Napisane przez: pirath | 9 sierpnia 2011

Olivier Durbano – Amethyst, czyli zbytnia wstrzemięźliwość…


Uwielbiam kompozycje Durbano… są takie szlachetne i uduchowione… ich tajemniczość i esencjonalność rozświetla niesłychana wręcz głębia, autentyczność i wyrafinowana forma… Każda kompozycja mistrza Oliviera jaką dotąd poznałem, to małe lub większe arcydzieło… każda jest niepowtarzalną chwilą zamkniętą w zgrzebną szklaną butelkę… Każda to niesamowita historia, którą opowiada inny kamień półszlachetny…
Jestem zauroczony fenomenalnym Cristal de Roche (2005) i zakochany w kultowym Black Tourmaline (2007)… Bardzo też doceniam charyzmatyczne Jade (2008)…
Dziś przyszła pora na Amethyst z 2006 roku…

To co najbardziej mi się rzuca w nos podczas zgłębiania zapachów Oliviera Durbano, to ich wspólny mianownik… Określam go mianem „wspólnego tła zapachowego„…
Nie istotne w jaką stronę podąża kompozycja, albo jaką przyjmuje docelowo formę… to charakterystyczne tło, stanowi głęboko osadzony fundament każdej kompozycji tego jubilera… Swego czasu zastanawiałem się, czy aby mistrz Durbano osobiście stoi za swoimi działami – czy też jest to jakaś cicha koprodukcja, a nazwisko prawdziwego nosa jest pilnie strzeżoną tajemnicą…
Jednak znajdując w każdym jego zapachu ten sam wspólny mianownik – coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że stoi za nimi jeden nos… czyżby sam Olivier?
Jeśli tak, to jest prawdziwym dzieckiem renesansu… niesamowicie uzdolnionym człowiekiem, przed którym chylę czoła… i naprawdę pragnę wierzyć, że jest autorem tych fantastycznych kompozycji…

Abstrahując od tego kto jest biologicznym ojcem tych wszystkich kompozycji – jedno jest pewne… w każdej z osobna znajdziemy ten „wspólny element tła„… swoisty, odciśnięty znak wodny… wizytówkę twórcy… Ten sam element zostawia w swych kompozycjach między innymi Ellena… Tę samą manierę znajdziemy też w orientalnych zapachach Amouage… Więc jak mawiają – na dwoje babka wróżyła…
Albo jest to osobisty podpis twórcy zapachów – albo wspólny, wysoce rozpoznawalny element stylistyczny, który łączy wszystkie zapachy danej marki… Coś jak charakterystyczna, rozpoznawalna na pierwszy rzut oka po samym obrysie sylwetka samochodu znanej marki…

Jest coś czego brakuje mi w Amethyste… coś, co czyni zapach mało ciekawym, by nie powiedzieć nudnym… mam na myśli brak  wyrazistości
Amethyste jest bardzo stonowaną, niewyraźną i nazbyt cichą kompozycją… owszem jest podkuty kadzidłem, posiada głębię, ale nie powala jak wcześniej wymienione tytuły…
Zaczyna się interesującym ujęciem aromatycznej bergamoty, w towarzystwie nuty pieprzu, niemal od samego początku kadzidła oraz winogronowego miąższu z dodatkiem czegoś ziołowego… Wącham zawzięcie, ale zapachu malin nie odnajduję…

Początek jest delikatny, bardzo subtelny i nazbyt grzeczny jak na standardy Durbano… Sielankowe otwarcie przypomina mi raczej jakiś napar herbaciany z suszu owocowego – niż fascynujące otwarcie Rock Cristal i Black Tourmaline… Kompozycji brakuje polotu i jaj… mówiąc wprost, z bolącym sercem – Amethyste pachnie beznamiętnie… Nawet kadzidło stanowiące obowiązkowy składnik każdej aranżacji mistrza Oliviera jest przytępione… w sumie jedynym mocnym akcentem, dzięki któremu kompozycja jeszcze nie zasnęła na stojąco – jest nuta pieprzu… Trąca zapach łokciem w bok, nie dopuszczając by zaczął chrapać… zarówno zapach jak i ja…

W późniejszej odsłonie zapach robi się nieco bardziej wytrawny i ziołowy… odrobinę ciepła wniósł palisander… to dziwne, bo wedle składu w sercu jest też jaśmin i irys… to mocne nuty, ale kompletnie ich nie czuć…. czyżby zwiędły z nudów?
Jestem rozczarowany przebiegiem Amethyst’a… gdzie tu moc doznań i rozmach rozbudowanych dzieł francuskiego jubilera? Pachnę w tym momencie delikatnym kadzidłem wzmocnionym pieprzem z dodatkiem ziołowego suszu w tle… WTF?

Najgorsze jest to, że do samego końca niewiele się zmienia, a już na pewno nie na plus… Gdyby nie ta odrobina słodyczy w sercu, to otrzymalibyśmy niemal ziołowo kadzidlany, przygaszony CdGAvignon… Zapach przede wszystkim wypłyca się i staje się odrobinę cierpki za sprawą sandałowca, który sprawia wrażenie jakby butwiał od nadmiernej wilgoci… towarzyszy mu też jakaś niezdefiniowana, oleista nuta oraz nieśmiałe piżmo… i koniec…
Trochę słabo wyszło jak na hołd dla ametystu… to piękny kamień, o niezwykle szlachetnej barwie i zasługuje na znacznie cieplejsze oblicze wyrażone w zapachu…
Nawet chłodny z definicji kryształ górski w interpretacji Durbano – wypadł znacznie cieplej od ametystu…
Ametyst to wedle wierzeń patron wstrzemięźliwości, lecz zapach wyszedł aż za bardzo wstrzemięźliwie

Kompozycja szybko staje się blisko skórna i gaśnie w oczach… jak na EdP trwałość jest wysoce niezadowalająca… To jak dotąd najsłabsze z dzieł genialnego jubilera… przede mną jeszcze wodny Turquoise i zagadkowy Pink Quartz… już się boję…

Głowa: bergamotka, pieprz, winogrona, malina
Serce: kadzidło, palisander, jaśmin, irys
Baza: roślinna ambra, drzewo sandałowe, piżmo, wanilia

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: