Napisane przez: pirath | 20 listopada 2011

Jak używać perfum? + mechanizm działania od kuchni…


Dziś zajmiemy się tematem aplikacji perfum, gdyż zauważyłem, że i na tej płaszczyźnie jest wciąż wiele niewiadomych…
niby sprawa oczywista i błaha, ale sporo osób nadal ma z tym problem – stąd ten mini poradnik…

Każdy miłośnik perfum chce się cieszyć jak najdłużej swoim ulubionym zapachem… pragniemy pachnieć dla siebie samych i otoczenia… Co jednak zrobić, by zapach zechciał towarzyszyć nam nieco dłużej, bez jednoczesnego wylewania na siebie połowy opakowania?

Nasz nos szybko przyzwyczaja się do używanych perfum i z czasem coraz słabiej sami je odczuwamy… to naturalny objaw i bardzo powszechny… szczególnie gdy używamy małej palety zapachów i często do nich wracamy… wówczas ma miejsce tzw. mechanizm bezwiednie zwiększonej aplikacji
Próbujemy sobie rekompensować coraz słabszą wyczuwalność naszych perfum – poprzez coraz większą ich aplikację… z początkowych 3-4 chmurek robi się kilkanaście, albo kilkadziesiąt!… Chyba nie muszę tłumaczyć, jak odbiera to nasze otoczenie… zapach zamiast przyozdabiać – odstręcza… niemiłosiernie dusi, męczy i sprawia, że przebywanie w naszym towarzystwie sprawia niewymowną katuszę… wszak nie każdemu muszą się nasze perfumy podobać i warto o tym pamiętać w kontekście przesadnej aplikacji… nie wspominając o tym,  jaka to ciężka towarzyska gafa…

Na samym początku pewna uwaga: każdy człowiek, posiada inną percepcję zapachową i wrażliwość na konkretne, tworzące go nuty… to, że dany zapach trzyma się na nas stosunkowo krótko, lub wyczuwamy go w niewystarczającym dla nas stopniu, może być spowodowane przez wiele czynników – często niezależnych od nas samych… spróbuję to wszystko zebrać do kupy i wyłuszczyć… mam nadzieję, że nie pominę żadnego istotnego aspektu i proszę o Wasze komentarze i rady…

– rodzaj skóry, a trwałość perfum:

Jeśli natura obdarzyła nas skórą o grubości pojedynczej warstwy folii stretch i do tego suchą jak wiór, to rzeczywiście możemy mieć problem z trwałością noszonych perfum… na takiej skórze zapach po pierwsze nie będzie się trzymał, a po drugie perfumy będą miały problem z rozwinięciem swego bukietu w pełnej krasie… szczególnie te cięższe… wówczas skórze można dopomóc, stosując jako podkład pod perfumy, wszelakie specyfiki nawilżająco natłuszczające (słyszałem o parafinie kosmetycznej)… koniecznie bezwonne, by nie zakłócały naszych perfum…
Natłuszczona „sztucznym sebum” i nawilżona skóra, będzie niosła zapach perfum znacznie dłużej… również projekcja perfum zaaplikowanych na takim podłożu będzie lepsza… warto również perfumować te części ciała, gdzie pod skórą znajdują się liczne naczynia krwionośne… zwiększona ciepłota ciała, wywołana przepływem krwi w naturalny sposób polepsza projekcję zapachu i ułatwia jego oderwanie się od skóry… dlatego warto psiknąć ulubiony zapach w nadgarstki, szyję i kark

– powonienie i percepcja zapachowa, a podprogowy mechanizm obronny w weryfikacji doboru nut:

Ludzki nos jest mocno niedoskonałym narządem… w dodatku degradacja naszego zmysłu powonienia to zjawisko stale postępujące… nasze powonienie łatwo ulega złudzeniom i często nie mamy pojęcia co w istocie czujemy… to oczywiście zasługa skromnej „bazy danych” o zapachach, którą każdy z nas tworzy sobie od chwili narodzin… jednak wciąż wszystko co kiedykolwiek wąchaliśmy, zarówno wonie przyjemne jak i nieprzyjemne zapada w naszej pamięci i tworzy nasz własny – zapachowy obraz świata
Od tego jak bardzo jest on rozwinięty, kompletny i bogaty w „dane” w dużym stopniu zależy stopień naszej percepcji zapachowej i zdolność do poprawnej identyfikacji wszelkich nut i składników perfum… sztukę tę w wysokim stopniu opanowali min. perfumiarze… czynią to poprzez nieustanną edukację i ćwiczenie swego zmysłu powonienia… samorodne talenty, obdarowane powonieniem niemal absolutnym, to zjawisko występujące w przyrodzie nader rzadko…

Zmysł powonienia każdego z nas jest wyedukowany w swój własny, indywidualny sposób, w oparciu o różne wzorce – stąd też subiektywna interpretacja i odczuwanie tego co wąchamy dla każdego będzie nieco odmienna… czasem różnice w odbiorze jednego zapachu, mogą być diametralnie odmiennie u dwóch różnych osób… i wiecie co? każda z nich będzie mieć rację… 🙂
Tworzenie zapachów to poniekąd sztuka iluzji… każdy będzie odbierał ten sam zapach inaczej… jedni wyłuszczą z niego więcej inni mniej… każdy odnajdzie nieco odmienne oblicze piękna i dostrzeże nieco inną historię i uczucia wyrażone poprzez zapach… dlatego uważam, że w perfumach pewna doza „niedomówienia” jest bardzo pozytywną cechą…

O ile swoją wiedzę o zapachach można „podszkolić„, to już stopień wrażliwości i percepcji dla konkretnych nut jest od nas niezależny… jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu wyczuleni/ukierunkowani na odbiór konkretnych grup zapachowych… jedne nuty nasze powonienie będzie wyłapywało w locie, wyłuszczając ich najbardziej subtelne niuanse – a pewne kategorie nut przejdą niemal bez echa lub w ogóle niezauważone… i tego już zmienić nie możemy… ale dlaczego tak się dzieje?

Nie należy tego absolutnie odbierać w kategorii ułomności… po prostu nasz nos został odgórnie „zaprogramowany” na pewne preferowane grupy zapachowe – a obecność innych, niepożądanych zapachów będzie przez nasz zmysł powonienia częściowo odfiltrowywana, a nawet ignorowana… organizm każdego z nas bezwiednie i instynktownie podpowiada czego potrzebuje i które zapachy są dla nas niepożądane i zbędne… to taki rodzaj wypracowanego przez każdego z nas, podprogowego mechanizmu obronnego
Więc to ze czegoś nie czujemy, lub odbieramy jakąś woń bardzo słabo (a słyszymy, czytam, że przecież na pewno tam jest!) – należy potraktować jako wyrażenie woli i swoistą podpowiedź od naszego organizmu… on najlepiej wie z czym nam dobrze i czego potrzebujemy… Reakcją może być odrzucenie zapachu już w przedbiegach (często spowodowane przypomnieniem sobie czegoś nieprzyjemnego , a związanego z odczuwaną wonią) lub kiepska wyczuwalność… coś co nie jest organizmowi potrzebne, jest po prostu ignorowane i wykluczane…

Reasumując: ktoś zachwala Ci jakiś zapach, a ten choć pozornie Ci się podoba, pachnie bardzo słabo i krótko? Widać zapach nie jest Ci pisany, bo zawiera elementy, które Twoje ciało odrzuca i zadziałał wspomniany mechanizm obronny… więc nic na siłę… głowa do góry i po prostu szukamy dalej takiego zapachu, który zagra na nas pięknie i pełną piersią… Wówczas mamy pewność, że zapach pasuje do nas idealnie…

– zapach dobrany stosownie do pory roku:

Generalnie zapach unosi się ze skóry dzięki ciepłocie ciała… to z jaką intensywnością będzie to robił, zależy w dużej mierze od temperatury nosiciela i jego otoczenia… Już dawno temu wykształcił się pewien podział perfum na letnie i zimowe… nie bez przyczyny… wonie zwiewne, lekkie i świeże zimą spisują się bardzo słabo, bo aby poprawnie rozwinęły swój bukiet – potrzebują stosunkowo wysokiej temperatury otoczenia, w której zapach rozwinie skrzydła… zimne, a nawet mroźne powietrze skutecznie ten proces blokuje i perfumy pachną bardzo słabo, lakonicznie albo wcale… i nici z przyjemności ich używania…
Zatem zimą zapominamy o wszelakich lekkich cytrusowych świeżakach i wybieramy perfumy cięższe, bardziej słodkie, przyprawowe i zawiesiste… te dzięki chłodnemu powietrzu po pierwsze nie będą przytłaczać ani męczyć, a po drugie chłodne powietrze nie stanie na przeszkodzie ich nienagannej projekcji… Gdy nastają ciepłe pory roku postępujemy odwrotnie… ciężkie perfumy idą w odstawkę i sięgamy po lżejsze kompozycje, których woń podczas upałów nie będzie doskwierać zarówno nam jak i naszemu otoczeniu…

– ile aplikować, by zapach nie spowszedniał:

Należy pamiętać, że im dłużej w czasie stosujemy jedne i te same perfumy, tym bardziej ich woń nam obojętnieje i w zasadzie przestajemy zapach odczuwać… Najczęstszy popełniany błąd, to nieustanne zwiększanie aplikacji… Ale to że my nie czujemy swoich perfum, wcale nie oznacza, że nie czuje ich nasze otoczenie, a często o tym zapominamy… Wyobraźcie sobie co czuje osoba jadąca z nami w windzie, autobusie, czy też siedząca obok nas w kinie, lub podczas uroczystości rodzinnej – gdy my właśnie wywaliliśmy na siebie kilkanaście/kilkadziesiąt chmurek ulubionych perfum… to już nie pachnie… to jest smród, od którego łzawią oczy i człowiek się dusi… i żeby była jasność… osoba tak pachnąca nie uchodzi wcale za elegancką, lecz trąci skrajnym buractwem…

Jak przeciwdziałać? jeśli używacie z uporem maniaka tylko jednych jedynych perfum, to zakodujcie sobie, że psikamy, do 6-7 chmurek i koniec… gwarantuję, że otoczenie zapach wyczuje i doceni, iż ładnie pachniemy, a przede wszystkim doceni umiarkowaną aplikację… Ewentualnie zalecam stosować kilka zapachów naprzemiennie jako przerywnik (najlepiej mieć po jednym na różne okazje)… po pierwsze nie zdążymy się do nich za szybko przyzwyczaić i nie spowszednieją nam w mgnieniu oka… a lubimy czuć na sobie swoje ulubione perfumy prawda?

– gdzie aplikować, by pachniał jak najdłużej:

Jeśli mamy problem z trwałością naszych perfum i nie wynika on z prozaicznej przyczyny, że pachniemy tymi samymi niezmiennie od lat, to jest parę tricków umiejętnie zwiększających trwałość i projekcję… bez konieczności wylewania na siebie nadmiernej ilości specyfiku… wiadomo perfumy są kosztowne… a procesy za napastowanie perfumami – rujnują… 😎

A więc aplikujemy na skórę w miejscach o podwyższonej ciepłocie ciała. kark, szyja, klata, za uszami i nadgarstki… Można też spryskać włosy, a u panów również wierzchnią, owłosioną część ramion… zapach zaaplikowany na włosy (szczególnie wilgotne) trzyma się bardzo długo… można też psiknąć chmurkę na bieliznę i odzież wierzchnią (płaszcz, szalik, rękawiczki)… oczywiście jeśli używamy jednego zapachu cyklicznie…

Reklamy

Responses

  1. Wyobraź sobie, że w czasach przedperfumeryjnych używałam przez kilka lat tych samych perfum. I chyba nie zobojętniałam na ich zapach. W każdym razie kilkudziesięciu psików nie aplikowałam. Ale łapię o co chodzi. Mechanizm ten widać czasem u starszych pań, tyle, ze ja nie wiem, czy to przyzwyczajenie do zapachu, czy raczej związane z wiekiem osłabienie percepcji.
    Co do dzielenia zapachów na letnie i zimowe: jako perfumeryjny buntownik rzeknę: furda takie schematy! Kadzidła najpełniej rozkwitają latem, a z kolei zimny, cytrusowo – eteryczny zapach na mrozie czasem po prostu olśniewa.
    Ale kto by mnie tam słuchał. ja proponuję perfumeryjną wolnoamerykankę. Używaj czego chcesz, kiedy chcesz, jak chcesz.
    A Ty pisz. 🙂 Bo nawet jak się nie zgadzam, to czytać uwielbiam. 🙂

  2. he he cieszę się Sabb, że „czuwasz” i trzymasz rękę na pulsie 😉
    ja z kolei nie wyobrażam sobie używania latem Prady Amber, Lalique Encre Noir, Gucci PH, Terre, albo Ikona… czasem oczywiście zdarza mi się wyłamać, gdy okoliczności sprzyjają – ale jak tu wyłuszczyć całe piękno Eau de Lalique, przy -10?

  3. Też nie dzielę zapachów na letnie czy zimowe, używam wg mojego widzimisie 🙂 Co do nanoszenia zapachów na ubranie, to trochę ryzykowne, gdyż niektóre wody mogą odbarwiać tkaniny albo pozostawiać plamy. Za to na włosy często nanoszę zapach – na prawdę długo je potem czuję wokół siebie. Myję włosy codziennie więc nie ma problemu, że w pewnym momencie zrobi mi się na włosach mieszanka wybuchowa.

  4. Co do nanoszenia na włosy, to bardzo dobrym miejscem na to są skronie (tu ślę podziękowania dla Pawła). Granica skóry i włosów, a w moim przypadku fabryka sebum.

  5. Pirath, męskie Encre Noire najpiękniej rozkwitają latem właśnie, jesień i zima im nie służy, kurczą się, więdną i uciekają 😉

  6. Ja aplikuję 2 – 3 chmury. 6-7 strzałów Paczuli Le Labo mogłoby być zabójcze dla otoczenia 🙂
    Podział na letnie i zimowe to jakiś absurd IMHO.

  7. O! Gryx mnie ubiegł. 🙂 Miałam napisać, że Encre Noire tylko latem. Zimą są płaskie, kurczą się (dobre określenie), tracą rezon. Latem dopiero wychodzi ich złożoność: połączenie drzewności z zielonością. Wibrują i mienią się.

    A i Bendigo słusznie wspomniał o tym, że spirytus odbarwia tkaniny. Pisałam o tym w perfumeryjnym BHP: czasem plama widoczna jest dopiero z dystansu, możemy zniszczyć sobie ciuch nawet tego nie zauważając.

  8. Jeśli chodzi o używanie jakichś bezwonnych substancji natłuszczających, to być może jest to tylko moje wrażenie podprogowe, ale uważam że jednak mają pewien wpływ na kompozycję. Dlatego nie traktuję tego rozwiązania jako wartego używania.

    Według mnie dywersyfikacja psików jest najlepszym sposobem na wyczuwanie kompozycji. To znaczy, że nie walimy po 4 razy na każdą stronę szyi w to samo miejsce, ale lepiej np. po razie z każdej strony szyi, po razie za każdym uchem, po razie na każdym nadgarstku, dwa razy na klatkę piersiową (okolice splotu słonecznego bodajże są najcieplejsze?). Choć ja mam z tym niestety problem, bo nosząc koszule ciężko się psikać po nadgarstku, który jest cały czas zakryty. Pod zegarek tym bardziej szkoda 😉 Nie psikam też po ubraniach. Choć w zimę wiadomo, po aplikacji zakładam szalik i po pewnym czasie, pomimo pozornej kakofonii zapachów, uwielbiam wąchać swój szalik 😀 Cuda wychodzą drodzy moi, cuda 😉

    Wracając do kwestii psikania na ubranie, to być może właśnie lepszym rozwiązaniem byłoby psikanie na ciało, a potem ubranie przechwytywałoby zapach – np. jak w przypadku nadgarstków i koszuli, czy psikania na klatę :> Muszę potestować. Może wtedy też nie będzie problemu z plamami?

    Co do psikania włosów, to o ile wiem alkohol bardzo je niszczy. Nie macie takiego wrażenia? Ja nigdy włosów nie psikałem, więc nie wiem. Tylko się o tym naczytałem.

    Jeśli chodzi o pory roku to ja bardziej niż perfumy na daną porę, wyróżniam perfumy nie przeznaczone, na daną porę 🙂 O ile np. leki cytrusowy zapach można zimą ubrać do pracy, o tyle mocne, ciężkie i zdecydowane nuty w 30 stopniowym upale będą nas co najmniej męczyć. Z jednej strony Sabbath i Bendigo mają rację, z drugiej jednak jak już napisałem. No i są też świeżaki, które w zimowe dni ni jak nie pokazują pełnego spektrum kompozycji.

    Co do samego wpisu, to bardzo się cieszę, że mogłem go przeczytać. Lubię tego typu przemyślenia.

  9. Bendigo – właśnie dlatego wspomniałem o bieliźnie… tam odbarwienia niestraszne… nigdy niczego sobie nie odbarwiłem, może dlatego że psikam z około 30 cm a nie bezpośrednio…

    Gryx – mnie EN latem przytłacza…. nie mogę go używać, bo wpada w bardzo gorzkie klimaty i mnie poddusza…

    Szymonie – bingo 😉 zdecydowanie wygodniej jest najpierw zaaplikować w różnych miejscach zapach, a dopiero potem nałożyć i pozapinać koszulę 🙂

    piotrek – to nie absurd… cząsteczki zapachowe perfum mają różną masę i w różnych warunkach wilgotności i temperatury zachowują się i reagują inaczej… zimą efektywność i żywotność nut cytrusowych znacząco słabnie… to czysta fizyka… i naprawdę można to wyczuć w zachowaniu zapachu…

    Sabbath – z mojego doświadczenia zauważyłem, że zimą świeżaki i cytrusowe wonie nie sprawdzają się, bo nie są w stanie przebić się, a jeśli już to wybiórczo i nie pełnie… pachną na pół gwizdka… no chyba ze siedzisz w ogrzewanym domku i nigdzie nosa nie wyściubiasz 😉

    i oczywiście wszystkim dziękuję za cenne uwagi… warto było zweryfikować własne zapatrywania na ten temat…

  10. Pozostaje jeszcze kwestia odległości z jakiej aplikujemy. Osobiście jestem zwolennikiem aplikowania point blank czyli atomizer bardzo blisko ciała: mniejsza projekcja, ale olejki skoncentrowane w jednym miejscu trudniej się wchłaniają i jest większa trwałość.

  11. interesujące… zawsze myślałem, że aplikując z dala dostaję większą powierzchnię, którą skóra oddaje potem zapach do otoczenia…
    muszę spróbować…
    dzięki 😉

  12. Zgadza się. Większa powierzchnia i dlatego lotność jest lepsza. Ale z drugiej strony jest to wieksza powierzchnia z której można się ulotnić lub zostać wchłoniętym. Skóra lepiej sobie radzi z takim skąpym pokryciem dużej powierzchni. Czyli gorsza trwałość. Przynajmniej takie jest moje doświadczenie.

  13. hmmm ciekawa teoria… część zapachu na pewno zostanie wchłonięta, (coś ala bejcowanie) ale zapach w większości pozostanie na powierzchni skóry i będzie oddawany stopniowo… alkohol będący nośnikiem odparuje, a pozostały „film” zapachowy zostanie na powierzchni…

    balsamy i kremy świetnie się wchłaniają… tyle sam zauważyłem, gdy od wielkiego dzwonu nakremuję sobie Niveą dłonie… wówczas skóra aż pije wilgoć… ale perfumy?

    no i pozostaje jeszcze kwestia rodzaju skóry, ciepłoty ciała i samych perfum… niektóre zapachy są same z siebie nietrwałe i niewiele można na to poradzić…

  14. A czemu perfumy maja się nie wchłaniać? Alkohol odparowuje i zostaje olejek. Czy to krem czy olejek i tu i tu syf czyli chemia. Czym ciensza warstwa tym szybciej skóra sobie z nią poradzi. Nie chodzi o samo ulatnianie się. Chodzi także o to, że skóra „je” to co na niej jest.
    Nie wchodze tutaj w kwestie trwałości. Mówię o swoich doświadczeniach na sobie z tymi samymi zapachami: pryskanie z 20-25 cm i pryskanie z 1-2 cm.

  15. zatem spróbuję i zobaczę jak to wygląda w praktyce…

  16. Ostatnio zauważyłem, że mój palec wskazujący jakby uwziął się na atomizery, jakby chciał wymierzyć im karę za urojone przewinienia i eksploatuje je wyciskając z nich siódme poty.
    Sam byłem zły na palec wskazujący, bo ile można rano „chmur” zaaplikować?
    8?, 9?, 10?
    Po przeczytaniu Twojego „niezbędnika” palec wskazujący „odpuścił”.
    Teraz tylko 4 chmury! I jaki efekt? Paradoksalnie przy tak „skromnej” aplikacji, zapach którego rano użyję czuję intensywnie przez cały dzień
    (wcześniej, przy potwornej aplikacji np. 10 chmur, ok. południa miałem wrażenie, że rano zapomniałem „ukarać” atomizer).
    Zapewne teraz otoczenie które ze mną przebywa składa Tobie pokłony.
    🙂

  17. he he Tobie zapewne też 🙂
    przełom następuje w momencie, gdy zauważasz, że w zgięciu palca „od atomizera” wykształcił się dodatkowy biceps 🙂
    to znak, że za dużo „pakujesz” na siebie zapachu….

  18. Co do pryskania perfum na skórę z liczniejszymi naczyniami krwionośnymi i zwiększoną ciepłotą ciała, to nie do końca prawda. Tak mówi stara szkoła. Niestety wydzielający się w tych miejscach kwas mlekowy zaburza zapach perfum z czasem. Lepiej jest zatem aplikować perfumy tam, gdzie się mniej pocimy, np zewnętrza strona przedramienia, a nie wszelkiego rodzaju zgięcia czy miejsce za uszami. Tak przynajmniej mówi nowa szkoła.

    • a czy nowa szkoła bierze pod uwagę, że zewnętrzna strona przedramienia jest zwykle pokryta u mężczyzn dość gęstym owłosieniem, które skutecznie zaburza i zniekształca brzmienie poszczególnych akordów – wydłużając je nienaturalnie i zniekształca odbiór całości, bo czujesz zapach jednocześnie naniesiony na skórę i włosy, więc robi się z tego obraz stereoskopowy ze sporym przesunięciem w fazie?.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: