomina zacnego oryginału z przed ledwie dekady)… Zresztą ostatnimi czasy intensywnie ciosałem na łbach Diora i Guerlain kołki – utyskując na żałosny, wręcz żenujący poziom ich najnowszych perfumeryjnych nowości i coraz gorszą jakość. Zwłaszcza w kontekście wyjątkowo słabej linii Guerlain Ideal oraz nowego Diora Sauvage i zmasakrowanego ostatnią reformulacją Diora Homme Sport 2017. Ten ostatni jest tak denny, że śmiać mi się chce, ale o zgrozo – jednak są osoby, które wystawiły tym miałkim popłuczynom pozytywną cenzurkę… Tym niemniej, gdy spojrzeć na właściciela tych marek, wielkiego i napuszonego LVMH, epatującego na każdym kroku ekskluzywnością, prestiżem, dbałością o jakość i elitarność – ponownie śmiać mi się chce, gdy pomyślę o jakości zapachów Gueriali Ideal i Diora Homme Sport oraz Sauvage i zestawię ją z „wydumanymi ambicjami” brandu matki… Ha ha ha, serio z tym chcecie walczyć o portfele najbardziej wymagającego klienta w którego celujecie? 😉

Nosz kuźwa, jak chcecie być ekskluzywni i dbacie o jakość, to dlaczego serwujecie swoim klientom takie szczyny? Czy pójście w stronę tandetnej masówki to wasza metoda na pozyskanie i zatrzymanie przy sobie klienta? Przecież konkurencja oferuje dokładnie to samo, z tym że tańsze i lepiej rozpoznawalne – więc czym chcecie kupić jego lojalność?!… Tylko idiota pomyśli, że ludzie ceniący sobie jakość i elegancki krój perfum, z którego ongiś słynęły oba ikoniczne brandy – zatrzymają tandetne, nijakie i bezpłciowe zapaszki, konweniujące jakością i treścią z najpodlejszym massmarketem. Sądzicie że wasi klienci są nieobeznanymi idiotami i te sromotnie przepłacone wydmuszki – zatrzymają przy was wymagającego klienta o wyrobionych gustach?… Powiem tak, zwolnijcie wasz nieudolny zarząd, który próbuje sabotować działania i wizerunek tych dwóch marek i co najgorsze z rozmysłem dewaluuje ich prestiż i wartość w oczach klientów!. Zresztą wystarczy popatrzeć co się stało z Gucci, której niefrasobliwy zarząd, oddał markę pod władanie nieudolnej Fridy Giannini i do czego to markę Gucci doprowadziło, po paru latach jej rządów. Firma znów stanęła u progu bankructwa, z którego została lata temu odratowana, dzięki umiejętnościom Toma Forda, na szczęście w porę się ocknęli i wywalili panią Giannini z roboty, na powrót sygnując ambitne brzmienia z których słynęli.

Czy Dior i Guerlain mają skończyć i skończą podobnie, w rękach nieudolnych dyrektorów generalnych? Czy też poderżną gardła tym kurom dotąd znoszącym złote jaja, bo zarząd ma apetyt, by te kury znosiły strusie jaja – a gdy padną z wycieńczenia lub rozpruje im kupry, to co, zawołacie Toma Forda na pomoc, niech je jakoś pozszywa? Wybaczcie mą frustrację i złość, ale szlag mnie trafia, gdy widzę jak banda nieudaczników z zarządu tych brandów, niszczy i obraca w perzynę marki legendarne, ikoniczne, ponadczasowe – zamieniając je w synonim komercyjnej rynkowej tandety… Po pierwsze, tym markom takie prostytuowanie się o gusta klienta masowego po prostu nie przystoi, a po drugie nie mają szansy w konfrontacji z brandami które mają w tym temacie ugruntowaną pozycję rynkową. Bo ktoś kto kupuje niezobowiązujące casualowce i świeżaki od Hugo czy Lacoste, za powiedzmy 150-200 zł nie da za te same perfumy 300-500 zł, bo są od jakiegoś tam Diora czy Guerlain. Sorry ale przysłowiowy Seba, śmigający w ortalionowych dresach nie wie co to Guerlain lub Dior – on ceni Armaniego, Hugo, CK i Lacoste, bo pasują mu pod jego sportowy look i kojarzy je z prestiżem – bo nosi na dupie ich konfekcję, obok butów i dresów Adidasa czy Nike… Kuźwa czy tylko ja widzę, że obecna polityka tych brandów to linia pochyła w dół? A tak na serio, to co zrobili z Diorem Fahrenheitem zakrawa o bestialstwo i profanację!…

Zatem za obecną, coraz gorszą kondycję obu marek i ich powolny upadek i postępującą dewaluację, obwiniam ich obecny zarząd i politykę aktualnego właściciela obu brandów. Gdyby te marki wciąż były w rękach ludzi, którym zależało na pięknie, prestiżu, jakości i sztuce perfumeryjnej przez duże S, a którą kultywowano tam z pasją – to nie wątpię, że jakość sygnowanych ich logo perfum stałaby na o wiele wyższym poziomie. Oczywiście powiecie, że realia rynkowe się zmieniają, że czasy zwalistych śmierdzielów i rozpasanych kompozycji minęły, że dziś liczy się niezobowiązująca prostota i neutralny minimalizm – owszem, ale czy patrząc na wykwintne i wciąż finezyjne kompozycje Cartiera, Lalique, Hermes, Bentley, Loewe, Prady, Biagiotti, czy Muglera – ktoś ma jeszcze wątpliwości, że da się pogodzić jakość z nowoczesnym i świeżym brzmieniem? Jestem pewien, że gdyby za krój perfum Diora (wątpię by Demachy miał tam jeszcze coś do gadania) odpowiadał ktoś kto kocha perfumy, taki Fahrenheit wciąż pachniałby jak należy, zamiast profanować nazwę nieodżałowanego klasyka – a Dior Homme Sport nie byłby tak tragicznie dennymi popłuczynami… ufff trochę mi ulżyło…

p.s. wpis ilustrowany zdjęciami w moim odczuciu najgorszymi ostatnimi laty porażkami i niekwestionowanymi postrzałami w stopę, u obu marek…

p.s.2 po prostu trzeba się pogodzić z tym, że pod tymi rządami (i w tym modelu zarządzania) nie będzie już ambitnych i wysokiej jakości premier, od tych dwóch marek i tyle…

Powiem wprost, że najnowszy Eternity Summer 2017, totalnie mnie rozczarował – zarówno mizerną trwałością, nieakceptowalną nawet w przypadku letnich świeżaków oraz nieadekwatnym, przekombinowanym i w efekcie niezbyt strawnym bukietem. Rozczarował tym bardziej, że to pierwszy od baaaaaardzo długiego czasu zapach od CK, który przerywał (w moich oczach) trwającą od ładnych 4 lat serię zwycięstw Calvin Kleina – w kategorii naprawdę niezłych premier, wysoko trzymanej gardy jakości oraz inwencji w kreowaniu nowości. I jak na ironię łapa poślizgnęła im się właśnie przy „odcinaniu kuponów” od klasycznego Eternity, którego sukces powielano od lat – co roku oddając w nasze ręce kolejny rocznik Summer 20xx

Jak przystało na rasowy, Calvinowyowocowy soczek” na lato, są tu owocki, czyli jabłuszka, jakiś tam cytrusik, coś „zielonego” – a wszystko umiarkowanie słodkie, soczyste i zabójczo przyjemne. Niestety amazing Eternity Summer, jak w zasadzie każdego letniego świeżaka, kończy się wraz z przeminięciem zwodniczo pięknego akordu otwarcia (ten akord to taka swoista i niepisana reklama każdych jednych perfum). A trudno ocenić i przyznać wysoką notę wyłącznie w oparciu o jakże zwodniczy i ulotny akord głowy, za to o coraz bardziej pokracznie wybrzmiewającym akordzie środkowym, można powiedzieć nieco więcej. Linia Summer to w sumie edycja limitowana i taki swoisty Hyde Park brandu, więc cudów oczekiwać nie powinienem – no i trudno zrąbać swieżaka, prawda?…

Teoretycznie prawda, ale choć zapach w swej początkowej fazie pachnie przyjemnie i zupełnie „przewidywalnie” – to już po kwadransie okazuje się iż jego brzmienie ma niewiele wspólnego zarówno z jego natywną segmentacją. A już najmniej z jego oficjalnym wykazem nut, który określiłbym kolokwialnie jako jeden wielki stek bzdur i pobożnych życzeń… No chyba, że użyto dosłownie śladowych i pomijalnych przez ludzką percepcję ilość co niektórych, a deklarowanych ingrediencji – byleby formalności stała się zadość, tyle że w praktyce, nic z tego nie czuję. Sorry, ale jaśmin, imbir i kokos, to nuty tak specyficzne i wyraziste, iż nie sposób ich obecności zignorować/pominąć. Sądzę więc że jakiegoś „kreatywnego pijarowca” poniosła inwencja i wiedząc, że i tak nikt tego nie zweryfikuje – prawdopodobnie wpisał jakieś kocopoły, by zrobić lepsze wrażenie na potencjalnych klientach. Taktyka to podła, ale wbrew pozorom dość powszechna w świecie perfum, bo pozawala epatować snobów i kusić urojonymi ingrediencjami klientów, złaknionych eklektycznych nowości. Sądziłem że Calvin Klein już z tego typu zagrywek wyrósł – ale nie, bo wśród tworzących bukiet nut, możemy podziwiać mityczny „nektar kokosowy” (WTF? bo jak niby to pachnie?)…

Nie będę się pastwił, że zapach wybrzmiewa słabo i wtórnie, bo w tej konwencji i opiewanej tematyce – wręcz nie sposób uciec od schematyczności, banału i miałkości formy. Mam tego świadomość i biorę poprawkę, że w tematyce zwiewnych letnich świeżaków trudno pokazać coś świeżego i naprawdę nowego, ale tym razem Calvin tak bardzo chciał się wykazać, że aż przesadził… Zamiast pójść na łatwiznę i jedynie zmienić numerek na jednej z wcześniejszej i udanej edycji Eternity Summer na aktualny – tudzież poddać ją niezauważalnemu liftingowi, by ów nowy numerek w nazwie jakoś usankcjonować (taktyka działała bez pudła od najmniej dekady 😉 ), stworzyli coś nowego, ale odnoszę wrażenie, że na siłę i sromotnie przestrzelili…

Kompozycje z pod szyldu Eternity Summer nigdy nie grzeszyły inwencją, ani porywającą sugestywnością aranżacji zapachowej – zresztą to nie jest konwencja / półka, w której górnolotny artyzm byłby oczekiwany i gdzie zostałby doceniony, no sorry to nie liga i klientela na np. ogródki Hermesa. Za to były to kompozycje neutralne, poprawne i bardzo przyjemne i tylko tego, czy też „aż tego” się od nich wymagało. Niestety odnoszę wrażenie, że spokój i jowialną sielankę wersji Eternity Summer z bieżącego rocznika zaburzono i zmącono, próbując przy zapachu nieumiejętnie grzebać i efekt końcowy hmmm, co najmniej uwiera. Coś w zwykle neutralnym, przyjemny i przewidywalnym modelu Eternity Summer zostało zachwiane, zmącone i naruszone – a w tle kompozycji pojawiły się dziwne, wręcz nieznośne i ewidentnie niepasujące do charakteru bukietu wtrącenia. Ciężko mi to wyrazić, bo seria Summer choć nigdy nie była „ambitna„, to przynajmniej była przyjemna i miło oraz łatwo się ją nosiło – gdy edycja 2017 jest trochę jak kiełkujące (odrastające po depilacji) włosy, na pieszczonych wierzchem dłoni nogach dziewczyny.

Zupełnie jakby ktoś chciał stworzyć zapach jeszcze bardziej uniwersalny i wszechstronny, wzmacniając jego bukiet o nuty nieco cięższego kalibru, by poza przysłowiową „plażą„, zapach pasował też do biura, albo klubu?… I chyba coś jest na rzeczy, bo w późnym akordzie serca, w pewnej chwili ujawnia się dodatek sandałowca, acz surowego, suchego i bardzo „komercyjnego w brzmieniu” i podejrzewam, że to jego szorstkość, plus deklarowane konotacje z piżma (syntetycznego pochodzenia), wprowadzają te mącące bukiet chropowatości. Chropowatości, która wprowadza zamęt i przydaje kompozycji masywności, przechylając jej krój w stronę nieco nadpobudliwego casualowca – irytującego swą ni to ostrą, ni to hermafrodytyczną, fizjonomią, miotającą się od nieco siermiężnych nut kwiatowo owocowych (fiołek i cytrus), przez syntetyczne nuty drzewne i piżma, wywołując u nosiciela zamęt i niepokój. Ostatni raz czułem się podobnie wąchając któryś zapach od Police i JPG Le Male Summer, bodaj rocznik 2015* – a tu sandałowiec tak bardzo gryzie się z fiołkiem, a całość z niezobowiązującą stylistyką „letniego świeżaka” iż nie sposób to spokojnie wąchać!.

*zauważyliście, że kolorystyka feralnego CK Summer 2017 i JPG Le Male Summer 2015 pokrywają się? Przypadek? Nie sądzę, choć po powąchaniu CK nie zbierało mi się na nudności… 🙂

jeden z największych olfaktorycznych koszmarów, z jakim miałem w życiu styczność, czyli JPG Le Male Summer 2015…

Ale spokojnie, na szczęście zapach (jak na swój wybujały kaliber) ma tak żenująco słabą trwałość, że nie będziecie się zbyt długo męczyć w jego irytującym towarzystwie. Z każdą aplikacją, zapach znikał ze skóry w zasadzie bez śladu po 3-4 godzinach, bo tego piżmowo wiórowego smędzenia przy samej skórze, trudno określić mianem efektywnego projektowania do otoczenia. Zatem wychodzi na to, że Eternity Summer pachnie nie jak zwiewny, letni świeżak – a nieco zwalisty, irytujący i nadpobudliwy casualowiec, o jak na ironię, żenująco słabej trwałości. W moim odczuciu perfumiarz zanadto przeszarżował, zamieniając zachowawcze i spokojne brzmienie świeżaka, w nieco groteskowego i karykaturalnego casualowca, epatującego agresywnym sandałowcem i przejaskrawionym fiołkiem oraz kardamonem – czym zupełnie zrujnował jego świeży, niewinny, niezobowiązujący i przede wszystkim odprężająco lekki charakter. W moim odczuciu tegoroczna odsłona Eternity Summer, nie nadaje się na lato – a już kategorycznie nie na upały, gdzie zmęczy nosiciela i wykończy jego otoczenie. Używacie na własne ryzyko – jakby co, ostrzegałem!… 😉

rok powstania: 2017

nos: anonimowy reformator

projekcja: dobra

trwałość: mizerna

Głowa: szałwia, bergamotka, imbir,
Serce: jaśmin, nektar kokosowy, liść fiołka,
Baza: wetyweria, drzewo sandałowe, piżmo,

Czasem odnoszę wrażenie, że producenci perfum, to totalnie odrealnione jednostki, żyjące w hermetycznym świecie słupków i tabel Excela – ślepo wpatrzone w wykresy rynkowe, w poszukiwaniu nisz, które można by jeszcze wypełnić. A równolegle zajmują się nieustannym cięciem kosztów i dosłownie „prostytuują markę” którą zarządzają, w celu wyciśnięcia z niej każdego euro centa. I ci bezduszni ludzie, mając pełną świadomość, że konkurencja robi dokładnie to samo – z premedytacją sygnują coraz bardziej beznamiętne, pozbawione polotu zapachy, które niespecjalnie się sprzedają. A nie sprzedają się, gdyż beznamiętne zapachy raczej nie podbijają serc i nie zapadają w pamięci klienta – co z kolei protezuje się wypuszczaniem jednej niewiele wnoszącej nowości za drugą, byle był ruch w interesie, wszak lud lubi igrzyska… Wiem brzmi brutalnie i obrazoburczo, ale czasy gdy perfumy sygnowano starannie dla sztuki i idei minęły bezpowrotnie, nawet w kręgach tzw. niszy – no być może z wyłączeniem home made / indie, którym jeszcze parają się nieskażeni rządzą pieniądza, pasjonaci.

Dziś tzw. „zapach masowy” musi na siebie przede wszystkim zarobić i paradoksalnie poziom samej kompozycji zapachowej, wcale nie jest wymiernikiem jego sukcesu rynkowego. Nie musi, bo o ten „sukces komercyjny” zadba zabójczo skuteczny marketing i tłuste miliony wpakowane w reklamę, które z przysłowiowego „gó*na w pozłotce” zrobią murowany hit, który przebije w rankingach każdą górnolotną konkurencję. Zresztą, pamiętacie wszechobecne reklamy Paco Rabanne 1 Milion i później Invictusa? O ile 1 Milion (którego tatusiem notabene jest również Christophe Raynaud) był interesującą nowością i wykreował sobą modę na zwalisty, słodki orient – to słabiutki Invictus sprzedawał się głównie za sprawą namolnej kampanii reklamowej i fejmu marki. Kampanii przed którą nie sposób było uciec, zresztą w ogóle trudno obronić się przed podprogowym oddziaływaniem zmanipulowanego marketingu perfum. Kampaniom towarzyszą reklamy ociekające golizną i epatujące seksem – obiecując w zamian powodzenie u kobiet, sugerują sukces towarzyski, dowartościowując i mile łechcąc ego potencjalnego nabywcy. Sam produkt i to jak pachnie przestaje się powoli liczyć, bo dzięki umiejętnie zmanipulowanemu wsparciu po stronie sprzedawców, każdego gniota da się wcisnąć klientowi – byle by miał rozpoznawalne i pożądane logo, wszak dla snobującego leminga, liczy się przede wszystkim marka. 😉

Ale problem w tym że Joop! to owszem marka rozpoznawalna, ale nie na tyle popularna i rozchwytywana jak np. CK, Armani, Boss, czy Lacoste, by ludzie kupili wszystko, co ci ostatni wypuszczą na rynek. Takie mniej popularne marki jeszcze muszą się starać, walcząc pomysłem i jakością o atencję potencjalnego klienta – ponieważ w ich przypadku szeroko rozpoznawalny logotyp i rozbuchany budżet na marketing, nie załatwi roboty. Te perfumy muszą naprawdę pachnieć dobrze*, by zwrócić uwagę klienta, choć nie ukrywajmy, że przy mocnym wsparciu ze strony wizerunkowo ideologicznej**. Oczojebny i nietuzinkowy flakon i chwytliwa, wpadająca w oko i ucho nazwa, niewątpliwie pomogą przyciągnąć i zatrzymać na produkcie uwagę nabywcy. Teraz tylko trzeba zafundować mu dobrą reklamę w postaci wciągającego i arcy przyjemnego akordu otwarcia  i najlepiej, by zapach reklamowała jakaś bardzo znana gęba (aktor, sportowiec). Akord otwarcia to taka niepisana „reklama zapachu” i paradoksalnie lekko liczę, że ~70% nabywców perfum, podejmuje decyzję o zakupie – właśnie będąc pod wrażeniem tego ulotnego, zwodniczego i jakże nieadekwatnego stadium perfum. Spokojnie, producenci perfum doskonale o tym wiedzą i skrzętnie tę niewiedzę i naiwność klientów wykorzystują 😉

*zdaje się zapomniał o tym Trussardi, bo jego najnowszy Red pachnie tak nijako i mdło, że w połączeniu z niezbyt pożądaną marką Trussardi – jawi się jako murowany kandydat do perfumeryjnej złotej maliny, za najbardziej smętny i nudny zapach roku.

**energetyzujący zapach dla pełnego życia i pewnego siebie mężczyzny ble ble be , za którym ciągną się powłóczyste spojrzenia napalonych na niego kobiet i tylko dzięki temu, że użył tych perfum… no rzesz kuźwa, gdzie tak jest w życiu! 😉

I nagle Joop!, znany głównie z odcinania kuponów od swego kultowego Joop! Homme (1989), który choć krzykliwy i zwaliście słodki, okazał się rynkowym strzałem w dziesiątkę i po dziś dzień jest jednym z najpopularniejszych i najczęściej podrabianych zapachów na świecie – wyskakuje ze zgrzebną i całkiem elegancką flaszką, o sugestywnej acz moim zdaniem niepasującej do tego wysmakowanego flakonu, nazwą Wow!. Wcześniej był Joop! Go, Joop! Wild, Joop! Heat, Joop! Summer a teraz pora na równie chwytliwe dla ucha Joop! Wow! Wszystko super, mamy więc średnio pożądaną przez snobów markę, ładny i elegancki flakon, krótką i wpadającą w synapsy nazwę i uwaga, całkiem niezłą kompozycję zapachową! Po ordynarnym Joop! Homme Sport i naciąganym na stylistykę klubową i wtórnym Joop! Wild – marka wreszcie zaproponowała coś co nie jest paskudnym ulepem, ani odgrzewanym kotletem!. Te perfumy mile zaskakują już od samego, wyraźnie pieprznego otwarcia – czym sprawiają wrażenie bardzo męskich i wyrazistych.

Tuż po aplikacji trudno uciec od przemożnego wrażenia, że zapach jest pieprznym, alkoholowo, kardamonowo tonkowym ulepem na wieczorny wypad do klubu, ale z każdą minutą ten wieczorowo klubowy sznyt blaknie – obnażając stopniowo właściwe serce kompozycji, które bynajmniej ordynarnym klubowym ulepem nie jest. Po prawdzie zapach nie oferuje jakoś specjalnie porywającego nowatorstwem brzmienia, zwłaszcza w odniesieniu do dość schematycznego akordu bazy – ale warto zaznaczyć, że w żadnym stadium rozwoju, zapach w niczym nie przypomina kultowego Joop’a Homme, co już samo w sobie zasługuje na gromkie brawa. 😉 Nieco chropowata, wyrazista i kwiatowo przyprawowa, dość mocno esencjonalna sekcja otwarcia i akordu środkowego Wow!, przypomina wspomniane klimaty klubowe, ale stadium to nie jest ordynarne ani wyzywające, no i trwa dosłownie 10 minut. Warto dać mu szansę, by już po paru kwadransach móc cieszyć nozdrza doprawdy uroczym połączeniem zwiewnego i rozkosznego fiołka, geranium i vetivery, które ścielą się na miękkim niczym aksamit połączeniu naprawdę subtelnej słodyczy tonki, wanilii i drewna kaszmirowego, którym okazało się, co tu dużo mówić ISO E Super. Całość prezentuje się wykwintnie, uroczo i naprawdę przyjemnie, więc brawa dla Joop’a za stworzenie dla odmiany czegoś tak porywająco subtelnego i wyrafinowanego.

Serio, choć pikantny i przez to trochę mylący akord otwarcia, nie jest typową zniewalającą „owocową petardą„, a spokojny i pozbawiony wodotrysków flakon i stonowany akord dojrzały nijak nie konweniuje z krzykliwą nazwą – kompozycja zapachowa naprawdę się broni jakością oraz przyjemnym krojem. Jestem bardzo na tak, albowiem stonowany i wyważony bukiet Wow! zaaranżowano z wyczuciem, smakiem i na tyle elegancko, że pięknie konweniuje ze swoim skromnym i bardzo ładnym flakonem, tworząc spójną i bardzo wykwintną całość. A finezyjny, miękki, delikatny i naprawdę przyjemny akord dojrzały, choć nieco wtórny – pieści nozdrza dopracowaną, dyskretną i przyjemną korelacją nut drzewno balsamicznych, po którą z powodzeniem można sięgnąć nawet latem. W konfrontacji z bukietem i flaszką, krzykliwa i nieco dziecinna nazwa tych perfum po prostu razi – zwłaszcza, że wraz z wybrzmieniem akordu serca, zapach zamienia się w ujmującą swym wysublimowanym krojem, kompozycję drzewno balsamiczną. Tym niemniej jeśli szukacie na wieczór czegoś wpierw z lekkim pazurem, a później stonowanego i wyrafinowanego, to Joop! Wow! będzie ciekawą i mile zaskakującą alternatywą.

rok powstania: 2017

nos: Christophe Raynaud

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: bergamotka, kardamon, liść fiołka,
Serce: geranium, jodła balsamiczna, wetyweria,
Baza: fasolka tonka, wanilia, drzewo kaszmirowe,

Napisane przez: pirath | 23 czerwca 2017

Tommy Hilfiger – Citrus Brights, czyli nowa era colognes…

Nie będę owijał w bawełnę i od razu oznajmię, że Citrus Brights nieźle namieszał w moim prywatnym rankingu lekkich wód kolońskich. Rozpychał się dosłownie łokciami, moszcząc sobie miejsce, w pierwszej dziesiątce moich ulubionych i rekomendowanych zapachów na lato – jako zapach naprawdę przyjemny i co równie istotne, niebanalny. Zresztą odnoszę wrażenie, że Tommy w ogóle się ostatnimi czasy wyrobił, jeśli chodzi o poziom sygnowanych przez tę markę perfum. To nadal są lekkie i niezobowiązujące kompozycje, ale podobnie jak u Calvin Klaina – czuć u Tommego odejście od banalnych, rasowo amerykańskich „owocowych soczków” dla małolatów i zwrot w stronę czegoś ambitniejszego i bardziej wyszukanego. Ewidentnie Hilfiger postanowił powalczyć z najlepszymi, ostatnio niestety dosłownie kopiując najlepszych, czego przykładem jest Tommy Bold – będący ordynarnym plagiatem* Banana Republic Classic. Tyle że BR Classic to jakby nie patrzeć, jedna z lepszych klasycznych wód kolońskich ever!, więc przynajmniej sklonowali najwyższą półkę.

*niby jest to plagiat Banana Republic Classic, ale paradoksalnie ostatnia reformulacja oryginalnego Classica, dosłownie zniszczyła te niegdyś fenomenalne perfumy i jedyną metodą, by móc się wciąż cieszyć tym nieco oldskulowym colognes, jest właśnie zakup Tommyego Bold’a. Wyobraźcie sobie jak bardzo Banana Republic musiało schrzanić reformulacją swoje własne perfumy, że trzeba kupić bądź co bądź bardzo dobrą „podróbkę” od konkurencji, by móc nadal cieszyć się brzmieniem oryginału… Jak na ironię, Tommy „powielając Classica„, uratował ten zapach przed zapomnieniem…

bergamotka

Szczerze powiedziawszy wątpiłem, że ktoś mnie jeszcze tak pozytywnie zaskoczy, zapachem osadzonym w jakże mocno eksploatowanej tematyce nowożytnego colognes. Brzmienie klasycznej wody kolońskiej nieco się zestarzało i przejadło – zresztą wiele osób kojarzy je z zapachem oldskulowych, a w sensie pejoratywnym „dziadkowych perfum„. By tego uniknąć klasyczna woda kolońska, by móc nadal istnieć i się sprzedawać, musiała ewoluować. Stąd od kilku lat możemy zaobserwować prawdziwą eksplozję kolońskich nowości i zupełnie innych brzmień, osadzonej w zgoła odmiennej stylistyce i wyrażonej totalnie odmienną paletą zapachową, głownie skrajnie syntetyczną. Niestety część z nich pachnie nie tyle cytrusami co płynem do dezynfekcji klimatyzacji samochodowej, jak ma to miejsce w przypadku Dioda Homme Cologne, czy Guerlain Ideal Cologne… 😉

limonka

A Citrus Brights jest wciąż cytrusowy, świeży, orzeźwiający, zielony, rześki i koloński oraz czysty, purystyczny, oszczędny w treści, minimalistyczny w kroju, i nowoczesny. A więc da się bez większych strat w treści połączyć cechy i przymioty tradycji z nowoczesnością – bo ten zapach choć pachnie bardzo nowocześnie i oszczędnie, wciąż tchnie duchem gorzkawego, esencjonalnego, wytrawnego – wreszcie nieco surowego i przaśnego jak przystało na rasowe colognes. Colognes, które utemperowano, ugrzeczniono i dostosowano do obowiązującej dziś (nie tylko w perfumiarstwie) poprawności politycznej, ale zapach wciąż ma jaja i mile zaskakuje. No i co najistotniejsze jest delikatny, diabelnie urodziwy i przyjemny w noszeniu, a to jest chyba w przypadku perfum najistotniejsze.

Podchodziłem do tego zapachu parokrotnie i zachwycił mnie swą rozkoszną chimerycznością i niekonsekwencją w brzmieniu, codziennie układając się nieco inaczej. Zupełnie jak Encre Noire od Lalique, w zależności od pory dnia, wilgotności i temperatury otoczenia – za każdym razem odgrywał swą rolę nieco inaczej. Raz przechylając się w stronę gorzkawo aromatycznych cytrusów, z wyraźnym cytrusowym pazurem, by innego dnia pachnieć bardziej mydlinami, coś na podobieństwo Prady Infusion D’Homme lub dosłownie jej odsłonie de Vetiver. Zapach jest przede wszystkim cytrusowy i zielono drzewny (igliwie sosny i jałowca), ale raczej w ujęciu ich zielonkawej, gorzkiej, wytrawnej i esencjonalnej, pachnącej olejkiem bergamotkowym, limonką i gorzką pomarańczą. Pomiędzy te wyraźnie niedojrzałe cytrusy wpleciono odrobinę pieprzu oraz Imbiru, które jeszcze bardziej podkręciły wytrawną aromatyczność tych ich zielonych skórek cytrusów, igieł iglaków i vetivery.

jałowiec

A jako przeciwwagę dla cytrusowej dominaty, w tle czuć odrobinę lekko pudrowo kremowych mydlin – zupełnie jakby wąchać jakieś luksusowe mydełko, więc miłośnicy Prady Infusion d’Homme, powinni być nader ukontentowani brzmieniem tła i głębokiej bazy Citrus Brights. Owo ukontentowanie odnajdą tu też miłośnicy szlachetnych, wyrafinowanych i finezyjnych brzmień – zaaranżowanych z klasycznie włoskim rodowodem – bo wąchając to cudeńko, aż trudno uwierzyć, że na flakoniku widać znaczek Tommyego, a nie którejś z zacnych marek europejskich, pokroju Hermesa, Lalique, Prady, czy Cartiera. A więc mamy przepięknie skomponowaną mieszankę iście Pradowych mydlin i niemalże Ellenowego, dobrze sprawionego cytrusa. Cytrusa wysmukłego i pełnego gracji, z częściowo wyciętym spektrum słodyczy i soczystości miąższu, w zasadzie bazującego jedynie na goryczy i zielonkawości skórki, ale wciąż swoistego i diabelnie przyjemnego w odbiorze. Tutejszego cytrusa pięknie dopełniają akcenty drzew iglastych, podkręcając i podbijając tę szlachetną, gorzkawą wytrawność. Szkoda że Dior Homme Cologne lub ostatnio zmasakrowany Dior Homme Sport, nie pachną właśnie tak…

wetivera

Zapach ma coś w sobie, coś esencjonalnego i aromatycznego, niczym Tommy Bold, a którą Bold zawdzięcza aromatycznemu dodatkowi jałowca – gdy Tommy Bright uświetniono dodatkiem igieł sosnowych (ja bym wcale nie wykluczył tu udziału jałowca), które zauważalnie podkreśliły wytrawność cierpkiej i gorzkawej bergamotki oraz zbalansowały delikatność „mydlanej” przeciw fazy. Tommy Bold ma podobny charakter, wytrawnej, wysoce orzeźwiającej i niewątpliwie męskiej wody kolońskiej – ale niestety jest perfidną kopią nieodżałowanego przeze mnie Banana Republic Classic. A może i stety, bo Classica zabito ostatnią reformulacją, więc cieszę się że na otarcie łez został mi chociaż Tommy Bold. Bold to również powiew, a raczej retrospekcja klasycznej, nieco oldskulowej wody kolońskiej – gdy Citrus Brights jest jej odświeżonym, bardzo współczesnym wydaniem. Ale co najistotniejsze Citrus Brights nie jest perfidną kopią – co już całkiem suwerenną, wyrafinowaną oraz wnoszącą sobą wiele świeżości i prawdziwie niebanalną kompozycją. Jak dla mnie petarda!…

rok powstania: 2016

nos: anonimowy geniusz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: lima, pomarańcza, cytryna, bergamotka, igły sosnowe,
Serce: lawenda, mięta, imbir,
Baza: haitańska wetyweria, kadzidło, różowy pieprz,

 

Napisane przez: pirath | 16 czerwca 2017

Prada Homme, czyli cover song o irysie…

Prada to jedna z nielicznych marek mainstreamowych, która zbudowała swą reputację i wysoką renomę, nie za sprawą samego logotypu (jego rozpoznawalności) – co jakości produktów, które nim sygnuje. Mówiąc wprost, za ich wysoko cenionym logo stoi korespondująca z ceną jakość, co najlepiej obrazuje wykwintny, finezyjny i nietuzinkowy krój ich niebanalnych perfum. Chyba tylko Bentley, Loewe i Mugler (wśród młodych brandów) mogą się poszczycić równie dobrym stosunkiem jakości do ceny oraz swoistym i prawdziwie niepowtarzalnym charakterem kompozycji. I nie ważne czy mowa o pudrowo minimalistycznym Infusion d’Homme, słodkawo mydlanym Pour Homme, porywającym zwiewną świeżością Infusion de Vetiver, czy nowożytnym Luna Rossa – każda z wymienionych kompozycji Prady, to starannie i perfekcyjnie skrojone arcydzieło.

Chyba nie tylko mi ten zapach coś jednak przypomina i to za sprawą dominującej w kompozycji nucie irysa. Ale nie tylko, bo fantastycznie ujęty fiołek i geranium przywodzą mi na myśl jeszcze inną włoską markę. Tyle że to Prada, więc nie może być mowy o dosłownym podobieństwie, to raptem koincydencja nut, układająca się na podobieństwo czegoś, co już jest. Pierwszym jest rzecz jasna Dior Homme, zaś drugim Laura Biagiotti Roma, czyli creme de la crem perfumiarstwa. I właśnie pomiędzy te dwie, wykwintne, niebanalne i arcy szykowne kompozycje, wcisnęła się Prada, ze swym najnowszym Homme. Zapachem nie tyle podobnym do Homme Diora i Romy od Laury Biagiotti, co będącym ich wynikową, usytuowaną gdzieś na stycznej / pośrodku brzmień obu kompozycji.

Podobnie (ze względu na dominującą nutę irysa) do Prady Homme pachnie też Armani Eau de Nuit oraz Paul Smith Man, ale te skupiają się raczej na irysie i co tu dużo mówić, zdecydowanie bardziej bezpośrednim nawiązaniu do kultowego już Diora Homme. Zapachu absolutnie wybitnego, arcy nietuzinkowego i będącego prawdziwą perłą w koronie domu mody Christian Dior, a którą co rusz chlastają reformulacjami – jakby się nie mogli zdecydować czy chcą robić zapach dobry, czy nie… A wiadomo że tam gdzie biją się Demachy z księgowymi i specami od wizerunku – korzystają marki trzecie, pragnące uszczknąć coś dla siebie, z irysowego tortu Diora Homme. Wprawdzie nie posądzam dumną i wyniosłą Pradę, ani tym bardziej genialną Danielę Andrier o pójście na łatwiznę i kopiowanie czyichś genialnych pomysłów – ale gwoli formalności, w temacie podobieństw do już istniejących zapachów, wypadało o tym wspomnieć.

To samo się tyczy konotacji ze zniewalającą Romą, ale gdy mowa o tak specyficznych i charyzmatycznych ingrediencjach oraz coraz węższej palecie dostępnych na rynku ingrediencji – trudno uniknąć podobieństw i tym samym posądzeń o plagiat. Tak więc z racji mnogości wątków, jakie składają się na bukiet Prady Homme, traktuję tę kompozycję jako zupełnie suwerenny zapach. I to jaki zapach, bo tak ciepłej, głębokiej, wręcz zniewalającej słodyczy (poza Romą Biagiotti) trudno szukać we współcześnie sygnowanym mainstreamie, bez potrzeby zahaczania o esencjonalne balsamiczne EdP i Pure Parfum. Serio, nie jedna wieczorowa kompozycja sygnowana dopiskiem Parfum, mogłaby pozazdrościć EdT Prady jej otulającej głębi, biorącej się najpewniej z arcy pociągającego połączenia irysa, ambry, geranium, paczuli i mam wrażenie ambrette lub heliotropu. Zapach dosłownie ocieka miękką, balsamiczną, otulającą i absolutnie niemęczącą słodyczą – dosłownie tą samą, którą emanuje arcy zniewalająca Roma od Laury Biagiotti. Zupełnie jakby ktoś wziął klasyczne Homme Diora, (dziś w wyniku rozlicznych reformulacji, adekwatniejszym porównaniem będzie Homme Intense), a następnie zaserwował je na słodko, z niewielką domieszką kwiatów (fiołek i geranium). I choć zapach jest miękki otulający i słodkawy, to jest na tyle odmienny – iż nie jest to balsamiczna słodycz Diora Homme Parfum, zatem nie może być mowy o plagiacie.

Jest więc Prada Homme zupełnie nowym, autorskim pomysłem na majestatycznego irysa, w wykonaniu arcy utalentowanej Danieli Andrier – tej samej, której zawdzięczamy między innymi genialną Bottegę Venetę, Gucci Rush i wymienione na wstępie, wcześniejsze kompozycje Prady. Jeśli więc cenicie irysową, męską i lekko pudrowo wytrawną słodycz Diora Homme oraz miękką, finezyjną i arcy wykwintną słodycz Romy, to Prada Homme jest najprawdziwszym spełnieniem marzeń. Prada Homme łączy te dwie kultowe kompozycje – w jedną, perfekcyjnie skorelowaną i wyjątkowo przyjemnie wybrzmiewającą całość. Dodatkowo zapach cechuje akuratna, nieprzesadzona projekcja, pozwalająca na noszenie tych perfum przez śmiem twierdzić, cały rok (to bardzo szykowny casualowiec z lekkim zacięciem wieczorowym) oraz niezgorsza trwałość – więc ponownie zdejmuję przed Pradą czapkę i kłaniam się nisko…

rok powstania: 2016

nos: Daniela (Roche) Andrier

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: neroli, pieprz,
Serce: irys, ambra, fiołek, geranium,
Baza: paczula, cedr,

Napisane przez: pirath | 12 czerwca 2017

Diesel – Bad, czyli ma ktoś może alkomat?

Na pierwszy rzut oka oryginalny, klimatyczny, a wręcz złowieszczy flakon Bad przekonuje, że mamy do czynienia z nietuzinkowym zapachem, dla prawdziwych zakapiorów – tudzież Emo Gotów na odwyku, po przedawkowaniu prozdrowotnych koktajlów na bazie z jarmużu, cieciorki i szpinaku, a którzy wciąż chcą się czuć macho. Ok, a tak na poważnie to wedle (pobożnych) założeń twórców,  jest to kompozycja wieczorowo klubowa, którą zaserwowano (moim zdaniem) w najgorszym możliwym wydaniu. Już miałem nadzieję, że koszmarki pokroju Davidoffa The Game, Armani Code, Paco Rabanne Ultrafiolet, Boss Bottled Night i CH 212 VIP, odpłynęły już w stronę „zakazanej” historii perfumiarstwa – a jednak okazał się, że ktoś postanowił tę niechlubną stylistykę wskrzesić…

Serio? pomyślałem sobie, tuż po zaaplikowaniu Bad na nadgarstek, gdy do mych nozdrzy dotarły pierwsze takty tej specyficznej, siermiężno syntetycznej serenady… Serenady wybrzmiewającej pompującym basem imprezy techno, lamp ultrafioletowych, stroboskopów i laserów przecinających gęsty dym i ciężką atmosferę klubowego wnętrza, którego fluorescencyjne barwy mają tyleż wspólnego z naturalnością, co wyalienowane brzmienie tych upierdliwych perfum. A może tu chodzi o jakąś modę, by pachnieć takim syntetycznym i przejaskrawionym, ozonowo morsko, ziołowo słodkawo alkoholowymwyziewem” i wtedy jest się cool i w ogóle laski lecą na kolesi pachnących jak przepity i przećpany balangowicz o 5 rano?…

Czy czuję tu wspomniany w wykazie nut kawior? Na szczęście nie, ale też osobiście uważam za „wątpliwą” przyjemność używania perfum, pachnących rybią ikrą. Również za dyskusyjne uważam perfumy „jadące tanią gorzałą” tudzież innej maści „alkoholowymi wyziewami„, którymi zapach atakuje mnie tuż po aplikacji i męczy jeszcze co najmniej godzinę po. Oczywiście to kwestia gustu i pewnie nawet taki siermiężny i irytujący Bad znajdzie swego amatora, zwłaszcza jeśli pani konsultantka puści mu oczko, mówiąc że „laski lecą na ten zapach„… tia… Paradoksalnie najmocniej wyczuwalną nutą jest tu prawdziwie irytujący kardamon, lawenda, sandałowiec oraz niewiadomego pochodzenia inkantacje cytrusowo morskie. Przerysowane brzmienie Bad nie tylko mnie irytuje i drażni swą syntetyczną fizjonomią, co obcowanie z zapachem budzi we mnie niepokój. Ale pomijając jego drażniący wpływ na moje samopoczucie, wynudziłem się na śmierć, wąchając kolejne wcielenie nieśmiertelnych riffów, znanych mi już z wcześniej wymienionych zapachów „klubowych„. Tandetnych, siermiężnych i wręcz wulgarnych, bo ultra syntetyczne akcenty ozonowo morskie, dodatkowo wzmocnione arcy esencjonalnymi ziołami i przyprawami – raczej kiepsko łączą się z mdłą słodyczą i odpychającą wonią trunków wyskokowych (jakiś gin, albo wódka)… zresztą pewnie nieważne co, byle sponiewierało, prawda? 😉

Zupełnie serio, czuję tu „wczorajszego” kolesia, odzianego w niezbyt świeżą już koszulę i zmęczony garnitur, próbującego zatuszować odór gorzały, która ulatuje z niego poprzez wszystkie pory na ciele – poprzez wylanie na siebie nieprzyzwoitej ilości jakiegoś ozonowo, ziołowo morskiego casualowca (taki przejaskrawiony mix Boss The Scent i Bvlgari Aqua). Zabieg ten miał w założeniu „odświeżyć i ożywić” zwłoki tego wciąż nietrzeźwego jegomościa, ale efekt końcowy jest iście opłakany – bo przekrwione oczy, nieświeża cera oraz alkoholowy chuch i tak zdradzają, że chlał całą noc… Moje pytanie brzmi, kto chciałby tak pachnieć? To brzmienie nie ma nic wspólnego z tematyką wieczorową, a jego „skórzasty” layuout jest wręcz epickim przerostem formy nad totalnie nieadekwatną treścią.

impreza była w roku: 2016

melanż rozkręcili: Anne Flipo i Carlos Benaim

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, lawenda, kardamon,
Serce: kawior,
Baza: tytoń, korzeń irysa, nuty drzewne,

Za każdym razem gdy powstaje wersja Intense lub Extreme jakiegoś cenionego przeze mnie pachnidła, zaczynam czuć dziwny niepokój i wewnętrzny lęk… Poważnie, bałem się że zapach zostanie popsuty przez chciwość marketingowców, bo przecież szybkie wylansowanie zintensyfikowanego flankiera, jest teraz takie modne… Pescheux i Huclier, czyli ten sam duet perfumiarzy, który popełnił w ubiegłym roku genialnego Horizon, tego roku zabrał się za jego konwersję, do wersji Extreme… Jak zawsze w takim przypadku (zwłaszcza, że wysoko cenię klasyczne Horizon) obawiałem się, że temat zostanie załatwiony po macoszemu, byleby wypełnić czymś rynkową niszę. Ale nic z tych rzeczy, albowiem wersję Extreme przygotowano bardzo starannie i bynajmniej nie jest to atrapa. Z radością donoszę, że moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne i fantastyczny Horizon, właśnie doczekał się równie udanego flankiera w wersji Extreme! Udanego, że ho ho, ale konia z rzędem temu, kto wąchając flankiera, zgadnie co było jego protoplastą 😉

Horizon Extreme jest esencjonalny i wyraźnie żywiczny. Przypomina mi odrobinę hybrydę Parfum d’Empire Wazamba z Bottega Veneta Pour Homme, których nieco leśny, rześki i równie inhalująco żywiczny charakter, odnalazłem i tu. Jest cudownie żywiczny i zarazem cudownie jowialno balsamiczny, a te dwie z pozoru sprzeczne cechy połączono ze sobą z tak górnolotnym pietyzmem i zręcznością iż wyszła z tego wybornie i arcy wykwintnie prezentująca się całość. Tak wykwintnie, że to pachnie tak, jakby ktoś z rozmysłem konstruował pachnidło pomyślane o rynku niszowym, ale nagle znalazł się odważny kupiec z segmentu mainstreamu, który zaanektował to cudo dla siebie. Jakby nie patrzeć niszowe i diabelnie odważne brzmienie arcy genialnego i przesmerfantastycznego Gucci Guilty Absolute, jest najlepszym dowodem, że tak ambitne podejście do sygnowania nowości – może się udać i co istotniejsze, sprzedawać… Zwłaszcza, że moda na rachityczne, bezpłciowe i beznamiętne siuśki, zdaje się szczęśliwie przemijać, bo już wszystkim się to przejadło i rynek zapragnął zwrotu w innym kierunku.

Kurcze, co tu dużo mówić, Extreme jest po prostu śliczny… Jeśli tęsknicie za pachnidłami pokroju Gucci Rush, Christian Lacroix Tumulte, CdG Wonderwood, czy wspomnianą Wazambą, nowy i wyraźnie labdanowy Horizon Extreme bankowo schlebi Waszym gustom. Oficjalny wykaz nut wskazuje raczej na mariaż rozmarynu, imbiru i sandałowca, ale wystarczy Extreme powąchać, by utwierdzić się w przekonaniu, że skrywanych przed nami nut, o wyraźnie drzewno żywicznym zacięciu jest tu więcej. Owszem rozmaryn, imbir i wspomniany sandałowiec są tu jak najbardziej wyczuwalne, grając swe czyste, wyraziste, pierwsze skrzypce nader dźwięcznie, ale stawiam złoto przeciw kasztanom, że są tu przynajmniej dwie szlachetne żywice (labdanum i mirra) oraz cyprys i mam wrażenie że agar, które pominięto w wykazie nut. Nawet gdy przeminie najbardziej dźwięczne i żywiczne stadium serca i zapach ułoży się na skórze, emanując głównie miękkimi i głębokimi detalami ambrowo drzewnymi, te żywiczne szpileczki wracają co jakiś czas i przypominają o żywicznym charakterze kompozycji.

W fazie dojrzałej Extreme jest miękki, otulający, ale identycznie jak w przypadku Encre Noire, wystarczy podać kompozycji odrobinę ciepła lub wilgoci, by wskrzesić bujny i całkiem okazały, żywiczno zielony dry down, który na powrót tchnie życie w konającego Extrema. O dziwo z trwałością jest lepiej niż w przypadku regularnego Horyzontu, a przy tym zapach nie jest nachalny, ani duszący. Doprawdy nie spodziewałem się tu tak szlachetnego i wyszukanego bogactwa. Bogactwa, które garściami czerpie z poletka niszowego, choć mowa o komercyjnym mainstreamie, który jeszcze do niedawna próbował nam wcisnąć na wieczór, równie dennego co koniunkturalnego The Game. Niestety ceną za ten górnolotny artyzm jest zauważalne odcięcie się od dyskretnego i finezyjnego brzmienia protoplasty – choć w przypadku tak ambitnego i górnolotnego podejścia do tematyki zapachu wieczorowego – absolutnie nie mam tego autorom za złe. Obcując z akordem schyłkowym, chwilami miałem wrażenie, że noszę na skórze już dobrze uleżałe Arabian Nights od Jesusa Del Pozo, albo Bois Noir Roberta Pigueta – a więc Extreme to żadna populistyczna zapchajdziura w ofercie, tylko naprawdę konkretnie namieszane EdP. Pescheux i Huclier świadomie odchodząc od motywu przewodniego Horizon (konotacje zielono cytrusowe), stworzyli coś tak pięknego i nietuzinkowego, że chciałbym sobie i Wam życzyć jeszcze więcej tak doskonałych w formie i urodziwych, niekonsekwencji… 😉

rok powstania: 2017

nos: Olivier Pescheux i Jacques Huclier

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, imbir, rozmaryn,
Serce: cypriol, cedr, gałka muszkatołowa, skóra,
Baza: ambra, drzewo sandałowe,

Napisane przez: pirath | 4 czerwca 2017

Dior Homme Sport (anno domini 2017), czyli ku przestrodze!

Wczoraj „to” poznałem… Jednak Douglas miał rację, stawiając „odświeżonego” w tym roku Diora Homme Sport na półce z nowościami – gdyż zaiste jest to kompletnie nowy zapach i to tak bardzo, że jest zupełnie niepodobny do siebie samego!. Zatem to jak mi się wcześniej wydawało „bezpodstawne” postawienie go na owej półce z nowościami, należy traktować jak najbardziej zasadnie – wręcz dosłownie, ale raczej w kontekście ostrzeżenia dla klientów:

– ostrzegamy! pod żadnym pozorem nie kupować tego g… w ciemno, bo nie ma ono nic wspólnego z dawnym Diorem Homme Sport, którego już być może znacie!

Zupełnie jakby sieć chciała profilaktycznie „odciąć się” od fali zwrotów, hejtu i ewentualnych pozwów od klientów, którzy kupiliby zapach z rozpędu i poczuli się oszukani… A mają prawo poczuć się cholernie wydy…. eeee zawiedzeni!.

Serio, już dawno nie wąchałem tak zje.., o pardon, spier… wybaczcie, ale po powąchaniu tych miernych popłuczyn, inwektywy same cisną mi się na usta! Już dawno nie wąchałem tak zrypanej i pod każdym względem schrzanionej reformulacji, albowiem w jej efekcie Dior Homme Sport 2017 – nie ma absolutnie nic wspólnego ze sobą samym!. A mam na myśli podobieństwo do jego ponoć słabszej (bo również poreformulacyjnej) wersji z 2012 roku, bo tylko tę znam osobiście i traktuję jako punkt odniesienia. Trzymajcie się dobrze krzesła, bo to co najgorsze, rzuca się w nozdrza od razu po aplikacji – albowiem w tym zapachu nie ma nawet śladu po obłędnie kształtnie wybrzmiewającym cytrusie, który stanowił soczyste i barwne tło, tego ongiś kultowego świeżaka! Stwierdziłem jedynie jakiś niezidentyfikowany, sucho gorzko cierpki, purystycznie minimalistyczny akcent – wybrzmiewający tak, jakby ktoś wypłukał kadź po Dior Homme Cologne czy innym YSL Libre, ale nie ośmielę się określić „tego bezkształtnego czegoś” mianem cytrusa!.

Niech więc pijarowcy wsadzą sobie w eeee… buty, farmazony o dodaniu nowych nut zapachowych i odświeżeniu kompozycji (moim zdaniem nie wymagała żadnych poprawek) – bo i tak nie czuć nic z tego, co szumnie deklarują w oficjalnym wykazie nut, co poniekąd nie powinno nikogo dziwić. Niestety moi drodzy, prawda jest taka że w wykazie nut można sobie dzięki obowiązującemu prawu wpisać wszystko, bo do niczego to producenta nie zobowiązuje i nikt tego nie weryfikuje… Ot taki chwyt marketingowy, na epatowanie spragnionych ekskluzywności klientów – pseudo wyszukanymi nutami, które zapach rzekomo zawiera – a które istnieją jedynie w wyobraźni „kreatywnego marketingowca„. Lub istnieją, ale w stężeniu tak śladowym, że nawet aparatura NASA do wykrywania czarnych dziur, wymięka – przy próbie identyfikacji owych hipotetycznych ingrediencji, których procentowy udział w recepturze, oscyluje w granicach błędu statystycznego*

*tudzież stężenia soku malinowego (oszałamiające 0,25%) w syropie o smaku malinowym pewnej znanej marki na literę H…

tym perfumom nie pomoże nawet reklama z Edwardem płaskonosym, podobnie jak Depp nie pomógł Sauvage

Chciałem te pefumy opisać, odnosząc się min. do wersji poprzedniej, ale tu po prostu nie ma do czego się odnieść!. Pomijając to że kompozycja w obecnej formie to smętne i pozbawione wyrazu popłuczyny – zapach po „odświeżeniu i wzbogaceniu o nowe nutynie przypomina siebie samego w ogóle!. To jakieś bezpłciowe szczyny, które na upartego nawiązują formą i stylem jedynie do równie słabego Diora Homme Cologne, którego popełnienie przez Demachy (nadwornego perfumiarza domu mody Dior), przyjąłem równie ciepło. Z tym, że do talentu i warsztatu Francoisa Demachy nie mam najmniejszych zastrzeżeń, więc za przyklapnięciem egzekucji na DHS, stoi ktoś inny. Zatem konkludując, Dior Homme Sport anno 2017 to nijakie, bezpłciowe i w najmniejszym stopniu nie przypominające swego zacnego protoplasty popłuczyny! I na tym zakończę recenzję tego badziewia, pisząc ją jedynie ku przestrodze, bo nie wątpię że zapach będzie wciskany nieświadomym klientom jako zjawiskowy i lepszy niż nigdy wcześniej!

Nie rozumiem dlaczego zabito i zmarnowano coś, co pachniało świetnie i nie wątpię że się sprzedawało. Który „Janusz biznesu” mógł uznać, że perfumy tak lekkie i przyjemne, tak szykowne i wyrafinowane, a przy tym tak łatwo i naturalnie wpisujące się w lansowany obecnie model niezobowiązującego świeżaka, trzeba zrujnować, spaprać i zdegradować, do tak opłakanej postaci?… Czy u Diora pracuje jakiś utajniony sabotażysta, którego celem jest zniszczenie od wewnątrz tej ikonicznej marki? DHS 2017 to kolejna spier… premiera u Diora (po wspomnianym Dior Homme Cologne i równie słabym co dennym Dior Sauvage), więc wybaczcie ale w obliczu kolejnej, po prostu epickiej klęski – biorę pod uwagę każdą ewentualność…

A więc jeśli używaliście, używacie lub chcielibyście zacząć używać Diora Homme Sport, to kategorycznie odradzam Wam aktualnie oferowaną edycję 2017, która w moim odczuciu nie ma prawa używać tej nazwy i wstyd wydawać na te nędzne szczyny pieniądze… Co więcej, dla porównania na drugą łapę zaaplikowałem najnowszego Fahrenheita (nie nadążam za jego reformulacjami, które mam wrażenie następują równie często, co premiery nowych smartfonów) i choć z początku wydawał się całkiem przyzwoity, na temat i „akceptowalny” w odniesieniu do swego pierwowzoru, to już po niecałych dwóch godzinach zamienił się w jakieś rozmyte mydliny. Mydliny tak bezkształtne i wyzbyte charakterystycznych dla zapachu akcentów, że utożsamiałem je z Fahrenheitem jedynie dzięki temu, iż wiedziałem że użyłem w tym miejscu Fahrenheita – a po 5 godzinach od aplikacji zapachu już w zasadzie nie było, więc WTF?… Zapytam więc retorycznie Quo Vadis Dior? Dlaczego podążasz ślepą ścieżką autodestrukcji, po której staczają się też YSL i Guerlain? Czy sromotny upadek i niedawny powrót domu mody Gucci, nie nauczył Was, że nie tędy droga i chałą klienta nie zatrzymacie?

p.s. jeśli w którymś moim wcześniejszym tekście znaleźliście rekomendację lub odniesienie dla tego zapachu – to w odniesieniu do wersji obecnej, cofam wszystko!

Older Posts »

Kategorie

%d blogerów lubi to: