Napisane przez: pirath | 24 lipca 2011

Davidoff – Adventure EdT, czyli powrót emerytowanego awanturnika…


Jestem w kropce… nie lubię testowania perfum z prawego nadgarstka… nie wiem czemu, ale pisanie o perfumach wąchanych z lewego nadgarstka przychodzi mi łatwiej… a jestem osobą wybitnie praworęczną… no prawie 8)
Pewnie zapytacie:  „a jakie do cholery ma to znaczenie i co to ma wspólnego z tematem?” Otóż na lewym nadgarstku ciągle trwa zaaplikowany niemal dobę temu Marc Jacobs – Bang!… pomimo kilkukrotnego szorowania łapek nie pozwala się zmyć… i nadal dzielnie pachnie! 😉

Ponadto wąchanie z prawej łapki, zmusza mnie do puszczania co rusz myszki, co dodatkowo komplikuje mi edycję tekstu i korekty pierdyliona literówek jakie popełniam… więc bądźcie pewni, że ten tekst rodził się w nie lada bólach…
(osoby, które poruszyła ta historia, mogą wpłacać datki na podany u dołu ekranu numer konta 😈 )… ale do rzeczy…

Davidoff – Adventure naprawdę mnie poruszył od pierwszego niucha… dawno nie wąchałem czegoś tak urodziwego, oryginalnego i zachowującego jednocześnie ujmującą prostotę i niezobowiązujący charakter… Ten wizerunek aż nie pasuje do zapachu, którego nazwa kojarzyła mi się dotąd z syndromem włóczęgi i wiecznego awanturnika…
No proszę, a tu niemal ciepłe kluchy i sielanka jak pod lipą u Kochanowskiego

Jak powinien pachnieć zapach dla Indiany Jones’a i Lary Croft? na pewno musi mieć kopniaka, pazury i jakieś wirujące ostrza na podorędziu… powinien też wyrażać przejmujący świst bicza, mrok, wilgoć i niedostępność dżungli amazońskiej, gdzie uwaga – NIE MA ZASIĘGU! 8)
Wiem, że nawet pełzające, wszechobecne robactwo, węże i drapieżniki nie poruszyły Was tak mocno, jak ostatni wytłuszczony fragment – więc proszę o zachowanie spokoju i nie wpadanie w panikę… darmowe minuty nie przepadną 😉

Adventure zaczyna się niezwykle przyjemnym ujęciem cytrusów skąpanych w herbatce Yerba Mate i szczypcie pieprzu… ujęcie jest doprawdy niezwykle kulinarne i apetyczne… ponadto kojarzy mi się z niezwykle ujmującą figą, znaną z Marca Jacobs’a – Men..
Całość pachnie wręcz fantastycznie… Zapach mógłby spokojnie pojechać do samej linii mety na tym akordzie i prawdopodobnie nikt by się o to nie obraził…

Ale to co dobre nie trwa długo i pora zwijać biwak nad brzegiem strumienia… czas napełnić bukłaki wodą i puścić „strzałkę” z telefonu satelitarnego do bliskich…
(no co? przecież nikt przy zdrowych zmysłach – znając cennik połączeń, nie będzie z tego draństwa dzwonił!) i dalej w drogę…
Niestety dalsza droga robi się bardzo wyboista i stroma…

Ujmująca herbatka skąpana w figach znika gdzieś w gęstwinie dżungli… szkoda, bo tak milusio nam się gawędziło, podczas wyrąbywania sobie maczetami dalszej drogi… Dalej musimy podążać mając za towarzyszy wyłącznie małomówny sezam i pimento (jakieś południowo amerykańskie pieprzno podobne zielsko)…
Im głębiej zapuszczamy się do serca Amazonii, tfu kompozycji – tym robi się ciemniej i monotonnie…
Mówiąc wprost zalatuje tu nudą… po tak interesującym początku spodziewałem się większej głębi, a przede wszystkim dynamiki i wartkiej akcji… gdzie ta charyzma i wszędobylstwo, które cechuje poszukiwaczy przygód? Zapach zamiast ostro napierać naprzód, zaczyna opadać z sił…

Kompozycja przypomina na tym etapie blisko 100 letniego Harrisona Forda z wystającymi z każdego otworu licznymi rurkami… wygląda to groteskowo i żałośnie, ale uparł się, że i tak zagra w szóstej serii Indiany Jones’a
Towarzyszy mu niewiele młodsza Brandżelina, w roli dzielnej Lary, ale z nią czas też nie obszedł się łagodnie… Gdyby nie stanik, uderzałaby biustem o podbrzusze, a jej niesamowite ongiś usta trzymają się twarzy, tylko dzięki zręcznym palcom chirurga i kilogramom botox’u

Szkoda, bo zapach zapowiedział się fantastycznym otwarciem i pragnąłem jeszcze… naprawdę nie dało się wykrzesać więcej?
Czuję co prawda nadal jakby echo otwarcia… w postaci niemal zatartego odbicia herbatki Yerba, w otoczeniu spłowiałego pieprzu i domieszki zleżałego ziarna sezamu, którego aromat już dawno zwietrzał… smutno mi… czy tak właśnie kończą swe przygody dzielni bohaterowie mojego dzieciństwa?

Cięcie!

Nie będę się dalej rozpisywał bo szkoda taśmy, tfu mojego i Waszego czasu, bo doprawdy nie ma o czym tu pisać… dalej pojawi się tylko lakoniczne, mdłe i ledwie wyczuwalne ujęcie czegoś, co emuluje drewno cedrowe i odrobinka wyleniałego piżma
Zapach spada w czeluści jakiejś nieostrożnie uruchomionej pułapki… będzie tam leżał przez setki lat, aż jego zbielałe kości odkryje kolejny awanturnik… miejmy nadzieję, że będzie w lepszej kondycji…

Jestem zawiedziony… kolor cieczy wewnątrz dość ładnego flakonu sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z rasowym łowcą przygód… zapachu tak intensywnego i zmiennego, że na czas mrugnięcia okiem, trzeba będzie włączyć pauzę – by nie uronić ani jednej sceny…
tym czasem otrzymaliśmy co najwyżej „smażone zielone pomidory” w wersji reżyserskiej…
Końcówka Adventure przypomina mi trochę serce nowego Kenzo – Boisee pour Homme… trwałość jest kompozycji jest dobra 8-10 godzin, choć zapach jak wspomniałem jest dość nieśmiały i wstrzemięźliwy… idealnie wpasuje się w umiarkowane pory roku, gdy temperatura oscyluje wokół dwudziestu stopni Celsjusza…

Żeby była jasność… zapach nie jest wcale zły… jest całkiem przyjemny, powiedziałbym, że bardzo urodziwy, nawet jego finisz jest ładny… choć blisko skórny i nazbyt nieśmiały… historia którą opowiada do przygód awanturnika bynajmniej nie pasuje, bo brakuje w niej dynamiki i charyzmy… to zapach bardziej dla szachisty…
Adventure spodobał mi się na tyle, że postanowiłem dopisać go do listy rozważanych zakupów, ale ostateczną decyzję podejmę po dokonaniu jeszcze paru testów globalnych…

Głowa: mandarynka, limonka, bergamotka, liście ostrokrzewu paragwajskiego, czarny pieprz
Serce: sezam, południowo-amerykański pieprz
Baza: peruwiański cedr, wetiwera, biały piżmowiec
Advertisements

Responses

  1. Jeden z pierwszych zapachów jakie nabyłem (przyznam się zresztą, że w ciemno). Zgadzam się – przyjemny początek, a potem trochę nudno, na dodatek dość słaba trwałość i projekcja na mojej skórze.

  2. Botoksu… jeśli już.
    Nie rozumiem, dlaczego trzydziestokilkuletni i chyba sympatyczny facet przyjmuje postawę ageistowską. Dziwne.
    Zapach natomiast wyróżnia się jedynie fatalną trwałością.

    • Botoks, Botox, ale wszyscy zrozumieli, prawda?
      Taxi czy Taksi? nie mam zwyczaju spolszczania na siłę 🙂

      ageistą nie jestem… no może troszeczkę… mam przykre doświadczenia z emerytami korzystającymi z transportu publicznego… 2 przystanków nie ustoi, ale pod krzyżem potrafi sterczeć całymi dniami 🙂

  3. Taxi – oczywiście. Ale ‚botoksu’, ponieważ ‚x’ jest na końcu wyrazu. Nie na siłę, tylko poprawnie.

    I z tak błahego powodu zaszli Ci za skórę? Oj, Marcinie…

  4. oby to było raz… nie rozumiem tej maniery nagabywania ustąpienia miejsca za wszelką cenę… wychowano mnie tak, bym sam ustąpił, ale skoro ktoś się chamsko tego domaga, to włącza mi się złośliwiec…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: