Napisane przez: pirath | 17 września 2011

z cyklu szybki przelot przez – double S…


Dzisiejsze przedpołudnie postanowiłem spędzić w paru perfumeriach, szukając inspiracji i w celu obwąchania kilku rekomendacji… (tak RoQ, pamiętałem o i am King…) Obwąchałem się za wszystkie czasy i chcę jak najszybciej przelać swoje wrażenia na e-papier… bo pamięć krótkotrwałą – (niczym niektóre zapachy) mam ulotną… 😉

Wyścig rozpocząłem w Superfarmie… sięgnąłem metodą na „chybił – trafił” po pierwszy flakon… Tommy Hilfiger – Loud… no cóż GŁOŚNY to on nie jest… owszem całkiem przyjemny, delikatny start, ale później… MUTE mode ON

Następnie na bloterze zagościł CK – Contradiction for Men… znów ładny – rasowo „Kalvinowy” początek i… niespodzianka! Całkiem przyjemne i orzeźwiające zarazem mydełko kwiatowo-owocowe… mydełko to, utrzymano w klimacie tych z niższej półki, ale o dziwo jest całkiem poprawne, czyściutkie i niesamowicie sugestywne… Do zapachu na pewno wrócę, gdy pozyskam skądś próbkę… w tej aptece niestety jej zdobycie jest niemożliwe…

Na ostatni ogień poszedł Eau de Iceberg – Iceberg (74)… na bloterze coś pięknego… subtelne, wysmakowane otwarcie, już na wstępie zasygnalizowało, że to więcej niż banalny świeżak… aż zapragnąłem wyjść z całą flaszką… tym bardziej, że mają teraz w promocji 100 ml za 99 złDolce ma go po 97 zł… sądzę, że warto się przejść – jeśli ktoś planuje zakup….
Niestety zaaplikowany na skórę zagrał koszmarnie… odstręczający zapach taniej wódy, z jakimiś zielonymi badylami… po dłuższej chwili macerowania się z moim PH, zaczął delikatnie przebąkiwać w nieco przyjemniejszej formie – przypominając siebie samego z blotera… bardzo niemrawo i nieśmiało mu to idzie… chwilami znika zupełnie, by powrócić jako zapach spalonego drewna – a raczej mokrych, zagaszonych wodą polan w ognisku… zaintrygował mnie do tego stopnia, że postaram się o próbkę do dalszych testów z innego źródła… Eau de Icenberg pachnie na mnie trochę jak anty zapach…. niby pachnie, ale prawie go nie czuć… coś tam przebąkuje pod nosem, ale nieśmiało i zdawkowo…

Postanowiłem nie męczyć dalej nochala przypadkowymi zapachami i przeniosłem się do Sephory

Na pierwszy ogień poszedł Sean John – i am King… i powiem ma jedno… ma diabelne zadatki na króla… otwarcie posiada, a jakże cytrusowe – a konkretnie pomarańczowe… w pierwszych chwilach myślę sobie – kolejny banał… ale po chwili…. zapach kompletnie mnie oczarował… Odynie! jakież to piękne! Oczywiście mam próbkę wiec recenzja w oparciu o test skórny już niebawem… Nie wiem RoQ czy szydziłeś, z tą propozycją – ale rybka (a w zasadzie gruba ryba) połknęła haczyk 😉

Idąc za strzałem, postanowiłem powąchać innego Sean’a John’a – Electric…. he he jest tak nowy i świeży, że nawet internet o nim nie wspomina… Sephora ma na niego wyłączność, a ja już mam próbkę 🙂 and who’s the man Puff Daddy?
Electric również cechuje bardzo cytrusowe i pociągające otwarcie… nie ma nic wspólnego z banałem… oba zapachy na pierwszego niucha, to wysmakowana klasa i elegancja… kto by się spodziewał, że „joł-joł” śmigający w norkach po Monaco wylansuje takie coś?

Z kolei Sean John – Unforgivable kompletnie mnie nie wzruszył, więc przejdźmy do następnej półki…

CKShrek, tfu Shock (ah wybaczcie, to przez tę kolorystykę 😉 ) ma naprawdę ciekawe owocowe otwarcie… czyżby ta sama urzekająca klementynka – znana mi z otwarcia DKNY Love from NY? wrócę po próbkę i dam mu szansę na skórze… mam nadzieję, że warto…

Sephora posiada też sporo zapachów Loeve… Oczywiście nie omieszkałem wyżebrać większą próbkę Loeve 7 w celu popełnienia wreszcie wiarygodnej recenzji… Moją uwagę też przykuło specyficzne mydlane, acz czarujące otwarcie w Loeve Solo… jeszcze tam wrócę po próbkę, bo dziś podobno „wyczerpałem limit czterech darmowych sampli na łebka”… ciekawe, bardzo ciekawe… ale nie chcę nadużywać czyjejś grzeczności…

Kolejna półeczka to Eisenberg… obwąchałem całą piątkę… w drzemiących we mnie pokładach złośliwości aż wrze… stosowana, poświęcona WYŁĄCZNIE Eisenberg’owi recenzja w iście „piracim” stylu, już wkrótce… 😈
Nadmienię tylko, że naprawdę zaciekawił mnie tylko jeden z nich – a mianowicie interesująco ziołowy Eau Fraiche i mam jego próbkę do testów…

Postanowiłem też ponownie obwąchać (tym razem na skórze) Fahrenheit – Absolute – oto wniosek: nadal niezmiennie podtrzymuję, że to gniot  – kalający sobą dobre imię rodu Fahrenheitów

ostatnia „gwiazda” to najnowszy YSL L’Homme – Libre… odgórnie postawiłem na nim krzyżyk i z przyjemnością to odszczekam – bo pierwsze testy skórne wskazują, że to najlepsza pozycja z całej serii L’Homme (La Nuit nie liczę)…  Jest to owszem świeżak, lecz niezwykle zręcznie spreparowany…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: