Napisane przez: pirath | 11 Maj 2011

Infusion D’homme, Tabac, Bowling Green i Interactive


tym razem dzięki uprzejmości i hojnej dłoni naszego aleksandra (próbki pełne po brzegi + zajefajna płyta CD jako akompaniament dla Tabaca, który pasuje jak ulał) cieszę się kolejną porcją próbek których mój nos łaknie jak powietrza… thx Oli, i’m own U Very Happy
na pierwszy ogień coś co wydawało mi się że dobrze znam, ale chciałem móc pokontemplować w domowym zaciszu… i całe szczęście że tak zrobiłem, bo nie znałem pełni jego piękna….

Prada Infusion D’homme – jakim grzechem było testowanie z nadgarstka i blotera tego cudeńka w douglasach….
nie wiem czy to wina ich potężnej klimatyzacji, szybkiego obiegu powietrza, niskiej wilgotności, czy tłoczącego się wokół nosa tumultu setek innych zapachów, ale dopiero w domu poczułem co Infusion ma naprawdę do zaoferowania…
to co w perfumerii dolatywało do nosa to tylko delikatna mgiełka tego czym zapach emanuje w domowych bardziej sprzyjających warunkach, gdzie powietrze nie jest suche jak wiór (a razem z nim śluzówka nosa) i nic nie zakłóca spokojnego niuchania….

proponuję byście wzięli sobie tą przestrogę do serca i nie skreślali niektórych zapachów tylko przez pryzmat wąchania w perfumerii, ja sam dopiero teraz widzę jak jest to przekłamane doświadczenie… warto dać zapachowi szansę w domu, poza perfumerią!

tyle gwoli przydługawego preludium do właściwego tekstu o infusion, teraz pora na konkrety….
ten zapach w stanach gdzie miłują się w perfumowej świeżości będzie wielkim hiciorem, a i stara zmanierowana, łaknąca ekstrawagancji Europa zachwyci się jej niewinnością i czystością….
pachnie wysokiej klasy mydłem, którego subtelny zapach pozostaje na skórze po wyjściu z kąpieli… to świeżo wymyte ciało osuszone ciepłym letnim wiaterkiem ubrano w świeżo upraną, wyprasowaną i nakrochmaloną białą koszulę… i koniec Wink
Prada pachnie dość liniowo i bez spektakularnych szaleństw, za co jeszcze bardziej ją cenię…. jest to doskonały zapach na dzień i w zasadzie dzięki swemu uniwersalnemu i transparentnemu sercu może umilać życie przez okrągły rok…

kolejna próbka i kolejny cios dla portfela… na szczęście taniutki, a urodą bijący na głowę całe tabuny zapachów…

Maurer & Wirtz – Tabac Original
spodziewałem się ciężkiego, gorzkiego i duszącego zapachu opartego na żywcem wykręcanym z olejków zapachowych tytoniu, a dostałem prawie – uwaga Pradę Amber Wink
Pachnie świeżością, ambrą, delikatnością z delikatnym tytoniem w tle w otwarciu i sercu, ale nie jest tak słodki jak Amber, przez co jest ultra męski. Pachnie mi dżentelmenem z lat 40/50 z nienaganną toaletą ubranym w świetnie skrojony garnitur, kapelusz i prochowiec… wyobrażam sobie, że Humprey Bogart w „Casablance” musiał właśnie tak pachnieć… zapach dla faceta z klasą, dystyngowanego, szarmanckiego dla dam, o nienagannych manierach, ale któremu nie schodzi z kącika ust szelmowski uśmieszek amanta….
aż chce mi się powiedzieć ‚ „proszę Sam zagraj to jeszcze raz” by mieć kolejne kilka minut na spokojnie adorowanie Tabaca…

Trzecie próbka i znów hicior – Geoffrey Beene – Bowling Green
otwarcie jest hardcorowym cytrusem rodem z płynu do mycia naczyń….
jednak już po kilku sekundach gdy zmysł powonienia wychodzi z szoku i powoli zaczyna ogarniać z czym ma do czynienia…
otwarcie paraliżuje olejkiem pomarańczowym pozyskanym ze skórek oraz zapachem olejku skórki cytryny pozyskanym przez bardzo drobne stracie tejże skórki na tarce… jest cytrusowo, ale w kontekście skórki a nie samych owoców choć i pomimo tego otwarcie jest monumentalne!
później zapach tężeje, choć cytrusowy sznyt towarzyszy nam do samego końca a zmieniają się tylko składniki towarzyszące przetaczające się przez scenę Bowling Greena…. wg deklaracji producenta skład jest imponujący, choć nie wyczuwam tego bogactwa i wierzę na słowo… najbardziej namacalnym składnikiem jest dla mnie kadzidło, którego nie ma w składzie, a zawdzięczam je pewnie misternej grze innych ingrediencji… jest też wysokich lotów igliwie i szlachetne drewno dla złagodzenia i przeciwwagi kompozycji…
bez dwóch zdań BG to zapach wyśmienity, i niepowtarzalny w każdym calu, bo nawet mocarne otwarcia cytrusów rodem z takich oldskulowych dzieł jak Cacharel PH i Armaniego PH nie mogą się równać impetem BG…

ostatnia próbka to prawdziwe wyzwanie dla nosa….

kwintesencja syntetyku w tak zwariowanej i intrygującej formie jak policjant zatrzymujący mnie do rutynowej kontroli drogowej, kiedy ja w myślach kombinuję „a za co mnie znów zatrzymują?”
Police Interactive pour Femme pachnie dziwacznie… jakby ktoś zmieszał ze sobą kilka perfum i sprzedawał pod odrębną marką….. początek jest jednocześnie świeży dzięki jakimś trudnym do wychwycenia nutom wodno owocowych: melona, aloesu czy mango któremu wtórują duszące nuty ciężkich orientalnych kwiatów frezja, lotos?….
te nuty przekrzykują się wzajemnie próbując dojść do głosu na stałe a sprawia to wrażenie jakby poszczególne nuty ze sobą zaciekle walczyły o byt na mej skórze….
u mnie wywołuje to wrażenie niepokoju i chaosu, a nie lubię tak pachnieć… kobieta pachnąca Interactive wzbudzać musi skrajne odczucia… trochę mi to trąci schizofrenią albo pomieszaniem zmysłów….
a to w połączeniu z okrutną wręcz syntetycznością dobrze nie wróży…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: