Akurat pod tym zapachem od Lacoste ktoś się podpisał, notabene nie byle jaki nos – ale nie oznacza to, że zapach jest choćby odrobinę lepszy, na tle całej serii… Yellow nie jest po prostu badziewne, mierne i banalne jak reszta serii L.12.12.ono jest tak arcy ostentacyjnie badziewne, mierne i banalne, że aż bezczelne!!!. Pewnie myślicie, że uwziąłem się i czepiam biednego Lacoste, bo to kwestia gustu i w ogóle „każda potwora znajdzie swego amatora” – ale cóż ja poradzę, że nie potrafię przejść obojętnie, obok jawnego draństwa i bezczelności?. Ja rozumiem że są klienci zarówno na lekkie owocowe soczki jak i ciężkie tonkowe siekiery, ale w sytuacji gdy treść i jakość szorują brzuchem po bruku, a cena chadza z głową w chmurach – czuję, że ktoś chce mnie perfidnie naciąć…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune

Wierzcie mi, pochylanie się nad „arcydziełami” z serii L.12.12. jest dla mnie już wystarczającą katorgą, karą i ewidentną stratą czasu, który mógłbym poświęcić np. na dużo bardziej „twórcze” dłubanie w nosie lub hedonistyczne „drapanie się po tyłku”… Serio, wiem że brzmi to grubiańsko, ale to naprawdę dużo bardziej ciekawe i więcej wnoszące zajęcie, niż próba kontemplowania zapachu „rozcieńczonego wodą płynu do mycia naczyń, o zapachu cytrusowym” – bo tak (dosłownie) pachnie Lacoste L.12.12. Jaune (Yellow). No ale czego nie robi się dla wiernych czytelników i ku tzw. przestrodze… 😉

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-tshirt

Poprzednie wytwory z serii L.12.12. też były groteskowo trywialne, miałkie i płytkie, ale Yellow zdeklasował je w całej rozciągłości. Jaune wspiął się na nieosiągalne dotąd wyżyny w sygnowaniu tandety – osiągając niechlubny poziom, który kilka lat temu wyznaczyła sobą Puma Sync… Jaskrawo żółty Jaune jest kwintesencją tego co najgorsze w komercyjnym mainstreamie, czyli: sromotnie przepłaconym zapachem, traktującym o niczym. Gdybym chciał bardziej obrazowo przedstawić jak bardzo Lacoste wy.rało się tym zapachem na swoich potencjalnych klientów – musiałbym opisać np. dyrektora kreatywnego Lacoste jako osobnika, który wszedł na drabinę, opuścił spodnie, wypiął się, a następnie defekował na stojących pod nim klientów… Aha i na koniec jak gdyby nic, użył cytrusowego odświeżacza powietrza… To było niesmaczne i gorszące? Przepraszam, ale w przypadku tak rażąco złych perfum, nie będę bawił się w konwenanse i subtelności – wszak pragnę nader dobitnie wyrazić, jak bardzo powinniście unikać wydania pieniędzy na te (dosłownie) popłuczyny…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-bokiem

Daruję sobie próbę polemiki z bajkopisarstwem, jakie Lacoste uskutecznia w oficjalnym wykazie nut – bo równie dobrze mógłbym podjąć rzeczową dyskusję z kimś, kto uważa, że ziemia jest płaska. W końcu nie od dziś wiadomo, że kreatywność i inwencja w zakrzywianiu rzeczywistości, a jaką zwykle uskuteczniają w swoich wykazach nut producenci komercyjnego mainstreamu (zabrakło jedynie wzmianki o pierdach jednorożców i ciepłych kamieniach), jest porównywalna z propagandą Korei Północnej lub wieczornego wydania Wiadomości (w sumie na jedno wychodzi)… 😉 Jedyne co się zgadza, to ta lakoniczna wzmianka o tonic water, bo rzeczywiście czuć tu aromatyzowaną cytryną, wodę – tudzież zimne już pomyje, które pachną jak woda ze śladowym dodatkiem cytrynowego płynu do mycia naczyń a’la Ludwik i koniec… I nie istotne, że otwarcie tych perfum jest dużo bardziej złożone i przyjemne (co bywa złudne, gdy ktoś napali się na zapach, poznając jedynie jego akord otwarcia) – bo już w kwadrans od aplikacji, na skórze pozostaje nieczytelny i niemrawy niuans, przypominający jakiegoś mocno rozcieńczonego cytrusa.

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-box

Chyba nie muszę dłużej tłumaczyć, jak bardzo zapach jest słaby, rozczarowujący i niewart zachodu… Moja rada jest taka: idźcie do sklepu, kupcie cytrusowy płyn do mycia naczyń w granicach 5-7 zł (zaszalejcie, bo w końcu zależy nam na jakości i wierności brzmienia). 🙂 W domu rozcieńczcie kilka kropli tego płynu wodą (pobawcie się w perfumiarza i poeksperymentujcie z proporcjami), a gotową miksturę aplikujcie atomizerem lub wcierajcie bezpośrednio w skórę i gotowe!. Jestem pewien, że otrzymacie podobny i podobnie długo utrzymujący się na skórze efekt zapachowy, a zaoszczędzone ~200 zł wydajcie na prawdziwe perfumy…

lacoste-l-12-12-yellow-jaune-seria

a na koniec jeszcze jedna mała dygresja…

I pomyśleć, że za Jaune stoi ta sama Sonia Constant, która w tym samym roku dała światu genialne Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir!. A więc śmiem twierdzić, że to nie jest kwestia warsztatu i umiejętności perfumiarza – a jego ścisłego dostosowania się do wymogów zleceniodawcy… Widać Lacoste zleciło badziewie i dostało dokładnie to, za co zapłaciło (zresztą nie pierwszy raz)…lacoste-l-12-12-yellow-jaune-edt

rok powstania: 2015

nos: Sonia Constant

projekcja: słabowita

trwałość: kiepska

Głowa: grejpfrut, różowy pieprz, tonic water,
Serce: czerwone jabłko, kolendra,
Baza: cyprys, wetyweria, ambra,

Widzieliście może teledysk do Ain’t Your Mama, Jennifer Lopez? Ja rozumiem, że teraz nachalne produkt placement (lokowanie produktu) jest modne i każdy aspirujący YouTube’r, w co drugim filmiku zachwala Coca Colę, albo Pepsi – ale czy Jey Lo jest tak biedną i początkującą gwiazdką, by wepchać w obrębie jednego teledysku reklamę min. kawy, ciuchów, wódy i drobnego sprzętu AGD, do stylizacji włosów?… Srsly potrzebowała tych „drobniaków„, by np. za teledysk się zwróciło?. Dla mnie żenada, bo to co ujdzie początkującej gwieździe, w przypadku kogoś tak majętnego oraz o tak wyrobionym nazwisku i reputacji, po prostu nie powinno mieć miejsca… I podobny dysonans bije mnie po oczach w przypadku Lacoste, więc nie jestem twoją „mamusiąLacoste i nie będę opisywał twoich perfum!

lacoste-l12-12-bleu

Na osłodę polecam obejrzeć genialną parodię tego teledysku, w wykonaniu Barta Bakera, naczelnego parodysty YouTuba 😉


Ale po kolei… Właściciele najsłynniejszego na świecie logotypu z krokodylem, oferują solidnie uszytą konfekcję dla sportowców, luzaków i lansiarzy, ale w pewnych kwestiach przypominają dziecko specjalnej troski. Niby Lacoste to popularny i pożądany producent, a jednak perfum robić nie umieją* lub co grosza, nie chcą. A wystarczy wziąć przykład z innych. Gucci właśnie wywalił na zbity pysk Fridę Giannini i ponoć wrócił do ścieżki wyznaczonej przez Toma Forda – czyli sygnowania wysokiej jakości perfum. Perfum o doskonałym i niepowtarzalnym kroju, zamiast bezpłciowych siuśków, które zaczęła pochopnie lansować Frida. Efekt? Zgodny z tym co wieszczyłem jakieś 5 lat temu – marka Gucci znów zaczęła tracić prestiż, rynek, klientów i co za tym idzie pieniądze… Ale co ja się tam znam na rynku, pracując od ponad 20 lat w handlu specjalistycznym b2b… 🙂

*żeby nie było, że fala hejtu – z dwoma chlubnymi wyjątkami: jabłkowy Lacoste Style in Play i kozacki Lacoste Challenge.

lacoste-l12-12-bleu-reklama

Calvin Klein zdołał się w tzw. międzyczasie nawrócić na wysokich lotów perfumiarstwo, a Gucci właśnie się opamiętał, że nie tędy droga – więc z tych największych i najbardziej dotąd przeze mnie wyszydzanych brandów, które parają się sygnowaniem najbardziej miałkiego jakościowo mainstreamu – na rynku ostał się ino Hugo Boss i Lacoste. Z tym że Hugo już od wczesnych lat 40-tych słynął z produkowania masówki, szyjąc mundury dla całego Wermachtu, Kriegsmarine, Luftwaffe i SS – więc nie ma co liczyć, że łatwo przestawią się z masówki, na jakość**… No więc zostało nam Lacoste, które jako brand pożądany, rozpoznawalny i ceniący się (jak za tusze do drukarek atramentowych HP 🙂 ) – posiada w swej ofercie wcale nie tanie perfumy. I jeśli chodzi o jakość konfekcji, generalnie większych zarzutów do jakości mieć nie można – to w przypadku perfum, ich tandetny, pytki i badziewny krój, aż kłuje po nosie…

**pardon, ale nie mogłem sobie odmówić, by kolejny raz wytknąć marce Hugo Boss świadomy i jakże intratny udział w ludobójstwie, podczas II wojny światowej. Zresztą przyznacie że to podwójne S, w nazwisku Boss – rzeczywiście brzmi w kontekście historii brandu, złowieszczo…

lacoste-l12-12-bleu-bokiem

Poznając coraz to następne wytwory, ze zdawać by się mogło „flagowej” serii L.12.12. – nie wychodzę z podziwu nad konsekwencją, z którą jej twórcy niszczą, krewią, rujnują i szargają reputację marki… Ja rozumiem, że do t-shirtów, białych trampek, soksów i luźnych szortów, nikt nie użyje ciężkich piżmowych perfum, ale litości… Niezobowiązujący i usportowiony styl nie znaczy, że klient noszący się na luzie (casualowo) nie może i nie chce pachnieć dobrze i prawdopodobnie ma więcej niż 16 lat!… A wystarczy powąchać niezobowiązujące casualowce od takiej Laury Biagiotti, albo Horizon od Davidoffa, czy choćby legendarnego Gucci Pour Homme II – by przekonać się, że nawet niezobowiązujący świeżak może pachnieć świeżo, z klasą, niebanalnie i czarująco… da się? da się!.

lacoste-l12-12-bleu-box

Więc jaki jest twój problem Lacoste, że z takim uporem maniaka lansujecie banał i płyciznę?. Co tu dużo mówić Bleu, to kolejny wątły owocowy soczek, łudząco podobny do wszystkich poprzednich i jednocześnie – nijak nie potrafiący zapaść w pamięci, bo pachnie jak wszystko i nic… Tak naprawdę jedyną rzeczą, która wyróżnia te perfumy na tle pozostałych L.12.12 (tak, celowo chcę to zawęzić do obrębu jednej linii, należącej do jednej marki aby bardziej uwypuklić różnice) – jest uwaga, KOLOR FLAKONU… Jeśli pytacie jak to pachnie, odeślę Was do recenzji poprzednich L.12.12., jeśli zapytacie mnie czym się różnią – odpowiem, że nie mam pojęcia, bo nie czuję pomiędzy nimi żadnej zasadniczej różnicy… Ponadto ten zapach jest tak słaby i wtórny, że nie chce mi się marnować życia na próbę analizy jego bukietu, bo śmiem twierdzić że niektóre detergenty piorące i mydła do rąk – kosztujące ułamek tej kwoty, pachną lepiej i ciekawiej niż te perfumy…

lacoste-l12-12-bleu-poster

Więc po co powstał ten zapach? By wygenerować sztuczny ruch w interesie, bo współczesny model marketingu zakłada, że ludzie chcą igrzysk (dużo szybko i często następujących po sobie premier i nowości), ale w tym całym natłoku medialnym – nawet nie zauważają, że prezentuje im się odgrzewanego kotleta, który nic lub prawie nic sobą nie wnosi. To wszystko już było, a w dodatku konkurencja zrobiła to lepiej (lepsza trwałość i projekcja) i zapewne taniej – bo śmiem twierdzić, że pierwszy z brzegu dezodorant AXE z drogerii, ma w sobie więcej polotu i charyzmy niż L.12.12 Bleu, Red, Green, White… Ale zmanipulowany złudnym i naiwnym mniemaniem, że za marką musi stać jakość, a później osaczony przez koniunkturalną konsultantkę klient i tak kupi – bo po pierwsze to nowość, no i pewnie usłyszy jakiś banał, że „ten zapach podoba się kobietom” (a więc pojawia się szansa, że wreszcie zaliczy) i wreszcie – to Lacoste!. Ale Wam radzę, nie patrzcie że to Lacoste, zróbcie ślepy test i odpowiedzcie sobie sami na pytanie: czy te perfumy są warte żądanych zań pieniędzy?. W końcu nie macie na czole przyklejonego krokodylka, informującego wszystkich wokół, że pachniecie perfumami od Lacoste – powtórzę, bo koleś siedzący na ławce obok nie dosłyszał, Lacoste!!!lacoste-l12-12-bleu-edt

rok powstania: 2011

nos: nikt się nie przyznał

projekcja: słabowita

trwałość: mierna

Skład: grejpfrut, mięta, kwiat afrykańskiej pomarańczy, szałwia, paczula, cedr Virginia, paproć.

 

Cytat z Misia Stefana Barei pasował mi w tytule jak ulał, tylko czy aby na pewno ktoś chciałby pachnieć ciastkiem czekoladowym/ torcikiem ala WZ? Poza tym, ja tu czuję również odrobinę kawy, więc nie jest do do końca słynna WZ’ka, a bardziej torcik czekoladowo kawowy. Jest przy tym tak diabelnie sugestywny iż nieco ironiczny tytuł Devil’s Food, zdaje się pasować do tych perfum nie prześmiewczo, a w sensie dosłownym!.demeter-devils-food

Poważnie, tytuł najlepszego, najwierniejszego i najdoskonalej oddającego istotę smakołyka który opiewa (a więc zapachu gourmand) mam oficjalnie wybrany i obawiam się że nie znajdę czegoś będącego w stanie przebić obraz, który ten zapach wyczarował w mych nozdrzach i świadomości. Wyobraźcie sobie te sprzeczne, zakrawające o paranoję i schizofrenię doznanie, gdy zamykacie oczy i czujecie przed sobą dosłownie ciastko przekładane kremem czekoladowym z nutą kawową i wanilią, po czym otwieracie oczy i widzicie jedynie własną rękę, połyskującą jedynie tłustym filmem, po aplikacji tych perfum… Zupełnie jakby ktoś stworzył olejek do ciasta, zawierający w sobie zapach całego i kompletnego ciastka – wliczając w to biszkopt, masy kremowe i czekoladową kuwerturę, którą wykończono całość…

dwie-kawy-i-dwie-wzki-sa-obowiazkowe

Otwierasz oczy i bam!, nie mamy pańskiego ciastka i co nam pan zrobi? Nie chcę byście pomyśleli że uprawiam jakieś voodoo, ale naprawdę odnoszę wrażenie, że czuję zapach ciasta/biszkoptu, przekładanego w kilku warstwach tłustym kremem na bazie margaryny. Ciasto zostało nasączone ponczem na bazie alkoholu, a krem czekoladowy ma delikatny posmak neski, której w ramach oszczędności użyto do nadania kremowi kawowego posmaku. Nie konfabuluję, tę złożoność naprawdę czuć, choć tylko przez pierwsze kilka kwadransów od aplikacji. Całość dopełnia odrobinę wanilii, która spowija i łączy tę diabelnie sugestywną scenerię, sprawiając iż jest ona jeszcze bardziej wierna, ba upiornie autentyczna!

httpkuchennehity-blogspot-comzdjęcie pochodzi ze strony kuchennehity.blogspot.com

Jedno jest pewne tytuł „złotej patelni” w kategorii najlepszych perfum gourmand, bezapelacyjnie należy się kawiarni Demeter! Demeter nie musi każdemu klientowi wciskać kawy i WZ-ki, by zdobyć ową zasłużoną „złotą patelnię„, która podkreśli w oczach branży ich starania, dla zadowolenia konsumenta… A tak na poważnie, to wątpię by komukolwiek udało się przebić doskonałość, złożoność i sugestywność tych perfum. One nie ocierają się o klimaty cukierniczo kawiarniane, jak wiele sowicie doprawionych kawą, karmelem czy cukrem kompozycji w tej grupie olfaktorycznej – one po prostu pachną w sposób niedościgniony, gotową i kompletną WZ-ką… Żałuję że Demeter w Polsce to egzotyczny dziwoląg, bo aż chciałbym Wam to pokazać i udowodnić, że Muglerowe A*meny, Rochasy Man i inne Prada Candy, nawet się nie umywają do tej złożoności i wirtuozerii Devil’s Food

blow-mindDemeter, you blow my mind!

Jedyne co mnie rozśmieszyło czytając wykaz nut to ta „meksykańska czekolada„, bo wszystko wszystkim, ale w pociskaniu ludziom marketingowych amazingów i aktów strzelistych, też powinna być jakaś granica 🙂 A jak niby konsument ma zweryfikować, czy użyta do produkcji jego partii perfum czekolada, jest akurat Meksykańska, a nie np. Argentyńska, czy Boliwijska i po czym miałby to poznać? A może użyto tańszego zamiennika ze Szwajcarii? 😉 Klienci Demeter to nie wyznawcy Apple, łykający jak pelikan, że Steve i Jonathan Ive własnoręcznie dmuchali amazingiem i spowijali w pierdy jednorożca, każde własnoręcznie złożone w Cupertino urządzenie – nim trafiło w wypielęgnowane dłonie kolejnego macusera, że pozwolę sobie pojechać demagogią Ogrodnika Januarego z Applefobii 🙂 Tym niemniej zapach jako całość jest tak porażająco autentyczny, wierny, złożony i zgodny z oryginałem, że aż mi przeszły po plecach ciarki…

httpdolcevitaczylislodkiezycie-blogspot-comzdjęcie pochodzi ze strony dolcevitaczylislodkiezycie.blogspot.com

Tylko kto z Was chciałby dosłownie pachnieć ciastkiem czekoladowym? No pewnie okazjonalnie, lub z okazji weekendu lub świąt każdy dla draki przebrałby się w cukiernię, ale tak na co dzień? Trzeba mieć świadomość, że niemal wszystkie perfumy Demeter zakrawają o żart, wybryk i nierzadko stanowią mniej lub bardziej szokujący olfaktoryczny performance i należy je traktować z odrobiną przymrużenia oka. O dziwo Devil’s Food na tle Śniegu, Kleju czy innych „błazenad” od Demeter, uchodzi za kompozycję całkiem praktyczną i noszalną, to mimo wszystko trzeba brać poprawkę iż nie powstały jako dzieło sztuki perfumeryjnej, o typowo użytkowym zacięciu. Tym niemniej jeśli kochacie łakocie i chcecie nimi pachnieć, to gorąco polecam Wam właśnie Devil’s Food, kwintesencję najdoskonalej zobrazowanego/ odtworzonego poprzez zapach ciastka czekoladowego, z subtelną nutą kawy i wanilii…smacznego! 😉demeter-devils-food

rok powstania: 200X

nos: anonimowy geniusz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dostateczna

Skład: meksykańska czekolada, cukier, pszenica, kakao, wanilia oraz IMO kawa

Napisane przez: pirath | 28 Styczeń 2017

Jean Paul Gaultier – Kokorico, czyli ko, ko, ko, kocham!

Stali czytelnicy bloga znają moje zdanie o „kreatywności” marki JPG oraz „niepowtarzalności” jej wyrobów. Zresztą wystarczy jeden rzut oka na portfolio brandu, by przekonać się że posiadają w ofercie wyłącznie Le Male. 😉 Co prawda jest to Le Male w pierdylionie niemal identycznych odsłon, różniących się głównie kolorem i szatą graficzną flakonu (nawet kształtu nie chciało im się zmieniać), nazwą oraz ewentualnie rocznikiem w tejże nazwie… Tu trzeba przyznać, w kopiowaniu samego siebie i odcinaniu kuponów od swego jednorazowego sukcesu (Le Male), JPG nie ma w świecie perfum sobie równych.

jean-paul-gaultier-kokorico

Jednak wprawne oko łowcy, nie da się zwieść oczojebnej kolorystyce tych nieprzebranych tabunów Terrible, Le Beau oraz Summerów* i gdzieś tam na końcu dostrzeże dwa – jedyne dwa zapachy, które owym ordynarnym odcinaniem kuponów nie są. Ba!, są naprawdę dobre, tak bardzo dobre, że jeden pomimo wspólnego rodowodu z Le Male (mowa tu o genialnym Fleur du Male, również autorstwa utalentowanego Francisa Kurkdjiana) stanowi klasę samo w sobie – a drugi jest szokującym zarówno formą flakonu jak i bukietu, niedocenianym arcydziełem…

*Chanel chwali się że co ileś tam sekund sprzedaje flakon No 5, ja twierdzę że JPG co 6 sekund wypuszcza nowego Le Male… 😉

jean-paul-gaultier-kokorico-reklama

Tak, to niedoceniane arcydzieło to właśnie Kokorico. Zapach miał swą premierę w roku 2011, więc pewnie zastanawiacie się, czemu opisuję go dopiero sześć lat później, gdy chyba wszyscy zdążyli już o nim zapomnieć?. Już tłumaczę, od Kokorico odstraszał mnie nie tylko kształt flakonu, nazwa własna i nastroszony niczym kurczak – czupurny jegomość na plakatach reklamowych, przypominający strzelonego piorunem Freddiego Mercury (Queen rulez!), co dostępność próbki samego Kokorico. No po prostu zmówili się i nigdzie gdzie miałem możliwość zrobienia sobie próbki – nie mieli go, normalnie perfumy widmo!. Aż tu pewnego pięknego dnia, w mniej więcej połowie 2016, trafiają do mnie w krótkim odstępie czasu aż dwie próbki. Jak widać nawet ślepej ku ku kurze, raz na jakiś czas trafia się ziarno… 🙂

jean-paul-gaultier-kokorico-puszka

A czemu o nim piszę? Bo pomimo odstręczającego zewnętrza, Kokorico są przepięknym, wprost porywającym i coraz to rzadszym przykładem najwyższych lotów perfumiarstwa. Powiem tak, jeśli cenicie brzmienie i prezencję legendarnych już L’Instantów od Guerlain, to już wiecie z jaką klasą i jakże wyrafinowanym krojem wybrzmiewa nastroszony kurczak Kokorico. Odnoszę wrażenie, że osób które odebrały te perfumy podobnie jak ja, jest więcej. Stąd ten zapóźniony wpis uświadamiający co straciliśmy, bo odnoszę wrażenie, że to nie przez zapach – a ze względu na „oprawę wizualną” i „otwarcie„, premiera Kokorico przeszła niemalże bez echa… Zresztą pamiętam własną reakcję na Kokoroco. Ta konsternacja połączona z niedowierzaniem, że to co czuję – nijak nie koresponduje z krzykliwym, brzydkim, nieadekwatnym i po prostu niespójnym zewnętrzem. Tu aż chce się krzyczeć, że to wyrafinowane i dojrzałe pachnidło, zupełnie omyłkowo zamknięto w szkaradnym flakonie – którego chybiona segmentacja, nazwa i kampania reklamowa, kompletnie rozmija się z treścią i wymową samych perfum!.

jean-paul-gaultier-kokorico-plakat

Niestety otwarcie jest również chaotyczne, właśnie przez ten liść figi, którego zielona i egzaltowana wiosenna świeżość – kiepsko koresponduje z subtelną, spokojną, głęboką i balsamiczną słodyczą, stanowiącą treść i wątek przewodni całej kompozycji. Szczeliwie ta lekko rozchwiana i kakofoniczna faza stosunkowo szybko ustępuje pola treści nadrzędnej – ale obiektywnie mówiąc, otwarcie to najsłabsze stadium tych perfum. Uważam, że mogli sobie darować ten wątek figowy, wszak otwarcie to swoista reklama perfum, a odnoszę wrażenie, że osiągnęli efekt zgoła odwrotny…

jean-paul-gaultier-kokorico-bokiem

Kokorico to przede wszystkim wyraźnie czekoladowa i wysoce ugrzeczniona paczula, piękna, zjawiskowa i tak bardzo zniewalająca, że chce się głaskać i tulić do spryskanej nią skóry. Towarzyszy jej subtelna osnowa z wyraźnie wyczuwalnego korzenia vetiwery i cedru, a więc dosłownie i dokładnie (prawdziwy ewenement!) to co producent zadeklarował w wykazie nut. No prawie, bo choćby nie wiem jak kombinować, to połączenie paczuli, vetiwery i cedru nijak nie zagra obło i balsamicznie, a Kokorico posiadana ewidentnie i wybitnie balsamiczny oraz wymownie ciągnący się ogon. A więc są tu również szlachetnie, miękko i otulająco wybrzmiewające żywica galbanum, opoponaks oraz akcenty ambrowe, ale trudno oczekiwać by tak zdolny duet jak Cresp i Menardo – podał nam wszystko na tacy, nie zostawiając sobie miejsca na rąbek tajemnicy i szczyptę magii… 🙂

jean-paul-gaultier-kokorico-poster-2

Efekt końcowy ich wspólnej pracy doprawdy zniewala i rozczula wysublimowaną delikatnością, której trudno się spodziewać widząc krzykliwe i przerysowane zewnętrze. Otrzymujemy coś na podobieństwo wspomnianego Guerlain L’Instant, czy Chanel Coromandel. Kokorico wybrzmiewa lekko i balsamicznie, rozpieszczając nozdrza cudownie i nienagannie skorelowanym mariażem czekolady, paczuli i akcentów ambrowo żywicznych – zatem otrzymujemy pachnidło, które z łatwością skradnie nam serce. A jeśli uwzględnić równie solidne parametry jakościowe w postaci adekwatnej projekcji i dobrej trwałości – śmiem twierdzić, że Kokorico, obok Fleur du Male to najlepszy JPG z jakim miałem dotąd styczność. A teraz fani Le Male mogą zacząć rzucać we mnie kamieniami 🙂

rok powstania: 2011jean-paul-gaultier-kokorico-edt

nosy: Olivier Cresp i Annick Menardo

projekcja: dobra i nienagannie adekwatna do treści

trwałość: dobra

Głowa: liść figi
Serce: paczula, kakao,
Baza: cedr Virginia, wetyweria,

Napisane przez: pirath | 25 Styczeń 2017

Adidas – Born Original for Him, czyli auto antykoncepcja…

Niektóre zapachy (podobnie jak niektórzy ludzie i mam gdzieś poprawność polityczną), dla tzw. szeroko pojętego dobra ludzkości, nie powinny w ogóle się nie narodzić/powstać. Wiem, brzmi enigmatycznie i obrazoburczo, ale tu maksyma „czego oczy, tfu nozdrza nie widzą, tego sercu nie żal„, okazała się być zatrważająco prawdziwa… Dziś będzie o zapachu, który jak na ironię miał szansę powstrzymać pikujące notowania Adidasa w temacie sygnowania interesujących zapachów, gdzie mam wrażenie powoli doganiają denną Pumę (chociaż denność i jałowość Pumy Sync trudno będzie przebić). Mam też złą wiadomość dla miłośników Czarnego Adasia Active Bodies, ale może po kolei…

adidas-born-original-for-him

Ostatnio wybrałem się na małe zakupy do drogerii, nabyć ostatnio opisane wody toaletowe AXE i przy okazji uzupełnić podstawową chemię. Wrzuciłem „trojaczki” do koszyka, patrzę a obok stoi sobie tester kultowego Adidasa Active Boodies, a obok niego tester Adidasa Born Original for Him, którego poznałem już dużo wcześniej, ale wówczas nie wydał mi się ani trochę wart opisania… Stwierdziłem, że dam mu kolejną szansę, więc zaaplikowałem na wierzch dłoni kilka solidnych psików, a na drugą rękę dla kontrastu i przeciwwagi – zapodałem Czarnego Adasia. A tego drugiego po co? A no by sprawdzić jak bardzo znów go odmieniono, bo moja prywatna i już kilkuletnia flaszka AB znów na wyczerpaniu i lada półrocze, trzeba będzie się przymierzyć do nabycia kolejnej setuni… Nie będę ukrywał, że jestem wielkim miłośnikiem Active Bodies, to zapach mojej młodości – stąd darzę go wielką estymą i lubię do niego wracać. Żeby nie było, z racji posiadania kilkudziesięciu innych flakonów perfum i rygoru „nie używania perfum” podczas pisania recenzji – sięgam po niego naprawdę rzadko, czasem raz na przysłowiowe pół roku. Więc na pewno mi się nie przejadł, nie spowszechniał i nie zepsuł* – więc nie mam problemu z wychwyceniem, czy przy jego zacnej recepturze znów „grzebano„. A wciągu ostatnich kilkunastu lat grzebano, tudzież majstrowano przy formule AB wielokrotnie – choć uważam że to wciąż najbardziej konkretny i najlepszy zapach w ofercie marki. Notabene Czarny Adaś to bestseller, stąd pewnie dlatego (pomimo wieku) jeszcze się uchował w ofercie, bo przynosi marce wartki strumień pieniędzy…

*perfumy przechowuję w ciemnym i dość chłodnym miejscu, stąd nawet flakony które posiadam od 2009 roku, wciąż są w doskonałym stanie.

adidas-active-bodies
no aż tak ciemnej barwy nie był, ale ten zniewalający zapach…

Znam te perfumy na pamięć, stąd graniczące z pewnością przeświadczenie, że wersja którą dziś wąchałem nieznacznie (ale jednak) odbiega od zawartości flaszki, którą sam posiadam i niestety znów jest to zmiana na gorsze… Zmiana w brzmieniu nie jest jak wspominałem kolosalna, ale czuć że zapach zyskał na jałowej suchości i ostrości brzmienia oraz jest w nim odrobinę mniej mandarynki – przez co lekko traci na głębi i soczystości, względem pierwowzoru (flaszki którą posiadam od prawie trzech lat i co do której pochodzenia ani kondycji nie mam wątpliwości). Szybkie porównanie z posiadaną prze zemnie wersją – potwierdziło, że to nie kwestia dnia czy wilgotności powietrza. Widzę też, że niestety zmienił się również kolor mikstury, obecnie jest bledszy, więc albo recepturę rzeczywiście zmodyfikowano – albo miałem do czynienia z wersją zawierającą mniejsze stężenie ekstraktu (niższą koncentrację) niż Adaś, którego jeszcze do niedawna posiadałem (flaszka z bodaj 2004 roku, którą przesiałem podczas przeprowadzki). Żałuję że nie zrobiłem wówczas zdjęcia dla porównania, co by mi nikt teraz nie zarzucił, że coś sobie uroiłem albo konfabuluję – ale w parze z masywniejszą ekspozycją szedł również głębszy kolor cieczy… Zresztą, zobaczcie sobie stare zdjęcia tych perfum w necie i zapewniam iż poza nielicznymi przypadkami, nie jest to kwestia nasycenia kolorów…

adidas-born-original-for-him-box

Szczęśliwie nie odnotowałem pogorszenia parametrów trwałości i projekcji względem flakonu który posiadam – choć dla formalności zaznaczę, że wersja obecna i tak pachnie połowę krócej niż AB dostępny w latach 199x-2005/6. Tak czy siak, Active Bodies znów uzyskał minimalnie odmieniony krój, tyle że nawet pomimo tego (oraz biorąc poprawkę na możliwe i dopuszczalne różnice pomiędzy każdą jedną partią jednego i tego samego produktu, które wynikają z rodzaju i pochodzenia użytych składników, proporcji i kolejności maceracji) Active Bodies wciąż jest najlepszym zapachem w stajni Adidasa. Ups, spaliłem sobie pointę… ehhh whatever, przecież wystarczy spojrzeć na tytuł… Nasz Czarny Adaś ma już swoje lata (a konkretnie 27), więc pomyślałem, że może pora odrzucić przeszłość (oraz nieuniknione próby jej gloryfikowania) i dać szansę nowej, świeżej krwi.

adidas-born-original-for-him-reklama

Dlatego postanowiłem ponownie sprawdzić mającego premierę w 2015 roku Born Original, którego można ze względu na cenę, wygląd flakony i segmentację uznać za namaszczonego przez brand „następcę” kultowego już dziadziusia AB. Ale szczerze? Jak bardzo bym się nie starał docenić te perfumy i spojrzeć na nie przychylnym nosem – czuję w nich tandetny i masowy mainstream, który jest już na rynku i to w co najmniej kilkudziesięciu, łudząco podobnych do siebie odsłonach i pod wieloma znanymi szyldami: Hugo Boss, Azzaro, Davidoff, Carolina Herrera, Antonio Banderas, Calvin Klein, Versace, Trussardi, Prada, Mercedes Benz, John Varvatos, Bruno Banani, Dolce & Gabbana, Armani i wreszcie Enrique Iglesias, ufff. Pewnie nie wymieniłem wszystkich, ale brandy o których wspomniałem, mają już w swojej ofercie podobnie skrojonego, równie lakonicznego i bezpłciowego casualowca – osnutego na mdłym i nudnym mariażu bobu tonka, z równie lakonicznymi, co syntetycznymi „drewienkami” i purystycznymi „ziołami„… Więc po co kolejny klon?Bo ponoć to się teraz podoba i sprzedaje!.

adidas-born-original-for-him-box-drugi

No i poszczególni producenci zmówili się i zlecieli jak muchy do g…, by z uporem maniaka wszyscy pospołu lansować i powielać jeden i ten sam motyw zapachowy, który dzięki swej nijakości, uniwersalności i powszechności, jest równie żywy i pełen werwy, co zwłoki w postępującym stężeniu pośmiertnym? No ale ile można!. Wybaczcie mój wybuch, ale postarajcie sobie wyobrazić moją frustrację, gdy co jakiś czas natrafiam na kolejnego takiego, nic sobą nie wnoszącego klona – którego marketing kolejnej marki wciska klientom jako „ekskluzywne i niepowtarzalne novum” objawienie, zapach dla silnych, ambitnych i wiedzących czego chcą od życia zwycięzców, którzy ble ble ble… A tak naprawdę otrzymujemy banalnego, wtórnego i słabego jak piwo bezalkoholowe gniota, którego jakiś ignorant uznał za „pożądany archetyp modnego i nowoczesnego brzmienia„, a którego powiela się w niekończącej się ilości odsłon. Powiela na oślep i na zasadzie „wirusowej”, bo w jakichś tam badaniach rynku wyszło, że ludzie chcą tak właśnie zaaranżowanych perfum i w ogóle to konkurencja też już taki ma… No może i by chcieli, ale nie wszyscy – zupełnie jakby producenci samochodów zmówili się, że od teraz robią tylko srebrne samochody, bo to jest modne i się sprzedaje… A co z klientami, którzy nie chcą srebrnego auta, bo na każdym podjeździe na ulicy już takie stoi?.

adidas-active-bodies-concentrate

A co z facetem który chce kupić jeansy, albo spodnie dresowe o normalnym/klasycznym kroju, a nie zwężane rurki/marchewy – za to obszerne i obwisłe w okolicach „siedziska”, co wygląda tak jakby koleś chodził z solidnie przepełnioną pieluchą?… Może nie znam się na modzie, ale co z klientami którzy nie chcą nosić się modnie, a klasycznie, wygodnie i funkcjonalnie? Wieeeeem, demonizuję i przesadzam, wszak na rynku jest jeszcze masa alternatyw – ale chciałem tylko zwrócić Waszą uwagę na ten w moim odczuciu, bardzo niebezpieczny trend. Jego efekt będzie taki, że podobnie jak w przypadku oudomanii, gdy kolejne oudowce, (w tym te bardzo dobre) przechodziły zupełnie bez echa – gdyż rynek się nasycił i ludzie przestaną to kupować, bo kto chce pachnieć tak jak wszyscy i na jedno kopyto?…

adidas-active-bodies-flaszki

Zatem Born choć mógł być godnym i zacnym następcą swego wielkiego przodka, jest kolejną ofiarą debilnej mody i nieudolnego marketingu – który postanowił pójść na łatwiznę i „sprawdzone kierunki„, powielając powszechny, rozmyty, nieciekawy i niestety sromotnie nadużywany styl w kreacji. A wystarczyło spojrzeć na historię z własnego podwórka i wyciągnąć wnioski. Active Bodies jest kultowy od blisko 30 lat nie dlatego, że ma logo Adidas i powielał sobą pewien standard – tylko dlatego, że był odważnym, niepowtarzalnym i charyzmatycznym przebojem, który podbił rynek swą świeżą i awangardową formą!. Jest przebojem do tego stopnia, że po dziś dzień jest jedną z najczęściej podrabianych i powielanych kompozycji zapachowych. Czy Born podzieli jego sławę? Nie, za pięć lat nikt nie będzie pamiętał, że takie perfumy w ogóle istniały – za to co rusz w drogeriach będzie padać pytanie o Czarnego Adidasa, z tym że zadawane przez następne pokolenie miłośników jego niepowtarzalnego i charyzmatycznego brzmienia…

Posłowie:

No nic, wychodzi na to że muszę kupić kolejna flaszkę Active Bodies, bo nawet pochlastany kolejną reformulacją lub jedynie pochodzący z niezbyt udanej partii (nie do końca zgodnej ze wzorcem, co niestety się zdarza, ale i jest dopuszczalne) – wciąż zadaje szyku z większą klasą niż cokolwiek innego w ofercie marki. Wybaczcie, że nie odniosłem się bardziej drobiazgowo do deklarowanego przez producenta wykazu nut Borna, albowiem w praktyce nic lub niewiele z tych szumnych deklaracji tu czuć – a sam zapach jest tak bardzo nudny i nijaki, że po prostu mi się nie chce… 😉adidas-born-original-for-him-edt

rok powstania: 2015

nos: anonimowy powielacz

projekcja: dostateczna

trwałość: dobra

Głowa: rabarbar, liść fiołka, lawenda,
Serce: czarny pieprz, szałwia, pomarańcza,
Baza: cedr, drzewo sandałowe, drzewo kaszmirowe,

trzy-nowe-wody-toaletowe-axe

No może nie tyle zaorał, co zawstydził – ale co tu dużo mówić, tytuł nie pozostawia złudzeń… Wprawdzie  czuć, że pewne składniki których użyto do namieszania bukietów Oud Wood & Dark Vanilla, Iced Musk & Ginger i Tobacco & Amber chwilami trącą olejkami do ciasta (zresztą w przypadku Tobacco Vanille Toma Forda kosztującego circa 1650 zł za 250 ml chwilami odnoszę podobne wrażenie), tudzież wyjęto je z zestawu „mały perfumiarz” – a szumne nazewnictwo raptem „prowizorycznie i umownie” pokrywa się z deklarowanymi nutami przewodnimi. Ale przypominam że AXE na co dzień robi tanie dezodoranty, które i tak najwięcej zyskują dzięki „z jajem” nakręconymi reklamami… Zresztą Topór (ang., Axe) to tylko jedna z marek należąca do koncernu Unilever, giganta który skupia w swym portfolio takie marki jak Dove, Domestos, Knorr, Hellmann’s, Algida, czy Signal… Ciekawe jak to jest nazywać się np. Mr Burberry, czy Dior Sauvage i mieć świadomość, że zostało się pokonanym przez producenta pasty do zębów i keczupu?… A tak na poważnie, marka AXE od lat kojarzona jest z nazwiskiem Ann Gottlieb* – perfumiarz, która stoi za sukcesem min. CK One Shock i Reveal, CH 212 i Bang! Jacobs’a, więc nie byle jaki nos.

*ja kojarzę ją również z Estee Lauder oraz Firmenich, firmą zrzeszającą perfumiarzy „do wynajęcia”, którzy komponują do szuflady lub na specjalne zamówienie klienta.

ann-gottliebAnn Gottlieb

A tu się okazuje że  producent tanich massmarketowych dezodorantów, skopał tyłki i posłał na deski 80% komercyjnego, drogiego i wysoko lokowanego (głównie przez działania własnego napuszonego marketingu i przeświadczeniu o własnej „zajebistości” u najbardziej rozpoznawalnych brandów) mainstreamu**. A jest kogo deklasować, bo mowa o takich tuzach jak Dolce& Gabbana (seria Light Blue), Paco Rabanne (Invictus), Dior (Sauvage), Azzaro (Wanted), Burberry (Mr. Burberry), Gucci (za całokształt), Lacoste (seria L.12.12), Carolina Herrera (za serię 212 Vip), a nawet Cartierowi (za najnowszego L’Envol), którzy zaproponowali ostatnio kompozycje tak żenująco słabe i banalne, że przy nich taniutkie (koszt ~30 zł) wody toaletowe AXE, to kwintesencja dobrego smaku i iście niszowej elegancji… I nie ironizuję, na serio wody toaletowe AXE deklasują powyższe w całej rozciągłości!.

**w świetle poziomu i jakości ich najnowszych i jakby nie patrzeć, świadomie sygnowanych premier.

axe-signature-adrenaline-i-urban

Nie, nie przesadzam… W moim odczuciu za wyżyłowaną ceną, aspiracjami i prestiżem marki, powinna stać jakość zarówno samej kompozycji (niebanalność, wirtuozeria i niepowtarzalność konceptu) oraz jakość wyrażona poprzez jakość użytych ingrediencji oraz trwałość i projekcję gotowej mikstury. Niestety pod tym względem największe tuzy komercyjnego perfumiarstwa coraz częściej zawodzą, w dodatku każąc sobie coraz więcej płacić za sygnowane swym markowym logo, popłuczyny… I nagle okazuje się, że drogeryjna taniocha za równowartość dwóch paczek papierosów, przebija lub co najmniej dorównuje jakością i formą kompozycje wycenione na dwie lub trzy sztangi/wagony tychże fajek… Wstyd prawda?

axe-reklama

Ja nie twierdzę, że perfumy made in AXE to jakieś tam górnolotne i wyżyłowane arcydzieła, mogące stawać w szranki z wirtuozerią minimalistycznych dzieł Elleny (nadworny perfumiarz domu mody Hermes), ale pachną naprawdę przyjemnie – i w sumie to nawet niespecjalnie naśladują jakieś inne, komercyjne (chwytliwe) brzmienia. Owszem pewnych podobieństw nie sposób uniknąć, choć by przybliżyć Wam ich krój, pokuszę się o przyrównanie ich brzmienia do czegoś, co już istnieje. A więc pierwszy przypomina mi Romę Laury Biagiotti, drugi figowego Men od Marca Jacobsa, exe quo z niszowym Frederic Malle French Lover – zaś trzeci przypomina właśnie Fordowy Tytoń i Wanilię (acz w mniej taranującej wszystko na swej drodze formie) aka klasyczny Old Spice… Oczywiście nie ma róży bez koców, bo trojaczki od AXE pachną najbardziej spektakularnie, najpiękniej i najokazalej przez raptem pierwszą godzinę od aplikacji, po czym ich bukiet stopniowo blaknie i wychodzą na jaw niedoskonałości (taniość i lakoniczność) użytych składników. Ale śmiem twierdzić, że i tak pachnie to lepiej i dużo oryginalniej niż Paco Invictus, Azzaro Wanted, Dolce Light Blue Living…, czy Dior Sauvage… Zatem kolejny raz potwierdza się teza, że w dzisiejszych czasach wysoka cena i rozpoznawalna marka – absolutnie nie są gwarantem, ani tym bardziej wyznacznikiem jakości… Co więcej, odnoszę wrażenie, że w żadnej innej branży (no może poza spożywczą) nie oszukuje się klienta tak bezczelnie, co w przypadku perfum – wciskając niczemu niepodejrzewającemu nabywcy produkt, hmmm (bądź grzeczny!) kompletnie nieadekwatny do ceny i prestiżu marki…

axe-signature

Ale dość narzekania, pora pochylić się nad walorami artystycznymi trojaczków AXE. Wprawdzie zapachy są trzy ale w praktyce mamy do czynienia z dwoma słodziakami i jednym wiosennym świeżakiem. Wbrew szumnym i obiecującym nazwom własnym, z ciężkim bliskowschodnim orientem, niszową esencjonalnością, ani chwytliwymi nazwami oud, ambra, czy imbir – te zapachy niewiele mają wspólnego… Ale w sumie to dobrze, wszak szczytem orientu jest dla przeciętnego Polaka „korzennyOld Spice i tytoniowaCuba„, więc producent wiedział co robi trzymając w ryzach swe orientalizujące ciągoty. Ale jeśli sądzicie że szydzę i drę łacha to co to to nie!, albowiem trojaczki AXE pachną kilka długości i poziomów lepiej, niż to po co w tym przedziale cenowym statystyczny Kowalski mógł dotąd nabyć w drogerii… Serio, za tę kasę dostajemy trzy naprawdę przyjemne i naprawdę solidnie skrojone zapachy, które swymi parametrami jakościowymi mogą zawstydzić wielokrotnie droższą i markową konkurencję…

axe-urban

Poza Malizią Vetiver i Tabac Original, Brutalem i paroma innymi klasykami ze wspomnianym Old Spice na czele, mało jest zapachów którymi można zadać tak skutecznie i elegancko szyku, co tymi trzema niepozornymi flaszkami… Niepozornymi, ale każda z nich reprezentuje sobą więcej i oferuje dużo więcej niż oferuje wspomniany wcześniej, markowy mainstream. Pierwsza choć straszy z etykiety oudem (na szczęście w praktyce nie stwierdziłem jego obecności) okazuje się być całkiem wyrafinowanym i finezyjnym casualowcem, skrojonym na podobieństwo zniewalającej Romy od Laury Biagiotti, choć z czasem lekki, ciepły i otulający bukiet kompozycji zdaje się przechylać w stronę Mistero i Essenza di Roma. Tak czy siak Signature pachnie wprost zniewalająco, więc w tej kategorii cenowej będą to najlepiej wydane pieniądze w ogóle… Drugi z trojaczków, choć straszy tytułowym piżmem i imbirem to tak naprawdę kompozycja figowa, którą zestrojono na wybitnie orzeźwiającą modłę za pomocą konotacji kwiatowo wodno roślinnych (w tym młode, zielone listki figowca). W efekcie powstał arcy niebanalny świeżak o wybitnie świeżym i figowo imbirowym zacięciu, mogący z powodzeniem robić za substytut wspomnianego French Lower od Frederica Malle. Z tym że konotacje irysowe zamieńcie sobie na figę – tym niemniej wydźwięk i iście wiosenny powiew świeżości prezentuje Adrenaline dokładnie ten sam…

axe-a-adrenaline

Trzeci z trojaczków choć na wstępie zapowiadał się na sążnistego naśladowcę Tobacco Vanille, w kilka kwadransów od aplikacji złagodniał, przyjmując pozę na podobieństwo któregoś z lżejszych, czekoladowo waniliowych Muglerów. Tym niemniej pachnie równie apetycznie i w klimatach gourmand, więc jeśli szukacie coś a’la Mugler A*XXX, a dysponujecie budżetem około 40 zł, to gorąco Wam te perfumy polecam!. Zresztą kilka godzin od aplikacji finisz trojaczka numer jeden również wybrzmiewa arcy apetyczną Muglerową suitą i pod tym względem podobieństwo jedynki i trójki zaskakuje. Po tych kilku godzinach od aplikacji niewiele osób zauważy różnicę w brzmieniu pomiędzy tą dwójką jak i samum Muglerem – a przypominam, że mowa o tanich perfumach wypuszczonych przez producenta dezodorantów… 😉 Cała trójka to tak naprawdę komplementarna i w zmyślny sposób dobrana kolekcja trzech wybornie uzupełniających się zapachów na każdą okazję. Zupełnie jak u Próchnika, mamy tu świeżaka, casualowca i coś co można użyć na wieczór (nazwy własne jak w tytule) – z dużym prawdopodobieństwem, że wieczór skończy się śniadaniem w łóżku… 🙂 Poważnie, wody toaletowe AXE to wielkie, ba OGROMNE zaskoczenie, bo w tej kategorii cenowej nie można życzyć sobie lepiej i uczciwiej pachnących czterdziestu złotych – ba czterdziestu złotych pachnących nierzadko lepiej i dłużej niż dwieście, trzysta i czterysta złotych z fikuśną metką, za którą w praktyce niewiele stoi… O ironio… 😉

p.s. Pawle, jeszcze raz serdecznie Ci dziękuję za próbki! 🙂

 

Jak co roku, prezentuję mój osobisty i nie ukrywam subiektywny ranking, najlepszych i najgorszych premier zapachowych mijającego roku. Podkreślam subiektywny, bo każdy ma prawo do własnego zdania i typowania własnych faworytów w poszczególnych kategoriach – niekoniecznie pokrywającego się z moim. Oczywiście ranking jest niepełny, bo i wielu mających w 2016 roku zapachów, nie udało mi się poznać – więc siłą rzeczy zabrakło ich w niniejszym zestawieniu. Mijający rok przyniósł zarówno kilka naprawdę dobrych premier, jak i zapachów hmmm rozczarowujących. Ale tym co najbardziej zaskakuje jest to, że tak niewiele brandów zdecydowało się pokazać coś naprawdę nowego, świeżego i ambitnego – a te które to uczyniły, raczej bym o to nie podejrzewał… Tradycyjnie pozwoliłem sobie uszeregować wszelkie nowości, wg kilku kategorii: najlepsze premiery mijającego roku, najgorsze premiery mijającego roku oraz tegoroczne odkrycia, w których wyróżniam zapachy warte poznania, acz niekoniecznie będące nowością. Ot po prostu dopiero w tym roku miałem z nimi bliższą styczność, a uznałem są warte wzmianki i rekomendacji. Życzę miłej i inspirującej lektury oraz zachęcam do dzielenia się własnymi typowaniami w komentarzach i korzystając z okazji – chciałbym również życzyć Wam wszystkiego najlepszego, w nowym 2017 roku! 🙂


Najlepsze premiery mijającego roku:


 

Yves Saint Laurent – La Nuit de L’Homme L’Intense Eau de Parfum to zwieńczenie całej kolekcji i zarazem pierwszy zapach z tej serii, który „uważam że pachnie” i w dodatku czyni to z nader przyzwoitym skutkiem. W sumie trudno zepsuć Parfum, choć nie jednemu się ta trudna sztuka udała – że wspomnę jedynie Mercedes Benz, Hugo Boss, Kenzo i wcześniejszy wypust YSL czyli L’Homme Parfum Intense… Tym niemniej budzący respekt samą nazwą La Nuit de L’Homme L’Intense Eau de Parfum rzeczywiście zasługuje na swą pompatyczną nazwę i stanowi godne zwieńczenie dla całej kolekcji L’Homme.

Yves Saint Laurent - La Nuit de L'Homme L'Intense Eau de Parfum

Paco Rabanne -1 Million Prive to prawdziwe zaskoczenie, głównie wykwintnością i finezją bijącą od tych wysublimowanych perfum. Osobiście stawiałem że Paco podąży ścieżką „odcinania kuponów” i Prive okaże się klonem jego bestellerowego szlagieru 1 Milion, ale nic z tych rzeczy. To zupełnie nowa i w dodatku zaskakująco dobra kompozycja – choć nie mam złudzeń, że jej wysublimowany sznyt przebije lub choćby dogoni popularnością oryginał… a szkoda. Ale chciałbym też zauważyć, że z każdym wypustem/generacją 1 Million – jest to lepiej skrojony zapach, wszak wersję Intense uważam za wyśmienitą, a najnowszy Prive, choć to nieprawdopodobne, znów podniósł poprzeczkę wyżej!. Gorrrąco polecam!

paco-rabanne-1-million-prive

Lalique – Encre Noire A L’Extreme co tu dużo mówić to Lalique, więc koniec i kropka! No dobrze, a nieco mniej lakonicznie pisząc – Lalique to jedna z nielicznych marek, wciąż stawiająca na nienaganny krój, jakość, bezkompromisowość i wirtuozerię w kreacji perfum, sygnowanych swym zacnym logo. Więc nie powinno nikogo dziwić, że nawet sportowy świeżak (Encre Noire Sport) pachnie w ich wydaniu wyśmienicie, a co dopiero ich flagowe EdP… L’Extreme to ekstrakt z Encre Noire i EdP pełną gębą, acz zaserwowane z wirtuozerią i kunsztem typowym dla Lalique i to wystarczy za rekomendację… Gorrrąco polecam!

Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP

Narciso Rodriguez – for Him Bleu Noir to nowość równie porywająca, co jedna z najlepszych ubiegłorocznych premier, czyli Bentley infinite lub Lalique Voyageur. Tak, ten zapach jest AŻ TAK DOBRY, że śmiało zaliczę go do panteonu jednego z najlepszych dostępnych na rynku casualowców. Zresztą wymienienie tych perfum w towarzystwie Bentleya i Lalique, marek po prostu legendarnych jeśli chodzi o bezkompromisowy i górnolotny kunszt w kreacji powinno Was nakierować, z czym mamy do czynienia. Bleu Noir to szyk, świeżość i nienaganny krój, którego nie powstydziła by się żadna licząca się marka – wliczając w to Cartiera z jego doskonałym Declaration, a do którego Bleu Noir pośrednio nawiązuje. Gorrrąco polecam!

Narciso Rodriguez - Narciso Rodriguez for Him Bleu Noir

Calvin Klein – CK2 tu przyznam, że miałem dylemat którego Calvina wyróżnić, ponieważ całkiem nieźle prezentuje się też tegoroczny Calvin Klein Obsession for Men Summer.  Ale ponieważ Summer to kompozycja dość mocno posiłkująca się legendą swego protoplasty – postanowiłem wyróżnić nowość, która broni się nietuzinkowym krojem pod własnym szyldem. Tym niemniej miło, mi że aż dwie z trzech tegorocznych premier CK, zakwalifikowały się do wyróżnienia – co jedynie potwierdza moje wcześniejsze doniesienia, o powrocie brandu do formy.

Calvin Klein - CK2

Loewe 7 – Anonimo EdP to bez wątpienia jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza premiera mijającego roku. Wiem, mocne słowa, a opinia subiektywna, ale osobiście nie znam osoby, której bym pokazał te perfumy – a która nie zachwyciłaby się ich zniewalającym brzmieniem. Klasyczne Loewe 7, do którego jestem coraz bardziej przekonany* też wzbudza zachwyt swym bezprecedensowym i niesamowicie porywającym krojem, więc wyobraźcie sobie te perfumy doprawione i zmiękczone nieprzyzwoitą ilością balsamiczno ambrowych konotacji… Z tego połączenia powstał zapach tak niesamowicie wysublimowany, przytulny i zniewalający, że nic tylko wąchać, pławić się i rozpływać pod jego pieszczotliwym dotykiem… Gorrrąco polecam!

*z pobudek osobistych zapach kojarzył mi się z kompotem jabłkowym mojej babci, sowicie doprawionym goździkami, stąd zdystansowanie się od oceny kroju tych perfum.

loewe-7-anonimo

Dior – Fahrenheit Cologne to lekkie i przepięknie skrojone połączenie, jakże dziś modnego trendu na Colognes, z motywem przewodnim znanym z klasyka. Wprawdzie aktualne brzmienie klasycznego Fahrenheita raczej rozczarowuje (zwłaszcza jeśli przypomnieć sobie jak to pachniało przed pierdylionem reformulacji), ale w wersji Cologne ten uproszczony i ewidentnie odchudzony look Fahrenheita Anno 2016 jakby mniej bolał i uwierał. Zastanawiam się dlaczego Dior z uporem maniaka niszczy swój flagowy produkt, upraszczając go i kastrując z każdym rokiem, skoro tak łatwo można pogodzić interes wszystkich zainteresowanych – właśnie za pomocą całkiem zacnie wybrzmiewającą wersją Fahrenheit Cologne, a klasyka zostawić w spokoju… W końcu część klientów woli pachnieć czymś konkretnym i specyficznym, a pod tym względem klasyczny Fahrenheit od dekad nie ma, o pardon nie miał (czas przeszły) sobie równych… Gorrrąco polecam!

Dior Fahrenheit Cologne

Avon – Classic wprawdzie pachnie bardzo podobnie do chronologicznie starszego Avon Premiere Luxe Oud, ale przynajmniej nie udaje czegoś czym nie jest (nie udaje oudowca). Przypomina też kilka innych zapachów w jakże modnej obecnie konwencji suchego, purystycznego i „ołówkowego” w brzmieniu, nieco dystyngowanego „drzewniaka” – ale pod względem ceny i parametrów stanowi interesującą alternatywę dla konkurencji.

avon-classic

Cristiano Ronaldo – Legacy wprawdzie niczego nie urywa, a wręcz niczym swoistym się nie wyróżnia – ale jest po prostu przyjemny. A zważywszy iż są to perfumy celebryckie (kolejny suwenir dla fanów) to i oczekiwać po nich nie można zbyt wiele. Ale tu Legacy dość mocno zaskakują zarówno bardzo dobrymi parametrami jak i przyjemnym, słodkim i wciąż całkiem odległym od głównego nurtu krojem. Jeśli lubicie klimaty subtelnie słodkiego CK Reveal, to i Legacy przypadnie Wam do gustu.

Cristiano Ronaldo – Legacy

Bentley – Infinite Rush zaskoczył mnie nie tylko fantastycznym brzmieniem, ale i niemal zupełnym brakiem podobieństwa do zeszłorocznego Infinite. Tyle że Infinite, choć piękny i zniewalający, zbierał tęgie cięgi po du… za swe rzekome podobieństwo, do innego rynkowego szlagieru, a mianowicie Terre d’Hermes od Hermesa. Nie wnikam czy podobieństwo to tego jakże charakterystycznego i niemożliwego do pomylenia bestselleru było zamierzone, czy tylko przypadkowe – ale gwałtowne odejście od motywu przewodniego Infinite w wersji Rush, daje dość wymowną odpowiedź na to pytanie. Bentley diametralnie zmienił brzmienie Infinite (które pomimo podobieństwa do Terre było wyśmienite) i nie uwierzycie – w wersji Rush zastąpił je czymś jeszcze lepszym! No ale w końcu to Bentley, marka która obok Lalique stanowi jedną z ostatnich ostoi jakości i dobrego smaku w świecie perfum. Gorrrąco polecam!

bentley-infinite-rush-duzy

Davidoff – Horizon to jedno z największych objawień mijającego roku olfaktorycznego. Piękny, wysublimowany i iście orgazmistyczny Horizon, to żywy dowód że wciąż można zaprezentować w komercyjnym mainstreamie zapach nietuzinkowy, niebanalny i porażająco piękny. Oto zapach, który w nader wyrafinowany sposób łączy w sobie przymioty aż kilku topowych kompozycji, łącząc je w jedną, spójną i wyjątkowo urokliwą całość. Jeśli jesteście zmęczeni i zniesmaczeni wypustami pokroju The Game i tęsknicie za starym dobrym Zino, to te perfumy na powrót przywrócą Wam wiarę w Davidoffa. Gorrrąco polecam!

Davidoff Horizon

Guerlain – L’Homme Ideal Eau de Parfum to ogromna niespodzianka, bo co myślę o „incydencie” i „plamie na honorzeGuerlain z rodziną Ideal, wie każdy czytelnik bloga. Gdyby brandy perfumeryjne nosiły tytuły, Guerlain ze swym dorobkiem byłby Imperatorem Olfaktorycznego Wszechświata, ba byłoby BOGIEM tegoż wszechświata… Marka pod każdym względem ikoniczna, nobliwa i zasłużona, będąca przez dekady wyznacznikiem stylu i dobrego smaku – wreszcie brand, któremu inni i bardziej rozpoznawalni wielcy tegoż świata, pokroju Dior i Chanel mogą czyścić buty… Ale pojawienie się rodziny Ideal zakończyło dobrą passę i nasz bóg stracił swą nieśmiertelność i spadł na ziemię niczym bolid, przy wtórze rozdzierającego huku i ognia.

Guerlain L’Homme Ideal - Eau de Parfum

Prada – Luna Rossa Eau Sport jeszcze raz podkreślę, że chodzi o wersję EAU, EAU SPORT, bo Luna Rossa Sport to w mym odczuciu TRAGEDIA… Generalnie Prada choć jest marką stosunkowo młodą (i może właśnie dlatego) sygnuje swym logo naprawdę dobre i nietuzinkowe kompozycje zapachowe. Ich zapachy są tak wyrafinowane i finezyjne, że nie powstydziłby się ich nie jeden dużo starszy i wysoko lokowany brand, że pozwolę sobie przytoczyć jedynie genialne Amber Pour Homme, Infusion d’Homme i absolutnie przezajesmerfastyczne Infusion de Vetiver, zwłaszcza w wersji poreformulacyjnej co samo w sobie stanowi kolejny ewenement!… Wcześniej Prada wypuszczała nowe perfumy mniej więcej co dekadę, by od kilku lat wypuszczać je rok w rok – ale obawiam się, że ilość nie przekłada się na ich jakość… Doskonale to obrazują tegoroczne usportowione Luny Rossy (aż dwie), które reprezentują bardzo zróżnicowany, wręcz skrajnie odmienny poziom – ale wersja Eau rzeczywiści się wyróżnia na plus.

Prada Luna Rossa Eau Sport EdT

Dunhill – Icon wprawdzie jeszcze nie doczekał się odrębnego wpisu na blogu, ale niewątpienie jest to jedna z najciekawszych premier – a zwłaszcza w kontekście niskobudżetowego mainstreamu, gdzie najłatwiej o banał, wtórność i nijakość, bo i klient najmniej wymagający. Tyle że Icon reprezentuje swym krojem znacznie wyższy poziom i z łatwością zawstydza dużo wyżej plasowane brandy, które zaoferowały swym klientom sromotnie przepłacony, komercyjny chłam (litościwie nie wymienię ich z nazwy)…

Dunhill - Icon


Najgorsze premiery mijającego roku:


 

Thierry Mugler – A*Men Pure Tonka, choć generalnie bardzo wysoko cenię Muglera za krój i jakość sygnowanych jego nazwiskiem kompozycji, to ten okazał się niechlubnym odszczepieńcem. W sumie to nie są perfumy kwalifikujące się do grona najgorszych, ale niewątpliwie jedne z najbardziej rozczarowujących, stąd „wyróżnienie„. Pure Tonka to zapach o treści kompletnie nieadekwatnej do swej szumnej nazwy. Zapach miał być monumentalny i tak bardzo tonkowy, że aż strach – a wyszedł z tego niebotyczny przerost nazewnictwa nad raczej rozczarowującą wtórnością treścią…

Thierry Mugler AMen Pure Tonka

Dolce & Gabbana – Light Blue Pour Homme Beauty of Capri – to kolejny przykład, że Dolce już nie potrafi lub nie chce robić dobrych perfum i co najistotniejsze – nie szanuje swych klientów. Wiem, mocne sowa, ale jak inaczej wytłumaczyć kolejną tak miernej jakości i treści zapchajdziurę, będącą bezczelnym odcinaniem kuponów od nazwy Light Blue?… I nawet jeśli ta seria w założeniu ma przede wszystkim opiewać malownicze zakątki Włoch – to obawiam się że niski poziom i powtarzalność tych perfum, robi im jedynie antyreklamę…

Dolce&Gabbana - Light Blue Pour Homme Beauty of Capri

Abercrombie & Fitch – First Instinct już był w ogródku, tfu Douglasie, już witał się z gąską, tfu Abercrombie… A tak się cieszyłem, że A&F wreszcie doczekał się polskiej dystrybucji i skończy się gehenna, z kupowaniem sromotnie przepłaconych flakonów – pochodzących z prywatnego importu ze Stanów lub kontrabandy przeszmuglowanej w bagażu podręcznym… 🙂 Dobre i to powiecie, choć nie pozostawało to bez wpływu na i tak wyśrubowaną cenę Fierce – ale ja obawiałem się czegoś gorszego, a mianowicie trafienia podróbki… Niestety moja radość z pojawienia się Abercrombie nie trwała długo, gdyż póki co dostępny jest tylko jeden zapach i w dodatku bardzo nieciekawy… Sorry ale przy ultra wyrafinowanym i orgazmistycznym brzmieniu Fierce, First Instintc to jego ubogi krewny…

abercrombie-fitch-first-instinct

Joop! – Homme Sport czyli książkowy przykład na totalny przerost marketingu nad zdrowym rozsądkiem i arcy bezczelnego odcinania kuponów od wcześniejszych dokonań. Wprawdzie usportowione Homme jest tak ordynarne i irytujące jak choćby Paco Invictus czy Versace Eros, ale jest równie kuriozalny, przerysowany, irytujący, nieadekwatny i nie na temat.

Joop! Homme Sport

Cartier – L`Envol nie ogarniam, po prostu nie ogarniam jak marka mająca w swym zapachowym portfolio niemal same perełki, mogła popełnić coś takiego… Ja wiem, że każdemu zdarzają się słabsze kompozycje, a czasem trzeba powalczyć o klienta masowego i pochałturzyć – ale tu ani to, ani to. Zapach tak nijaki, mierny i nudny, że nie mieści się nawet w segmentacji „skrojone tak by podobać się wszystkim„, a najciekawszy związany z nim aspekt (i jedyny zapadający w pamięci), to futurystyczny flakon…

cartier-l-envol-eau-de-parfum-edp-80-0-ml-von-cartier-groesse-80-0-ml-184732577

Kenzo – Homme Eau de Parfum jest nie na temat, zwyczajny i kompletnie nieadekwatny zarówno w kontekście nazwy jak i segmentacji. Ot zapchajdziura sklecona naprędce i gwoli zasady, „zróbmy sobie EdP, bo inni też mają„, więc zdecydowanie szkoda na Kenzo Homme EdP kasy i fatygi…

kenzo-homme-eau-de-parfum

Burberry – Mr. Burberry to totalna porażka i gniot jakich mało. Przykład perfum zrobionych ewidentnie na siłę (byleby mieć nowość na koncie), bez pomysłu na zapach i po taniości, co czuć zarówno po po jakości jak i opiewanej tematyce. Pusty karton po mydłach do rąk, walający się na zapleczu hipermarketu oferuje ciekawszą i dłużej utrzymującą się kompozycję zapachową – więc radzę omijać to badziewie szerokim łukiem – ewentualnie walić kijem przez łeb, jak będzie próbowało podejść…

Burberry - Mr. Burberry

Paco Rabanne – Invictus Aqua to marketingowe pokłosie mającego premierę w 2013 roku Invictusa, który jest tak irytujący i badziewny, że postanowiłem go zbojkotować i nie opisywać… Ale nachalny marketing, z którego brand słynie zrobił swoje (plus szkolenia dla koniunkturalnych konsultantek, czego sam doświadczyłem) i zapach doczekał się całej serii flankierów z nigdy nie zgadniecie, tak! Intense i Aqua… A jak może pachnieć koniunkturalny „wodniak” po tatusiu Invictusie?

paco-rabanne-invictus-aqua

Boucheron – Quatre Pour Homme to prawdziwa porażka i to kuta na cztery łapy! Nie ogarniam jak marka mająca nieposzlakowaną reputację i dekadami wypracowany target, mogła nagle wykonać nieoczekiwany zwrot w stronę nurtu, od którego wszyscy szanujący się producenci zdają się stronić? Niestety sygnowanie gów*ianego mainstreamu nie wymaga większego doświadczenia – za to wymaga miliardów wpakowanych uprzednio w marketing marki – o czym Boucheron zdaje się może tylko pomarzyć. Zatem zwiastuję QPH jedynie sromotną klapę, bo przy tej konkurencji nie mają najmniejszych szans z takimi tuzami kiczu i tandety, jak Gucci, Lacoste czy Paco Rabanne (Invictus).

boucheron-quatre-pour-homme

Azzaro – Wanted to kolejny gniot, którego najmocniejszą stroną, jest oczojebny i niemożliwy do przeoczenia flakon. Jest równie „charakterystyczny” co złota sztaba od Paco, hantel od Davidoffa i pięść od Diesla, więc nie ma bata, musicie wziąć to ustrojstwo do ręki i powąchać. Ale uprzedzam, nie warto, bo Wanted to kolejny „przebój” sklecony na zasadzie „ej zróbmy sobie jakieś nowe perfumy, w przykuwającym uwagę flakonie„, gdzie mam wrażenie 90% budżetu poszło na ów flakon, a 10% na składniki i gażę dla perfumiarza… Chociaż w przypadku „pudrowania świni„, mowa raczej o odszkodowaniu, za użyczenie swego nazwiska… 😉

azzaro-wanted

Mercedes Benz – Le Parfum to w mym odczuciu nader wymowny przykład obecnej kondycji koncernu Mercedes… Kiedyś lider technologii i marka będąca gwarantem i substytutem jakości, dziś sygnuje swym trójramiennym logo dostawczaki od Renault, pokraczne kompakty (klasy A i B) i sromotnie przepłacone sedany o agresywnej stylistyce, rodem z Batmobilu… Wątłe, rachityczne, nudne, smętne, mętne i nijakie Parfum Mercedesa nie wzbudza sobą żadnej ekscytacji – z tym że perfumy to nie stateczna niemiecka limuzyna, od której wręcz wymaga się ponadczasowej, niestarzejącej się i pozbawionej emocji linii nadwozia i statecznego pragmatyzmu w działaniu…

mercedes-benz-le-parfum-z-gory

Bvlgari – Man Black Cologne to kolejny przykład robienia czegoś na siłę, bo jest na to moda – a ktoś inny uroił sobie, że jest na to rynek. Ponieważ wciąż mamy modę na Colognes, no do geniusze marketingu od Bvlgari postanowili coś na tym ugrać. Tyle że zamiast przygotować coś nowego i adekwatnego do nazwy, wzięli gotowy koncept i wypuścili go ponownie na rynek pod zmodyfikowaną nazwą. Tylko po co dwa bardzo podobnie brzmiące zapachy (warto zaznaczyć, że „dawca” chadza jako kompozycja wieczorowa i w koncentracji EdP) w obrębie jednej marki? Kuriozalne Man Black Cologne, aka Man In Black – przypomina mi równie absurdalnego Fiata 500 L/XL. Czyli sztucznie napompowaną „kobyłę„, która bazując na legendzie „pięćsetki” udaje SUV’a – bo jakiś „kreatywny inaczej” uznał, że na rynku jest na to segment…

bvlgari-man-black-cologn

Calvin Klein – Euphoria Essence Men to zapach, który absolutnie nie jest tym za co się podaje i jednocześnie stanowi jedno z największych tegorocznych rozczarowań. Po pierwsze jego rozchwiany, niespójny i niepasujący do nazwy i oprawy bukiet, wprowadza raczej w konsternację niż zachwyt – a po drugie jest potężnym lingwistycznym nadużyciem. Po zapachu zaanonsowanym jako Essense, spodziewam się esencji i kwintesencji klasycznej męskiej Euphorii, ewentualnie jej genialnego rozwinięcia, pod szyldem Intense. A to co dostajemy pachnie jak niedorobiony purystyczny świeżak, podcierający się legendarną nazwą Euphoria

calvin-klein-euphoria-essence-men

Enrique Iglesias – Deeply Yours for Him to nudny, wtórny, oklepany, nijaki, mierny i beznamiętnie koniunkturalny zapach, stworzony wedle recepty: „zróbmy coś co pachnie jak średnia rynkowa i powalczmy o swój kawałek rynkowego tortu„… Efekt? Co z tego że większość statystycznych „Januszy i Sebiksów” i ich „Grażyn” powie że „fajny„, skoro wszystko tak pachnie?. Musiałem przeczytać własną recenzję, by spróbować przypomnieć sobie jak to pachnie, więc jeśli chcecie zrobić na kimś wrażenie swoim zapachem – to unikajcie tych perfum, bo w nozdrzach swego otoczenia, dosłownie stopicie się z tłem…

Enrique Iglesias - Deeply Yours for Him

Balmain – Homme to kolejna obok Boucheron marka, nieco niszowa i zasłużona – ale o dość nikłej rozpoznawalności w świecie komercyjnych perfum… I ta oto marka, dotąd słynąca z sygnowania ambitnych konceptów pokroju Carbone, czy Monsieur – postanowiła spróbować szczęścia w tzw. „komercyjnej masówce„. Efekt jest może nie tyle opłakany co śmieszny, bo z czym do ludzi?. Klienci którzy kupują komercyjny mainstream kierują się przede wszystkim rozpoznawalnością i prestiżem marki, która stoi za danym zapachem – więc kto da kilkaset złotych za miernej jakości zapach, od słabo znanego producenta? Nie kupią tego „mający jaranko na markę„, ani tym bardziej dotychczasowa klientela Balmain, czyli ludzie o wyrobionym i dość specyficznym guście. A więc winszuję dyrektorowi kreatywnemu Balmain podwójnego postrzału w stopę… 😉

Balmain Homme


Tegoroczne odkrycia:


 

Thierry Mugler – A*Men Ultra Zest to wprawdzie edycja limitowana, nad czym niezwykle ubolewam, ale jeśli gdzieś zobaczycie ten charakterystyczny, pomarańczowy flakon – to sprawdźcie koniecznie, bo cholernie warto!

Thierry Mugler - AMen Ultra Zest

Bentley – Absolute For Men, to po prostu genialny Gucci Pour Homme, którego Bentley w swej nieskończonej dobroci, tfu roztropności – przywrócił światu, za co po wsze czasy będą go wielbić i czcić miliony… Czczę i ja i uprzejmie donoszę, że sezon „na szukam zapachu podobnego do Gucci PH” uważamy za zamknięty!.

Bentley Absolute EdP

Ginestet – Le Boise ta niepozorna marka stworzyła coś co mnie autentycznie zachwyciło i rozczuliło zniewalającym pięknem swego subtelnego, skąpanego w labdanum bukietu… Wiem że dostępność jest bardzo słaba, bo marka egzotyczna i w ogóle to nisza, ale jeśli cenicie klimaty Tumulte Christiana Lecroix, to jesteście w domu…

Ginestet - Le Boise

Maria Amalia od Morris Italy jak wyżej, czyli niemal nieosiągalna nisza, ale tak zachwycająca delikatnością i ciepłem swego wysublimowanego – otulająco ambrowego bukietu, że aż chciało mi się wyć… To są damskie perfumy, ale tak śliczne i pieszczotliwie balsamiczne, że nosiłbym ten zapach z dziką rozkoszą i wypsikałbym sobie nim pościel…

Maria Amalia Morris Italy

Tom Ford – Sahara Noir niestety już nieprodukowany, bo zbyt ambitny, zbyt specyficzny i niszowy jak na gusta przeciętnego bywalca perfumerii sieciowych, w których spotkamy sążniste i głębokie kompozycje Toma Forda… Ale nie płaczcie, albowiem na rynku jest Olympic Orchids Artisan Perfumes – DEV #2: The Main Act, który jest niemal doskonałym zamiennikiem dla nieodżałowanej, intensywnie żywicznej Sahary. Żywicznej do tego stopnia, że pachnie niemalże jak potraktowana lutownicą kalafonia, więc dla miłośników żywic w wydaniu hardkorowym, pozycja obowiązkowa.

Tom Ford - Sahara Noir

Cartier – Eau de Cartier Vetiver Bleu to jedna z najdelikatniej, najcieplej i najpiękniej objawionych vetiver, jaką możecie spotkać na rynku. Wprawdzie zapach nie jest ewenementem i jest kilka innych kompozycji, wybrzmiewających vetiverą na podobnie zaaranżowaną modłę – ale jak to mawiają, od przybytku głowa nie boli… Jeśli cenicie Lalique Hommage Voyageur, Pradę Infusion de Vetiver i Olfactive Studio Ombre Indigo, to Wasze uszy właśnie powinny przypominać uszy owczarka niemieckiego… 😉

cartier-vetiver-bleu

Diesel – Only The Brave zwraca uwagę przede wszystkim niebanalnym i diabelnie charakterystycznym flakonem, w kształcie pięści, ale to nie flakon zdobi perfumy, jak i nie szata zdobi człowieka. OTB to naprawdę ciekawe perfumy, a zwłaszcza w wersji Tattoo – choć Diesel jest marką która w ogóle ma wiele do zaoferowania, choć nikt się tego po niej nie spodziewa.

Diesel - Only The Brave flakon

Viktoria Minya – Hedonist Cassis czyli znów trudno osiągalna nisza, autorstwa pewnej ambitnej i bardzo kreatywnej węgierki. Po miodowym Hedonist, przyszła pora na porzeczkowego Hedonist Cassis, od którego soczystej cierpkości można chwilami dostać ślinotoku. Jeśli będziecie kiedyś mieć okazję powąchać jej perfumy, to gorąco polecam, głownie przez świeże i naprawdę interesujące podejście Viktorii do tematu.

Viktoria Minya Hedonist Cassis

Donna Karan – DKNY Men (2009) to naprawdę niepozorne perfumy od marki, które zrobiły na mnie dokładnie wprost proporcjonalne wrażenie. Wrażenie to potęguje fakt iż pochodzą od marki, która nie kojarzy mi się z niczym pozytywnym, za wyjątkiem damskiego Black Cashmere. Wprawdzie zapach nie jest bezprecedensowym objawienie, albowiem stanowi całkiem udaną kopię  klasycznego Eau Sauvage Extreme od Diora – ale zważywszy na owe podobieństwo i cenę obu kompozycji, stanowi naprawdę ciekawą alternatywę.

Donna Karan - DKNY Men

Tommy Hilfiger – TH Bold to kolejny zamiennik/alternatywa dla czegoś co już istnieje i w dodatku świetnie pachnie. jeśli lubicie klimaty kolońskie i chcecie wody kolońskiej naprawdę trwałej, efektownej i nieco innej niż wszystkie – to TH Bold aka trudno osiągalny Banana Republic Classic będzie naprawdę interesującą i niebanalną propozycją.

Tommy Hilfiger - TH Bold

Hugo Boss – Bottled Intense to jedna z nielicznych i naprawdę udana konwersja klasyka do konwencji Intense. Moda modą, ale mowa o legendarnym Bottled Intense, którego naprawdę nie chciałbym wąchać sprofanowanego przez nieudolny dział dusigroszy, tfu marketingu – które swym ślepym podążaniem za modą i trendami, zmasakrowały już nie jednego klasyka. Tym razem się udało i najęty przez Hugo Bossa anonimowy nos, wywiązał się z powierzonego mu zadania wyśmienicie. Efekt jego pracy wciąż pachnie jak Bottled i jednocześnie wypada przekonywająco jako Intense, więc moje podwójne gratulacje i gorąco polecam.

Boss Bottled Intense

Azzaro – Chrome Intense to kolejny przykład bardzo udanej konwersji klasyka, do wersji zintensyfikowanej. Choć wydaje się to oczywiste, w praktyce Intense/Extreme to w dzisiejszych czasach zwykle atrapa, wyczarowana naprędce przez kreatywny dział marketingu – to kategorycznie nie tym razem. To naprawdę pachnie jak Chrome w wersji Intense i ponadto broni się adekwatnymi parametrami – więc jeśli szukacie równie głębokiej alternatywy dla Acqua di Gio czy Bvlgari Aqua, to Chrome Intense naprawdę daje radę.

azzaro-chrome-intense-front

Lanvin – Avant Garde pojawił się w perfumeriach bez fajerwerków i jego premiera przeszła tak jakoś bez echa, a szkoda bo to naprawdę zacne perfumy. Wprawdzie ich geneza jest dość oczywista, a mianowicie uszczknąć dla producenta jak najwięcej z mody, zapoczątkowanej pojawieniem się równie kochanego co znienawidzonego 1 Million od Paco Rabanne. Ale trzeba przyznać, że w tym całym zalewie mniej lub bardziej udanych klonów – te perfumy naprawdę się bronią krojem i wykonaniem.

Lanvin Avant Garde

Karl Lagerfeld – Paradise Bay for Men są swoistym zaprzeczeniem ciężkich i zwalistych kwiatowych siekier, jakimi zwykle raczy klientów Lagerfeld. Poważnie, przy dotychczasowym dorobku Karla, Paradise Bay pachną jak żart, chichot, kaprys i drwina, pachną tak jakby zostały stworzone pod impulsem chwili – przez kogoś bardzo szczęśliwego i beztroskiego, kogoś zakochanego…

Karl Lagerfeld - Paradise Bay for Men

Olympic Orchids Artisan Perfumes – DEV #2: The Main Act pod tą koszmarną nazwą kryje się ni mniej ni więcej, bardzo wysokiej jakości zamiennik dla nieodżałowanej w pewnych kręgach Sahary Noir od Tomka Forda. Żywica tak ciężka i intensywna, że przywodząca na myśl paloną kalafonię lutowniczą, ale jak to pachnie… No więc jeśli tęsknicie za wspomnianą i nieprodukowaną już Saharą, to uprzejmie informuję iż istnieje dlań godna i zacna alternatywa…

Olympic Orchids Artisan Perfumes - DEV #2 The Main Act

więcej grzechów nie pamiętam… 😉

Napisane przez: pirath | 24 Grudzień 2016

przegląd polskich marek odzieżowych i ich perfum…

Wszyscy słyszeli np. o Hugo Bossie (który w czasach II wojny światowej ubierał w swoje świetnie skrojone mundury Wehrmacht i SS), czy Armanim, Calvin Klein, Burberry, Gucci, Chanel, Dior i innych tuzach świata mody. A tym czasem na naszym krajowym poletku, nie brakuje marek, które tak jak najwięksi rynkowi gracze – poza konfekcją i galanterią, oferują swym klientom również perfumy. Może nie są to marki tak rozpoznawalne i co za tym idzie pożądane co powyższe – ale warto mieć świadomość ich istnienia i przy okazji osobiście zapoznać się z ich ofertą.

brutal01

Bo „polskie perfumy”, to nie tylko Pollena i równie nieśmiertelna, co niekiedy siermiężna klasyka, która wryła się stereotypem Warsa i Brutala, w olfaktoryczną świadomość światopoglądową Polaków. Ale dziś nie będzie o perfumach celebryckich Anji Rubik, czy piłkarzy Majdana i Lewandowskiego, ani markach stricte kosmetycznych, czyli Dr Irena Eris, Miraculum, Pollena Aroma, Pollena Ewa, Inglot oraz Fridge. Dziś przyjrzymy się ofercie marek modowych: Wittchen, Próchnik, Bytom, Vistula, Tiffi, Paprocki & Brzozowski, Mohito, Bohoboco, Diverse, Michał Szulc, które postanowiły poszerzyć swoje portfolio o perfumy.

original-by-anja-rubik

Od razu zaznaczam, że niniejszy wpis jest raczej informacyjny niż merytoryczny, albowiem dużej części z tych zapachów nigdy nie dane było mi powąchać. Jednak w oparciu o faktycznie przeprowadzone testy, pokuszę się o wskazanie pewnej zależności. Otóż odnoszę wrażenie, że rodzimi producenci wykazują tendencję do kreowania tzw. zapachów bezpiecznych. Jeśli szukacie czegoś niebanalnego, bezprecedensowego, lub choćby charakterystycznego, to obawiam się że z wyjątkiem Próchnikowego Gromu i Szulcowego Sale 01 – trudno tu o zapachy ambitne, specyficzne i swoiste. Zdecydowanie brakuje mi w ofercie polskich marek perfum ekskluzywnych nie tylko przez pryzmat ich niekiedy zawrotnej ceny, ale i kroju oraz wykonania… Z drugiej strony trudno się dziwić, gdyż najłatwiej jest sprzedać zapach uniwersalny i swoim krojem adresowany do jak najszerszej grupy potencjalnych klientów. Zresztą, jeśli spojrzeć na poziom i krój perfum sygnowanych logo najbardziej rozpoznawalnych marek zagranicznych, to od jakiegoś czasu stosują one dokładnie tę samą taktykę…

perfumy-wittchen

Wittchen – to uznany rodzimy producent galanterii skórzanej. gdy kilka lat temu wypuścili serię czterech zapachów inspirowanych stronami świata, postanowiłem do nich napisać z prośbą o przesłanie próbek. Widać są tak rozchwytywani, snobistyczni i ekskluzywni, że nigdy nie doczekałem się jakiejkolwiek odpowiedzi na moją wiadomość. No cóż nic na siłę, ale po pojawieniu się ich kolekcji w Lidlu wnioskuję, że chyba nie wiedzie się im najlepiej – skoro tak „wyniosła i ekskluzywna” marka postanowiła przygotować kolekcję dla dyskontu spożywczego… 😉

perfumy-prochnik

Próchnik – ma w swej ofercie całkiem sporo perfum, również damskich, ale trzon ich oferty to mająca premierę w ubiegłym roku seria trzech zapachów, inspirowanych Cichociemnymi i tradycją polskiej obronności. trojaczki Gryf, Grot i Grom może nie są szczytem wyrafinowania i bezprecedensowego kroju, ale pachną naprawdę dobrze i co najważniejsze – razem stanowią naprawdę  wszechstronną i doskonale się uzupełniającą kolekcję, na którą składa się świeżak, casualowiec i elegancki zapach na wieczór. Zresztą szerzej pisałem o trojaczkach Próchnika TU, więc zainteresowanych zapraszam do lektury.

perfumy-bytom

Bytom – raptem kilka tygodni temu i dosłownie przypadkiem natknąłem się na perfumy marki Bytom. Jakież było moje zdziwienie (bardzo zresztą pozytywne), że kolejna rodzima marka odzieżowa, a w dodatku naprawdę renomowana, pokusiła się o własną kolekcję perfum. Wprawdzie pod względem kroju kompozycja „nie rzuca na kolana” – ale zawsze to miło robi się na sercu, gdy rodzimy producent się rozwija… 🙂

perfumy-vistula

Vistula – ha! wiedziałem że o czymś zapomniałem, ale dzięki czujności Fredka899 (pozdrawiam i jeszcze raz dzięki za przypomnienie) do niniejszego zestawienia dołączyły dwa zapachy Red i Black od Vistuli. Poznałem oba podczas mojej ostatniej wizyty w Łodzi i tamtejszej Manufakturze, którą zwiedzałem z Pawłem (również serdecznie pozdrawiam), ale szczerze powiedziawszy kompozycje Vistuli nie zrobiły na mnie wrażenia. Być może to przez pośpiech i przytłoczenie innymi zapachowymi wrażeniami z tamtejszego dnia. Zapamiętałem je jako zachowawcze i mainstreamowe aż do bólu, więc nic dziwnego że mi umknęły… Obawiam się też czegoś innego, a mianowicie rozmycia i niesłusznych posądzeń o odgapiostwo – wszak niedawno na rynku pojawiły się dwa, bardzo podobnie sygnowane zapachy (kolorystyka, nazwa i segmentacja). Chodzi rzecz jasna o Red King i Black King od Joop’a!, ale tu trzeba wyraźnie zaznaczyć, że to Vistula była pierwsza.

perfumy-tiffi

Tiffi – posiada w ofercie cztery dość interesujące zapachy, nazwana niewiele mówiącymi T1, T2, T3 i T4, za to ich kompozycje zapachowe mówią już znacznie więcej. Co więcej sprawiają wrażenie dziwnie znajomych, a wręcz wywołują sobą przemożne uczucie deja vu… Szerzej opisałem je TU i odnoszę dobitne wrażenie, iż nie są to autorskie kompozycje. Abstrahując od perfum Tiffi, jestem bardzo cięty na wszelkie przejawy odgapiostwa i mniej lub bardziej zamierzonego „inspirowania się„, ale niestety chore prawo z jednej strony pozwala jednym opatentować „prostokąt z zaokrąglonymi rogami” – a jednocześnie nie pozwala opatentować unikalnego brzmienia i receptury perfum, na czym co rusz ktoś „kreatywny” korzysta…

perfumy-bohoboco

Paprocki & Brzozowski, Mohito, Bohoboco, Diverse i Teresy Kopias i ich kompozycje to wciąż dla mnie tajemnica, ale być może kiedyś uda mi się je powąchać, a nawet zrecenzować. Szczególnie zaintrygowała mnie kolekcja Bohoboco, która jest naprawdę obszerna i wygląda na naprawdę profesjonalnie przygotowaną. Niestety część z wymienionych marek oferuje perfumy dedykowane wyłącznie paniom, a to zdecydowanie nie moje poletko… 😉 A tym czasem niecierpliwie czekam na perfumy sygnowane przez inne znane polskie marki odzieżowe, a więc Reserved, 4F i Wólczankę – a i może coś od Maćka Zienia i Ewy Minge?.

Napisane przez: pirath | 19 Grudzień 2016

Avon – Premiere Luxe Oud, czyli czyli przede wszystkim PijaR…

Widzę, że moda/zajawka na agar (tzw. oudomania) wciąż ma się dobrze, bo co rusz któryś producent wypuszcza własnego agarowca. Rzecz jasna z różnym skutkiem, bo moda na oud, która kilka lat temu przetoczyła się wpierw przez tzw. „niszę„, by nieco później przewalić się przez tzw. „mainstream, a teraz jej niedobitki właśnie przesączają się do tzw. segmentu „massmarketowo drogeryjnego” (czego przykładem jest oudowy Axe). Oczywiście to tylko segmentacja i product placement, który jak wiemy „na pstrym koniu i widzimisię dystrybutora jeździ„, więc każdy ma prawo w tym temacie zaistnieć.

avon-premiere-luxe-oud

Ale od razu mówię, że jeśli spodziewacie się kompozycji nawiązującej krojem i formą, do któregoś z pierdyliona oudowców np. Montale, to zbłądziliście. Zapach epatujący tym jakże dumnym i ekskluzywnym Premiere Lux Oud, to mieszanina Iceberg Eau de Iceberg Oud z Ginestet Le Boise (samo otwarcie) oraz suchych i ołówkowych Próchnik Grom, XoXove Pour Homme i Avon Classic w jednym. Jest to kompozycja zacna, męska i niebanalna i jeszcze do niedawna mogąca na upartego oblecieć, za namiastkę legendarnego Gucci Pour Homme. Ale teraz gdy ów Gucci Pour Homme został wskrzeszony przez Bentleya w kompozycji Absolute (a więc powrócił oryginał) – szukanie doń porównań i analogii, straciło sens…

271038af3a2218a59439bf6bcdc1235c

Tym niemniej są to naprawdę niezłe perfumy, podobnie zresztą jak opisywany niedawno Avon Classic, będący trzecim chronologicznie wcieleniem kompozycji jaką znajdziecie na rynku, również pod szyldami XoXoba Pour Homme i Próchnik Grom. Tyle że konia z rzędem temu, kto mi wskaże paluszkiem, gdzie w tym wszystkim jest ów tytułowy oud? Założę się, że nawet sprzęt NASA, do wykrywania czarnych dziur wykazałby (hipotetycznie) jakieś pojedyncze molekuły agaru – to są one tak syntetycznie i małostkowo ujęte, są tak suche, purystyczne, pochlastane i odrealnione od swego jakże charakterystycznego brzmienia – iż prościej stwierdzić, że poza nazwą, z oudem ten zapach nie ma nic wspólnego… Co więcej Premiere Luxe Oud ma też niewiele wspólnego z orientem, oryginalnością oraz ekskluzywnym brzmieniem, gdyż jak wymieniłem już na wstępie – zapach przypomina co najmniej kilka innych i starszych kompozycji…

avon-premiere-luxe-oud-rekmama2

Owszem Premiere Luxe Oud jest ładny i robi wrażenie swym purystycznym, suchym i drzewno ołówkowym krojem, ale po cholerę dorobili mu ideologię oudowca? Te perfumy nie mają nic wspólnego z oudem i za to „nadużycie” należy się Avon’owi spory minus. Co więcej zapach zbyt mocno przypomina inne perfumy ten marki, a mianowicie Avon Classic, którego niedawno opisałem – a który również pachnie uderzająco podobnie do wspomnianych Próchnik Grom i XoXoba Pour Homme, a więc dostajemy klon wcześniejszego klona, tyle że z bajerancką i przekłamaną nazwą… A więc jeśli szukacie luksusowego oudu (bądź w ogóle oudu), to w tych perfumach go nie świadczycie, podobnie jak bezprecedensowej oryginalności. Ale jeśli szukacie niebanalnego, dyskretnego, nowoczesnego, niewątpliwie męskiego i eleganckiego „drewniaka” o suchym i piżmowo pylistym zacięciu – to w tej roli Premiere Luxe Oud spisuje się wyśmienicie.avon-premiere-luxe-oud-edp

rok powstania: 2016

nos: Yves Cassar

projekcja: dobra

trwałość: dostateczna

Głowa: czarny pieprz, imbir, lawenda,
Serce: paczula, agar, drzewo gwajakowe,
Baza: ambra, drzewo sandałowe, piżmo,

Dawno nie miałem styczności z zapachem, który wywołałby u mnie tak ambiwalentne uczucia i nie pozwolił się jednoznacznie ocenić. A przecież ostatnimi laty, Calvin zdążył nas przyzwyczaić do naprawdę dobrych i solidnie przygotowanych premier – czym w moich oczach, CK zdołało z siebie zmyć niechlubną etykietkę producenta nietrwałych i banalnych „owocowych soczków„. Ten zapach zachowuje się i układa na mej skórze w sposób tak zaskakująco zmienny, niekonsekwentny, rozchwiany i androgeniczny – iż po zużyciu całej próbki, wciąż nie wiem do końca jak, czym i komu to pachnie… Co więcej codziennie te perfumy odnotowują inne parametry projekcji i trwałości. Wczoraj zapach spokojnie dobił na skórze do 8 godzin z okładem, gdy dziś po niecałych sześciu, ledwie go czuję. Ba, nie jestem w stanie nawet określić co sądzę o Essence, bo za każdym razem kiedy próbuję się z nimi zaprzyjaźnić, pachnie po prostu inaczej. Nie wiem czy to wina mojej skóry, diety lub dnia, ale ciężko polubić i poznać perfumy, które odnoszę wrażenie – codziennie poznaję po raz pierwszy… Taki dzień świstaka i zabawa w kotka i myszkę, w jednym… 😉

calvin-klein-euphoria-essence-men

Jedno jest pewne, Essence Men niespecjalnie nawiązuje do klasycznej męskiej Euphorii (jedynie lekkim krojem), zaś do wersji Intense już w ogóle… Odnoszę wrażenie, że trzon bukietu Essence tworzy dużo bluszczu, mięty pieprzowej, szałwii muszkatołowej i syntetycznego piżma oraz innych akcentów silących się na oddanie brzmienia „szorstkiej surowości i pseudo zamszu” – by drugiego dnia zagrać mi delikatną i ujmującą serenadę, brzdąkając po zapachowej pięciolinii iście wiosennymi konotacjami kwiatowo roślinnymi, które łagodnie pieszczą me nozdrza. Chyba nie muszę mówić jak Essence mnie tą niestałością i niekonsekwencją, niemiłosiernie irytuje… Wówczas dla odmiany czuję delikatność wyrażoną mam wrażenie fiołkiem (liść) i herbatą, zupełnie jak w Gucci Pour Homme II, tyle że Euphoria Essence Men jest od Gucci’ego wytrawniejsza i mniej słodkawa. I obawiam się, że nie jest też równie ciekawa, zniewalająca, dopieszczona, finezyjna i ujmująca swą wysublimowaną i perfekcyjnie skrojoną delikatnością – więc nie radzę traktować EEM jako zamiennik dla GPH II, wszak to tylko ogólne wrażenie, a nie fizyczne podobieństwo… 🙂

2015

Ale któryś szałwiowy Jaguar też tak pachnie i mam wrażenie jakiś St. Dupont, czy Varvatos? O mam!, przecież Zadig & Voltaire, oferują przecież całkiem niezłego Tome 1, który wybrzmiewa podobnie skorelowaną, szałwiowo piżmowo kwiatową (jaśmin) i równie purystyczną świeżością!. Tyle że od Calvina, noszącego kultową już nazwę Euphoria i w dodatku opatrzoną mocnym podtytułem Essence, oczekuję zapachu będącego bardziej ukłonem w stronę głębi Intense/Gold, a nie letniego i uniseksowego świeżaka… Sorry nie ta segmentacja (nieadekwatna)… Flakon tych perfum powinien być biały albo szary (jak w klasycznym Narciso Rodriguez for Him), sprawiać wrażenie zmrożonego lub pokrytego szronem, bo tak te perfumy pachną – są raczej chłodne i w neutralny sposób zdystansowane, więc skąd ta myląca czerwień?… Dopiero z czasem, tak w godzinę od aplikacji zapach nabiera swoistej głębi, robi się nieznacznie słodki, ciepły kremowy i chropowato zawiesisty – ale wciąż nie jest to głębia, która sankcjonowałaby użycie epitetu „Essence„, że o sugerowaniu iż ten zapach ma cokolwiek wspólnego z klasyczną męską Euphorią, nie wspomnę…

calvin-klein-euphoria-essence-men-bokiem

Kwiatowo piżmowe, kremowe, ździebko pudrowe i odrobinkę suche oraz niezdefiniowane serce – acz wciąż delikatne serce tej kompozycji, sprawiają iż trudno, naprawdę trudno uznać te perfumy za męskie i skrojone dla mężczyzn… To bardziej uniseks, podobnie jak Zadig niż zapach, który z pełnym przekonaniem określiłbym jako męski/dla mężczyzn. Owszem można mieć wylane na segmentację narzuconą przez producenta – ale już Michał Szpak, w pełnym scenicznym anturażu (obcasy i piórka), jest bardziej męski niż te perfumy… No kurcze, przy Essence taki Daim Blond Lutensa, wydaje się męski i samczy, niczym Cuir Mauresque!. 😉 Całe szczęście Essence to eksperyment, tfu edycja limitowana, która mam nadzieję nie trafi do stałej oferty i między innymi dlatego wybaczam Calvinowi niniejsze „rozchwiane i niekonsekwentne” potknięcie…calvin-klein-euphoria-essence-men-edt

rok powstania: 2015

nos: Jean-Marc Chaillan

projekcja: od dobrej, po dostateczną

trwałość: od bardzo dobrej, do dostatecznej

Głowa: bergamotka, bluszcz,
Serce: biały pieprz, jaśmin, zamsz,
Baza: ambra, drzewo gwajakowe, fasolka tonka,

 

Older Posts »

Kategorie

%d bloggers like this: