Napisane przez: pirath | 17 września 2011

Eisenberg – czyli łatwy sposób na szybki sukces…


Z góry uprzedzam, że wątek ten nie ma nic wspólnego z typową recenzją… w zasadzie każdy z tych zapachów już wcześniej opisałem – lecz pod rzeczywistą dla każdego z nich nazwą własną 😉 będzie zatem dużo sączącego się jadu, niewybrednej złośliwości, utyskiwania z narzekaniem i klasycznego „piraciego” lania wody… 😉
cieszycie się? ja tym bardziej… 😈

Postanowiłem przyjrzeć się wnikliwie szumnie lansowanej ostatnio ofercie Eisenberg’a, skierowanej do panów… ileż tu znakomitości… (cmok, cmok) szkoda tylko, że w zasadzie niemal cała ta oferta, to nic innego jak perfidnie odgrzane kotlety… „kolekcję” zbudowano na istniejących, uznanych i popularnych w środowisku kompozycjach innych marek…

Cztery na pięć zapachów Eisenberg’a to w zasadzie plagiat (ten ostatni z przymrużeniem oka 🙂 ), a kolekcję zbudowano tak – by każdy potencjalny nabywca znalazł w niej coś odpowiedniego dla siebie… szczytem „odlania się” na konsumenta, jest dodatkowo jednolity dla całej kolekcji flakon – bezwstydnie „zerżnięty” od Lalique – Encre Noir… łącznie ze stylistyką i krojem czcionki… nie wiem jak u Was, ale u mnie się zagotowało gdy to zobaczyłem i powąchałem…
Eisenberg
naprawdę liczył, że klienci są aż tak nieobyci w temacie, że nie połapią się w przekręcie?

Co więc odróżnia Eisenberg’a od typowego producenta bazarowych podróbek znanych zapachów? IMO tylko cena i oficjalna forma dystrybucji…

Cóż zatem zawiera ta niezwykle pieczołowicie „dopracowana” kolekcja? Same znakomitości – ale dla niepoznaki wypuszczone pod inną marką i nazwą własną… ale co tam… ciemny naród i tak kupi – zachwalając pod niebiosa, jakie to ładne i oryginalne zapachy… 8)

no to teraz pirath Was uświadomi, co IMO kryje się pod nazwami poszczególnych kompozycji… 😉

Na pierwszy ogień idzie Diabolique…. prawdziwie przewrotna i oryginalna nazwa dla Prady Infusion d’Homme 😉 gdy to pierwszy raz powąchałem, to aż oniemiałem… deja vu? WTF? dopiero po dłuższej chwili skojarzyłem!… przecież nikt z potencjalnych nabywców nawet nie podejrzewałby tak bezczelnego zapożyczenia od innej marki!… a jednak…

Kolejna kompozycja to Eau Fraiche… i to jedyny zapach, którego na ten moment nie kojarzę z czymś innym… piszę na ten moment, bo przecież nie wiem jak pachną wszystkie perfumy świata – więc możliwe, że jeszcze nie miałem okazji poznać w oryginale inspiracji dla Eau Fraiche… ale wszystko przed nami… mam w planie także normalną recenzję i na ten moment muszę założyć, że zapach to autentyczny – autorski Eisenberg

Numerem trzecim jest J’ose… mówcie co chcecie, ale trąci mi na kilometr Angel aka A*men’em Muglera… zaraz mi wytoczycie armaty, że generalizuję i na rynku jest wiele do siebie podobnych zapachów, bo wiele z nich osnuto w sposób nieunikniony na podobnym składzie…
Owszem zgadzam się – pewnych podobieństw i zapożyczeń nie da się uniknąć – ale IMO w tym przypadku zbieżność jest zbyt duża, by mówić o przypadku… szczególnie gdy się zaznajomić z polityką firmy… 😉

La Peche jest skórzane… naprawdę ciekawe… ponieważ poznałem je wyłącznie poprzez bloter – więc bez dokładnych testów skórnych, nie jestem w stanie na ten moment wskazać na czym konkretnie był wzorowany… ale mam już trzy wstępne typowania… Cuir de Russie Pivera, Cuir Ottoman i Ambre Russe Parfum d”Empire

Na koniec zostawiłem sobie Love Affair… no cóż zdarzyła się dla mnie rzecz niepojęta… otóż kompletnie go nie czuję… zupełnie jakbym spryskał bloter wodą… nawet nie alkoholem, bo jego opary są specyficzne… wróć! co ja plotę! nawet mokry bloter pachnie.. a ja nie czuję dosłownie nic… nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego zjawiska… nie będę tego zwalał na niedyspozycję i zmęczenie nosa, bo wąchałem potem jeszcze inne zapachy i nie miałem najmniejszego problemu z ich percepcją… ciekawe co jest w środku? czyżby Molecule 01? 😈

Reklamy

Responses

  1. Jakieś 2 lata temu J’ose był dostępny w S. w innej butelce (pudełko zdobiła kobieta z cygarem w ustach – ta sama co obecnie). Wtedy zapach przypominał mi jako żywo Dior Homme.
    Cena była wysoka. Nagle pojawiła się wyprzedaż tej linii.

    Teraz A*Men powiadasz? Muszę sprawdzić przy najbliższej bytności w S.

    Nie wyszło z a’la Dior, spróbujemy z a’la Mugler. Hi, hi, żenująca praktyka. Mogli chociaż zmienić „okładkę” :).

  2. pirath, też mi się tak raz zdarzyło, że prysnąłem i… konsternacja. Dotyczyło to bodajże… nie pamiętam, ale widać to dzieła nie dla naszych plebejskich nosów 😉

  3. plebejskie nosy czy nie, ale nikt nie powinien być bezczelnie robiony w balona… takie postępowanie powinno być nagłaśniane i napiętnowane…
    cóż to za „marka” która nie potrafi wypuścić coś swojego, a podpiera się cudzą pracą?

  4. Witam.
    Ha! Czyli jednak. 🙂 Świeżo po pojawieniu się nowych Eisenbergów w Pl, poszłam je przewąchać. Jednego z męskich tak samo nie wyczuwałam, ani odrobinki, poza początkowym spirytusem w stylu: prosto z flachy. W natłoku nowości kompletnie zapomniałam nazwę tego cuda myśląc, że to „wina” mojego nosa.
    Tymczasem okazuje się, że wszystko ze mną w porządku. No, prawie wszystko.. 😉
    Teraz wiem, że to była Love Affair. Z tym, że iso e super doskonale czuję. W każdym razie pomysł jest bezczelny. Dodam jeszcze, że damskie wersje też zostały skopiowane z cenionych kompozycji.
    A kiedyś miałam o marce całkiem niezłe mniemanie. Ich j’Ose zresztą nadal jest piękne.
    Chanel reformuje, Eisenberg kopiuje, a Boss… nadal jest Bossem. 😉 Czarne chmury nadciągają. 😉

  5. świetna pointa wiedźmo…
    o tak… chyba w żadnej innej branży na rynku, nie można dostrzec tak dalece posuniętego rozkładu, upadku ideałów, staczania się w miernotę, kalania świętości, świadomego zaniżenia lotów i zaprzedawania się tanim gustom masowym – jak w branży perfum… przykre to ale widać jak na obrazku, że tu każdy, nawet najbardziej irracjonalny pomysł na zysk przejdzie… czyżby znak czasów?

    kiedyś domy mody kreowały i lansowały modę użytkową z finezją… teraz nadal to robią, ale już bez zachowania ideałów i klasy… byle jak, byle szybko, byle jak najtaniej… sądzę, że już pora powiedzieć zdecydowane stop zabijaniu i dewaluacji tej sztuki w imię przychodów…

    chcecie oszczędności i większych zysków?
    więc ograniczcie wydatki na marketing sięgające niemal 70% kosztów… jak wypuścicie dobry zapach, to on obroni się sam – bez konieczności owijania g… w złoty papierek i wmawiania ludziom, że to cukierek…

  6. Kiedyś czytałam, że trendy w perfumiarstwie zmieniają się w cyklu pięcioletnim, podlegając ciągłej polaryzacji. Ciekawe, kiedy zaczną się najbliższe dobre lata? 😉 Dlatego w dalszym ciągu naiwnie mam nadzieję, że coś drgnie.
    Naiwnie, bo może i powstaje świetna Eau d’Ikar lub przyzwoity nowy Shalimar, ale co z tego, skoro inna ikoniczna firma robi zamach na własną legendę?
    Najgorsze, że spece od marketingu mogą mieć rację. Kto by nie chciał tańszych perfum Prada albo Piątki Chanel, która nie „jedzie naftaliną”? ;> Toż to czysty zysk! ;P
    Wniosek: pozostaje nam nisza. 😉

  7. perfumy to segment luksusowy… tu cena nie jest kluczowym kryterium nabywczym… najważniejsza jest kompozycja i jej jakość… mówimy o produkcie,który porusza się w zakresie jednego, nienamacalnego zmysłu… perfumy są i w sumie powinny być drogie, bo za ceną często idzie w parze jakość… piszę często, bo nie jest to regułą i mam tu na myśli również niszę…

    spece od marketingu zapominają o jednym kluczowym aspekcie… co człowiek to gusta i nie da się ujednolicić kompozycji tak, by sprostać wszystkim gustom… to utopijne na równi z jednym uniwersalnym kolorem, krojem ubrań i smakiem… popularność piątki wyrosła na jej trudnym odbiorze… ten zapach docenia się z czasem, a nie akceptuje od pierwszych chwil znajomości… na tym polega magia wysmakowanych kompozycji, najwyższych lotów…spłycenie i uczynienie bardziej przystępnym kompozycji tego kalibru IMO spowoduje utratę jej niedostępności i atrakcyjności… a stąd już tylko jeden krok do zobojętnienia i zapomnienia…

    tak jak nie da się polubić piosenki usłyszanej pierwszy raz, tak nie da się pokochać wybitnej, złożonej i wymagającej kompozycji… docenić i pokochać można jedynie dzieła pełne i wymagające od nosiciela jakiegoś wyrobienia i zaangażowania… choćby minimalnego wysiłku… czyż można cenić coś co przyszło skrajnie łatwo?
    to zupełnie jak z żarciem z McDonalds… niby smaczne i schlebia gustom masowym, ale kto je ceni, szanuje i stawia na równi z prawdziwą kuchnią?

  8. Ja się z Tobą oczywiście zgadzam. Masz sto pięć procent racji, ale co z tego? I tak nie wygramy ze słupkami sprzedaży.
    Mam nadzieję, że się nie mylisz i Firmę zabawa przepisem Beaux trzepnie po kieszeni. W każdym razie szczerze im tego życzę. 😉 Także, jako oddana fanka No. 19, przy którym też majstrowano.

    Z niszą chodziło mi o to, że – jeśli nic się nie zmieni – za klika lat tylko tam będzie można znaleźć coś, co z założenia nie miało przypominać McKanapek z McDrive. Albo nisza, albo vintage.
    Kto ceni MacD.? Amerykanie! ;))

  9. też mam cichą nadzieję, że Chanel zaliczy sromotną porażkę i potulnie wrócą do starej wersji… porwanie się na tak wielki zapach na pewno nie przejdzie bez echa… Chanel to marka, a za marką powinien stać jakiś poziom… marka bez poziomu nie przykuwa uwagi i nie pozyskuje klienteli bo będąc zbyt powszechną traci swój magnetyzm i wartość…

    tak nisza bez wątpienia jeszcze pozostaje nieskalaną ostoją sztuki perfumiarstwa… oczywiście nie cała nisza, bo nie wszystko co jest tym mianem tytułowane, jest nią w istocie… ciekawe tylko jak długo…

    ja tam czasem coś wciągnę w Macu… szczególnie w podróży do nowego miejsca, gdzie nie mam rekomendacji co gdzie zjeść… wolę zjeść plastikowego big maka, ale za to świeżego – niż 2 tygodniowe flaczki 😉

  10. Iii, dwutygodniowe flaczki łatwo rozpoznać: w półmroku „nastrojowej” knajpy zaczynają świecić. 😉 Albo uciekają z talerza na, przed chwilą wymyślonym, rowerze.
    Fast food raz na jakiś czas nie szkodzi. Choćby dlatego, że skutecznie odczarowuje zakazany owoc. 🙂 A „najlepszym sposobem na pokonanie pokusy jest ulegnięcie jej”. 😉

    No fakt. Już etykietkę „niszy” przypina się zupełnie przeciętnym produktom, stworzonym dla jak najszerszej publiczności. Jednak, póki co, bronią się wysoką jakością półproduktów. To nie bazarowa tanizna (pisząc o „taniźnie” nie mam na myśli ceny produktu!). Na razie.

  11. podoba mi się Twoja metoda na „unikanie pokusy” natychmiast wcielę ją w życie i połączę z moją dietą milion kalorii 😉

    wierz mi znam metody „odmładzania potraw” i wierz mi, że na węch i wygląd nie odróżnisz takich „reanimowanych” flaczków 8)

    a swoją drogą to co najmniej kilka mainstreamowych pozycji śmiało może uchodzić za niszowce… choćby Encre Noir od Lalique (męski)…
    skoro ludzie są w stanie przebrnąć przez Serge Noir Lutensa, to co dopiero przez mroczną, trupio bladą vetiverę? 😉

  12. A ja chyba zakochałem się w tych zapachach i uważam, że znalazłem wreszcie coś pięknego, na co warto wydać kasę i wzbogacić moją kolekcję.
    A moim zdecydowanym faworytem jest zapach La Peche. Po prostu poezja, a w dodatku, trwałe.
    Wg. mnie zjada 90% wszystkiego co znam. Szkoda, że cena trochę nokautująca, Opinię typu „odgrzewane kotlety” uważam, za mocno niesprawiedliwą. Kocham La Peche i wpisuję na listę „must have”. 🙂

  13. RoQ – nie dam się ponieść tej ohydnej, odrażającej prowokacji i żadnych wymiotów werbalnych ze mnie nią nie wymusisz… 😉

  14. O mamo… Love Affair też mnie porwało. Muszę łyknąć, bo oszaleję…
    ps. nazwa bardzo adekwatna do woni.

  15. nie sprowokujesz mnie! (a i tak wiem, że blefujesz i droczysz się) 😉

  16. Na 100% nie droczę się. Love Affair po prostu mnie urzekł. I piszę to będąc zdrowym na ciele i umyśle.
    Powąchaj go jeszcze raz proszę. Po kwadransie zaczyna pachnieć tak, jak lubię najbardziej. Chyba zawiera ISO-E Super. 🙂

  17. dokładnie, dlatego go nie czuję w ogóle 😉 ładna mi przyjemność bulić kilka stówek za zapach którego nawet nie czuć! ale jakie to awangardowe! 😀

  18. A kto Ci powiedział, że ISO-E S jest bezwonne? Molecule 01 to w zasadzie samo ISO-E S i pachnie pięknie…
    Ale zgadzam się, że na tle innych zapachów Eisenberg, LA ma najmniejszą trwałość. Z tym, że jak wiesz, trwałość nie jest dla mnie istotna. Liczy się piękno, nawet krótkotrwałe.

  19. ISO-E to taki perfumeryjny glutaminian sodu, czyli chińska witamina… samo z siebie nie pachnie, za to podkręca i wyśrubowuje inne wonie, czyniąc je głębszymi, ciekawszymi, pełniejszymi, piękniejszymi, poprawiając i wzmacniając w praktyce ich bukiet… sorry ale dla mnie Molecule 01 to placebo perfum, taki performance a nie prawdziwe perfumy – gdyż to co w istocie czujesz to Twoja własna skóra i resztki innych perfum i detergentów które ten składnik wydobył ze skóry… 😉

    jako niepoprawny prowokator i jątrzyciel pójdę zatem krok dalej i zacznę produkować perfumy homeopatyczne… efekt będzie podobny, a przysięgam, że nie użyję ani kropli ISO-E… 🙂

  20. Na pewno nie użyjesz ani kropli ISO-E?
    Terre Hermesa składa się w większości z ISO-E (55%), a męskie Encre Noire 45%. Czy dalej podtrzymujesz swoje postanowienie? 🙂

  21. nie, nie użyję – bo uważam, że wysokiej jakości składnik nie potrzebuje ekstra popychacza aby zagrać jak należy…
    terre, lalique i wiele innych zostało jedynie stuningowane/wzbogacone dodatkiem ISO E, gdyż jest to składnik analogiczny do występującego w produkcji żywności glutaminianu sodu, który wyciąga, wydobywa i wzmacnia zapach i smak potraw, zamieniając nijakość w głębię smaku… Samo ISO E nie pachnie, a jedynie wydobywa przez wzmocnienie i uwypuklenie to co zazwyczaj uchodzi/nie wystarcza do orgazmu naszej percepcji zapachowej… to zwykły wzmacniacz zapachu, a nie składnik bukietu w dosłownym tego znaczeniu… wypełniacz jakich w każdych perfumach wiele i używany tam, gdzie wymagana jest spektakularność, niesamowita głębia i wyrazistość nut… osobiście preferuję czysty bulion z kury i warzyw, zamiast kostki bulionowej, albo dwóch – ale co kto lubi 🙂

  22. Najpierw spróbuj, potem napisz o „kostce bulionowej”.
    Wtedy będziemy mogli sobie polemizować.
    Tadammm! 🙂

  23. sorry RoQ, ale mechanizm działania i powód stosowania ISO E w perfumach jest powszechnie znany i żadnych domniemanych cudów, ani magii na tym polu nie mam zamiaru się doszukiwać, ani polemizować o rzeczach oczywistych… 😉
    tadaaaaaam 😀

  24. Problem w tym, że Ty o ISO-E tylko czytałeś, a ja tego używam od paru lat.
    Więc to jak rozmawianie ze ślepym o kolorach 🙂
    Ps. A magia w tym zapachu jest. Tylko żeby zadziałała, trzeba parę kropli tego czegoś na siebie wlać.
    Tadammm! 🙂

  25. jeszcze tylko postrasz mnie wieczystym ogniem piekielnym, a na pewno ulegnę 🙂

  26. …a proszę 🙂

  27. łoł! aż poczułem ten żar! 😉
    zapomniałem tylko dodać, iż ognie piekielne biorę tak samo poważnie jak groźbę dostania w zad piorunem wprost z magicznej różdżki Harrego Pottera… 🙂

  28. Zobaczysz! Kiedyś Bóg Cię ukarze za Twoją niewiarę. Strąci Cię do Piekieł, albo skwasi wszystkie zapachy, lub zmieni je w wersje Sport.. 🙂

  29. olaboga, nie! to już wolę aby szatan wypisywał moje flamastry i skakał w butach po łóżku! 😀

  30. Iso e-super pachnie pięknie samo tylko w proporcji 10% dodane do alkoholu.Zachwyca,jest zmienne,świeże,czasem drzewne,eleganckie,nie natarczywe,biżuteryjnie czyste,raczej męskie,czasem słodkawe,czasem wytrawne,żadne tam czyszczące z kasy portfele Escentric molecules.Podaj mailem adres wyślę ci próbkę.Mam tego dwie wielkie butle.Tylko nie wąchaj z butelki ani na nadgarstku.Rozpyl parę chmurek na szalik lub kołnierz kurtki i idż na zimowy spacer.wtedy porozmawiamy.Jaki tam wzmacniacz,glutaminian-żrące paskudztwo.to takie włókno węglowe perfumerii.Niby syntetyczne a równie wytrzymałe i szlachetne jak włókno węglowe, lub syntetyczny diament.(ciekaw jestem skąd przedmówca wie ile procent zawiera iso np Encre noir?To mnie zastawia.Czyżby back engeniereng?

  31. Przedmówca ściągnął tabelę z forum basenotes.net. Tam była długa dyskusja na temat ISO-E Super.

  32. piotrze – nasuwa mi się tylko pytanie, czy ISO E pachnie… czy też jedynie wydobywa zapachy z innych przedmiotów, nadając im głębi i niesłychanej w naturalnej formie wyrazistości… wbrew pozorom nawet czysta ludzka skóra, bez jakichkolwiek dodatków też pachnie pięknie a co dopiero potraktowana wzmacniaczem w postaci ISO E?, a stąd już tylko krok do zachłyśnięcia się działającą główne na podświadomość magią feromonów ;)… wspominając o tym by nie wąchać flachy i nadgarstka coraz mocniej utwierdzasz mnie w przekonaniu, że to nic innego jak zwykły wzmacniacz zapachu – analogiczna wersja dla gastronomicznego glutaminianu…

    podobnie też zastanawiają mnie domniemane wartości procentowe odnośnie zawartości samego ISO E poszczególnych kompozycji w rzeczonej tabelce… czyżby Molecule 01 to ISO E w formie tak czystej, że nie użyto nawet alkoholu jako nośnika? RoQ mógłbyś skrobnąć coś więcej na ten temat jako posiadacz tej „kompozycji”? to mi po prostu nie pasuje czysto matematycznie… to procentowy udział ISO w samym wsadzie olejków eterycznych przed rozcieńczeniem, czy też procent całości w kontekście wypełnienia cieczą flachy? bo jakby nie patrzeć EN to wciąż w ~80% wóda dalsze 20 oczek to olejki i spory enigmatyczny dodatek ISO E… chociaż swoją drogą dokładnej receptury i tak nikt poza producentem nie zna więc możemy sobie co najwyżej gdybać w sferze teoretycznej…

    RoQ – o ile nie mam wątpliwości co do rzetelności samego basenotes (w granicach rozsądku), to jednak sama tabelka, jej pochodzenie i zawartość budzi moje niedowierzanie… w najbardziej optymistycznym wariancie są to wartości bardzo umowne i szacunkowe, gdyż żaden producent się aż tak nie obnaża… no chyba że mistrz Geza, ale Molecule 01 to bardziej ciekawostka olfaktoryczna niż pełnowartościowe perfumy, więc może sobie pozwolić na pełne obnażenie własnej szarlatanerii… 😉

  33. Niestety, nie czuję się na siłach, żeby bawić się w chemika. Jedno wiem. Kiedy pierwszy raz prysnąłem się Molecule 01, od razu wiedziałem, że muszą być moje. I są… 🙂

  34. ok, ale czy w momencie aplikacji na skórę czujesz alkohol jako tradycyjny nośnik perfum?

  35. Właśnie, że alkoholu w zasadzie nie czuję…

  36. czyli za wypełnienie robi prawdopodobnie nie wóda, a samo ISO E w sekretnym stopniu rozcieńczenia… 😉

  37. J’ose to Rochas Man a nie A men Thierry Muglera warto sprawdzić:)

  38. całkiem możliwe, gdyż są do siebie dość zbliżone (zwłaszcza z perspektywy szybkiego niucha w perfumerii) i oba osnute na wątku kawowym… 🙂

  39. Cześć, J’ose moim zdaniem to nie Mugler a Monsieur Rochas.
    pzdr

  40. Witam, całkiem możliwe, ale nie znam tego zapachu więc trudno mi to zweryfikować, ale zapewne nie jest to efekt autorskiej inwencji Eisenberga… 🙂 również pozdrawiam…

  41. Love Affair to dla mnie i moich kobiet zapach nr 1.

    • wiedząc ile w nim ISO E Super, absolutnie nie jestem zdziwiony… 😉

  42. Ja zakochałam się właśnie w Love Affair. Nigdy jednak nie wąchałam molecule 01. Piękny zapach.

    • molecule 01 to po prostu ISO w czystej postaci, tyle że z dorobionym amejzingiem i stosowną do niego ceną… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: