Napisane przez: pirath | 19 lutego 2012

Lacoste – Essential Sport + garść przemyśleń o „sportowych” zapachach…


Problem z recenzowaniem zapachów z dopiskiem „Sport” jest taki, że tematem dywagacji jest produkt IMO niewiele sobą wnoszący, niezbyt ambitny – a całe przedsięwzięcie przypomina próbę wydobycia nadzwyczajnych walorów z odświeżacza powietrza do ciała… ale nie jakichś ordynarnych „oddymiaczy” do toalet, czy wiszących choinek zapachowych (pachnie dwa dni, a wisi pół roku) – lecz produktów odświeżających ciało, za nierzadko kilkaset złotych!

Zapachy z grupy „Sport” mają za zadanie tuszować woń potu i zachować „ogólne wrażenie świeżości” u osób aktywnie uprawiających sport… niestety obecne czasy nie tolerują nieprzyjemnych woni cielistych – tudzież wykreowany przesz branżę kosmetyczną trend – stara się nam wmówić, że tak jest w istocie… czasy spoconej praczki i zlanego potem hutnika odeszły w niepamięć, wraz z minionym ustrojem i postępem technologicznym… teraz nawet przewalający tony żelastwa bywalcy siłowni i grający w kosza licealiści muszą „dobrze” pachnieć… brzmi kuriozalnie, ale jakże naturalny wśród sportowców pot jest teraz passe

Pieniądze ponoć nie śmierdzą, więc producenci postanowili swoje zarobić i na tym poletku – sygnując dedykowane kolekcje kosmetyków, mających zapewnić długotrwałą świeżość i walczyć z krępującą wonią potu…
a od czego jest prysznic po wszystkim? dla mnie zestawienie woni perfum i potu jest zdecydowanie bardziej groteskowe, niż spocone w wyniku wysiłku i naszej fizjologii ciało… jeśli spociłem się podczas joggingu, (lub w moim przypadku podczas zawiązywania sznurowadeł) – to znaczy, że moje ciało tego potrzebowało i aby się odświeżyć wezmę prysznic…

Przecież nie będę zlewał się perfumami by zatuszować fakt, że śmierdzę… ktoś tu (IMO branża kosmetyczna) dorobił ideologię i wyolbrzymił marginalny problem, by wcisnąć nam swoją filozofię – w postaci dodatkowego produktu, którego w gruncie rzeczy nie potrzebujemy… oczywiście samych perfum niby też nie potrzebujemy do szczęścia – jednak perfum używamy głownie dla przyjemności własnej, wieńczącego przyozdobienia toalety, albo zwrócenia na siebie uwagi otoczenia (czytaj płci przeciwnej)… inaczej rzecz ujmując – zapach spoconego i uperfumowanego ciała, to ostatni czynnik za pomocą którego rozmiłowany w wonnościach „czyścioch” chciałby zwrócić na siebie uwagę otoczenia… no chyba, że chodzi o jakiś fetysz… 😉

Dlatego osobiście uznaję „grupę Sport” za uboczny produkt kreatywnego marketingu, niż pełnowartościową grupę zapachową… nigdy nie zaprzątałem sobie nią głowy i traktuję ją jako zło konieczne… a moje nieliczne zetknięcia z przedstawicielami „gatunku Sport” jedynie uświadczyły mnie w przekonaniu, że są to mierne i wtórne zapchajdziury w ofercie producentów i nie warto zaprzątać sobie nimi uwagi…

aż do teraz…

Jakiś czas temu dostałem od RayFlasha (pozdrawiam serdecznie) sporą ilość próbek… a wśród nich bohatera dzisiejszej recenzji… Lacoste Essential Sport, czyli spłodzonego w 2009 roku, młodszego brata klasycznego Essential – będącego notabene jedną z najlepszych kompozycji w portfolio Lacoste
Zapewne czytając nagłówek wydedukowaliście, że rozprawię się z Essential Sport ze szczególnym okrucieństwem – bo po pierwsze to Lacoste, a po drugie wersja „Sport„, ale niestety muszę część z Was rozczarować…
Essential Sport
okazał się najlepszym „sportowcem” z jakim miałem dotychczas styczność… prawdziwą perełką burzącą mój pedantycznie poukładany porządek rzeczy…

WTF? (pomyślicie z empatią)

Tak to prawda i nie, nie robię sobie jaj… ten zapach jest naprawdę dobry i nie da się ukryć faktu, że jego uroda wynika z bezpośredniego podobieństwa do klasycznego Essential… można śmiało powiedzieć, że Sport odziedziczył ujmującą aparycję i charakter brzmienia po starszym bracie, ale efekt końcowy i tak zachwyca…
owszem, jak każdy „sportowiec” jest upierdliwie cytrusowy, entuzjastycznie zielony i aromatycznie tuningowany, ale pachnie w tym wydaniu zaskakująco dobrze…
gdyby sypnięto doń sporą dawkę liści fiołka – rzekłbym, że jest uderzająco podobny do Gucci PH II… znajduję w Sport te same klimaty i tę wyrafinowaną, niemal enigmatyczną świeżość, wzbogaconą nutą kwiatową i jakimś słodkim owocem w sercu…

W tej kompozycji nie uświadczymy nawet śladu wulgarności i banalnej dosadności – charakterystycznej dla przedstawicieli tego gatunku… pachnie barwnie, donośnie – ale niesamowicie harmonijnie… każdy składnik został wyartykułowany w przemyślany sposób, tworząc wysoce spójne akordy… po prostu mistrzostwo… w życiu bym nie pomyślał, że wącham produkt Lacoste… jakość kompozycji, precyzja wybrzmiewania akordów i ich złożoność, po prostu nie pasują mi do zapachowego profilu tej marki…

Podobno nawet ślepej kurze od czasu do czasu trafia się ziarno… czyżby Lacostewydziobała sobie” tym zapachem to przysłowiowe ziarno?
Pomimo pozornego tematycznego podobieństwa do ostatnio sygnowanego Lacoste L.12.12. Rouge – te dwie kompozycje dzieli przepaść pod każdym względem… szczególnie pod względem trwałości i sugestywności usportowiony Essential deklasuje najnowszego Rouge (tu go opisałem) o kilka długości…
Essential Sport pachnie około 8 godzin, co w przypadku sportowego świeżaka czyni go prawdziwym maratończykiem… na miejscu dyrektora kreatywnego Lacoste wolałbym oddać walkowera, niż w świetle kunsztowności Essential Sport, wypuścić takiego gniota jak seria L.12.12 i strzelić sobie samobója…

Głowa: bergamotka, grejpfrut, czarna porzeczka.
Serce: jałowiec, czarny pieprz, geranium, gałka muszkatołowa.
Baza: wetiwer, ambra, paczula, drzewo sandałowe, piżmo

Advertisements

Responses

  1. Pocenie się przy zawiązywaniu sznurowadeł bardzo obrazowe. :)))

    Co do sportowych zapachów, IMHO one nie do używania po spoceniu są przeznaczone, tylko do używania w trakcie. Jednak o ile mogę sobie wyobrazić gentlemana rozsiewającego dyskretny zapach bergamotki podczas meczu tenisowego, o tyle sama niekoniecznie będę chciała pachnieć jakimś Adidasem czy Lacoste podczas meczu w nogę, podczas którego wszyscy faulujemy na potęgę, klniemy jak szewcy i który zwykle kończymy nie prysznicem, tylko obaleniem skrzynki piwa tuż za linią boczną boiska.
    Na siłownię czy trening też się nie perfumuję. A po treningu już nie potrzebuuję zapachów „sport”.
    Ale jeśli ktoś preferuje na co dzień elegancki, sportowy styl, biega na co dzień w koszulkach polo, z blezerkiem na ramionach… To proszę bardzo. 🙂

  2. Sabb – bardziej obrazowe jest to, że gdy się cofam to słychać czujnik cofania 🙂

    mi też się zdaje, że perfum używa się raczej po odświeżającej samej w sobie ablucji, niż w trakcie katowania swoich gruczołów potowych i większość populacji czyni podobnie jak wspomniałaś…
    i nawet jeśli ktoś chciałby używać usportowionych perfum na co dzień, do dresów i koszulki polo, to najpewniej rozczaruje go trwałość tej grupy zapachowej (prawdopodobnie też specyfik wymaga podwyższonej temperatury, by poprawnie zadziałać)… weźmy na ten przykład Gucci by Gucci Sport, którego trwałość nie przekracza kilkudziesięciu minut, do godzinki i rozczarowuje równie mocno jak jego kiepski bukiet i projekcja… a po kiego grzyba mi perfumy przeznaczone tylko na czas pocenia się i pachnące jedynie godzinę, (bo tyle statystycznie trwa dzienny wysiłek fizyczny w badanej grupie docelowej), a które chwilę potem zmyję pod prysznicem?

  3. Muszę przyznać, że mnie też ten zapach bardzo pozytywnie zaskoczył. Jeśli miałbym kiedykolwiek kupić perfumy ze słowem „sport” w nazwie, byłby to pewnie Habit Rouge Sport lub właśnie rzeczony Lacoste.

    A co do pocenia się, przy zawiązywaniu sznurowadeł, bardzo mnie to wyznanie ujęło, a mój syn wyraził swoją wielką aprobatę, dodając, że gdy udaje mu się zawiązać buty, jest tak zmęczony, że nie ma już siły wychodzić z domu. 😀

  4. cześć Ray 🙂
    co prawda nie znam Habita w wersji usportowionej, ale domyślam się, że też sporo odziedziczył po swym wielkim przodku… tym niemniej Lacosta w wersji Sport zaskoczyła mnie jak zima naszych drogowców… 😉
    p.s. pozdrów ode mnie synka, ale nie pozwól mu profilaktycznie podążać fastfoodową ścieżką* mistrza piratha 🙂

    *zakrzywianie czasoprzestrzeni przy użyciu własnej tuszy, to ścieżka pełna wyrzeczeń 🙂

  5. Uważam, ze dobrze jest mieć w kolekcji przynajmniej jeden zapach o lekkim, świeżym, niezobowiązującym, właśnie „sportowym” charakterze. Rzecz jasna nie po to, by po wysiłku tuszować przykre zapachy (co za koncept Pirath! No czapa z głowy! ;-)), tylko – tu zgadzam się z Sabbath – by używać go na sportowe okazje tudzież jako uzupełnienie sportowego stylu ubierania ( i nie mam tu bynajmniej na myśli dresów…). Tak czy inaczej zaintrygowałeś mnie tym Lacostem. Przy najbliższej okazji niuchnę to coś.

  6. owszem, dobrze mieć w swojej kolekcji lekki, świeży i niezobowiązujący zapach, ale w moim przypadku niekoniecznie sportowy… cenię i z lubością używam Kenzo Leu Par, Cartiera Roadstera, Cartiera Cologne i bardziej kolońskiego niż usportowionego Banana Republic Classic – jednak kompozycje stricte sportowe, to zdecydowanie nie moje klimaty… ogólnie preferuję cięższe klimaty drzewno, skórno kadzidlane…
    chociaż z usportowioną Lacostą Essential miałem nie lada zagwozdkę… jest naprawdę wybitna w swojej grupie zapachowej i choć sam bym go sobie nie kupił, to chętnie bym go nosił gdyby mnie nim obdarowano… 😉

  7. No to miejmy nadzieję, że Święty Mikołaj czyta Twojego bloga 😉

  8. 😀
    na wszelki wypadek napisze mu list, ponieważ sadowienie się na jego kolanach, niechybnie by świętego połamało… 🙂

  9. zapach ładny ale bardzo słaby szybko się ulatnia

  10. w końcu to Lacoste… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: