Napisane przez: pirath | 6 marca 2012

Dunhill – 51.3N, czyli pozorowana bitwa o Anglię…


To już ostatni z Dunhillów przesłanych przez RayFlasha… tego celowo zostawiłem sobie na koniec, ponieważ ze względu na interesującą nazwę wydawał mi się potencjalnie najciekawszy… lakoniczne 51.3N to nic innego jak szerokość geograficzna Londynu… i znów się nakręciłem, gdyż Londyn wywołuje u mnie same przyjemne skojarzenia… nie tylko zapachowe… to miasto ma swój niepowtarzalny klimat, którego nie znajdziemy w żadnym innym miejscu na ziemi… swoista architektura, autobusy, taksówki to najbardziej specyficzne przymioty tego miejsca… ale Londyn to przede wszystkim najważniejsza po Paryżu i Włoszczowej* europejska metropolia…

*uwzględniając ilość peronów, przy których zatrzymują się expresy w przeliczeniu na ilość mieszkańców…

Obecnie Londyn to multikulturowy tygiel… iście kosmopolityczna metropolia… charakterystyczna, wypracowana w wyniku swoistej izolacji „brytyjskość„, na którą wciąż przy każdym kroku można się natknąć – już dawno została sprowadzona do roli atrakcji turystycznej obok Tower Bridge, Big Bena i wartownika z bobrem na głowie, pod pałacem Buckingham… z jedną małą różnicą, którą mój przyjaciel od lat mieszkający w Londynie tak skomentował: „kiedy idę ulicą i widzę ładną kobietę – to wiem, że nie jest to angielka… gdy dodatkowo jest gustownie ubrana – to wiem, że jest to polka…” 😉 po czym dodał iż ma ogromną nadzieję, że wraz z napływem „świeżej krwi” innych narodowości (i nie polaków na zmywakach miał na myśli) Brytyjczycy jako naród nieco wyładnieją… 😎

Wybaczcie, bo trochę mnie poniosło i zbyt zszedłem z tematu… słowo Londyn od strony zapachowej kojarzy mi się z najlepszym możliwym wzorcem – tym od Burberry… brytyjskie konotacje 51.3N podkreśla Henry Cavill (Immortals, The Tudors) we własnej osobie – wystylizowany, a jakże na brytyjskiego pilota szybowca… 😉
ale nie łudźmy się… obie kompozycje dzieli „przepaść tak głęboka, że na jej dnie wciąż żyją dinozaury*… mówiąc wprost kompozycja Dunhilla nijak mi do klimatu Londynu nie pasuje i tytułowanie jej per „Londyn” byłoby sporym nadużyciem – więc w sumie dobrze się złożyło, że w 51.3N nie użyto jej dosłownie…
Brytyjska stolica zawsze kojarzyła mi się z deszczową pogodą, ołowianym niebem i jednakimi uliczkami z nietynkowanej cegły… Londyn od Burberry doskonale identyfikuje i podkreśla ten klimat – nadając stolicy ryżowego puddingu namiastkę atmosfery świąt… jest perfekcyjnie skrojony – jak ciepła angielska jesionka i długaśny szalik, które chronią przed słotną brytyjską aurą… tymczasem 51.3N Dunhilla to ledwie termoaktywne kalesony, które zakładają turyści w Oberstdorfie

*by Jeremy Clarkson, ale nie pomnę z której jego książki o samochodach ten cytat…

Początek 51.3N jest diabelnie przyjemny… to także ukłon w stronę jeszcze ciepłego, angielskiego ciasta z rabarbarem… niby nie jest ono tak słodkie jak nasza rodzima szarlotka z kruszonką, ale pachnie nie mniej przyjemne… wraz ze stygnięciem nasz rabarbarowy placek robi się cierpki i nieprzyjemnie cytrusowy… w tym momencie zapach zaczyna drastycznie rozmijać się z angielskimi klimatami i wkracza na silnie aromatyzowane terytorium – zarezerwowane dla odzianych w oczojebne kombinezony narciarskie Austriaków, szusujących na stokach Oberstdorfu… w nozdrza uderzają chłodne, drapieżne zioła (stawiam na kardamon)… po plecach przebiegł mi dreszcz… poczułem się jak podczas spaceru po górach, w lichej wiatrówce na grzbiecie… etap serca to przedziwne i kompletnie niezrozumiałe ciągoty 51.3N w stronę Bossa Bottled Night, DKNY Delicious i wykpionego niedawno Bossa XY… taki ziołowy świeżak z odrobiną kawy i ostrych przypraw, mających przeistoczyć go w rasową kompozycję na wieczór… niestety fail…

Pod koniec zapach podejmuje próbę powrotu do pierwotnej konwencji… przez chwilę czuję coś na podobieństwo wspomnianego Burberry London i CK One Shock w postaci jakby owocowego suszu i wiśni wymieszanych z drewnianą wyściółką i odrobiną ciepłej wanilii… ale to nie koniec… czuję jak zapach ciągle się miota i walczy zaciekle sam ze sobą na skórze… spokojne pląsanie drzewno – owocowych klimatów co rusz przerywa ostry nawrót aromatyzowanych pieprzem ziół… czyżby ktoś chciał w ten sposób nawiązać do wielokulturowości 51.30N – 00.07W?…
na mój gust specyfika tego miejsca to zbyt złożone zagadnienie – aby upraszczać je do bazy jednych, raczej przeciętnych perfum… sądzę, że Londyn zasługuje na całą kolekcję… coś na wzór Nowego Jorku, który postanowiło godnie uhonorować Bond No. 9

51.3N to niestety wyjątkowo przeciętny zapach o bardzo przeciętnych parametrach… jego przeciętność dodatkowo uwypukliły mocno przestrzelone aspiracje autorów… zapach coś tam próbuje wyrazić, ale jakby rozmyślił się po drodze i próbował powrócić do wcześniejszej konwencji… do przeprowadzenia rewolucji zabrakło mu odwagi, charyzmy i konsekwencji…
a nie mogli pozostać przy wypróbowanej roli niezobowiązującego casualowca, która całkiem nieźle wychodzi Dunhillowi?… chociaż z drugiej strony Dunhill ma już naprawdę sporo takich kompozycji i kolejnego klona o ujmującym drzewno waniliowym finiszu do szczęścia nie potrzebuje…

Głowa: rabarbar, grejpfrut, żurawina?
Serce: zioła (kardamon?), kawa? pieprz czarny i różowy, cedr, lawenda
Baza: drzewo sandałowe, suszone owoce, wanilia

Reklamy

Responses

  1. Lubię czytać Twoje recenzje, przydługaśne i pozornie odbiegające od tematu wstępy również 🙂

    Tego zapachu Dunhilla nie znałam, szczerze mówiąc nie wiedziałam nawet o jego istnieniu. Nigdy nie widziałam go również w perfumerii – pewnie tak kiepsko się sprzedawał, że go do Polski nie sprowadzono, bo i po co. Ale jak widać – nic straconego:-)

    Flakon na pierwszym zdjęciu skojarzył mi się z Eau d’Ikar Sisley, ale ostatnie zdjęcie temu przeczy 😉

    Tak sobie teraz myślę, że powinnam chyba zrobić odrębny wpis poświęcony zapachom mającym w swojej nazwie szerokości i/lub długości geograficzne, bo kilka takowych widziałam już na różnych stronach i forach internetowych.

    Co do Brytyjek, to muszę się zgodzić – urodą to one nie grzeszą 😉 Ale podobne zdanie mam również o Niemkach 😉

    PS Kiedy wpadniesz do Warszawy? Pamiętaj, że możesz czuć się przeze mnie zaproszony 🙂

  2. Hmmm bardziej od tego zapachu nurtuje mnie Custom… ale spotykam się z różnymi opiniami na jego temat. Może znasz?

  3. Olfaktorio i wzajemnie… mnie z kolei u Ciebie najbardziej pociąga bardzo solidne przygotowanie merytoryczne i profesjonalna konkretność Twoich wpisów… naprawdę ilość informacji, które zawierasz w każdym wpisie jest wstanie wpędzić w kompleksy 🙂

    51.3N to rzeczywiście rzadki gość na perfumeryjnych półkach, z tym że ja biorę poprawkę na dystrybutorów i kupców w dużych sieciach, którzy czasem wybiórczo dobierają repertuar… co do flakonu, to ja powiedziałbym, że jest Dunhillowy 😉 a ten od Sisleya raczej na poobtłukiwany mi wygląda 😉

    mówisz, że tak specyficznych i niszowych pod względem nazwy zapachów jak 51.3N jest więcej? jeśli zrobisz z tego elaborat na więcej niż trzy pozycję to przysięgam, że udam się na fastfoodową pielgrzymkę na wrotkach do Łorsoł… 🙂

    taaa, co do urody Niemek, to owszem jest hmmm legendarna, ale Angielki dzielnie walczą o palmę pierwszeństwa… 😀

    kiedyś bardzo chętnie Cię odwiedzę i skorzystam z zaproszenia, jak tylko rana po wyciętej nerce się lepiej zagoi*… Ty również się odezwij jak przyjedziesz do Oppeln… ustawimy się na kawę 🙂

    *nerę opchałem, bo nie miałem poprzednim razem za co zatankować… 😎

    nowy48 – nazwa nic mi nie mówi, mógłbyś przybliżyć, bo zapachu niestety nie znam?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: