Napisane przez: pirath | 22 Sierpień 2016

Thierry Mugler A*Men Pure Tonka, czyli A*Men nihil novi…

Wąchając Pure Tonka, odniosłem wrażenie, że Thierry Mugler się kończy… To znaczy sam Thierry ma się nieźle i życzę mu zdrowia z całego serca – ale kończą mu się pomysły na nowe zapachy, a te wypuszcza ostatnio na rynek, z częstotliwością strzelającego kałasznikowa. To fajnie że wychodzą nowości, choć osobiście wolałbym by miały premierę ździebko rzadziej, ale coś sobą wnosiły – albowiem w obecnej formie, nowości Muglera zaczynają zjadać własny ogon. I żeby była jasność, nie chodzi  mi o ich wspólne podobieństwo, wręcz przeciwnie, cieszę się że Mugler wypracował własny niepowtarzalny styl/sznyt w kreacji. To budujące, że już na pierwszego niucha można wyczuć iż coś jest od Muglera, tak jak spoglądając na atrapę chłodnicy VW od razu wiadomo co to za marka – ale Thierry zaczął się ostatnio powtarzać, a to już mi się nie podoba…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka

Znając zamiłowanie Muglera do sygnowania wyrazistych, mocnych, zwaliście słodkich i chwilami przytłaczająco masywnych pachnideł – słysząc nazwę Pure Tonka, autentycznie zacząłem się bać… Bo jeśli Jacques Huclier (nadworny perfumiarz Muglera i autor większości X*Men’ów) potraktował temat dosłownie, to będzie przed czym czuć trwogę… Jednak na szczęście w nieszczęściu, skończyło się na zagrywce czysto tabloidowej – czyli szumna nazwa/ nagłówek, która ma przyciągnąć uwagę i na tym koniec… W zasadzie Pure Tonka nie wniosła nic nowego, obijając się i miotając wokół Muglerowej klasyki, osnutej na nieśmiertelnym u Muglera połączeniu kawy, karmelu i czekolady i The End…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka bokiem

Tak, jestem zniesmaczony i zawiedziony, bo po bądź co bądź solidnej (zarówno w formie jak i treści) marce jaką jest Thierry Mugler, nie spodziewałem się takiego pójścia na łatwiznę. Owszem Pure Tonka jest śliczne, apetyczne, przytulaśne, słitaśne i nic tylko tarzać się w tym zapachu – skoro to wszystko już było/jest… Jedyną różnicą jaką zauważyłem, jest to że bukiet jest jakby ździebko lżejszy niż u klasycznego A*Mena i dodano doń lukrecji – przez co zapach chwilami mocno przypomina Muglerowego B*Mena i stylistykę znaną z męskich kompozycji od Lolity Lempickiej, z Illusions Noires Au Masculin na czele. Słodkie kakao, odrobina rozpuszczalnej neski, kropelka lukrecji oraz miękka i niezbyt przytłaczająca karmelowo waniliowa słodycz i to wszystko… Aż tyle i tylko tyle i czuć to dopiero w fazie dojrzałej, bo na pierwszego niucha jest to zwykły, nieodmiennie apetyczny A*Men z kameralną domieszką lukrecji*… No jest ładny i bajecznie przyjemny, ale czy zasługuje na swą szumną i jakże wymowną nazwę?

*chociaż odnoszę wrażenie, że ktoś po prostu wymieszał w odpowiednich proporcjach A*Mena z B*Menem i wypuścił takiego mixa jako nowość…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka reklama

Próżno w tym pachnidle szukać tonkowego armageddonu, porównywalnego z choćby monumentalnie tonkowym Pour Homme od Jacquesa Bogarta… Ba, próżno tu szukać analogii do choćby zwykłej tonki, gdyż zapach w niewielkim stopniu odbiega od regularnego A*Mena… Zupełnie jakby komuś zależało wyłącznie na wykreowaniu szumu medialnego lub spłodzenia nowości za wszelką cenę. Zwłaszcza, że przecież nie tak dawno swą premierę miał rewolucyjny i bardzo udany Ultra Zest (czyli da się), więc co się stało?.

Thierry Mugler B Men

Z drugiej strony w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez kompozycje coraz to bardziej zdawkowe i przesycone ideą minimalizmu – pojawienie się zapachu jeszcze cięższego niż A*Men, byłoby rynkowym samobójstwem. Moim zdaniem u Muglera doszli do wniosku, że sukcesu i brzmienia klasycznego A*Mena i tak nie prześcigną – zresztą po co zmieniać coś, co już jest wyśmienite? Najprościej jest wziąć coś co i tak się świetnie sprzedaje, dać nową nazwę i gotowe… Porsche co roku pokazuje kolejną generację 911, po jeszcze bardziej umownym lifcie – więc czemu nie sprzedawać tą metodą perfum? O pardon, przecież liczne każdego roku premiery JPG Le Male w pierdylionie „nowych” odsłon – są najlepszym przykładem, że to działa…:)Thierry Mugler AMen Pure Tonka EdT

rok powstania: 2016

nos: Jacques Huclier

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: mięta,
Serce: lawenda,
Baza: fasolka tonka, kawa, wanilia, paczula, lukrecja, kakao,

 

Tak na dobrą sprawę STR8, prowokuje już samą nazwą. Kiedyś spotkałem się z opinią, że ta marka robi zapachy dla homofobów… Eeeeee, myślę że nikt nie zawężałby sobie za pomocą nazwy portfela odbiorców – min. świadomie rezygnując z najbardziej majętnej i skorej do kupowania kosmetyków, grupy klientów. No i tylko idiota dyskryminowałby i obrażał gejów, w świecie kreowanym i zdominowanym przez gejów – choć owszem, w dzisiejszych, ultra poprawnych politycznie czasach, nazwa STR8 może co niektórych uwierać. Ale nie dajmy się zwariować, wszak idąc tym tokiem rozumowania, z półek sklepów musiałby też zniknąć znienawidzony przez feministki Playboy i inne nazwy – bezpośrednio lub pośrednio odwołujące się do różnie postrzeganej i utożsamianej „męskości” i „seksualności„. Sądzę że celem producenta było, by nazwa została zapamiętana i nie ważne czy chodzi o homofobiczne lub seksistowskie perfumy, wzgardzaną przez młodojebców Viagrę i wyśmiewany przez wszystkich krem na hemoroidy – ziarenko zostało posiane…😉

STR8 Original

Ok zostawmy kwestię nazewnictwa i skupmy się na walorach zapachowych „Heteryka„. Prawda jest taka, że zarówno w niszy, mainstreamie i massmarkecie, można trafić na pozycje badziewne, jak i wyśmienite. Można się śmiać z massmarketowych (drogeryjnych) zapachów pokroju Playboy, Adidas, Puma, Mexx, STR8 czy Bruno Banani, że pachną tanio, siermiężnie i wtórnie (uogólniając, jest to prawda, albowiem tanie składniki zwykle pachną tanio) – ale i tu zdarzają się prawdziwe perełki, pachnące dużo lepiej niż kosztują. A osobiście wolę pachnieć np. trwałą, bezkompromisową i kosztującą ~30 zł Malizią Uomo Vetiver lub Avon Pure O2, niż kosztującym kilkaset złotych i pachnącym dużo bardziej pospolicie zapachem od Hugo Bossa, Lacoste lub Armaniego, a który to znika ze skóry po raptem paru godzinach. A najśmieszniejsze jest to, że obie „półki” potrafią pachnieć zarówno niebanalnie, jak i pospolicie, ale żądane zań kwoty, są już całkiem niebanalne… I tu klient staje przed wyborem, czy chce pachnieć np. tanim Mexx’em, czy markowym, ale sromotnie przepłaconym Lacoste l.12.12. Tyle że markowe perfumy, to nie markowa koszula od Hugo Bossa, tu nikt nie zauważy markowego logo – więc czy jest sens przepłacać, skoro w brzmieniu nie czuć różnicy?

STR8 Original EdT drugi

Ale wiecie co? Jak na zapach kosztujący niespełna 50 zł za 100 ml, „Hetero Oryginalny„, wcale nie jest zły… Owszem jest troszku toporny i pospolity w artykulacji i aranżacji (wiele zapachów na rynku wybrzmiewa w podobnej tonacji), ale pachnie naprawdę uczciwie i znośnie. I nawet ta jego przaśność i toporność, która nieco zniesmaczyła mnie na samym początku – to tak naprawdę upierdliwie konsekwentna „klasyczność„, która warczała na mnie przez nieco siermiężny, drapieżny, męski i niezłomnie konsekwentny w swej prostocie bukiet. Ten zapach jest jak nowy kolega z pracy, niby chamski, butny, gburowaty i stawia się – ale jak już się dotrzecie, to skoczycie jeden za drugim w ogień i nie zamieniłbyś go na nikogo innego. STR8 Original, to jeden z tych zapachów, które poleciłbym pod aktywne uprawianie sportu, albowiem projekcji tych perfum nie sposób zignorować, a bijącą od nich świeżość przecenić… Warto podkreślić, że wysoce konserwatywne brzmienie tych perfum, skierowane jest raczej do dojrzałych miłośników oldskulu i mężczyzn ceniących klasykę, ale niekoniecznie w formie „wody kolońskiej” (tu w kontekście gatunku olfaktorycznego, a nie formy koncentracji). Co tu dużo mówić, STR8 Original pachnie masywnie i bardzo dojrzale, więc zdecydowanie nie są to perfumy dla młodego chłopaka.

STR8 Original box

Największą i w sumie jedyną wadą tych perfum jest to, że pachną tak bardzo sztampowo i klasycznie, że wpływa to niekorzystnie na ich oryginalność, a więc i rynkową siłę przebicia. Ale spokojnie, na takie zapachy też jest wzięcie. W końcu nie każdy facet lubi lekkie owocowe soczki i ozonowe świeżaki – ale nie jest jeszcze gotowy na hardcorowe brzmienia typu Wars, czy Brutal. I gdzieś na 75% pomiędzy stylem ultra niezobowiązującym, a „stetryczałym” oldskulem, posadowiono wysoce aromatycznego Original’a. To pachnie trochę jak Krizia Uomo, Hugo Boss XY, Kenzo PH, Jaguar Classic, czy Vetiver Pivera, taką klasycznie śródziemnomorską i nieco morską mieszanką bazylii, mięty i kardamonu, dopełnioną wyrazistym sandałowcem i aż rześkim piżmem. Doprawdy prościej i bardziej klasycznie się nie da, ale za to zapach pachnie pełną piersią, mocno, wręcz wulgarnie, ostro i wyraziście (w klimacie lat 80-tych), a jego ponad DOBOWA trwałość dowodzi iż kiedy się chce – można zrobić tanie i trwałe perfumy (Shame on you CK i Lacoste!). Producent deklaruje raptem kilka składników i one wszystkie naprawdę tu są, a w dodatku wybrzmiewając z godnym pozazdroszczenia – chwilami przytłaczającym impetem, więc sugeruję ostrożnie obchodzić się ze spustem atomizera…

p.s. pojęcia nie mam z której wersji flakonu zrobiono moją próbkę, wedle której powstała niniejsza recenzja, stąd zamieszczam zdjęcia obu…STR8 Original EdT

projekcja: bardzo dobra, wręcz monstrualna,

trwałość: tytaniczna,

Skład: mięta, bazylia, kardamon, drewno sandałowe,

Napisane przez: pirath | 16 Sierpień 2016

Chanel – Bleu de Chanel Eau de Parfum, czyli Chanel blech!

Coco Chanel powiedziała kiedyś: „O modzie trzeba mówić z entuzjazmem, bez obłędu, a szczególnie bez poezji, nieliteracko. Sukienka nie jest ani tragedią, ani obrazem; to urocza i efemeryczna kreacja, nie ponadczasowe dzieło sztuki. Moda musi umierać, i to umierać szybko, żeby mógł żyć handel.” Widać marketingowcy (i nie tylko od Chanel) wzięli sobie jej słowa głęboko do serca i od jakichś 10 lat wprowadzają je w życie, z żelazną konsekwencją i bez najmniejszych skrupułów natury etycznej. A konsekwencją lansowania tych wszystkich wydmuszkowych mód i chwilowych trendów, którymi raczą nas najwięksi rozgrywający świata mody – są również coraz to bardziej mdłe, nijakie i bezpłciowe zapachy. Zapachy wydmuszki, koniunkturalne zapchajdziury, których nie sposób i szkoda pamiętać – ale dzięki nim handel żyje i zbija fortunę na nabywcach tego sromotnie przepłaconego, ale markowego badziewia…

Chanel - Bleu de Chanel Eau de Parfum

Ale coś czuję, że Coco nie byłaby zadowolona, iż jej proroctwo i lekko nonszalancka filozofia prowadzenia biznesu, wyewoluowały do aż tak spaczonej i skrajnej formy… Bo warto podkreślić, że Coco była też wielką przeciwniczką markowania (czyli dawania znaczka fabrycznego) swoim wyrobom, co postrzegała jako zamach na inwencję i kreatywność (chodziło o zabezpieczenie swoich patentów i kroju przed kopiowaniem przez innych), wierzyła że moda i konfekcja powinna móc hasać wolno, być dowolnie powielana, bo i tak będzie… Stwierdziła kiedyś że „Po drugiej stronie każdego plagiatu znajduje się uwielbienie i miłość„, wszak posiadanie patentu na coś, wcale nie sprawi że w innej części świata to coś nie będzie powielane, naśladowane, ani nie stanie się inspiracją dla innych. Piękne i jakże życiowe słowa, ale obawiam się że ambitna modystka Coco Chanel, to nie słynący ze swych filantropijnych zapędów Nikola Tesla – więc nie dziwię się, że z takim podejściem Coco była przez lata bojkotowana przez dostawców i konkurencję.

torebka 1

torebka 2

Nie wiem, być może ten ostracyzm był jej na rękę, a ten cały bunt przeciw konwenansom udawany?. Być może chciała, by ludzie gadali i wytykali ją palcami – wszak dziś jest to powszechnie stosowana metoda na zdobycie rozgłosu i sukces… Tym niemniej część z jej poglądów okazała się proroctwem, kultywowanym po dziś dzień, czego doskonałym przykładem są perfumy. Nie tylko Chanel, ale dla lepszego zilustrowania trendu, poniżej zamieszczam parę zdjęć już całkiem nowożytnych toreb i kopertówek Chanel, których „dyskretne i gustowne” markowanie dowodzi, iż spadkobiercy jej imperium mają jej opinię (tą samą, którą tak często się podcierają, tfu się podpierają) gdzieś… Dziś liczy się kult marek i lansowanie logotypu jako ikony, uskutecznia się kult obsesyjnie pożądanej metki. Więc co ty Coco tam wiesz, o wciskaniu komuś twojej „designerskiej kopertówki” za 5 tysięcy euro – z oczojebnym napisem CHANEL na pół torebki, najlepiej ułożonych z równie modnych co kiczowatych, kryształów Swarovskiego…😉

torebka 3

torebka 4

Ale ja nie o tym… Ok, postanowiłem podejść do tematu maksymalnie obiektywnie i dać Bleu EdP szansę, ale po dwóch dniach oblatywania – nie znalazłem absolutnie żadnej cechy/zalety, która wyróżniałaby te perfumy na tle konkurencji lub usprawiedliwiała ich cenę oraz segmentację. Powiem tak, czuć że ten zapach powstał ewidentnie dla pieniędzy, choć przy tym pachnie naprawdę fajnie. Tyle że w przypadku EDP za ~500zł i w dodatku firmowanym logo Chanel, „fajne” to zdecydowanie za mało. Chociaż z drugiej strony w przeciwieństwie do totalnie nijakiego Bleu EdTEau de Parfum wreszcie posiada masę i sensowną projekcję.

Chanel - Bleu de Chanel Eau de Parfum bez korka

Wprawdzie klimat i bukiet bardziej przypomina zachowawczego ale niemożliwego do „nielubienia” i „niepodobania sięDavidoff Championa i w ogóle ciężko te perfumy odróżnić od przeciętnego Hugo Bossa – ale zawsze to lepiej niż ultra zachowawcze Guerlain Ideal, czy Dior Sauvage… A co my tu mamy?… Otwarcie aż kipi zachowawczymi i ładnie skrojonymi cytrusami, który przydaje masywności, ładnie wkomponowane w tło geranium (śladów obiecanego grejpfruta niestety nie odnalazłem). No nie powiem jest milusio, przyjemnie i zupełnie w klimacie Chanel Allure, ale Allure (choć naprawdę niezłe, a świetne w wersji Edition Blanche) też skrojono tak, by zapach się podobał i co najistotniejsze, sprzedawał… I tu się zgadzam z Coco, popularność tego zapachu przeminie jeszcze szybciej (błagam, oby jak najszybciej!), niż moda na tego rodzaju niezobowiązujące „zapachy o niczym„… A linia Bleu to najpłytsza i najbardziej miałka propozycja w portfolio Chanel

Chanel - Bleu de Chanel Eau de Parfum bokiem

Owszem Bleu EDP jest przyjemne i może się podobać, ale połowa stylizowanego na „wieczorowy” mainstreamu, zadaje szyku w tej samej tonacji co Bleu EDP… Po komercyjnym i banalnym aż do bólu cytrusowym otwarciu, pora na dźwięczne, skąpane w rozmazanych przyprawach serce. Finisz to zdawkowy i nijaki mix wykastrowanych ze wszystkiego i ultra spłyconych „drewienek” – płaskich jak cała kompozycja. To jest tak zachowawcze, wtórne i przewidywalne, że zacząłem ziewać z nudów. Jest lekko aromatycznie, wciąż cytrusowo i subtelnie pikantnie, ale zaraz zaraz, skąd ja to znam?. Pierwszy z brzegu Hugo Boss (The Scent i Energise), czy Platynowy Egoista (również od Chanel) pachnie podobnie, więc to nie istotne czy zdecydujecie się na Diora (Sauvage), Davidoffa (Champion), czy wspomniane (a przy Bleu będące ucieleśnieniem dobrego smaku i kunsztu w kreacji) Allure – albowiem wszystkie pachną podobnie, więc bierzcie co tańsze i dłużej na Was trzyma…

Chanel - Bleu de Chanel Eau de Parfum reklama

A skoro już jesteśmy przy trwałości, to z tym w Bleu EdP słabiutko, co ze względu na stopień koncentracji – akurat nie powinno nikogo dziwić. Generalnie EdP i Parfum charakteryzuje gorsza/ słabsza trwałość i projekcja w zestawieniu z teoretycznie słabszym EdT – paradoksalnie właśnie przez wyższą koncentrację/ stężenie olejków zapachowych. Z tym że projekcję Bleu EdP ma całkiem niezłą, ale cóż z tego – skoro pachnie tak pospolicie i grzecznie, że gubi się w tłumie mu podobnych?. Tak naprawdę najmocniej wyczuwalnym i grającym tu pierwsze skrzypce motywem jest owe przyprószone przyprawami geranium, sandałowiec i pieprz – zaserwowane bardzo klasyczne i miłe dla nosa – ale zapach swą formą nie wnosi absolutnie nic nowego, a przez pryzmat marki i nazwiska perfumiarza, który go spłodził – wręcz rozczarowuje…Chanel - Bleu de Chanel Eau de Parfum EdP

Moja rekomendacja: kolosalnie przepłacony przerost formy nad treścią i kategorycznie nie warto…

rok powstania: 2014

nos: Jacques Polge płakał jak komponował…

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dostateczna

Skład: labdanum, gałka muszkatołowa, imbir, drzewo sandałowe, paczula, wetyweria, nuty drzewne, mięta, jaśmin, cytryna, grejpfrut, kadzidło, cedr, różowy pieprz, ambra,

Napisane przez: pirath | 12 Sierpień 2016

Tommy Hilfiger – TH Bold, czyli bold and beautiful, dejavu…

No i Tommy doczekał się własnej zakładki na perfumomanii!. Bardzo lubię tę markę i mam sporo ubrań od Tommy’ego (bo szyje klasycznie i bez udziwnień), ale z jego perfumami zawsze było mi hmmmm,… nie po drodze. No dobra, nie owijając w bawełnę – nie bardzo było o czym pisać, bo poziom i styl kompozycji zapachowych Hilfilgera, oscyluje gdzieś pomiędzy Lacoste L 12.12. a CK z linii Summer 20xx, czyli bez rewelacji… Ale wszystko zmieniło się wczoraj, gdy wydobyłem z dna szuflady zmurszałą próbkę i powąchałem mającego premierę w ubiegłym roku TH Bold. Powitały mnie dźwięczne cytrusy, a chwilę później doznałem potężnego, wręcz monstrualnego dejavu!.

Tommy Hilfiger - TH Bold

Po pierwsze zapach jest łudząco podobny do jednej z najlepszych wód kolońskich jakie nosi ziemia (tak dla formalności, za najlepsze w ogóle uważam ex aequo: Hermesy The Orange Verte Concentree i Eau de Gentiane Blanche). I nie chodzi o jakieś niszowe, oldskulowe i pretensjonalne pachnidło, które wedle legend snutych przez założycieli, powstaje wedle liczącej miliard lat receptury – a niepozorną, mainstreamową wodę, od średnio w ŚSK (Światowej Stolicy Kebaba) kojarzonego, Banana Republic. Moim niekwestionowanym numerem dwa, jest genialne Classic z 1995 roku, będące jedną z najpiękniejszych, najwdzięczniejszych i najtrwalszych wód kolońskich, jakie znam. Ok, dwa pierwsze epitety są subiektywne, więc dyskusyjne – ale ostatni parametr jest dość istotny i jak najbardziej miarodajny – gdyż klasyczne (cytrusowe) wody kolońskie, zwykle trwałością nie grzeszą. Godzinka, góra trzy i koniec, a niepozorne i taniutkie BR Classic rządzi na mojej skórze przeszło 12 godzin i to z godną naśladowania projekcją. Da się? Da się…

Tommy Hilfiger - TH Bold reklama

Po drugie jest po prostu śliczny i ze względu na rozpoznawalność marki Hilfiger – cieszę się, że ten cudowny bukiet będzie łatwiej i szerzej dostępny, niż mało znane i nieco zapomniane przez dystrybutorów oraz sieciówki, Banana Republic. Szkoda, bo ich Cordovana do tej pory nie mogę przeboleć, ale niestety jego zniewalające połączenie figi i cynamonu, średnio przypadło klientom do gustu. No dobrze, czyli umarł król – niech żyje król, bo oto dostajemy umownie odświeżoną i delikatnie unowocześnioną względem BR Classic – wariację na temat klasycznej wody kolońskiej, w opakowaniu które o dziwo nie przypomina butelek z czasów bitwy pod Waterloo*. Zapach jest porażająco świeży i aromatyczny, a przy tym lekki, niezobowiązujący i tak energetyzujący – jak tylko może pobudzać kipiąca cytrusami woda kolońska, zaaplikowana na świeżo ogoloną gębę, w rześki majowy poranek.

*Napoleon Bonaparte był tak wielkim miłośnikiem wody kolońskiej, że kazał swemu adiutantowi ją sobie aplikować, nawet na polu bitwy.

banana republic classic

OK, zostawmy na chwilę BR Classic i poudawajmy, że TH Bold jest zupełnie nowym i bezprecedensowym pachnidłem. To co najbardziej porusza i zniewala w Boldzie, to jego energetyzująco orzeźwiające połączenie niesamowicie soczystych i rześkich cytrusów (bergamotka, mandarynka, cytryna, grejpfrut) z aromatycznymi, świeżo zerwanymi i zmiażdżonymi w kamiennym moździerzu ziołami i przyprawami (lawenda, rozmaryn, kardamon, jagody jałowca), które zgrabnie dopełniono nieznaczną, niemalże transparentną ilością przydających głębi drewien (zbyt lakoniczne by wskazać jakie) i kwiatów (jaśmin).

Tommy Hilfiger - TH Bold box

Ten zapach dosłownie kipi świeżością i to nawet kilka godzin od aplikacji. Zupełnie jakby ktoś przez cały czas odzierał ze skórki owoce cytrusowe, rozcierał w palcach zioła i młode pąki jałowca. Doprawdy nawet wśród wód kolońskich, mało która może pochwalić się podobną ekspresją i długotrwałą, na wskroś bijącą od bukietu świeżością. TH Bold to niesamowicie żywe i jak się okazuje, całkiem żywotne pachnidło – bez dwóch zdań kolońskie i przy tym naprawdę urocze. Jest więc szansa, że w tej nowoczesnej buteleczce z pożądanym logo, zapach porwie podstępem kolejne pokolenie młodych mężczyzn. To nie powinno być trudne, bo TH Bold to naprawdę przyjemne, lekkie i świeże perfumy, które pięknie korespondują z niezobowiązującym wizerunkiem Hilfilgera i średnią wiekową jego klienteli.

Tommy Hilfiger - TH Bold fotka

Tak naprawdę jedyny detal, który odróżnia BR Classic od TH Bold jest mandarynka, której u Tommy’ego jest w otwarciu odrobinkę więcej – za to jakby mniej tu aromatycznych ziół, ale też symbolicznie. Różnica jest tak bardzo subtelna, że miałem poważny dylemat, czy nie użyć epitetu „są identyczne„… Zupełnie jakby ktoś wziął fenomenalny, acz konający w niepamięci koncept BR Classic, nieznacznie go zmodyfikował i wypuścił pod własną/inną marką. No ale po co zmieniać coś, co pachnie doskonale? Oczywiście mam świadomość że wielu z Was, zwłaszcza młodym gniewnym, bez piwnego brzuszka, którzy z łatwością schylacie się, by zawiązać rozwiązaną sznurówkę – Classic może trącić starym, zramolałym dziadem, ale cóż siła stereotypu…

Tommy Hilfiger - TH Bold promo

Zawsze powtarzam, że woda kolońska, wodzie kolońskiej nierówna. Ponadto do niektórych brzmień trzeba nie tyle przywyknąć, co dorosnąć i w pewnym wieku, gdy gusta się zmieniają – nawet ktoś obecnie rozmiłowany w świeżakach od CK i casualowcach od YSL – prędzej czy później doceni ponadczasową klasykę od Diora, Davidoffa i YSL. Dlatego nikogo nie będę na siłę przekonywał, bo prędzej czy później sami docenicie odświeżające piękno bukietu wody kolońskiej i wtedy warto sobie przypomnieć o TH Bold lub BR Classic (jeśli któraś wciąż będzie dostępna w sprzedaży)… Tu warto zaznaczyć że BR Classic jest wyśmienitym i dużo trwalszym zamiennikiem dla TH Bold’a, no i kosztuje kilka razy taniej. Ups, zdaje się niechcący strzeliłem Tommy’emu i pewnej sieciówce w stopę…:)Tommy Hilfiger - TH Bold EdT

rok powstania: 2015

nos: anonimowy arcy talent w powielaniu😉

projekcja: bardzo dobra, później dobra

trwałość: dobra

Głowa: pomelo, bergamotka, tangerynka, czerwony grejpfrut,
Serce: kwiat mandarynki, lawenda, kardamon, jaśmin, boronia,
Baza: cedr, drzewo sandałowe, wetyweria, kwiat pomarańczy,

I na koniec ciekawostka: Nie raz wyśmiewałem deklarowane przez producentów wykazy nut, że są niepełne, niezobowiązujące i nierzadko zmyślone. Spójrzcie więc na wykaz składników obu pachnideł (Skład BR Classic: bergamotka, grejpfrut, klementynka i nuty zielone, wiciokrzew, jaśminowiec, imbir, nuty drzewne i piżmo) i powiedzcie, jak to możliwe – aby z dwóch tak skrajnie różnych palet składników, wyczarować niemal identyczne pachnidło. Cuda? raczej jeden lub obaj producenci konfabulują i tak naprawdę skład obu kompozycji wygląda jeszcze inaczej niż oficjalnie deklarują…:)

Słysząc nazwisko Rodriquez, z automatu myślę o Robercie Rodriquez’ie (reżyser) i Michelle Rodriguez (aktorka) – ale im bliżej poznaję dorobek olfaktoryczny Narciso Rodrigueza – tym zaczynam kojarzyć to nazwisko, z jeszcze jednego powodu. Wprawdzie niespecjalnie interesuję się modą, ale z każdym poznanym zapachem Narciso Rodrigueza, zaczynam mocniej cenić jego markę. Oczywiście to nie Narciso komponuje sygnowane swym nazwiskiem perfumy, ale je zatwierdza i co istotne – zatrudnia w tym celu uznanych i naprawdę utalentowanych perfumiarzy, tu Francisa Kurkdjiana. A Francis już nie raz dowiódł zarówno swego talentu, jak i swoistego mistrzostwa w niesztampowym minimalizmie. Weźmy na ten przykład jego najbardziej znane perfumy, czyli Le Male (osobiście wyżej cenię delikatniejsze i niemal nieznane Fleur Du Male, które gorąco Wam z tego miejsca polecam), które popełnił dla domu mody Jean Paul Gaultier*… Osobiście za Le Male nie przepadam, choć doceniam genialność tego konceptu, która tkwi w słodyczy i prostocie. I to nie Kurkdjiana, a pazerność JPG należy winić za nad eksploatację wątku Le Male, powielonego w pierdylionie innych odsłon, co pozwoliłem wyszydzić sobie TU.

*oraz powielił w postaci Custo Man, dla Custo Barcelona – a gdy pisałem, że są do siebie zaskakująco podobne, to mówili że coś sobie uroiłem…😉

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him

Ale wróćmy do bohatera dzisiejszego wpisu, którego chciałem poznać już od baaaaaardzo dawna, ale jak na złość – żadna perfumeria w Opolu (zarówno sieciówki, jak i niezrzeszone), nie ma for Him w ofercie. Wyobraźcie sobie moją frustrację, bo od kiedy prowadzę tego bloga – żaden inny zapach nie powtarzał się w Waszych sugestiach i rekomendacjach tak często, co Narciso Rodriguez for Him!. Wreszcie po kilku latach jeden z czytelników się zlitował i podesłał mi próbkę, z którą natychmiast użyłem i…. (tu konsternacja) eeee… srsly, o to tyle krzyku?…

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him foto

Szczerze? po poznaniu przepięknego i ultra zjawiskowego Bleu Noir, spodziewałem się że klasyczne for Him urwie mi poślady, tfu będzie, hmmmm…. podobne? Spodziewałem się wdzięcznego, zwiewnego, lekkiego i wysublimowanego zapachu, osadzonego wokół stylistyki Gucci Pour Homme II i Laury Biagiorri Essenza di Roma, a Hermesem Voyage i Cartier Declaration Eau, a tu szok, bo nic podobnego!… Oczekiwałem lekkiego i nienagannie skrojonego casualowca, przed którym zdejmę z głowy czapeczkę, czegoś na wzór Eau de Cartier Concentree lub Roadstera od Cartiera – ale nie czegoś na podobieństwo Cartiera Santos Concentree w wersji ultra light… Tak, jestem zawiedziony, bo choć zapach nie jest zły – ale zupełnie nie tego rodzaju brzmienia i stylistyki się spodziewałem, po osławionym flagowcu i „szarej eminencjiRodrigueza

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him box

Po pierwsze, mało tu fiołka, więc jeśli spodziewaliście się Lalique Hommage lub Gucci PH II vol. 2.0, to będziecie rozczarowani. Owszem otwarcie jest bardzo zielone, roślinne i wyraźnie wiosenne, ale to raczej przyprószone pudrem/ talkiem, miażdżone roślinne łodygi, liście i okorowane badyle niż fiołek w swej czystej i niewinnej formie. Akord serca to z kolei ciekawy, przyjemny, acz bardzo dyskretny akcent przywodzący na myśl kredę, puder i jakiś balsam pielęgnacyjny, sprawiający że zapach staje się wyraźnie kremowy i balsamiczny. Warto zaznaczyć, że NR for Him to w ogóle bardzo dyskretne, nienachalne i pozbawione ostrych krawędzi perfumy. Dopiero w swym stadium dojrzałym pomiędzy akordami serca i bazy, zapach staje się nieco iberysjki (klimaty Loewe Solo), nieco suchy, męski i na pograniczu piżmowo balsamicznego orientu.

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him front

Tutejsze piżmo jest wyraźnie syntetyczne i zupełnie nieostre, raptem na początku odrobinę świdrujące – później po prostu jest, trwając w sposób zupełnie neutralny i absolutnie bezkonfliktowy. Więc spokojnie, nie uświadczycie tu piżmowej hegemonii i pogromu, pokroju Lutensowych Cuir Mauresque lub Musc Koublai Khan – ani nawet Rasikh od Syed Junaid Alam, choć do tego ostatniego jest NRfH troszeczkę podobny. Zapach, gdy już zrzuci z siebie tego otwierającego kompozycję „fiołka„, sprawia wrażenie bardzo męskiego, tytoniowo balsamicznego. Ale tę jego pozorną piżmowo tytoniową dzikość, pięknie wygładzono niemal zupełnie płaską paczulą i zgrabną ambrą, nadając krawędziom kompozycji obłości i ogłady. Ale jak na ironię, to nie to dzikie i surowe piżmo odpowiada za mą początkową konsternację, co jego połączenie z wartką niewinnością ni to roślinnego, ni to kremowego fiołka – a którym to otwiera się ta nietuzinkowa kompozycja.

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him reklama

Paradoksalnie NRfH zaskakuje nie przecudnej urody bukietem, a oryginalnością swego brzmienia i to ona stanowi najmocniejszy atut tej niezobowiązującej kompozycji. Jego na wskroś dyskretne i niesztampowe połączenie nut może nie jest klasycznie piękne – ale stanowi bardzo spójny i intrygujący bukiet, którego siła tkwi w prostocie. Wprawdzie minimalizm Kurdjiana to nie minimalizm w wykonaniu Jean Clauda Elleny, Mathilde Laurent czy Nathalie Lorson – ale uważam, że z trudnym i odważnym połączeniem fiołka i piżma, poradził sobie wprost wybornie. Zapach nie jest ciężki, ale nie jest też nijaki, ani mdły – a i tak pozytywnie zaskakuje swym dyskretnym i nieszablonowym krojem. W finiszu można dostrzec pewne podobieństwo kroju ,do arcy spokojnej Escady Magnetism, choć Narciso jest delikatniejszy i bardziej żywy. Escada jest piękna, ale stateczna i statyczna, gdy bukiet for Him ewoluuje i orzeźwia swym lekkim jak piórko piżmem oraz fiołkiem, ładnie korespondującym z subtelnością miękkiej i balsamicznej ambry.Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him EdT

rok powstania: 2007

nos: Francis Kurkdjian

trwałość: bardzo dobra

projekcja: dobra

Skład: liść fiołka, paczula, ambra, piżmo,

Jeśli podobnie jak ja, rozpaczaliście na wieść o wycofaniu Fordowej Sahary Noir, to mam dla Was świetną wiadomość!. Sahara żyje, ma się dobrze i pozdrawia ze słonecznych plaż Key West na Florydzie:) No dobrze, oryginalną Saharę rzeczywiście ubito – ale co powiecie na to, że istnieje zapach, który pachnie uderzająco podobnie do tejże Sahary? W końcu kogo obchodzi jak się coś nazywa i kto to wyprodukował – skoro pachnie niemal tak samo i wciąż można się cieszyć swoim ukochanym pachnidłem? A! i co więcej, Olympic Orchids twierdzą, że The Main Act to UNISEKS, więc nie popełnili błędu Forda, który sprzedawał Sahara Noir jako perfumy damskie

Olympic Orchids Artisan Perfumes - DEV #2 The Main Act

Z ostatniego zlotu perfumoholików we Wrocławiu, przywiozłem kilka wspaniałości, w tym TO cudo… Zresztą po to urządza się tego rodzaju spotkania, by poznać ciekawe i efektowne nowości, białe kruki, albo móc wyżebrać próbkę czegoś naprawdę rzadkiego (Marto, ponowne dzięki!). A pomyślelibyście, że jakaś mało znana i totalnie niszowa marka ze Stanów, ma w swojej ofercie coś uderzająco podobnego do Sahara Noir – tudzież Sahara Noir jest łudząco podobną kopią bohatera dzisiejszego wpisu? Oba pachnidła miały swą premierę w mniej więcej tym samym czasie i oba pochodzą ze Stanów – więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby ich uderzające podobieństwo było efektem nie ordynarnego odgapiostwa, a cichej i zupełnie zamierzonej kooperacji… Ale to tylko moje luźne dywagacje…

Olympic Orchids logo

Kooperacji, bo w przypadku pachnidła tak specyficznego i niszowego oraz dedykowanemu tak wąskiemu i hermetycznemu gronu potencjalnych odbiorców – trudno mówić o przypadku. Zresztą osobiście nie wierzę w „przypadkowe zbieżności brzmień” w tej branży, bo jeśli coś jest do czegoś podobne to, albo mowa o świadomym powielaniu mody – albo celowym (mniej lub bardziej bezczelnym) kopiowaniu jakiegoś brzmienia, w celu odniesienia wymiernych korzyści finansowych. No chyba, że proceder odbywa się w tzw. „białych rękawiczkach” – czyli za zgodą i wiedzą producenta oryginału. I tu pozwolę sobie przytoczyć parę przykładów: X Bolt aka Boss Bottled, Balmain Carbone aka Olfactive Studio Autoportrait, Hermes Terre D’Hermes aka Montale Red Vetiver, czy Bentley Absolute aka Gucci Pour Homme i nasza Sahara Noir aka Olympic Orchids The Main Act lub odwrotnie… Po prostu dwie firmy dogadują się, wypuszczając ten sam zapach pod różnymi szyldami, za co jedna strona zapłaciła tej drugiej. W końcu przy tej ilości perfum na rynku i w różnej segmentacji (nisza, mainstream) – prawdopodobieństwo, że oba wyroby zaczną ze sobą konkurować jest znikome.

mde

A więc nie będę się czepiał i drążył kto od kogo podchwycił pomysł – zwłaszcza, że Sahary Noir oficjalnie już nie ma i nie sposób ustalić pod czyim szyldem zapach zadebiutował jako pierwszy. Cieszmy się, że wciąż możemy obcować z jego potęgą i majestatem. Zainteresowanych brzmieniem The Main Act odsyłam do niedawno popełnionej recenzji Sahary Noir od Toma Forda, choć odnoszę wrażenie (i nie kolor cieczy mam tu na myśli), że Main Act wypuszczono w znacznie wyższej koncentracji niż Fordową Saharę, co uwaga – przekłada się na jeszcze głębsze brzmienie i jeszcze bardziej morderczą projekcję!… I tu słówko o nazewnictwie, gdyż to równie tajemnicze co lakoniczne DEV: #2: – to skrót od linii The Devil Scents, w której to Main Act stanowi kompozycję numer dwa. I wierzcie mi, podtytuł The Devil Scents pasuje do tych iście diabelskich perfum jak ulał!:)

The Main Act grafika

No dobrze, jest coś co odróżnia The Main Act od Fordowej Sahary i tym czymś jest obecność kocanki, czyli nieśmiertelnika – któremu to np. Annick Goutal poświęciła swe kultowe Sables. O ile u Forda nieśmiertelnik uszedł mej uwadze, to w kompozycji Olympic Orchids, stanowi wyrazistą i niemożliwą do zignorowania bazę. Bazę, która dosłownie wsiąka i wrasta w ubrania i skórę, przeżywając nawet prysznic!. Więc nie są identyczne, choć ten jeden detal to trochę za mało, by móc powiedzieć że to dwie różne i przypadkowo zaaranżowane kompozycje. Ale who cares, skoro oba są przepiękne, a delikatniejszy z nich już nie żyje?…

foto flakonu

Jeśli więc lubicie pachnidła ciężkie, mroczne i nietuzinkowe, pokroju Fumidusa, Petroleum i ciężko ujęte żywice (Norma Kamali Incense) – to tą odsłoną/wariacją motywu znanego z Fordowej Sahara Noir, będziecie wprost urzeczeni. Zapach jest jeszcze gęstszy, cięższy i głębszy niż go poznałem. Jest wręcz gorzki i zaciąga dymną spalenizną, gdyż gęsta i ciągnąca się niczym karmel pasta z labdanum i olibanum, która stanowi pierwotną oś kompozycji – tu została jeszcze bardziej zredukowana, wręcz przypalona!. W efekcie wyszło coś co z powodzeniem można by określić mianem Sahary Noir Intense! I to w każdej mierze, bo jeśli wziąć pod lupę projekcję i trwałość, to pod tym względem Main Act przebija Fordową Saharę, pachnąc przeszło dobę, a na ubraniach uwaga! – przeżywa ich pranie… Jeśli więc jesteście ortodoksyjnymi miłośnikami ekstremalnie wyrażonego kadzidła i labdanum, demoniczne The Main Act jest właśnie dla Was…Olympic Orchids Artisan Perfumes - DEV #2 The Main Act EdP

rok powstania: 2013?

nos: Ellen Covey

trwałość: potężna, zapach przeżywa ponad dobę i prysznic – a na ubraniu przetrwał pranie…

projekcja: monstrualna i budząca respekt,

Skład: labdanum, balsam tolu, agar (oud), piżmo, kastoreum, cywet, kadzidło, kocanka, jałowiec, dzięgiel, skóra, róża, goździk (przyprawa), cynamon, kardamon,

Napisane przez: pirath | 2 Sierpień 2016

Diesel – Only The Brave, czyli nie tylko dla odważnych…

Zauważyliście, że od kliku lat da się dostrzec pewien powiedzmy „trend”, nie informowania klientów o tym, kto jest autorem danej kompozycji zapachowej? Kiedyś był to powód do dumy i ekscytacji, że za perfumami X stoi nazwisko jakiegoś uznanego perfumiarza – gdy dziś producenci jakby się tego wstydzili i wolą tę kwestię przemilczeć. Moim zdaniem powody tego stanu rzeczy są dwa. Po pierwsze przeciętnego Kowalskiego guzik obchodzi, kto zrobił „perfumki” które kupuje – więc producenci oszczędzają mu fatygi literowania nierzadko skomplikowanego, obco brzmiącego nazwiska. Dziś perfumy przestały być elitarnym luksusem dla elit, owszem wciąż są przedmiotem zbytku, ale dostępnym dla każdego. Są czymś tak powszechnym w naszym życiu jak WiFi, więc ich pochodzenie staje się nam coraz bardziej obojętne. Również brzmienie perfum, przed wszystkim tych z tzw. głównego nurtu staje się tak neutralne, niezobowiązujące i transparentne, że stojący za nimi nos również staje się anonimowy, wręcz zbędny. Po drugie sami producenci tną koszta i zamiast bulić honorarium za wynajęcie uznanego nosa/kreatora – coraz częściej sięgają po zapach z katalogu „gotowców” na każdą okazję*. Bo tak jest szybciej i taniej, a dziś nowe perfumy wypada/trzeba wypuszczać co kilka miesięcy… To co kiedyś urastało do rangi działa sztuki, dziś ma być fajne, proste i tanie w produkcji – zwłaszcza, że premiera goni premierę, więc po co się produkować nad czymś, czego nabywca i tak nie doceni?

*z zasobów firm zrzeszających perfumiarzy, którzy podobnie jak agencje modeli oferują swoim klientom „produkt” na każdą okazję…

Diesel - Only The Brave

Dlatego czasem warto sięgnąć po „nowość” z przed kilku lat (lub odkryć ją na nowo), by poczuć rzadko spotykaną dziś jakość, kunszt i inwencję w kreacji. Niektórym z Was może wydawać się to dziwne, że dopiero teraz oblatuję Dieslowe Only The Brave, ale przy tej ilości zapachów na rynku i ponad 400 (!) próbkach w kolejce do zrecenzowania, takie sytuacje to u mnie chleb powszedni i jeszcze nie raz zaskoczę Was taką „premierą z brodą:) Piję to tego, że choć bohater dzisiejszego wpisu jest chwilami mainstreamowy, komercyjny i poprawny politycznie do bólu (co czuć w jego otwarciu) – to stoją za nim naprawdę utalentowane nazwiska (co również czuć, ale nieco później), których kolektywna praca przełożyła się na wprawdzie uniwersalne, ale bardzo poprawne i nic nie tracące na swej aktualności brzmienie… Brzmienie rozchwiane pomiędzy zachowawczością populizmu, wyrażonego dźwięcznym, lekkim i soczystym połączeniem rześkich cytrusów i delikatnego kwiecia, z ciepłotą suchych i aromatycznych ziół, które wykończono balsamiczną obłością szlachetnego drewna i żywic. Wiem, brzmi banalnie, ale wyjąwszy skrajnie zachowawcze, wręcz banalne otwarcie – w dalszej części zapach zaskakuje już tylko na na plus.

Diesel - Only The Brave box

Only The Brave to zapach na wskroś nowoczesny, poprawny, uniwersalny i zachowawczy, ale ma też w sobie kulturę, elegancję i wysublimowaną jakość, której próżno szukać w najświeższych premierach. Niepokoi mnie to dzisiejsze zdziczenie obyczaju w kreacji, bo mainstream mainstreamem, ale nawet w przypadku ordynarnego fast foodu obowiązują** pewne standardy estetyczne i jakościowe. A Only The Brave jest wybornym przykładem casualowca, o nadspodziewanie poprawnym kroku. Tak dobrym, że wedle dzisiejszej nomenklatury, rozmiłowanej w jakże modnej umowności i minimalizmie w kreacji – mógłby uchodzić za ultra męską kompozycje wieczorową. Tak, to nie przesada, gdyż jeśli wejrzeć wgłąb jego pozornie prostej i zachowawczej aparycji – znajdziemy tu cechy i akcenty przypominające choćby Chanel Allure, Drakkar Noir, a nawet Ungaro III. Pozornie wyrażono je z lekkością i finezją lajtowego ~Ferragamo, ale gdy zapach ponosić dłużej, jawi się jako wysmakowany i nowoczesny, prezentując sznyt iberyjskich, skąpanych w ciepłych ziołach, kompozycjach Loewe. Męskich, temperamentnych i nowoczesnych, ale mających w sobie ten nieco ciężki – ni to kwiatowy, ni to ziołowy, ale wybitnie oldskulowy pierwiastek „Drakkar Noir„.

**powinny, wszak w dobrze zrobionym i wysokiej jakości burgerze nie ma nic złego…

Diesel - Only The Brave flakon

Ale co tu dużo mówić, wystarczy spojrzeć na nazwiska perfumiarzy, którzy kooperowali przy powstaniu Only The Brave. Wprawdzie dorobek Pani Massenet nie rzuca na kolana, ale już sylwetki i portfolio Oliviera Polge’a przedstawiać nie trzeba. A i konotacje ze wspomnianym Drakkar Noir też przestają dziwić, gdy pojawia się nazwisko Wargnye, czyli twórcy powyższego…😉 Naprawdę bardzo pozytywnie mnie ten Diesel zaskoczył, bo nie spodziewałem tu się tak zręcznego i wdzięcznego połączenia szlachetnej i wylewnej tradycji, z zachowawczą i umiarkowaną nowoczesnością. Niby niezobowiązujący i stworzony wybitnie pod publiczkę, ale wybrzmiewa z klasą i fasonem, której pozazdrościłaby mu nie jedna nowoczesna kompozycja stricte wieczorowa. Do tego dochodzi naprawdę niezła trwałość, budząca szacunek projekcja oraz bezdyskusyjna noszalność, wszak tej zarówno Drakkarowi jak i Allure odmówić nie sposób…:)Diesel - Only The Brave EdT

rok powstania: 2009

nos(y): Alienor Massenet, Olivier Polge, Pierre Wargnye

trwałość: bardzo dobra jak na mainstream

projekcja, bujna i okazała, acz bez tendencji do zamordyzmu

Głowa: cytryna amalfi, mandarynka,
Serce: cedr virginia, kolendra, fiołek,
Baza: francuskie labdanum, ambra, styraks, benzoes, skóra,

Czasem odnoszę wrażenie, że dla kupujących byłoby lepiej, gdyby pewne zapachy nigdy nie powstały… Toni Gard to niezbyt rozpoznawalna na rodzimym rynku marka modowa (odnoszę wrażenie, że nie tylko rodzimym), która swego czasu rozszerzyła swą ofertę o perfumy. Tak naprawdę jedyny czynnik który odróżnia ją od np. Armaniego, Dolce&Gabbana, CK, Hugo Boss, Gucci, YSL, Valentino, Paco Rabanne, Versace i Burberry, jest to, że jest słabiej rozpoznawalna. Toni Gard to taki ubogi krewny mainstreamowych tuzów, o szeroko rozreklamowanych i wysoce pożądanych logotypach. Logotypach o tak wielkiej sile oddziaływania na świadomość kupujących, że nieważne jak badziewny i przepłacony byłby sygnowany ich logiem produkt – ludzie i tak kupią dla znaczka i marki. To taki paradoks naszych czasów, bo kiedyś kupowało się produkty markowe głównie dla ich jakości – gdy dziś coraz częściej przepłacamy za sam logotyp i stojący za nim „prestiż”…

Toni Gard Sea Side

I przykładem takiego właśnie sromotnie przepłaconego produktu, za którym nie stoi ani jakość, ani nawet prestiż – są słabiutkie niczym piwo bezalkoholowe Sea Side, od niemal nieznanej nad Wisłą, Toni Gard… Abstrahując od Toni Gard, dlaczego mam płacić kupę kasy za produkt, za którym nie stoi jakość, która usprawiedliwiałaby jego wysoką cenę? Może i jestem pragmatycznym do bólu neandertalem, ale marketingowo ideologiczny bełkot i mniej lub bardziej urojony/wydumany prestiż marki (segmentacja będąca głównie widzimisię właściciela marki i jego nieustraszonego działu marketingu), po prostu na mnie nie działa!. Zwłaszcza gdy produkt jest kiepskiej jakości lub nie stoją za nim jakiekolwiek wymierne cechy/korzyści, które uzasadniają jego wysoką cenę. No sorry, ale metka z szeroko rozpoznawalnym logo to za mało bym to kupił – i niestety perfumy są tu świetnym przykładem, że uznany producent i wysoka cena, nie są w dzisiejszych czasach jakimkolwiek gwarantem jakości.

oferta Toni Gard Sea Side

Tyle że w przypadku Sea Side nie ma mowy ani o jakości, ani o prestiżu marki – więc skąd ta zupełnie nieadekwatna cena? Poważnie, te perfumy są tak słabe, że najchętniej bym o nich nie pisał – ale są też doskonałym przykładem dydaktycznym, dla sytuacji którą opisałem powyżej. Tyle że o ile Armaniemu, Hugo i Calvinowi ujdzie płazem każdy gniot, bo ludzie i tak kupią dla samej marki – to Toni Gard nie jest marką o ich sile oddziaływania (jaranko na markę tu nie zadziała). W moim odczuciu powinni mieć tego świadomość i lepiej przyłożyć się do jakościowej i merytorycznej strony swoich perfum, ale co czuć – położyli na tym totalną lagę, serwując do bólu poprawnego politycznie i śmiertelnie nijakiego gniota jakich wiele… Sea Side nie jest (co sugeruje nazwa) morskim świeżakiem, ani czymś co przypomina jakikolwiek gatunek olfaktoryczny. Jest zlepkiem kilku oklepanych, ultra bezpiecznych riffów, które będąc muzyką – byłyby czymś w rodzaju lekkiej i niezobowiązującej twórczości Britney Spears, czy Nicki Minaj… Ekhm, nawet w sygnowaniu prostych, lekkich i niezobowiązujących perfum jest pewna granica przyzwoitości, której producent (via Puma Sync) nie powinien przekraczać… Dior Sauvage to przy Sea Side arcydzieło złożoności i awangardy w kreacji…

Toni Gard Sea Side reklamanawet zdjęcia z kampanii tych perfum nie wyrażają absolutnie niczego… bije od nich pustka i brak wyrazu, a ten chłopak jakby się wstydził…

Oczywiście biorę poprawkę, że zapach oferuje pewna duża sieciówka i już samo to dodaje +XXX zł do ceny flakonu za min. domniemany „prestiż” – ale mowa o zapachu, którego walory konweniują za najpodlejszym massmarketowym ścierwem, po kilkanaście złotych, więc z czym do ludzi!? Żeby nie było Toni Gard Mint też jest lekkie, by nie powiedzieć banalne – ale jest dużo ciekawsze i oryginalniejsze, więc jednak się da… A Sea Side jest o i niczym… Dlatego postrzegam go w kategorii bezczelnego zamachu na portfel potencjalnego nabywcy i koniec!. Sea Side nie opowiada żadnej historii, nieudolnie i pokracznie udając kompozycję zapachową, ale nie ma sobą nic do zaoferowania!. Deklarowany przez producenta wykaz nut jest tak bardzo hipotetyczny, że daruję sobie próby odniesienia się do niego. Prawdopodobnie dobry środek piorący, szampon do włosów lub kosmetyk pielęgnacyjny – wtarty w skórę, da lepszy, ciekawszy i dłużej utrzymujący się efekt… Wierzcie mi na słowo, to jest tak płytkie i puste pachnidło, że nie warto nawet za darmo!Toni Gard Sea Side EdT

rok powstania: 2015

nos: żaden antychryst się nie przyznał

projekcja: dostateczna, później słaba

trwałość: kiepska

Głowa: bergamotka, cytryna, mandarynka, grejpfrut, różowy pieprz,
Serce: nuty morskie, lawenda, szałwia, herbata,
Baza: drzewo sandałowe, ambra, piżmo,

Balcerowicz/Tusk, tfu Sahara Noir musi odejść! A tak w ogóle to wina Tuska, że te perfumy wycofano! Tak mniej więcej wyglądałaby perfumeryjna demagogia i ostracyzm – gdyby o zawartości perfumeryjnych półek decydowały nie bezduszna ekonomia – a rodzime standardy polityczne😉 Zapytacie po co marnuję mój i Wasz czas, pisząc o wycofanych perfumach? To proste, bo są tego absolutnie warte!

tumblr_n8qiglXbor1qc3ju8o7_500

Tak, mam świadomość że Sahara Noir to (w teorii, bo czymże jest odgórnie narzucona przez producenta segmentacja – w konfrontacji z własnymi, choćby subiektywnymi odczuciami?) perfumy damskie – skoro są tak mroczne, wyraziste i sążniste, iż z powodzeniem może ich używać facet? I nie stereotypowy miłośnik kreacji, rodem z pracowni Dawida Wolińskiego, tudzież masówki od Zary/H&M – co każdy jeden facet, od fedrującego na przodku górnika, po biznesmena. Tak, te perfumy są AŻ TAK pozbawione „damskiego pierwiastka„, że może ubrać je KAŻDY mężczyzna – bez ryzyka odniesienia choćby najmniejszego uszczerbku na swej męskości. Naprawdę żałuję, że Ford zdecydował się oferować Sahara Noir jako pachnidło damskie, bo uważam, że zapach sprzedawałby się dużo lepiej jako uniseks. Ale to tylko jeden z potencjalnych powodów, dla którego fenomenalne w mym odczuciu Sahara Noir nie odniosło sukcesu komercyjnego i w konsekwencji zostało uśmiercone.

Tom Ford - Sahara Noir

Ponadto uważam, że ten zapach wyprzedził swoją epokę i z roku na rok coraz bardziej dewaluującą koniunkturę rynkową tak bardzo (z roku na rok coraz to bardziej upraszczaną i łagodniejszą stylistykę), że Ford musiał podjąć bolesną, ale jakże życiową (ekonomia) decyzję o jego wycofaniu z oferty. Tak jak swego czasu wycofano ze sklepów YSL M7, pierwszego komercyjnego oudowca (wycofano go nim zapach zrozumiano, doceniono i w ogóle zaczął się szał na oud i samo Em Sept) tak i z perfumeryjnych półek znika nazbyt wybujała i wymagająca Sahara Noir. Swoją drogą to cud, że chociaż męskie Lalique Encre Noire, jakoś się uchowało. Nie chcę zabrzmieć jak wywyższający się snob, ale brutalna prawda jest taka, że tego rodzaju brzmienia (kompozycję tak sążniście orientalną i zarazem niszową) doceni tylko koneser/miłośnik gatunku, a tych jest wśród nabywców perfum najmniej. A przecież trzon sprzedaży Toma Forda odbywa się poprzez perfumerie sieciowe, gdzie prym wiodą głównie do bólu mainstreamowe – lekkie owocowe soczki, o fizjonomii zmiękczacza do tkanin i morskie świeżaki, o głębi odświeżacza do toalet…😉

Tom Ford - Sahara Noir reklama

No sorry, taki mamy klimat i w gusta przeciętnego klienta sieciówki (i jego żony, bo w 80% przypadków to żona/dziewczyna/kochanka/matka* decydują czym będzie pachniał jej mężczyzna) prędzej wstrzeli się coś niezobowiązującego i uniwersalnego, niż ekstremalnie żywiczny orient. No i kto to jest ten Tom Ford?, przecież najlepiej sprzedają się dużo bardziej rozpoznawalne marki jak: Hugo Boss, Armani, Lacoste, Calvin Klein i Paco Rabanne… No więc z przykrością donoszę, że jeśli wciąż ostrzycie sobie zęby na Fordową Saharę, to na perfumeryjnych półkach zostały pojedyncze niedobitki lub jakieś resztki w perfumeriach online i więcej nie będzie. Zwyciężyły bezwzględne i nieubłagane prawidła rynku i zapach wycofano. Teoretycznie jest szansa na kontynuację, ale wpierw imperium Toma Forda trzeba by było znacjonalizować (upaństwowić, jak nasze kopalnie), powołać związki zawodowe i wówczas rząd dopłacałby do produkcji i sprzedaży każdego flakonu tych i każdych innych nierentownych perfum w nieskończoność, tadaaaaaam!😀

*niewłaściwe skreślić

Tom Ford - Sahara Noir foto

Śmiem twierdzić, że te perfumy padły ofiarą swojej formy dystrybucji i chybionej segmentacji. Ten zapach jest zbyt niszowy i trudny, by oferować go w komercyjnych sieciówkach, gdzie po prostu nikt nie doceni tego rodzaju kompozycji. No bo ile znacie osób (a zwłaszcza kobiet, do których zapach jest adresowany) chcących pachnieć kadzidłem i labdanum w tak zintensyfikowanej formie (tak Sabbath, możesz już opuścić dłoń:) ), że chwilami przypomina paloną kalafonię lutowniczą? Latem Sahara Noir pachnie po prostu monumentalnie i już w parę minut od aplikacji, dosłownie zapiera dech i pacyfikuje głębią oraz bardzo niszową artykulacją swego niebanalnego bukietu… A bukiet jak przystało na kompozycję sygnowaną logiem Tomka Forda, wyrażono z pełną dbałością o impet i siłę rażenia. Naprawdę nie trzeba wiele, by w letni i nie daj Odynie duszny dzień, przeistoczyć swe otoczenie w scenerię żywcem wyjętą z filmu Constantine – tudzież kiepsko wentylowanego wnętrza Media Markt/Media Expert, gdzie dosłownie czuć w powietrzu przegrzany plastik i przeciążone przewody sieciowe.

Tom Ford - Sahara Noir box

Szkoda, bo choć Sahara Noir jest kompozycją naprawdę wymagającą, jest też przepiękna. Bogaty i nietuzinkowy bukiet tych perfum ocieka i pacyfikuje głębią i gęstością, z jaką ukazano tu maksymalnie zredukowane olejki żywiczne, zamieniając je w żywiczną pastę. Pod tym względem zapach wybija się wysoko na tle innych i pseudo orientalno kadzidlano żywicznych pachnideł – głównie za sprawą tego powłóczystego, ultra gęstego, żywicznego dostojeństwa, które obficie wylewa się z flakonu tych perfum. Mowa tu o przepychu, rozmachu, bogactwie i wzniosłości porównywalnej z najbardziej skoncentrowanymi, niszowymi siekierami. Nie przesadzam, bukiet Sahary emanuje ultra skoncentrowanymi olejkami kadzidlanymi i żywicami tak bardzo, że tylko Norma Kamali Incense i Andy Tauer Incense Extreme chadzają w zbliżonej lidze – choć Tauera nie jestem do końca pewien. Sahara Noir to ekstrakt z żywic, z absolutem z labdanum na czele…

Constantinekadr z filmu Constantine, swoją droga również gorąco polecam

Ale labdanum tak głębokim i sążnistym, że aż gorzkim i przejmującym – zupełnie niepodobnym do winnych, soczyście śliwkowych powidełek, jakimi zwykle bywa i emanuje, odpowiednio (przyjaźnie) rozcieńczone labdanum. Oczywiście w tle czai się subtelny i bogaty w oldskulowo Amouage’owym stylu orient, ale to tylko tło i dopełnienie dla przejmującego wątku głównego. Doprawdy niesamowite pachnidło, a dla miłośników gatunku wprost przepiękne i nieodżałowane – choć nie mam złudzeń że sentymentem ~1% potencjalnych klientów, Ford nie będzie sobie zawracał głowy…

p.s. Polu, tym bardziej dziękuję Ci za hojną próbkę tego skarbu :*Tom Ford - Sahara Noir EdP

p.s.

Rok powstania: 2013

trwałość: dobra

projekcja: bardzo dobra

Głowa: gorzka pomarańcza, tatarak, cyprys, labdanum,
Serce: egipski jaśmin, marokańska róża, kadzidło, papirus, wosk pszczeli, cynamon,
Baza: labdanum, benzoes, wanilia, cedr, ambra, agar (oud), balsam egipski,

Napisane przez: pirath | 17 Lipiec 2016

z cyklu szybki przelot przez… S jak Sephora

Dziś z rewizytą, wpadli do mnie Edyta i Michał (pozdrawiam serdecznie), więc poza spacerowaniem, jedzeniem i piciem – wypadało zapewnić szanownym gościom jakąś rozrywkę, urządzając im mini rajd po opolskich perfumeriach. W końcu kto lepiej zrozumie potrzeby duchowe perfumomaniaka, jak inny perfumoholik😉 Przy okazji poznałem kilka ciekawostek i całkiem obiecujących nowości – zatem nie przedłużając, pora na szybki przelot przez:

Bottega

Bottega Veneta – Pour Homme Essence Aromatique, to jedno z najmilszych zaskoczeń tego dnia i w moich oczach, swoista rehabilitacja dla marki. Po genialnej Bottega Veneta Pour Homme z 2013 roku, marka dosłownie skompromitowała się mającą premierę w ubiegłym roku wersją Extreme. No cóż, chcieli iść z modą i trendami, a skończyło się totalnym blamażem i zaprzepaszczeniem dobrego wrażenia, jakie zrobili na rynku swym premierowym PH. Ale zdaje się Bottega wyciągnęła słuszne wnioski z porażki i przekuła ją w ponowny sukces, za pomocą swych najnowszych perfum – opatrzonych jakże sugestywnym podtytułem Essence Aromatique. Jest to świeżak, a jakże ale tak wysublimowany, wyrafinowany, nietuzinkowy i bezprecedensowy, iż w kategorii ultra wytrawnych wód kolońskich – mógłby z powodzeniem stanąć w szranki, z równie genialnym co bezprecedensowym Eau de Gentiane Blanche od Hemesa. Jeśli lubicie suche, ziołowe i wytrawne kompozycje kolońskie, w stylu wspomnianego Hermesa (plus Hermes Voyage), Loewe Solo i niedawno opisywanego Heeley’a Sel de Marin – będziecie zachwyceni! Gdyby zapach był nośniejszy i bardziej inwazyjny, wskazałbym jeszcze na podobieństwo do kultowego Dolce & Gabbana Pour Homme, z tym że Dolce jest dużo nośniejszy i głośniejszy niż Bottega, której pod tym względem bliżej do lotnej subtelności hermesowych ogródków. Śmiem twierdzić że sam J.C. Ellena, nie powstydziłby się tych perfum…

YSL

Yves Saint Laurent – L’Homme Ultime prawie dziś przeoczyłem. Ten sam flakon o niezbyt przykuwającej wzrok kolorystyce, miotającej się pomiędzy Libre, Eau i Cologne, sprawił że niemal go pominąłem. Ale oczojebna, czerwona karteczka z napisem NOWOŚĆ, kazała ponownie zawiesić oko na flaszce i bingo! Tym razem mój wzrok padł nie na Intense, Extreme, czy inne oklepane Parfum, a jakże odkrywcze i przełomowe Ultime! Nie wiem jak długo marketing YSL pracował nad czymś tak innowacyjnym, ale chyba zabrakło im tej inwencji na banalne i jakże skuteczne zmienienie koloru flakonu, na bardziej kontrastujący z resztą rodziny L’Homme – co niechybnie przełożyłoby się na lepszą czytelność i rozpoznawalność ich oferty, ale co ja się znam… Ale najistotniejsze jest to, że sam zapach jest dużo bardziej wyrazisty, świeży i obiecujący, a to chyba najważniejsze. Uwaga, trzymajcie się krzeseł, bo… ten zapach ma jaja! Tak, w otwarciu rządzi zdecydowany i pobudzający akord imbirowy, sowicie podbudowany pieprznym kardamonem, wiec o dziwo nie są to kolejne oklepane, smętne, nudne i bezpłciowe popłuczyny – pokroju ich flagowego L’Homme. Wprawdzie nie jest to ekspresja porównywalna z Bang! Jacobsa czy Azzaro Visit – ale zawsze to światełko w tunelu, więc chętnie do zapachu wrócę…

Thierry

Thierry Mugler – A*Men Pure Tonka wywołał u mnie nieodparte wrażenie, że Thierry zaczyna się powtarzać. Owszem to fajnie, że jest konsekwentny i wszystkie jego kompozycje noszą jedną wspólną sygnaturę. Taki swoisty znak wodny, czy piętno pozwalające już na pierwszego niucha stwierdzić iż mamy do czynienia z Muglerem – ale problem w tym, że Pure Tonka to niesamowicie schematyczny zapach. Albo ktoś już jest zmęczony, wypalił się lub poszedł na łatwiznę, ale po czymś co nazwano jakże zatrważająco i sugestywnie PURE TONKA (a mowa o Muglerze i serii A*Men, więc jest czego się bać!), spodziewałem się czegoś więcej niż powtórki z rozrywki w formie odgrzewanego kotleta, z tego co już dobrze znamy. Owszem zapach jest słodki, ale epatuje nie słodyczą tonki, co doskonale wszystkim znanym, nieco oklepanym i ździebko zbyt syntetycznie i przaśne wyrażonym wątkiem kawowym, który przełamano znanym z B*Mena akcentem sekwoi. No sorry, ale obiecywałem sobie po tym zapachu nieco więcej niż kilka oklepanych kombosów/ chwytów/ rifów/ fragmentów układanki – z których ktoś naprędce sklecił coś w teorii nowego, a w praktyce doskonale znanego wszystkim miłośnikom Muglera. Owszem Pure Tonka jest ładne i miłośnikom Muglerowej stylistyki będzie się podobać, ale nie wnosi sobą totalnie nic nowego, wręcz przeciwnie – trąci od tych perfum syntetycznością i płytkością, której wcześniej u Thierrego nie czułem…

Adidas

Adidas – Born Original for Him, to produkt prawdopodobnie aspirujący do bycia czymś więcej niż orzeźwiającym żelem pod prysznic, dla aktywnego i pełnego życia mężczyzny – ale coś poszło nie tak… Powiedzmy sobie wprost, największym sukcesem i czarnym koniem (dosłownie) w stajni Adidasa, jest kultowy i święty już za życia Adidas Active Bodies (że o fantastycznym i nieodżałowanym Original nie wspomnę), który wciąż jest kupowany równie ochoczo, co masowo podrabiany – czyli wciąż się facetom podoba. Ale jak wiadomo nic nie trwa wiecznie i trzeba pomyśleć o najmłodszym pokoleniu „sportowców„, odzianych w najmodniejsze pieluchomajtkowe dresy (te ze zwężaną, rurkowatą nogawką). Ciekawe czy ktoś u Adidasa pomyślał, jak ma coś takiego założyć (i jak w tym wygląda, bo czasy Henryka VIII, śmigającego w opiętych pończochach, mamy już za sobą) facet mający w łydce około 50 cm?, ale ja nie o tym… W każdym razie, ktoś u trój pasiastych pomyślał, by zmajstrować coś nieco poważniejszego niż tandetny „deodorant” za ~30 zł i wysmarowali coś kosztującego ponad 150 zł oraz niewątpliwie aspirującego do roli poważnej wody toaletowej, mającej stanowić alternatywę/ zastępstwo dla kultowego Czarnego Adasia. Tak wiem że czasy się zmieniają, że gusta zapachowe ewoluują, ale Czarny Adaś choć jest wyrazistą i dającą popalić siekierą, ma też swoisty, niepowtarzalny i diabelnie rozpoznawalny bukiet, którego w Born Original niestety zabrakło. Adidas zaproponował oklepany i powszechnie występujący w przyrodzie akord, osnuty na nieśmiertelnym połączeniu raczej umownych niż dających się zidentyfikować owoców, ziół i przypraw – w praktyce nie dając NIC ORIGINAL’NEGO. Efekt, trudno te perfumy zapamiętać i zapomina się o nich równie łatwo, co o massmarketowych (drogeryjnych) liniach Adidasa, za kilkadziesiąt złotych. Sorry ale za podobną kasę można już mieć coś od CK, Bossa lub Armaniego i w dodatku będzie to dłużej i prawdopodobnie lepiej pachnieć…

Moschino

Moschino – Fresh Couture, to w sumie damskie perfumy, ale tak oryginalne że po prostu nie mogłem o nich nie napomknąć (Edziu, dzięki że mi je pokazałaś). Na pierwszy rzut oka, nie wiadomo czy to jakiś żart (choć niechybnie z gatunku błyskotliwych i sarkastycznych), czy też ktoś w Moschino podczytuje perfumomanię – ale to nie żart, bo ktoś naprawdę zrobił perfumy inspirowane i żywcem nawiązujące formą flakonu i sznytem kompozycji, do środków czyszczących😀 Przypominający butelkę ze środkiem do mycia okien design i przerysowany, kipiący świeżością detergentu bukiet – nie pozostawia złudzeń, z jakiego rodzaju kompozycją mamy do czynienia i jak bardzo jest ona złożona oraz ambitna:) Zapach, na który składa się toporny niczym PR Korei Północnej mix kwiatów i owoców – daje niemiłosiernie czadu, połączonymi siłami jaśminu i grejpfruta… Gdyby nie to, że za zapachem stoi włoskie Moschino, pomyślałbym, że zapach zrobili dla jaj Japończycy, albo jest to kolejny koncept Demeter

Older Posts »

Kategorie

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 101 obserwujących.

%d bloggers like this: