Napisane przez: pirath | 9 września 2011

Oriflame – Architect, czyli architektoniczne dejavu…


Macam i macam… nie zboczeńcy!… nie „tkanki miękkie” – tylko we wnętrzu skrzyneczki z próbkami… o! wymacałem 😉
Padło na Architect Oriflame, czyli markę kojarzoną głównie z wytwarzaniem wszelakich mazideł, kremów i innych rujnujących cerę specyfików dla pań… Oczywiście macie rację – zbytnio upraszczam, ale proszę jeszcze nie wbijać szpileczek w piracią kukiełkę voodoo…

UWAGA! szanowny czytelniku bloga: jeśli masz problemy z szybkim czytaniem i nie lubisz dłużyzn, to zacznij przewijać wpis w dół, aż zobaczysz * (gwiazdkę)… od tego miejsca zaczyna się właściwa recka… mam nadzieję, że odciążyłem i pomogłem… 😈

Specyfiki te mają mieć „zbawienny” wpływ na skórę, ale nie oszukujmy się… to w przeważającej części tylko chemia, przeciętnej zresztą jakości – bo w tej cenie nie da się inaczej… czasu też cofnąć się nie da… no dobra Krzyś Ibisz zna cheet’a… 8)
I choć wszystko jest dla ludzi, to starzeć trzeba się przede wszystkim z godnością… tradycyjnie zboczyłem z tematu, więc wróćmy do wątku przewodniego…

Marki pokroju Oriflame, Avon i im podobne, to firmy działające na zasadzie piramidek, gdzie każdy „wyjadacz” ma pod sobą człowieka, a gdzieś na samym końcu jakaś „szara mysz” odwala za nich czarną robotę, wciskając ludziom ich wyroby… Wydają swoje katalogi, urządzają promocje i kuszą co rusz nowościami…

O ile pamiętam, to żaden zapach z ich oferty nie zagrzał na dłużej miejsca i nawet jeśli okazał się naprawdę dobry – to w myśl filozofii marki musiał odejść – robiąc miejsce kolejnemu i niekoniecznie równie ciekawemu… naprawdę dziwi mnie taka polityka, bo zazwyczaj każdy szukając dla siebie zapachu i w końcu go znajdując – pragnie używać go przez wiele lat… a tu bach! nowa kolekcja i pozamiatane…

Jednakże czasem przez przypadek, tudzież cudownym zrządzeniem losu – światło dzienne ujży naprawdę przyzwoite pachnidło… a że cudów po tego typu markach (w kontekście perfum) raczej nie należy oczekiwać, a to z prostej i powszechnie znanej przyczyny… Sygnowane są zapachy miłe, łatwe i przyjemne, takie które łatwo trafiają w gust masowy i będą się dobrze sprzedawać… w biznesie gdzie oferta zmienia się jak w kalejdoskopie, nikt nie wyskoczy z ambitnym olfaktorycznym dziełem – bo będzie się słabo sprzedawać, a po roku i tak będzie trzeba to zdjąć i podliczyć straty…

* (tu zaczyna się tekst właściwy, bez zbędnego pitu-pitu) 8)

Rok temu zawrzało na fqjciorowym forum z powodu premiery nowej kompozycji od Oriflame, a mianowicie Architect… Zapach kusił pozytywnymi przedpremierowymi doniesieniami i niebanalnym, wysmakowanym flakonem… sporo sobie po zapachu obiecywaliśmy, no ale po „zderzeniu z prozą życia” dla sporej części z nas zapach okazał się rozczarowaniem albo przeciętniakiem i do tego o mocno wątpliwej trwałości… dziś pora przyjrzeć mu się bliżej…

Wąchając otwarcie nie mogłem się nadziwić jakież ono urodziwe i wdzięczne…
i paradoksalnie nie o cytrusy się rozchodzi, choć te też tu są… wącham i nie mogę się nadziwić, doświadczając równocześnie mieszanych uczuć… coś jakby dejavu albo inny plagiacik? No przecież to mi zalatuje Burberry London!… tudzież głębokim sercem Jacques Bogart pour Homme (gdy tonka nieco zwietrzeje)…
Ta sama nuta i barwa przypominająca ulepkowato słodkie wiśnie, lub porzeczki z babcinego placka… (celowo i z premedytacją piszę o placku babuni, bo domowe wypieki są ostatnio na mym blogu trendy i jazzy 😉 )

Abstrahując od podobieństwa do wspomnianych zapachów – Architect jest więcej niż poprawą i naprawdę udaną kompozycją… Potrafi zauroczyć swą owocową, słodką głębią i wkraść się w łaski poprzez soczyste, apetyczne otwarcie… wcale się nie zdziwię jeśli całkiem nieźle się sprzedaje, bo po dłuższych testach sam bym go nabył… no dobra nie nabędę, bo omijam szerokim łukiem zapachy, które żyją raptem kilka godzin…

To co mnie najbardziej zastanawia w tym zapachu, to jego skład na papierze i barwa, którą uzyskuje na skórze… to po prostu nie trzyma się kupy…
no ni w ząb nie czuć tego na skórze… czuję się jakbym wąchał perfumy – czytając wykaz składników od zupełnie innej kompozycji… Producent deklaruje też w składzie wzbudzającą dreszczyk emocji cykutę (śmiertelna trucizna, od której zszedł nam Sokrates), ale pewnie w ilości jedna cząsteczka molekularna na hektolitr perfum…
już by im WHO czy inny wróg perfumiarzy, pozwolił wypuścić to na rynek… 😉

Jedno jest pewne – Architect to bardzo ciepła i szykowna kompozycja… jest z gatunku tych przyjemnych, słodkich – acz nie przytłaczających zapachów na cały dzień i na każdą okazję… Intensywny owocowy początek dość szybko przemija (a szkoda) i zapach wchodzi w fazę spokojnego drzewnego serca… jest przytulnie, komfortowo i bezpiecznie… Zapach niezbyt intensywnie daje o sobie znać, będąc dyskretnym towarzyszem, a w ostatniej fazie, naprawdę blisko skórnym… od czasu do czasu pod nos nawinie się ta wspaniała nuta wiśni zawiniętych w liście porzeczki, czyniąc nosicielowi miłą niespodziankę…

Niestety w kwestii żywotności kompozycji już tak różowo nie jest i pomimo hojnej aplikacji (w sumie miałem dwie próbki, więc jedna poleciała globalnie) zapach niknie po 4-5 godzinach… szkoda, bo z lepszą trwałością i nieco śmielszą projekcją – mógłby powalczyć o bardziej wymagających użytkowników… Na szczególną uwagę zasługuje jego wysublimowany, minimalistyczny flakon… jest prawdziwą ozdobą kompozycji i toaletki… spiętrzone sześciany imitują konstrukcję nawiązującą do jakiejś wizualizacji supernowoczesnego wieżowca… takiego jak ten

Głowa: cytryna, kardamon, cykuta
Serce: drzewo cedrowe, drzewo gwajakowe, sekwoja,
Baza: paczula, wetiwer, tytoń

Reklamy

Responses

  1. Super,że wpadłam na Twój blog.Bardzo subiektywnie tutaj,ale śmiechu nigdy dość.Naprawdę fajnie piszesz.Przez Ciebie będę jeszcze dłużej siedzieć przed komputerem.Może czasem wpleć w te opisy informacje,co w świecie,bo na tivi już nie mam czasu;)
    Serdecznie pozdrawiam i oby tak dalej!!!
    Kasia z Poznania

  2. Witam Cię serdecznie Kasiu i dzięki za dobre słowo… ja też nie oglądam telewizji… i nie przez brak czasu, tylko miałkość samej ramówki… 🙂

  3. chyba polubię Twój blog 🙂

  4. chyba mnie to cieszy, zapraszam Cię do lektury… 😉

  5. Nie narzekaj nie narzekaj, (przy minimalnie zwiększonej aplikacji) trwałość i projekcję ma na poziomie Lalique Equue Edp a na pewno lepszą niż Lalique White. Ostatnio nabyłem odleweczkę i muszę przyznać że naprawdę mnie zauroczył (to pewnie to ciasto o którym piszesz). Ogólnie wielki plus dla tej kompozycji. Na pewno jest łatwiejsza w odbiorze niż Sir Avebury i przez to może bardziej uniwersalna. Bardzo fajnie otula w chłodniejsze dni.

  6. Nie masz wrażenia, że Architect jest podobny do Encre Noire? 🙂

    • oj dla mnie to zdecydowanie dwie różne parafie 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: