Napisane przez: pirath | 9 października 2019

Joop! – Homme Absolute, czyli coś pomiędzy Loewe a Bentleyem…

Trafiłem na niego przypadkiem, włócząc się w ubiegłą sobotę po Galerii Katowice i zadurzyłem się w nim od pierwszego niucha… Nie będę owijał w bawełnę, spodobał mi się tak bardzo, że wyszedłem z flakonem, więc miło mi zakomunikować że oto trafiłem na kolejne warte grzechu objawienie. I powiem szczerze jestem zdumiony, bo nie spodziewałem się, że w dobie lansowania zapachów wydmuszek, jedynie udających wyglądem i nazwą że są Absolutnym i Perfumowanym zwieńczeniem kolekcji Homme – trafię na Absolutepełną gębą” i jajami. Wprawdzie „jądra” tegoż Absolute są zgodnie z obowiązującymi trendami starannie wygolone – ale mimo tego, ten Joop! ma czym wypełnić slipy… 😉

Antoine Maisondieu, perfumiarz który stworzył to szlachetne pachnidło, naprawdę kocha kadzidło i bób tonka – i co czuć, potrafi się z nimi obchodzić jak mało kto… Zwłaszcza jeśli chodzi o fasolę tonka, bo z nią najłatwiej przesadzić, czyniąc z kompozycji siermiężną i zwalistą kłodę, pokroju nieznośnie irytującego Versace Eros. Ale co tu dużo mówić, min. Bottega Veneta PH (cały klan), Burberry London, CdG Black, Guci Rush wyszły spod jego blottera, więc tyle w temacie referencji tego Pana. Powiedzmy sobie wprost, zapachy z pod szyldu Joop! nigdy nie grzeszyły lekkością i finezją, ale tytułowy Homme Absolute jest nią w każdym calu. I to pomimo tego, iż z wyglądu flakonu, nazwy kompozycji oraz wykazu nut, jest to pachnidło na wskroś poważne, wieczorowe i uwaga, nader zmysłowe.

Wspomniane kadzidło i fasolę tonka ujęto tu z taką gracją i lekkością, iż w praktyce jest to pachnidło wprost stworzone do noszenia go na co dzień, właśnie w okresie jesienno zimowym (podobnie jak Burberry London). Otula, rozgrzewa i wybitnie podnosi poziom endorfin, dając prawdziwą frajdę z noszenia. Przez krótką chwilę czuć tu również wymieniony w wykazie nut czarny pieprz i wetywerę, ale umieszczono je wyraźnie na drugim planie, jako tło. I przysięgłym że jest tu również goździk (przyprawa), stąd obcując z akordem otwarcia, nie sposób uwolnić się od skojarzenia z genialnym Loewe 7, a z drugiej strony, przez tę swoistą kadzidlaną balsamiczność , z również bardzo udanym Bentleyem Infinite. Przyznacie że to naprawdę zacne towarzystwo i wysoka półka do dotrzymywania kroku.

Jest więc to zapach bardzo szlachetny i pomimo tematycznego podobieństwa (bardzo ulotnego) do Loewe 7, wciąż oryginalny. A dzięki balsamiczno otulającemu brzmieniu, z doprawionej przyprawami słodyczy, nosi się go zaskakująco, lekko, przyjemnie i nienachalnie. W pierwszej fazie zapach jest naprawdę podobny do również goździkowego Loewe 7, jest też subtelnie korzenny i lekko pikantny, by w fazie dojrzałej ścielić się miękko na skórze, w stylu Bentleya. Czuć też że mamy do czynienia z pachnidłem nietuzinkowym, wyrażonym ze smakiem i pomimo stajni z której się wywodzi, bardzo dyskretnym (chwilami wręcz za bardzo). Ale pomimo swej chwilami wręcz zbyt daleko posuniętej delikatności, jest to rasowe EdP i rodowodowe Absolute, a nie spłodzona na fali koniunktury atrapa, jedynie aspirująca nazwą i lokowaniem produktu do sfery premium. Tu naprawdę czuć, że są to perfumy (EdP) z prawdziwego zdarzenia, subtelne, powłóczyste, otulające i bogate w treść. Jestem naprawdę mile zaskoczony i gorąco polecam Homme Absolute jako wyśmienitego kompana na jesiennie chłody i słotę.

projekcja: umiarkowana, by nie powiedzieć blisko skórna

trwałość: przeciętna, adekwatna do osiągów EdP

rok powstania: 2019

nos: Antoine Maisondieu

głowa: czarny pieprz,
serce: ylang ylang,
baza: wetywera, fasola tonka i kadzidło,

Jak wiecie na prawie 2 lata wypadłem z perfumeryjnego obiegu, ale gdy kilka dni temu zrobiłem już nieco śmielszy i głębszy rekonesans po perfumeriach stacjonarnych i sieciowych, stwierdziłem że mamy przechlapane… Cóż z tego że nowego contentu przybywa w tempie, w jakim Xiaomi wypuszcza nowe modele smartfonów, a Korea Północna przystępuje i zrywa rozmowy pokojowe z „amerykańskimi psami” – skoro ten pozorowany wysyp nowości, nie wnosi kompletnie nic nowego… Co więcej, widzę że wiele zapachów i marek w ogóle zniknęło z perfumeryjnych półek (nawet tych wirtualnych), co sprawia iż i tak już słaby wybór, stał się jeszcze mniejszy, zarówno w formie jak i treści. Bo prozaiczna prawda o polskim rynku perfumeryjnym jest taka, że asortyment i jego podaż narzucają i nakręcają duże stacjonarne sieciówki… To niestety smutna prawda, bo znów zrobiwszy rekonesans, oferta perfumerii online (z pominięciem perfum niszowych) to w miażdżącej ilości lustrzane odbicie tego co zastaniemy na półkach wiodących perfumerii i drogerii. Owszem perfumerie online zwykle handlują tym co się najlepiej sprzedaje stacjonarnie, ale nie chce mi się wierzyć, że nagle przestali produkować np. Bang! Jacobsa, czy kilka innych szumnych nowości, z przed zaledwie kilku lat.

A przecież wiadomo, że u przeciętnego Kowalskiego, świadomość trendów i źródło nowinek stanowią perfumerie stacjonarne, które owe nowości promują i przede wszystkim zapewniają tester, bez którego nie da się dziś sprzedać perfum – a przecież wielkie perfumerie internetowe takowymi nie dysponują, bazując na wiedzy którą klient nabędzie „stacjonarnie„. Nie, dziś nie będzie recenzji Stronger With You i nie będzie jej w ogóle… Ten zapach jest tak słaby i wtórny, że nie będę strzępił sobie języka o coś równie emocjonującego, jak krojenie chleba. Ale wspominam o nim nie bez powodu, bo poznanie go stało się swoistym symbolem degrengolady, która toczy branżę perfum od lat, niczym nowotwór i katalizatorem do spłodzenia (po raz ostatni, obiecuję) dłużyzny którą drogi czytelniku czytasz… Tą chorobą są pozorowane i udawane nowości, które nie wnoszą niemal nic nowego, do wciąż zmieniającej się zawartości perfumeryjnych półek. Oczywiście mam świadomość, że są gusta i guściki, trendy się zmieniają i żaden zapach nie żyje wiecznie, ale biedni perfumoholicy, którym przyszło żyć w tych podłych, bezpłodnych czasach… Wyobraźcie sobie, że idziecie do sklepu po nową koszulę, a na półkach są tylko koszule w jednym fasonie i odcieniach jednego koloru… Brzmi absurdalnie? To zapraszam do dowolnej perfumerii sieciowej… 😉

Ale pomińmy tę swoistą dysfunkcjonalność w samostanowieniu (tudzież jego braku) oferty rynkowej, narzucanej przez wspomniany powyżej mechanizm, ale on z kolei przekłada się na coś zgoła gorszego, a mianowicie, braku realnego wyboru… Bo cóż z tego skoro półki perfumerii stacjonarnej aż uginają się od nowości i w kółko promowanego badziewia, które się po prostu nie sprzedaje, bo za drogie lub pachnie kijowo – skoro robiąc ślepy test na powiedzmy 10 różnych flakonach, szybko dojdziemy do wniosku, że mamy deja vu… I tu dochodzimy do meritum dzisiejszego wpisu, bo biorę do ręki pierwszy, drugi, trzeci flakon z tzw. „nowością” i po już przelotnym psiknięciu na bloter, odkładam go na półkę z coraz to większym poirytowaniem, by po kolejnym i kolejnym, zanucić razem z Marylą Rodowiczale to już było…” I finalnie zakląć cicho pod nosem i zrezygnowany oraz solidnie zirytowany, wyjść. A przecież do stu mililitrów! – przecież przyszedłem tam zostawić moje pieniądze, a nie mam co kupić! No do diaska, same odgrzewane kotlety, pozorujące głównie flakonem i nazwą, że coś się na rynku dzieje – ale w treści to swoisty „atak klonów„, bo wszyscy producenci uparli się lansować w kółko ten sam, oklepany niczym „kebab” wątek tematyczny. Nie wierzycie? To weźcie do ręki flakon z Bad Boyem od Herrery i powiedźcie z ręką na sercu, czy to nie przypomina ze 30 innych męskich zapachów, sygnowanych na przełomie ostatnich 5 lat?… A sytuacja jest o tyle niepokojąca, że z perfumeryjnych półek zniknęła min. Prada, Balmain, Marc Jacobs, Kenneth Cole oraz Bentley. I nawet perfumerie internetowe nie zachowały niektórych z ich „wartościowych” zapachów w ofercie, więc albo wykruszają się dystrybutorzy lub same zapachy poszły pod nóż?.

Ale co w zamian? W zamian dostajemy min. tytułowego Emporio Armani – Stronger With You, czy Bad Boy Herrery, powielone wcześniej w kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu odsłonach i oba wywołują przy tym emocje jak podczas jazdy windą… Serio, abstrahując od marek i nazw, na rynku jest już co najmniej kilkanaście zapachów pachnących właśnie tak, jak wspomniana „nowość” od Armaniego/Herrery i dla usystematyzowania, będę ów oklepany i w nieskończoność powielany trend zapachowy, określał mianem „metodą na pozorowaną nowość„, o zapachu przywodzącym na myśl dosłownie nic. Zapach, niby czymś pachnie, ale próżno szukać w tej kompozycji własnego charakteru, inwencji czy podobieństwa do czegokolwiek. To „pachnie„, ale nic więcej, zatem cały mechanizm sprzedaży perfum przestawił się z treści na formę, oferując pozornie nowy flakon, nazwę i adekwatnie skrojony podeń marketing + inną przystojną mordkę na reklamie, ale kompletnie zapominając o istocie, czyli samym zapachu. Od kilku lat łapię się na tym, że pomimo naprawdę niezłej pamięci do zapachów, nie jestem w stanie wskazać czym pachnie dana osoba, np. znajomy lub idący przede mną na ulicy mężczyzna – bo obecnie lansowanym nowością tak bardzo brak cech charakterystycznych, jak np. u ikonicznego ongiś Fahrenheita, że nie sposób ich rozróżnić, a co dopiero zapamiętać. Co roku jak grzyby po deszczu wychodzą pozorowane nowości pokroju Azaro Wanted, Boss The Scent, Boss Unlimited, Diesel Bad, CK Summer, Paco Invictus, kolejny „VIP” Herrery, no po co tworzyć kolejny zapach pachnący tak samo? Czy naprawdę tak ciężko wylansować coś na podobieństwo Loewe 7, czy ostatnio przeze mnie odkrytego A&F Authentic?

Czy w tym zbiorowym szaleństwie lansowania zapachów skrajnie uniwersalnych i poprawnych politycznie, jest jeszcze miejsce na kreatywność i niepowtarzalność treści? Czy tak ciężko zrozumieć, że rozpoznawalna i swoista kompozycja pokroju Muglerowego A*Men’a, Dior Fahrenheita, Terre Hermesa, Lalique Encre Noire, Armani Acqua di Gio, Burberry London, YSL M7, Boss Bottled, Adidas Active Bodies, etc. staje się samograjem napędzającym koniunkturę marce na całe dekady? Samograjem kupowanym właśnie dlatego, że jest specyficzny, niepowtarzalny i niekoniecznie podoba się każdemu? Choć i tu da się zauważyć trend spłycania „nieśmiertelnych kalsyków„, kastrowania ich i ugrzecznienia, co by więcej osób kupiło (patrz Fahrenheit i Terre którego kupiłem sobie zaledwie 3 miesiące temu). Zauważcie że na sam dźwięk słów Terre de Hermes, każdy od razu kojarzy kompozycję, wręcz już ją czując nozdrzem wyobraźni – a kto jeszcze pamięta jak pachnie Boss The Scent, czy Dlace&Gabbana Living coś tam? Wybaczcie, wiem że było emocjonalnie, ale musiałem się wyżalić i wyładować frustrację po tym co tu zastałem… Zatem abym nie tracił czasu i nie popadł we większą frustrację, czy mogę prosić Was o Wasze sugestie i rekomendację w komentarzach, na co szczególnie mam zwrócić uwagę z nowości wypuszczonych w przeciągu ostatnich 2 lat? Z góry dziękuję za pomoc w separacji ziaren od plew 😉

No cóż, to nie będzie długa recenzja, wszak po pierwsze obiecałem okrojenie objętości, a po drugie nie bardzo jest o czym pisać… O ile bardzo szanuję i cenię Panią Christine Nagel, perfumiarz wręcz wybitną, to niestety nowego Terre w jej wykonaniu nie kupuję, dosłownie i w przenośni… Powiedzmy sobie wprost, Jean Claude Ellena był geniuszem (w roli nadwornego nosa Hermesa) – a Terre d’Hermes EdT jest dziełem doskonałym i skończonym, jak przykładowo Mona Lisa pędzla Leonardo, koniec i kropka. Więc jakby Pani Nagel nie była utalentowana, to wszelkie próby porwania się na ową skończoną doskonałość, z zasady są skazane na niepowodzenie. I śmiem twierdzić że to nie jej wolą było porwanie się na uświęconą świętość Terre, lecz takie dostała wytyczne od swego szefostwa – wszak rynek nie lubi próżni, a najłatwiej się zarabia kasę, wypuszczając kolejne flankiery, czytaj odcinając kupony od popularności jakiegoś swojego zapachu… I z całym szacunkiem dla Pani Nagel, Elleną to ona nie jest, więc siłą rzeczy nowy „grzebanyTerre, osnuty na nucie charyzmatycznej vetiwery, pachnie jak pachnie…

tak widzę klasyczne Terre…

Szczerze powiedziawszy jestem podwójnie rozczarowany. Po pierwsze tym, że zapach jest po prostu hmmm słaby? Serio, jak na standardy do których przyzwyczaił nas Mistrz Ellena, nowy Terre Intense Vetiver pachnie po prostu płytko i siermiężnie, choć to nie jest mój główny zarzut. A owym głównym zarzutem jest to, że pomimo nazwy którą się podciera, o pardon podpiera – w ogóle, podkreślam W OGÓLE, nie przypomina w brzmieniu tytułowego Terre, co zakrawa na śmieszność, świętokradztwo i kpinę z majestatu tego pachnidła. Tak po prawdzie spodziewałem się że Christine Nagel weźmie oryginalną formułę Terre d’Hermes, wzbogaci ją o wątek vetiweru i tadaaaam, gotowe… Przecież w dzisiejszych czasach tak się właśnie odcina kupony od popularności oryginału, ale nie… Pani Nagel stworzyła koszmarek rzeczywiście zaciągający tytułową vetiwerą, acz na tyle pokraczny i wybaczcie kolokwializm – niedoje*any w formie i treści, że prędzej powiedziałbym iż wącham jakiegoś klona Guerlain Vetiver niż najnowszego pomazańca kultowego Terre. To pachnie tak, jakby kultowej Mona Lisie przyprawić blond czuprynę, wstrzyknąć w usta botox, a w cycki silikon, aby zrobić z niej piękność „skrojoną” pod dzisiejsze standardy… No sorry ale, nie, nie, nie i jeszcze raz nie!

a tak widzę jego najnowszą odsłonę 😉

A czy wspominałem, że zapach w ogóle nie przypomina w formie i treści mojego ulubionego Hermesa? (Mistrzu Ellena, błagam wróć, bo ktoś kala i rujnuje Twoje dziedzictwo!). Po marce kalibru Hermesa oraz talencie Pani Nagel, spodziewałem się czegoś hmmm, z klasą?. Oczywiście nie śmiałem marzyć, że będzie to pachnidło lepsze, bo doskonałości nie sposób przebić… Ale przynajmniej liczyłem, że zapach będzie, po pierwsze korespondował z oryginałem w brzmieniu, (gdy tu nawet pobieżnego podobieństwa do oryginału nie stwierdzono), a po drugie będzie finezyjną wariacją na temat wspomnianego oryginału. A to co wącham przypomina jakąś siermiężną podróbę wspomnianego Guerlain Vetiver, jaką zmajstrował jakiś amator na warsztatach perfumeryjnych. Eau Intense Vetiver zaiste intensywnie, a wręcz zwaliście pachnie vetiwerą, ale i niczym więcej. Gdzie tu lekkość, finezja, wzniosłość i skrząca się krzemieniem lotność Ellenowego protoplasty? Ano nie ma, więc z przykrością stwierdzam, że po pierwsze jestem sromotnie rozczarowany, a po drugie nie polecam…

rok premiery: 2018

nos: Christine Nagel

trwałość: dostateczna

projekcja: umiarkowana, jak na standardy EdP przystało

Głowa: bergamotka, grejpfrut i cytryna,
Serce: geranium pieprz syczuański
Baza: vetiwera, drzewo bursztynowe (da faq?), paczula i olibanum,

Tak, wiem że tytuł już Wam mówi że to gniot, ale pozwólcie przejechać się memu szyderstwu po tych perfumach, niczym internet po siostrach Godlewskich… I wierzcie mi, jedno i drugie zasłużyło… Ale nim, przejdę do meritum ,pozwólcie na pewną dygresję w roli wstępniaka do roast’u Declaration w wersji Parfum’owanej. Pamiętacie czemu w jednym z ostatnich wpisów na blogu rzuciłem fochem na Dior Fahrenheita i samozwańczo obwieściłem zaprzestanie jego produkcji? Tak w skrócie Dior tak bardzo wykastrował i pochlastał formułę legendarnego klasyka, że obecnie sprzedawane pod tą nazwą perfumy, nijak nie przypominają zacnego oryginału – zatem nijak nie zasługują by nosić jego kultową nazwę. Oryginału dzięki któremu miarka Dior jest dziś gdzie jest, więc choćby z szacunku do klasyka, buce od reformulacji zostawiliby to pachnidło w spokoju…

Ale nie, „poprawili go” tak bardzo, że zamiast tego charakterystycznego, gorzkawego i petro – głogowego niuansu w tle, zapach pachnie jakimś chińskim gumolitem… Wiem wyszło nazbyt lapidarnie, więc pozwólcie, że rozwinę za pomocą przykładu z życia codziennego… Chyba każdy z nas kojarzy jak pachnie i smakuje kiełbasa wędzona naturalnym dymem wędzarniczym. Taką kiełbaskę czuć z kilometra i nawet weganie dostają od tej woni ślinotoku – a do tego dzięki właściwościom owego dymu, produkt wędzony ma specyficzny kolor oraz smak. Ale jakiś czas temu UE w trosce o interesy lobby, tfu nasze zdrowie, zakazała wędzenia owym naturalnym dymem, bo ekologia, zdrowie, bla bla bla… Ale nikt mi nie wmówi, że chemiczny zamiennik wędzenia, symulujący smak i zapach dymu wędzarniczego za pomocą jakiejś syntetycznej farbki jest korzystniejszy dla mego zdrowia i co istotniejsze – jest w stanie zastąpić przede wszystkim efekt procesu naturalnego wędzenia, czyli radykalne powstrzymanie efektu psucia się wędzonej żywności. Nie inaczej było ze wspomnianym Fahrenheitem, którego specyficzne brzmienie kojarzy chyba każdy człowiek na ziemi, nawet jeśli nie zna jego nazwy. I Fahrenheit poddany ostatniej reformulacji pachnie właśnie jak kiełbaska potraktowana tymi farbkami do pseudo wędzenia, czyli niby pachnie znajomo – ale syntetycznie, bez dawnej charyzmy, obco i nijako. Jego tytułową, ostrą, wysoce charyzmatyczną nutę spłycono i rozmiękczono, czyniąc z niego zapach beznamiętny i po prostu nudny, że o radykalnie słabszych parametrach projekcji i trwałości nie wspomnę.

Nie inaczej jest z najnowszą odsłoną kultowego Declaration, któremu również „pomógł” ktoś życzliwy i uczynił z niego niemrawego eunucha… Żeby nie było kocham Declaration EdT i wysoko cenię samego Cartier’a, gdyż ta marka dała światu masę doskonałych i niestety, w większości już nie produkowanych pachnideł… Szkoda, bo wspomniane Declaration EdT zaliczam do kanonu najwybitniejszych zapachów ever i jednocześnie jedno z najwybitniejszych dzieł Jean Clauda Elleny, boga wśród perfumiarzy… Dostrzegłem niedawno Parfum na półce perfumerii i oczy przetarłem ze zdumienia, zastanawiając się jak może pachnieć „siekiera” podniesiona do potęgi „parfum„, co trudno sobie wyobrazić, znając siłę rażenia przedreformulacyjnego klasyka. Ponoć jedynie gazy bojowe Saddama i rozbity flakon z przedreformulacyjnym Joop Homme pachniały intensywniej… 😉

Jak pamiętacie, jakiś czas temu klasyczne Declaration zepsuto, a mówiąc bardziej eufemistycznie – jego parametry trwałości i projekcji poddano niewielkiej korekcie. Czyli przedtem pachniało dobę, teraz 3 godzinki i fajrant. Wówczas zadawałem sobie pytanie czemu to zrobiono, ale całkiem niedawno sam wpadłem na całkiem sensowną i pasującą do współczesnych realiów odpowiedź. Otóż uważam, że Declaration EdT wykastrowano po to, by zrobić miejsce na mające z czasem nadejść Declaration Parfum. Czemu? bo to nie wypada by Eau de Toilette pachniało dłużej i intensywniej niż z definicji najbardziej zintensyfikowane EdP lub Parfum. Oczywiście w teorii, bo praktyka wygląda zgoła inaczej i każde z Was może się łatwo przekonać, iż teoretycznie mniej stężone EdT pachnie intensywniej i nierzadko dłużej niż w teorii bardziej skoncentrowane EdP/Parfum Czemu? Bo praw fizyki nawet kreatywny marketing nie oszuka i zapach bardziej stężony potrzebuje więcej energii, czyli ciepła – by móc swobodnie parować/emanować z naszej skóry, wydzielając wokół nosiciela intensywną i donośną woń.

Zatem spece od marketingu swoje, a brutalna rzeczywistość swoje i testowany przeze mnie Declaration Parfum, pod względem czystości i ostrości brzmienia, trwałości i projekcji może ewentualnie lizać buty swemu zacnemu kastratowi, tfu protagoniście. Serio, nie dość że go spłycono w stosunku do rozpiętości bukietu klasyka, to jest on mniej wyrazisty oraz wytrawny i obecnie przypomina niemrawe ciepłe kluchy. Declaration Parfum gdzieś tam w tle przypomina charakterystyczne brzmienie swego protoplasty, ale ściszono je i spłycono względem klasyka, w efekcie czyniąc z Parfum zapach po prostu nieciekawy. Declatarion EdT wybrzmiewało cudnej urody kardamonem i kminem, zręcznie spreparowanym przez mistrza Ellenę, gdy wersja perfumowana pachnie jak ksero z ksera oryginału, gubiąc gdzieś kompletnie ostrość faktury wspomnianych przypraw. Brzmienie Declaration to wyrazisty, wibrujący i żywy kardamon, więc zagłuszenie go i rozmycie toną czegoś co ma emulować, ambrę, zamsz i skórę (bo wiadomo że Parfum musi być otulający, jowialny, miękki i ciągnąć się po skórze, niczym welon ślubny księżnej Diany po ziemi) zrobiło temu pachnidłu krzywdę. Pewnych kompozycji po prostu nie powinno się poddawać metamorfozie na EdP/Parfum, bo ich bukiet po prostu nie konweniuje z tą formą i Declaration Parfum jest tego niechlubnym przykładem. Przepraszam z tego miejsca wybitnie zdolną Mathilde Laurent, czyli nos, który stoi za Declaration Parfum i dała światu min. mego ukochanego Cartier Roadstera, ale nie kupuję tego… Jak widać nawet tak zdolna perfumiarka aka perfumiarz, ( bo mnie zaraz puryści językowi obedrą ze skóry 😉 ) starając się poprawić geniusz mistrza Elleny, porwała się na formułę Declaration, z przysłowiową motyką na słońce i poległa…

W moim odczuciu Cartier wylansował zapach, który zamiast dopełnieniem i godnym zwieńczeniem serii Declaration, stał się antagonistą dla swego zacnego pierwowzoru. Parfum nie pachnie ani przekonywająco, ani ciekawie, ani adekwatnie do swej nazwy – będąc jedynie wciśniętą na siłę odsłoną, która miast dopełniać serię Declaration, stanowi jej najbardziej ułomną i mierną odsłonę. Całości obrazu zniszczenia dopełnia umiarkowana jak na standardy do których przyzwyczaił nas klasyk, trwałość i projekcja, więc jeśli chcecie poczuć Declaration w formie ekstremalnej, to polecam odsłonę Essence, która choć będąc jedynie EdT – deklasuje niemrawego i nieciekawego Parfum o kilka długości, będąc przy tym o wiele ciekawszą, wierniejszą, zaiste intensywniejszą i dużo tańszą alternatywę dla tej wydumanej zapchajdziury… Ufff takiego zdania wielokrotnie złożonego, nie powstydziła by się nawet Orzeszkowa, pisząc Nad Niemnem 2 😉

 

p.s. I tu mam pytanie do dyrektora kreatywnego, odpowiadającego za paletę produktową marki Cartier: Serio wykastrowaliście Declaration EdT, by zrobić miejsce na to? hahahahahaha 😀

rok powstania: 2018

nos: Mathilde Laurent

projekcja: słabowita i bliskoskórna

trwałość: raptem kilkugodzinna

Głowa: gorzka pomarańcza,
Serce: kardamon, przyprawy, kmin,
Baza: cedr, skóra, drzewo bursztynowe, benzoes, balsam tolu, wetyweria,

A oto i katalizator mego powrotu na łono wordpressa 😉

Nie, nie jest tak doskonały jak osławiony i arcyprzefantastyczny Fierce Cologne, ale jest baaaaaardzo w jego stylu… Reasumując Authentic to niebanalny, szykowny, wyrafinowany i naprawdę urodziwy zapach, który grubą niczym ślad po śrubokręcie na lakierze nowego samochodu naszego sąsiada linią, odcina się od badziewnych i wtórnych do wyrzygania nowości jakimi bombardują nas producenci. Zrobiłem sobie króciutki rekonesans po nowościach perfumeryjnych (taki naprawdę króciutki, by nie zwariować) i czy Wy też macie wrażenie, że producenci perfum zmówili się i uparli na lansowanie i powielanie jednego i tego samego wzorca olfaktorycznego? Nie ważne czy mowa o Bad Diesel, czy Emporio Stronger With You, oba pachną tak samo… Serio, zrobiłem w pracy ślepy test, dając kolegom na jedną łapę Diesla, a na drugą Emporio i dałem proste zadanie: wskaż chociaż dwie różnice… Efekt? Chłopaki wąchali swoje obie łapy, w końcu stwierdzili, że ich wkręcam bo to pachnie tak samo… Pytania?

No więc co się dziwić, że mało który samiec jest w stanie powiedzieć czym pachnie (nawet zapytany o to wprost) i zwykle bąknie pod nosem, że stoi na półce w łazience i że żona albo córka kupiła… Ignorancja? Nie, a jeśli tak to tylko po stronie producentów, którzy przestali się silić na wymyślanie i lansowanie nowych brzmień, bo wystarczy by pachniało wedle jakiegokolwiek w miarę świeżego i oklepanego wzorca który się podoba masom i miało szeroko rozpoznawalną medialnie markę i ludzie i tak kupią, choćby pachniało jak płyn do mycia naczyń, czy kostka do toalet… I nie ma co się śmiać, w dzisiejszych czasach gdy zapachy perfum i detergentów opracowują jedni i ci sami ludzie, trudno oczekiwać, że los z nas nie zakpi… 😉

I w efekcie tej degrengolady powstają klony wpierw Armani Code, potem 1 Million, wreszcie miliard kompozycji z oudem w roli głównej – a ostatnio uparli się na klony (ch*j wie czego, bo wypadłem z obiegu), ale stawiam hipotetycznego sześciopaka na moim brzuchu, że ten oklepany i namiętnie powielany „trend” w kreacji męskich perfum, został zaczerpnięty z jakiegoś modnego casualowca od Hugo Bossa, Armaniego lub innego Calvin Kleina. A ponieważ trafili w lukę i ten koszmarek zaczął się sprzedawać, to reszta podchwyciła pomysł i namiętnie tłuką własne klony… A niech tłuką, w końcu lud kocha igrzyska i nie ważne jak to pachnie, ważne by zapewniało „jaranko” znaną marką na flakonie, to „Grażyna” z „Jessicą” chętnie łykną taką nowość 😉 Serio widziałem takie dwie w perfumerii, jak wybierały zapach dla jakiegoś Marka na bodaj urodziny. Jedna mówi drugiej że on ma już majtki od Hugo Bossa, więc perfumy również od Hugo będą mu pasować… Sam nie wiem czy mają pasować mu do d*py, czy majtek – choć jedno i drugie blisko Marka części wylotowej 😉

Ale tak jak nie ocenia się książki po okładce, tak perfum nie kupuje się ceną, marką ani prestiżem jaki wokół takiej marki zbudowali spece od marketingu i product placement. Zignorujmy ich podstępne knowania oraz podszyte chęcią łatwego zysku zakusy i skupmy się na tej jednej niepozornej perełce, która niczym antracyt wśród węgla i brylant wśród tandetnych kryształków Swarovskiego – zdobi perfumeryjną półkę z nowościami, w jednej z dużych perfumerii sieciowych… Abercrombie & Fitch Authentic, zauroczył mnie, zachwycił i porwał swą niewymuszoną i szykowną, ba przeuroczą, powściągliwą i chwilami aż nazbyt oszczędną projekcją oraz przede wszystkim cudnej urody, niebanalną i arcy wysublimowaną kompozycją. Lekką i szlachetną, choć na pierwszego niucha niepokojąco podobną do Lalique L’Insoumis, ale może to dobrze, bo coś mi się wydaje że ów Lalique nie jest już produkowany, tudzież jego dystrybutor się zwinął.

Ten zapach jest wykwintny i wyrafinowany jak wspomniany Lalique, ma w sobie dyskretny męski sznyt rodem z Beckhamowego Homme oraz klasę i nienaganną prezencję wspomnianego na wstępie Fierce Cologne. Pachnie przy tym równie oszczędnie i kapryśnie co ów Fierce, ale umówmy się, zapach który tak pachnie, ma prawo być zadufany w sobie i humorzasty. Wreszcie jest enigmatyczny i podstępny jak Escentric Molecule 01, zawierające niemal 100% Iso E Super, oryginalny w brzmieniu niczym Ombre Indigo od Olfactive Studio – ale przede wszystkim jest świeży, dyskretny, wykwintny i aaaaabsolutnie porywający w swej urodzie i prostocie… I pozwólcie że skonkluduję powyższe: Lalique L’Insoumis, Beckham Homme, Fierce Cologne, OS Ombre Indigo oraz Escentric Molecule 01, czyli same wyśmienite i wysokich lotów pachnidła. Czy ktoś potrzebuje lepszej rekomendacji na potwierdzenie szlachetności brzmienia Authentica?

Moi kochani, są gusta i guściki, ale trzeba mieć świadomość, że wykwintne i wyrafinowane kompozycje zapachowe nie żyją długo, niczym wspomniany Lalique L’Insoumis. Takie zapachy są swoistym buntem przeciwko wszechobecnej nudzie, sztampie i wtórnej miernocie jaką karmią nas spece od marketingu, przekonani że szebernasty klon Code, 1 Million, czy Le Male sprzeda się z podobnym sukcesem co jego niewyszukani i nudni poprzednicy. To już nie perfumiarstwo a chamskie i ordynarne odcinanie kuponów od dawnego sukcesu, a nie górnolotne i bezkompromisowe perfumiarstwo, którego chciałoby się oczekiwać od marek premium. Niestety dziś te marki premium to bezwolne wydmuszki, należące do spółek enigmatycznych matczynych, a których polityka nastawiona jest na maksymalizację zysków, a nie uprawianie sztuki perfumeryjnej. Trzeba mieć tego świadomość, wówczas prościej jest zrozumieć, dlaczego perfumy się zabija i kastruje, jednocześnie lansując wtórne gnioty i totalną masówkę.

Tak naprawdę Authentic nie pachną niczym konkretnym (zarówno w kontekście składu jak i nuty grającej pierwsze skrzypce), ale są przy tym tak ciepłe, wyważone, przytulne i otulające – iż człowiek chciałby się w tulić we własną, pachnącą nimi dłoń. Zatem wykwintna perełka w postaci premiery Abercrombie & Fitch Authentic to kropla miodu na me zgorzkniałe i cyniczne serce, światełko w tunelu, czy delikatny powiew wiatru w upalny dzień. Ten zapach to swoista nadzieja dla perfumeryjnych maniaków mojego i Waszego pokroju, zakochanych w perfumach i gotowych wydać na nie swój ostatni grosz. A wierzcie mi dla takich perfum jak te, naprawdę warto… Authentic to dziś rzadko spotykana finezja, polot, klasa i wykwintność w kreacji, a której próżno szukać nawet wśród topowych Absolu, Parfum, Absolute, Profumo, Le Nuit, Extreme i Intense, czy innych spreparowanych jako zintensyfikowane zwieńczenie swych serii, flankierów. Authent to absolutnie nie jest zapach aspirujący do perfum na wieczór lub specjalne okazje, gdy zwyczajowo sięgamy po creme de la creme danej serii. To zwykły, dyskretny casualowiec na dzień, ale śmiem twierdzić, że swą wysmakowaną treścią i polotem, ogrywa takiego Declaration Parfum o kilka długości.

Autentyczność i siła Authent leży w jego prostocie, lekkości, finezji i wysublimowanej, jakże subtelnej zmysłowości, którą emanują te dość powściągliwe i enigmatyczne perfumy. Zresztą wspomniany Lalique L’Insoumis pachnie w niemalże identycznej tonacji i równie powściągliwie oraz też jakby od niechcenia. Zapach od początku do końca jest ciepły, cichy i dyskretny. Do tego elegancki, wysublimowany i niesłychanie przytulny. Zmysłowo otula i wiem że się powtarzam ale jest zmysłowy i otulający niczym przytulny, ambrowo, paczulowo zamszowy pled 🙂 Czy wspomniałem, że jest zmysłowy, otulający i przytulny? No dobrze, dość piania z zachwytu, ze względu na chwilami uderzające podobieństwo do wspomnianego Lalique, nie nazwę go objawieniem – ale cieszę się, że po stosunkowo słabym i nieciekawym First Instinct, panowie Abercrombie i Fitch zaproponowali coś naprawdę szykownego i na powrót z górnej półki.

 

rok premiery: 2019

nos: Clement Gavarry

projekcja: umiarkowana i blisko skórna, acz bardzo wyrównana i silna, choć zapomnijcie o ogonie rodem z Joop Homme z przed 1998 roku 😉

trwałość: dobra,

Głowa: grejpfrut, bergamotka, różowy pieprz,
Serce: imbir, szałwia, lawenda,
Baza: clearwood (da fuck?), mech, zamsz, (od siebie dodam Iso E super i paczulę)

Napisane przez: pirath | 26 sierpnia 2019

Puk Puk, wróciłem…

Dzień dobry…

Wprawdzie nie wiem na jak długo powróciłem i z jaką częstotliwością będę publikować, ale niniejszym obwieszczam (czule pozdrawiając hejterów) że Pirath back!

Hello boys (and girls) I’m back!

Ile to minęło od ostatniego wpisu? o kurcze, niemal dwa lata podczas których w świecie perfum wydarzyło się na prawdę sporo… Przyznam że odciąłem się zupełnie, zaprzestałem nawet chodzenia po perfumeriach i kupowania perfum, wykańczając (zużywając) moją prywatną kolekcję perfum niemal do cna. Szczerze powiedziawszy potrzebowałem tego przysłowiowego „resetu„, by zdystansować się, odpocząć, bo blogowanie w pewnym momencie przestało być pasją, a zaczęło być przykrym obowiązkiem. Do tego doszło zmęczenie wszechobecną wtórnością, płytkością, marnością i bezczelnością jaka cechuje zapachy lansowane w ciągu ostatnich paru lat, a która to w końcu zmierziła mnie tak bardzo, że cytując Agnieszkę Chylińską, powiedziałem sobie dość!…

Serio, jestem tak bardzo do tyłu z branżą perfum, że dopiero dziś poznałem Cartiera Declaration w wersji Parfum oraz zapach, który stał się swoistym katalizatorem mojego dzisiejszego powrotu… Zapach na tyle oryginalny, świeży, ładny i obiecujący – wreszcie zapach na tyle zachwycający swą niewymuszoną i powściągliwą aparycją, że zmusił mnie do powrotu, tylko po to by opowiedzieć światu o jego premierze. Moje serce od przeszło dwóch lat znów szybciej zabiło, jak w dniu gdy zakochałem się w perfumach po raz pierwszy… Ale nie, dziś nie zdradzę Wam co zmusiło starego, złośliwego grubasa, do powrotu w stronie blogowania o perfumach…

Mam graniczące z pewnością przeświadczenie, iż ta perełka wiosny nie czyni i znów wyleję tu hektolitry żółci, pastwiąc się z premedytacją nad kolejnymi bezpłciowymi i wtórnymi nowościami. Nie mam złudzeń, że podczas mojej nieobecności pod nóż poszedł nie jeden klasyk i nie jednego wykastrowano. Wreszcie mam świadomość, że mam potężne plecy z branżą i nowościami oraz że ich odrobienie zajmie mi lata – ale i tak podniosę tę rzuconą mi przez los rękawicę i stanę w przysłowiowe szranki z plejadą nowości… Mam też zamiar nieznacznie zmodyfikować formułę moich wpisów, by były krótsze i bardziej treściwe, przy jednoczesnym zachowaniu ostrości pióra (czytać poziomu złośliwości i niewybrednego humoru). Wiecie, że nigdy nie żebrzę o lajki (ani ich nie kupuję), ale tym razem mam do Was prośbę. Udostępnijcie proszę ten wpis na kołchozach społecznościowych. Niech ludzie wiedzą, że grubas od subiektywnie i ze szpileczką wrócił i ma zamiar skopać dupę paru krnąbrnym producentom perfum… 😉

Napisane przez: pirath | 8 października 2017

koniec produkcji Fahrenheita, czyli przerwa w przerwie od blogowania…

Doszedłem do wniosku, że nie ma co owijać w bawełnę i troszczyć się o poprawność polityczną. Skoro Dior ma swoich klientów gdzieś i serwuje im nędzne popłuczyny pod nazwą swego flagowego zapachu, to pora adekwatnie odpowiedzieć na ten afront i uśmiercić ten zapach na dobre. Skąd ma irytacja?. Ano ostatnimi czasy miałem nieprzyjemność poznać jak obecnie pachną te kultowe perfumy, a które znam i używam od lat 90-tych. Więc jakie było me osłupienie, gdy psiknąwszy w nadgarstek testerem „aktualnej wersji” (a wypuszczają je częściej niż Adobe serwuje kolejne wersje Flash Playera), bynajmniej nie poczułem znajomych rytmów Fahrenheita!. A to co „umownie” i w „dużym uproszeniu” rozszyfrowałem jako potencjalne brzmienie „mocno odświeżonego klasyka„, zniknęło z mojej skóry po zaledwie dwóch godzinach!. Powiem tak, poczułem się oszukany i haniebnie zdradzony, jako klient, fan zapachu i fan marki Dior. Jakim prawem to się nadal nazywa Fahrenheit skoro Fahrenheita nie przypomina? Serio, nazywanie tych siuśków Fahrenheitem poważnie i rażąco narusza semantykę definicji „Fahrenheit„!.

Ale serio serio? Tak, bo wyobraźcie sobie, że idziecie do sklepu kupić powiedzmy masło, a w środku są drożdże. Idziecie z reklamacją, a tam słyszycie że wszystko jest OK, bo teraz u tego producenta drożdże sprzedawane są jako masło. Idziecie do salonu samochodowego kupić busa, a dostajecie rower górski, ale ze znaczkiem np. Transit, bo od dziś taka jest polityka producenta, że zrywają z przeszłością, śmierdzącymi dieslami i w ogóle chcą uchodzić za markę trendy i eko. Albo chcecie kopić kawę, a personel kawiarni przynosi Wam herbatę z jarmużu i uparcie wmawia, że to właśnie zamawialiście, bo u nich herbata to kawa i jak się nie podoba, to możecie nie kupować. Kuriozalne prawda?

Ale nie w świecie perfum!, gdzie nazwa i wykaz składników do niczego producenta nie zobowiązuje i prawnie nic nie można takiemu krnąbrnemu producentowi za to zrobić!. (za to można skutecznie bojkotować jego produkty, a to największa i nieco zapomniana tajemna moc każdego kupującego). W tej branży można dowolnie zmodyfikować znany i kultowy zapach, albo dowolnego flankiera nazwać chwytliwą nazwą handlową jakiegoś kultowego klasyka – i ponownie sprzedawać frajerom, licząc że nikt się nie zorientuje i grzebanie w recepturze Fahrenheita znów ujdzie im płazem. Dior pewnie też liczył, że o dawnego Farenheita nie upomną się zarówno starzy, jak i nowi klienci – i wszyscy dalej pozwolą się dy*ać marce, oferującej im za ciężką kasę jedynie mit i nazwę, za którą nie stoi nic konkretnego, bo przecież to Dior!* A więc jedyne co można zrobić w sytuacji gdy Dior sprzedaje zapach noszący nazwę Fahrenheit, ale w treści i jakościowo nie przypominający go niemal w ogóle – to zapomnieć, że w ogóle jest oferowany i mentalnie skreślić go z listy wciąż produkowanych perfum!. Najlepiej zaorać pamięć i w ogóle zapomnieć, że ten zapach kiedykolwiek istniał. No co? Skoro producent jawnie kpi ze mnie (nabywcy) i świadomie działa na moją niekorzyść, przez okłamywanie mnie, że nadal mam do czynienia z Fahrenheitem, którego przecież znam – to ja mam prawo uznać i obwieścić, że nie jest już produkowany.

*normalnie rośnie nam w świecie perfum drugie i równie krnąbrne Apple, tylko jest jeden problem. Perfumy kiepsko się sprawdzają w epatowaniu snobizmem – a ja nie jestem fanbojem, by ślepo łyknąć wszystko, co Dior mi wspaniałomyślnie wciska!

Skoro na aktualnie oferowane klientom siuśki, Dior bezwstydnie i bezczelnie mówi Fahrenheit i na domiar złego bierze za ten badziew ciężki hajs – to wedle tej samej nomenklatury, na wołowinę od dziś mówmy szpinak, na kota mówmy pies, a od dziś polityk lub duchowny to synonim cnót, uczciwości i prowadzenia się zgodnie z tym co prawi. 🙂 Coś mi mówi że jeśli ten trend spłycania i nieodwracalnego psucia perfum (w imię szczytnej walki o rosnące słupki sprzedaży) utrzyma się, to za najdalej dekadę we flakonach będzie czysta woda źródlana, „zabrudzana” dla niepoznaki jakimiś ekologicznymi i hypoalergicznymi farbkami. I niech mi nikt nie wmawia, że to szaleństwo pseudo „poprawiania i unowocześniania” klasyków jest jakimś ulepszeniem i ewolucją**, bo nie jest!. Nazwa zobowiązuje, a perfumy mają pachnieć i zdaje się, że ktoś u Diora o tym zapomniał!. Fahrenheita którego znaliśmy, a którego na przestrzeni ostatnich dwóch dekad nie raz już reformuowano – jeszcze nikt nigdy tak źle nie potraktował, ostatecznie zabijając go w sensie dosłownym. Obecny „Fahrenheit” to jakiś drastycznie spłycony, sprofanowany i haniebnie nietrwały kastrat, więc powtórzę ponownie: Dior Fahrenheit przestał być produkowany!.

**no chyba że mowa o uwstecznianiu się w rozwoju i postępującej degradacji marki, co akurat ostatnimi czasy wychodzi Diorowi świetnie!

I weźcie sobie mą deklarację do serca, choć miłośnikom Fahrenheita, do których notabene sam się zaliczam – bynajmniej miło i wesoło nie jest, bo łatwo powiedzieć, zapomnij i uznaj za niebyły… Zapach był tak specyficzny, piękny, męski i niepowtarzalny, że znalezienie brzmienia nadającego się na godnego naśladowcę tego genialnego klasyka, graniczy niemal z cudem. Ale uszy do góry, albowiem przypadkiem trafiłem w Rossmanie na całkiem zacny zamiennik, który szczerze Wam polecę – ponieważ to co obecnie Dior nazywa Fahrenheitem, jest jakimś niesmacznym żartem i sromotnym nieporozumieniem. Dlatego sam nie wierzę że to piszę, ale śmiało kupujcie podróbki, tfu zapachy inspirowane Fahrenheitem, bo niestety oryginał nie jest już produkowany… Nie wiem czy właśnie o to Diorowi chodziło z ubiciem kury znoszącej złote jaja, ale gratuluję krótkowzrocznemu ignorantowi, odpowiedzialnemu za politykę marki w zakresie sygnowania i reformulacji perfum, tego jakże trafnego posunięcia wizerunkowo ekonomicznego… Moje szapo ba! Widać Fahrenheit był za dobry i zbytnio odstawał poziomem od ostatnio sygnowanych popłuczyn, w rodzaju Dior Sauvage – a wiadomo, że w takich sytuacjach „dobija się” wystającego gwoździa…

Aha!, zapominałbym, że Dior nie jest już samodzielną marką, ponieważ został kupiony przez koncern LVMH (tak, ten sam od rodzinki naszego dobrze znanego wśród miłośników niszy – Kiliana Hennessy, który niedawno sprzedał swą starannie wypromowaną markę by Kilian, koncernowi Este Lauder), więc ani zarząd Diora, ani sam Demachy (nadworny perfumiarz domu mody Dior i ojciec kultowej serii Dior Homme) nie mają nic do gadania w temacie doboru repertuaru. Garnitury od LVMH chcą szybko tę kasę odzyskać, więc pomyśleli, że najszybciej to osiągną – przerabiając jedne z flagowych perfum Diora na nijaką, populistyczną, pozbawianą jaj i wyrazu miksturę, którą wraz z opiewającą ów zapach legendą – można za ciężką kasę wcisnąć każdemu, kto dzięki silnemu wsparciu marketingowemu, złapie się na haczyk, tfu logotyp Dior… Gratuluję, ale wiedzcie jedno pazerne małpy, tą drogą kokosów nie zrobicie, bo nadziany małolat z erekcją na widok każdej rozpoznawalnej marki, a któremu próbujecie obecnego Fahrenheita wcisnąć, nie należy do klientów stałych i lojalnych!. Ultra spłaszczone, rozmyte oraz koszmarnie nietrwałe odniesienie do klasyka, które prezentujecie w obecnej dosłownie tych perfum – nikogo nie zatrzyma przy marce i tym produkcie na dłużej. Nie zatrzyma, bo to może uczynić tylko zapach z charyzmą, klasą i jajami, a taki „odświeżony” Fahrenheit bynajmniej nie jest. Ale co jakiś księgowy, koniunkturalny ignorant z marketingu lub dyrektor kreatywny (którego za chwilę wyleją, bo nie zrobił planu) może o tym wiedzieć?…

Reasumując, Dior Fahrenheit jakiego znaliśmy przestał istnieć, więc radzę szybko o nim zapomnieć i przede wszystkim szerokim łukiem omijać to g*wno, które aktualnie uzurpuje sobie prawo do noszenia po nim nazwy… Jako rekomendowane zastępstwo (bo mimo wszystko kupowania podróbek, czyli nabijania kieszeni złodziejom nie polecam) proponuję pachnącego naprawdę podobnie oraz co nikogo nie powinno dziwić, dwukrotnie tańszego La Martina Hombre. Wprawdzie nie jest to kopia idealna, ale mimo wszystko zapach przypomina Fahrenheita bardziej, niż aktualnie oferowany oryginał 🙂 Z właściwą recenzją powrócę, gdy znów zechce mi się pisać o perfumach… 😉

Napisane przez: pirath | 19 września 2017

przerwa…

Postanowiłem coś skrobnąć, podając wreszcie powód mojej przedłużającej się absencji. Na wstępie dziękuję za Wasze zainteresowanie moim samopoczuciem i zdrowiem, wyrażone we wiadomościach które dostaję. To bardzo budujące i miłe, tym niemniej na jakiś czas muszę odpocząć od blogowania. Czuję się świetnie, zawodowo i prywatnie też mi się układa – po prostu osiągnąłem swoiste „zmęczenie materiału” w blogowaniu o perfumach i postanowiłem się „zresetować”. Zauważyłem, że zapętliłem się i zacząłem się powtarzać, coraz częściej utyskując i narzekając na min. wtórność – co dla wielu z Was może być męczące, zresztą dla mnie też. W końcu pisanie o perfumach mi również z założenia ma dawać przyjemność, a ostatnio tak nie było. Tu nie chodzi o to by zjeżdżać i krytykować nowe zapachy, choć poziom najnowszych premier coraz częściej nie nastraja optymizmem – ale od jakiegoś czasu poczułem znużenie tą schematycznością i jałowością, jaka zionie od sygnowanych obecnie perfum i zapragnąłem od tego odpocząć. Bo ile razy z rzędu można opisać tego samego klona jakiegoś oklepanego wzorca zapachowego, który jest modny i aktualnie świetnie się sprzedaje?. Do blogowania na pewno wrócę, gdy nabiorę ochoty na pisanie z pasją, a nie na siłę, byle by jakoś zmierzyć się z coraz bardziej banalną ofertą rynkową.

No i jeszcze ten dylemat egzystencjalno twórczy, który męczy mnie od pewnego czasu… To swoiste rozczarowanie tym co robię, czyli bezcelowością pisania o perfumach, w kontekście ich rynkowej przemijalności… I bynajmniej nie zaprzestanie produkcji mam tu na myśli. Z perspektywy czasu zauważyłem, że gros z opisanych na łamach bloga zapachów, przeszło lub przechodzi lub przejdzie tak daleko idące reformulacje, iż finalnie okazuje się/ okaże się, że trud ich opisania idzie / poszedł / pójdzie na marne*. Bo jaki jest sens opiewać jakiś piękny zapach, który najprawdopodobniej za jakiś czas zostanie z rozmysłem i potajemnie zrujnowany przez jego własnego producenta? Komu i czemu taka recenzja ma się przysłużyć, skoro taki wpis stanie się nieaktualny i zupełnie nieadekwatny do nowej rzeczywistości? I jak na ironię ja sam nie wiem kiedy to nastąpi i być może nieświadomie nakłonię kogoś do zakupu – zachwalając jakiegoś poreformulacyjnego gniota, będącego jedynie cieniem dawnej świetności, ongiś opisanej przeze mnie wersji tych perfum?

Co mnie ugryzło zapytacie? Ano wąchając niedawno „szczyny”, które obecnie noszą nazwę Dior Fahrenheit, z bólem serca doszedłem do wniosku, że powinienem natychmiast usunąć traktujący o tych perfumach wpis. Wpis któremu parę lat temu poświęciłem czas, serce i pełne zaangażowanie, by jak najlepiej wyrazić wszystkie przymioty tej genialnej kompozycji – a teraz jest on jedynie mglistym wspomnieniem po zapachu którego już nie ma, pomimo iż oficjalnie wciąż jest produkowany i oferowany za niemałe pieniądze, wszak Dior się ceni… Dzisiejszy Fahrenheit to tylko zacna i kultowa nazwa, która absolutnie nie przystoi temu pachnidłu, w jego obecnej formie…. Zresztą podobnych przypadków jest więcej, a przecież nie będę poprawiał i aktualizował każdej jednej recenzji – zresztą przy tylu wpisach, weryfikowanie tego i aktualizowanie jest logistycznie niewykonalne. Mam nadzieję że rozumiecie moje rozterki i być może część z Was je podziela – zatem dla Waszego i mojego dobra, pora zrobić sobie nieokreśloną czasowo przerwę… 😉

*niepotrzebne i niebyłe skreślić

Napisane przez: pirath | 24 lipca 2017

Azzaro Chrome Pure EdT, czyli jeszcze bardziej Chrome…

Wprawdzie lubię i cenię klasyczne Azzaro Chrome, ale po poznaniu wersji Pure, doszedłem do wniosku, że mój proszek do prania pachnie ciekawiej – zaś wybierając z tej dwójki, to nim chciałbym pachnieć. Tak wiem, trudno o gorszą rekomendację dla perfum i w zasadzie na tym etapie niniejszy wpis mógłbym zakończyć, darując sobie i Wam stratę czasu – no ale wtedy nie mógłbym sobie poużywać i ponarzekać 😉 Serio, uważam że mój proszek do prania bieli (zielony Persil w żelu) pachnie ciekawiej i bardziej oryginalnie niż najnowszy Azzaro Chrome Pure. Tyle że ta uwaga tyczy się wyłącznie wtórności tych perfum, wynikającej bezpośrednio z obranej grupy olfaktorycznej oraz kopiowaniu przez Azzaro samego siebie – gdzie trudno zaskoczyć świat czymś nowym. Ja wiem że to flankier i nie powinienem się czepiać zgodności tematycznej z protoplastą, ale nie miejmy złudzeń, że skoro Azzaro umieściło w nazwie słowo wytrych „Chrome” – to liczy na bonusy z przysłowiowego odcinania kuponów, od popularności legendarnego już dziś protoplasty serii.

Zapewniam Was, że z klasycznym Chrome, mają te perfumy wiele wspólnego i nie chodzi tylko o bezczelne i czcze epatowanie nazwą. To nie jest kolejny bezczelny skok na portfele klientów, choć wielu z Was zada całkiem przytomne pytanie, „jaki jest sens robić wersję Pure perfum, które słyną z tego że są Pure? Chłodna, minimalistyczna, zielono ozonowo metaliczna świeżość klasycznego Chrome, z łatwością przypadła klientom do gustu. I szczerze powiedziawszy, nie ma co im się dziwić, że najęci przez Azzaro perfumiarze (bardzo zresztą zdolni) poszli tym samym tropem. I nie ma co ukrywać, że zrobili to dla zapewnienia swemu zleceniodawcy ruchu w interesie oraz łatwych i dużych pieniędzy… 😉

No dobrze, nie będę się pastwił i wprowadzał Wam zamęt. Chrome w wersji Pure pachnie nadspodziewanie dobrze – tym bardziej, że jest to odgrzewany kotlet z odgrzewanego kotleta. Zapach jak na swą dość frywolną i lekką tematykę, zwykle eksploatowaną, nad interpretowaną i szarganą przez rzesze idących na łatwiznę producentów – tu wyszedł nadspodziewanie dobrze, rzeczywiście bardziej świeżo, przekonywająco i co najistotniejsze, wciąż lekkostrawnie. Klasycznego Chrome nie sposób nie lubić, ani nie sposób odmówić mu lekkości, finezji oraz wdzięku i podobnie jest z wersją Pure. Paradoksalnie Pure to takie Chrome w wersji intense, gdzie pod niewinną nazwą Pure, ktoś sprytnie ukrył ślepą pogoń za modą na intensyfikowanie wszystkiego co popadnie. Postanowił uwypuklić i wydobyć z tych już na wskroś świeżych perfum – kolejne, dotąd nie uwolnione pokłady świeżości, wręcz podwajając (intensyfikując) bijącą od tego bukietu świeżość i podbijając ją odrobiną słodkości.

Trudno powiedzieć o bukiecie Pure coś odkrywczego, poza tym że jest naprawdę miły dla nosa i bardzo poprawnie wykonany – przy udziale prawidłowo i rzetelnie wyartykułowanych ingrediencji. Nie ma tu chropowatości i drapania siermiężnych i tandetnych nut o rasowo chemicznym rodowodzie, ani wyrw w bukiecie – Pure sprawia wrażenie kompozycji bardzo naturalnej, wiernie wyartykułowanej i niewymuszonej, a to duży plus w kontekście tej grupy zapachowej. Witający nas akord otwarcia to doskonale wszystkim znany motyw przewodni, ukręcony naprędce z soczystych owoców i cytrusów, z domieszką jakiejś orzeźwiającej zieleniny – ale nie wnosi sobą nic nowego.

Podobnie „interesująco” brzmi nieco bardziej wartkie, acz równie wtórne, energetyzujące i podkręcone kardamonem i nutami morskimi serce. Jedyne co je wyróżnia to szlachetność artykulacji, sugestywność i jakość nut, odtwarzających ten oklepany motyw przewodni, znany nie tylko z Chrome ale i połowy mainstreamowych świeżaków i casualowców na rynku. Za hipotezą intensyfikacji Chrome, przemawia fakt, iż jest tu sporo zgrabnie zakamuflowanej słodyczy, która ujawnia się dopiero u schyłku akordu serca i nastania akordu bazy. W tle pojawia się kwiat pomarańczy i tonka, których subtelna acz stanowcza słodycz – wskazuje iż bardziej jest to zakamuflowany „intense” niż rasowy, jeszcze bardziej purystyczny świeżak… Dopiero schyłek właściwy jest nieco wytrawny, suchy i wyraźnie piżmowo drzewny – a wspomniana wcześniej słodycz, w ty stadium zanika zupełnie. Powiedziałbym że stylistycznie Pure przypomina nieco Loewe Solo, zmieszane z klasycznym Chrome.

Spodziewałem się, że będzie to kolejna syntetyczna pulpa, albo groteskowo przerysowany świeżak, pachnący jak woda po kwiatach, ale nie… Chrome Pure wciąż trzyma wysoki poziom wykonania i charakter klasyka – co więcej nie jest męczący, upierdliwy ani drażniący chropowatością swych zintensyfikowanych akordów ozonowo metaliczno morskich. Jeśli przepadacie za nieco zwalistą, ozonowo morską świeżością Isseyów, Bvlgari Aqua, tudzież Acqua di Gio, to możecie śmiało sięgnąć po te perfumy – acz uprzedzam, że to nie jest stricte świeżość morska, co ozonowo metaliczno morska, z delikatną domieszką subtelnej tonkowej słodyczy. Mi osobiście zapachy morskie średnio leżą i kiepsko komponują się z chemią mojej skóry, za to kompozycje ozonowe znoszę i toleruję już dużo lepiej. Kampania tych perfum ponownie nawiązuje do wielopokoleniowej uniwersalności tych perfum i o ile w przypadku klasyka nie mam ku temu żadnych obiekcji – to w przypadku Pure, uważam ten zapach za nieco zbyt wyrazisty, dla kilkunastolatka.

Jaki jest więc sens w kupowaniu tych perfum?. Mam wrażenie że ten zapach powstał trochę na siłę i niepotrzebnie, wszak Azzaro ma już w ofercie Chrome Intense, całkiem niezłe zresztą. Pure powstał jako kolejny flankier, a że kończy się modne i chwytliwe nazewnictwo – to musiano go jakoś ulokować w ofercie, raczej nie przejmując się zgodnością nazwy z powalająco wtórną treścią. Pure broni się wysoką jakością użytych do jego spreparowania nut zapachowych oraz łagodną i elegancką linią bukietu – który czerpie garściami z charakteru i charyzmy, wiecznie młodego Chrome. A przecież o zgodność z kultowym Chrome i zarabianiu na nim chodziło, a po co zmieniać coś co jest dobre? Ten zapach nie wprowadził nic nowego, poza jeszcze większym rozmyciem i chaosem w ofercie marki, ale to już nie nasz problem. Powiem więc tak, nie ważne czy sięgniecie po Chrome, Chrome Intense czy Pure, każdy Wasz wybór będzie dobry.

rok powstania: 2017

nos: Jacques Huclier i Olivier Pescheux

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, mandarynka,
Serce: akigalawood, kwiat pomarańczy, nuty wodne,
Baza: cedr, fasolka tonka, mate, białe piżmo,

Klasyczny Invictus z 2013 roku, okazał się zapachem tak miernym, słabym i irytującym generowanym wokół tego gniota szumem PijaRowym, że w ogóle olałem próbę jego zrecenzowania. Ale jak wiemy marketing Paco Rabanne jest niewzruszoną i diabelnie skuteczną machiną propagandową, dzięki której liczne konsultantki (czego sam doświadczyłem) wciskały i wciskają nam te nędzne popłuczyny, zapewniając że to świetny nowoczesny zapach, za którym kobiety wprost przepadają… tia… przy dziesiątkach milionów euro wpakowanych w namolny i wszędobylski, wręcz opresyjny marketing u Rabanne (czego najlepszym przykładem była rozbuchana kampania 1 Milion) nawet największego gniota można przekuć na komercyjny sukces. Pamiętacie premierę 1 Milion? Ja pamiętam, że strach wtedy było otworzyć lodówkę 🙂

Nikogo nie powinien zatem dziwić fakt, że Paco kuje żelazo póki gorące i zrobił z dennego Invictusa całą serię, podobnie jak Ideal u Guerlain, L’Homme u YSL, Code u Armaniego i Guilty u Gucci (z wyłączeniem ostatniego Abslute, który jest absolutnie genialnym powrotem marki do dawnej formy). A więc po „marketingowym” i co za tym idzie komercyjnym sukcesie Invictusa, przyszła pora na równie słabą co wtórną wersję Aqua i idąc za ciosem i niesłabnącymi w tym sezonie trendami na intensyfikowanie wszystkiego – w ubiegłym roku pojawił się (nie uwierzycie) Invictus Intense!. I coś mi mówi że na Invictus Intense ten koszmar się nie skończy, ale jestem bardzo ciekaw (nie mam dostępu do testera tych perfum), czy Invictus Silver Cup Collector`s Edition pod którym podpisało się wiele renomowanych nazwisk pachnie lepiej?. O dziwo ta odsłona rzeczywiście pachnie wawrzynem aka liściem laurowym, tu kojarzonym z laurem zwycięstwa – ale obawiam się, że i tym razem Paco Rabanne wrócił nie z tarczą, a na tarczy…

Co wyróżnia II na tle słabego protoplasty, późniejszego słabowitego flankiera i równie słabych zapachów konkurencji? Wreszcie czym wyróżnił się, na tle innych koniunkturalno populistycznych wypustów, że jednak postanowiłem poświęcić mu wpis? Ano wpis jest ku przestrodze, bo wygłodniałe konsultantki, już czekają na Wasze dusze i portfele 😉 No może poza tym, że tym razem Paco wciska nam nudnego, słodkawego ulepa – utrzymanego w wypisz wymaluj, równie smętnej co nijakiej konwencji Trussardi Red… Jeśli więc bardzo kogoś nie lubicie, a macie gest i kasę na dotkliwą zemstę, podarujcie komuś flakon tegoż Trussardi lub Invictusa Intense* i spoglądajcie z satysfakcją, jak z nieszczęśnika uchodzi chęć do życia, a ludzie w jego otoczeniu uciekają w popłochu 😉 Dawno nie spotkałem zapachu równie nudnego, smętnego, nijakiego i wywołującego autentycznie nudności swą mdłą i snującą się bez życia fizjonomią. Fizjonomią która chwilami staje się tak nieznośnie przekoloryzowana, drapieżna i irytująca, że tzw. nudna faza bukietu pozwala autentycznie od tych perfum odpocząć. Invictus Intense miał być zapewne czymś a’la wspominany Trussardi, ale z wykopem, czymś w rodzaju CH 212 VIP murowanym kafarem na klubowe laseczki, ale coś poszło nie tak…

*pierwszy zanudzi nieszczęśnika i jego otoczenie na śmierć, zaś drugi doprowadzi do szału nadpobudliwością 🙂

I Invictus Intense rzeczywiście pachnie podobnie do tegoż Trussardi, acz w dużo bardziej wyrazistej formie (w końcu to wersja intense, ale tu jest to Pyrrusowe zwycięstwo). Zatem wzięto uosobienie nudnych i nijakich perfum, a udających że pachną jakimś wysublimowanym akordem alkoholowym, dosłownie żywcem kopiując to smętne brzmienie – po czym zintensyfikowano je do granic noszalności i zaserwowano złaknionej modnych nowości klienteli. Klienteli stosunkowo młodej i co za tym idzie o najmniej wyrobionych gustach oraz oczekiwaniach względem perfum – a więc najbardziej podatnej na indoktrynację ze strony koniunkturalnych konsultantek i szemranego marketingu. Wprawdzie nie śledzę tego, ale coś mi mówi, że kampania reklamowa przedstawi tego ulepa jako idealny zapach dla prawdziwego mężczyzny – dla zwycięzcy i samca alfa, jakim niewątpliwie staniesz się sięgając po urnę, tfu puchar z tymi perfumami… Pocieszające jest to, że zapach nie jest tak natarczywie reklamowany w prasie i mediach, jak jego protoplasta – więc jest cień szansy, że przynajmniej ten gniot przejdzie bez większego echa.

Czemu tak się czepiam tego zakłamanego marketingu i odgórnie uciskanych kretyńskimi celami konsultantek? Bo brutalna prawda jest taka, że o sukcesie towarzyskim i przychylności płci przeciwnej decydują nie używane perfumy, będące jedynie dopełnieniem całości i tzw kropką nad „i„- co kolokwialnie rzecz ujmując: wygląd zewnętrzny, ubiór, barwa głosu, ogólna prezencja i przede wszystkim mocna osobowość nosiciela perfum. Jeśli wyglądasz jak koleś z reklamy tych perfum, to Invictus, ani jakiekolwiek inne perfumy nie są Ci potrzebne. Ale jeśli na polu szeroko pojętej aparycji coś niedomaga to obawiam się, że żadne perfumy nie zrobią z „nieatrakcyjnego” faceta Casanovy ani lwa salonowego. A już kategorycznie nie TE perfumy, albowiem ich zwalista, irytująca i namolna fizjonomia, skupiona na nudnym i męczącym – naprzemiennie mdłym i monotematycznym oraz upierdliwie wyrazistym motywie przewodnim, z kwiatu pomarańczy, tonki i jakiejś rozmytej i zwietrzałej gorzały i z natury smętnego bursztynu, na mnie podziałała jak płachta na byka… Nawet dość mocno wyczuwalny w tle kompozycji wawrzyn (liść laurowy) nie jest w stanie przełamać zwalistego monolitu, utkanego z powyższych nut i całość nadal pachnie jak irytujący, siermiężny kloc na potężnym kacu… Te perfumy są autentycznie trudne i wymagające oraz trzeba sporo cierpliwości i samozaparcia, by je na sobie zdzierżyć oraz zdzierżyć towarzystwo noszącej je osoby, serio…

Próbowałem doszukać się na siłę jakiegoś pozytywu, głównie przez całkiem nieźle ukazany liść laurowy, który ma potencjał by przełamać ogólną zwalistość kompozycji. Tyle że by to osiągnąć i przekrzyczeć ową zwalistą kwiatowo alkoholową słodycz – u schyłku akordu serca, stawał się tak przerysowany i agresywny, że przytłaczał swą obecnością w drugą stronę, dosłownie miażdżąc pod swym ciężarem cały bukiet. Ja rozumiem że to jest Intense i zapach na wieczór, ale skoro jeden psik na nadgarstek okazał się tak nieznośny i trudny do zniesienia (wybujały bukiet plus wysoce efektywna projekcja), to strach pomyśleć jak nieznośny byłby podczas globalnej aplikacji i np. podczas dusznego, letniego wieczoru… brrrrr! W każdym razie trwałość i projekcja tego EdT nie powinny nikogo zawieść. A najlepsze jest to, że gdy już się „wyśmierdzi” i jego wybujały bukiet wytraci swój impet – to na powrót staje się doskonale znanym z oryginału, nudnym, smętnym i miałkim w formie i treści Invictusem

Nie wiem czy to przez tematyczne podobieństwo do Trussardi Red (a wyjąwszy moc, wręcz uderzające podobieństwo), tudzież Herrery 212 VIP, czy w ogóle ze względu na konotacje z w mym odczuciu najbardziej drętwą, wulgarną, tandetną i siermiężną tematyką wieczorowo klubową – zapach solidnie mnie zirytował i zmęczył. Głównie swym przejaskrawionym i ciężkim niczym kowadło bukietem, wyartykułowanym z finezją tegoż samego, acz zwalającego się na stopę kowadła… Owszem projekcję i trwałość ma bardzo solidną (jak na Intense przystało), ale w tym przypadku okazało się to wadą i nie mogłem się doczekać, aż zapach opuści mą skórę i ten wątpliwej przyjemności test wreszcie się skończy… Zmarnowałem kilka złotych na kupno próbki tego ulepa, ale przynajmniej z czystym sumieniem mogę podsumować te perfumy słowami – iż nie odstają od słabego i irytującego poziomu całej rodziny Invictus

rok powstania: 2016

nos: nieznany

projekcja: bardzo dobra, a wręcz drapieżna

trwałość: bardzo dobra

Głowa: czarny pieprz, kwiat pomarańczy,
Serce: wawrzyn, whiskey,
Baza: ambra, sól, ambra (amber aka bursztyn, p.s ufam że Fragrantica zacznie w końcu rozróżniać obie nuty 😉 )

Older Posts »

Kategorie

%d blogerów lubi to: