Napisane przez: pirath | 23 kwietnia 2012

Ramon Molvizar – 5 Elements, czyli post apokaliptyczne uniwersum…


Starożytni mędrcy wierzyli, że wszystko we wszechświecie ma swój z góry ustalony porządek i pochodzenie przypisane mistycznym pięciu elementom… ich wzajemne oddziaływanie i relacje wytwarzały siłę konieczną, aby każdy z nich zaistniał w określonym momencie tworząc kontinuum… każdy z nich ma swój czas i miejsce, żyjąc i będąc pożywką dla następującego po nim żywiołowi… mędrcy określili te pięć elementów tworzących wszechświat jako: drewno, ogień, ziemia, metal i wodaMolvizar podjął się wysoce karkołomnego zabiegu oddania ich za pomocą jednego z pięciu zmysłów – zapachu…

Co prawda przelewam na e-papier dopiero drugą z kilku posiadanych próbek Ramona Molvizara, ale poznawszy przelotnie inne jego kreacje –  dostrzegłem pewną powtarzalność i swoistą manierę za pomocą której tworzy… bez wątpienia jest diabelnie zdolnym wirtuozem i jego rozbudowane dzieła są nacechowane ogromnym pietyzmem – ale tym razem IMO porwał się z przysłowiową motyką na słońce…

Próba oddania filozoficznego mechanizmu budowy wszechświata (nawet w kwestii umownej) we wnętrzu jednego flakonu, to wyzwanie któremu nie sposób sprostać… zakładam, że Molvizar był trzeźwy, gdy wpadł na ten pomysł – więc albo jest zadufanym w sobie megalomanem, albo asystenci dosypali mu czegoś do porannego espresso…
rozumiem, że artyści lubią pogrywać i kpić sobie z odbiorców ich sztuki – jak mistrz Leonardo, zaklinając w Mona Lisie swe oblicze… jednak różnica polega na tym, że Leo w istocie był geniuszem, wyprzedzającym o całe stulecia swoje czasy…

Kompozycja otwiera się diabelnie intrygującym, enigmatycznym otwarciem złożonym z kwiatów, melona, suszonych grzybów i odrobiny przypraw… pełne zaskoczenie i konsternacja gwarantowane, bo zapach otwiera zaiste ekscentryczna mieszanina, silnie kontrastujących ze sobą nut…
jest oryginalnie, na swój sposób pięknie – ale nie jest to woń niosąca uczucie bezpieczeństwa… odczówam silny niepokój przemierzając mroczne, bezludne, po prostu martwe lokacje Molvizarowego czyśćca… serce podskakuje mi do gardła przy każdym dźwięku dobiegającym z mrocznych czeluści… boję się, że z ciemności wyskoczy na mnie jakiś demon, albo akwizytor cudownej pościeli z wełny wielbłąda…

Intrygujące i przejmujące zarazem otwarcie przemija, ewoluując do bliżej nieokreślonej formy złożonej z szeptów, tchnień i oddechów… ślizgając się na wilgotnej posadzce, z gasnącą latarką w roztrzęsionej dłoni idę dalej… mam wrażenie, że obserwują mnie liczne pary oczu… to nuty tworzące tę przejmującą inscenizację kryją się w zakamarkach i przeszywają mnie nienawistnym wzrokiem… jest ich wiele, są wszędzie, ale ich obecność odbiera jedynie ma rozdygotana świadomość… nie dostrzegam też obecności i przemijania reszty elementów, tworzących w pełni funkcjonujący świat z wyraźnym podziałem na pory roku i akordy…

5 Elements to raptem stateczna migawka przedstawiająca umieranie, a przecież po zimie nastaje wiosna… na horyzoncie majaczą pierwsze promienie niewyobrażalnie odległego świtu, niosąc ciepło promieni na twarzy i nadzieję… nadzieja ponoć umiera ostatnia, ale dla Molvizarowego świata jest już za późno… skonał nawet w moim sercu…

Zapach na papierze ma ogromny potencjał, choć w praktyce ta kosmiczna różnorodność wypada dość skromnie – da się wprawdzie wyczuć tą złożoność Molvizarowego Universum, ale obraz tego świata przypomina raczej post-apokaliptyczną wizję z sennych koszmarów – niż prawdziwy, barwny i tętniący życiem świat… kraina Molvizara to mroczne, odstręczające i niegościnne środowisko, z którego pragnę czym prędzej uciec…
już wolę otaczającą mnie szarzyznę i wizję walki na śmierć i życie z moherem o wolne miejsce w autobusie, niż te majaki…

5 Elements to w zamierzeniu eklektyczna inscenizacja, podparta iście barokowym rozmachem – ale wynik tych karkołomnych wygibasów to wysoce powściągliwy w formie minimalizm, rodem z psychodelicznego horroru… tak wiem namieszałem, ale trudno to co odbieram wyrazić słowami… Molvizar niczym alchemik wrzuca do swego kociołka przeróżne, z pozoru przypadkowe i kompletnie do siebie niepasujące odczynniki – licząc w duchu, że wymarzona receptura na kamień filozoficzny właśnie się ziszcza…

(BUM!)

no cóż chyba żyję (pomyślał alchemik, wygrzebując się z pod regału, na który cisnęła go eksplozja)… znów nie wyszło, ale szczęśliwie dach nad pracownią ocalał… ale skąd wziąć kolejną porcję drogocennych łez dziewicy do dalszych prób? (w gimnazjach i studenckich akademikach raczej bym nie szukał)… otarłszy osmaloną twarz i podniósłszy z podłogi swój poszarpany kapelusz – leciwy alchemik mruknął do siebie pod nosem… – pozostaje dorobić na boku warząc trucizny, które opchnie się na czarnym rynku… przed wyborami na kasztelana chętnych nigdy nie brakuje

Głowa: cyklamen, konwalia, melon, nuty drzewne, nuty ziemi, anyż, pelargonia, czarny pieprz, muszkat
Serce: nuty grzybów, minerały, wilgotność, nuty korzenne, paczulę, jaśmin, różę, cedr
Baza: paczula, cedr, balsam, mech, sandałowiec, oud, wanilia, bursztyn

Advertisements

Responses

  1. Anyż i pelargonia? Tfu tfu 😛

    Z tego, co widzę, to mamy tu do czynienia z przerostem formy nad treścią, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Choć ten przerost nad treścią dotyczy moim zdaniem głównie stosunku opisu i inspiracji twórcy do wyglądu i jakości produktu końcowego.

    Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia flakonu i opakowania zewnętrznego, to przypomniał mi się film Cube, kojarzysz? Zdaje się, że to podobny poziom „psychodeli”, jak sądzisz?

  2. owszem przerost formy nad treścią, wręcz kakofonia mam wrażenie kilkudziesięciu nut zlewających się w jeden nieczytelny obraz, który aż męczy…

    oczywiście, że znam Cube, ale akurat jak wiesz wygląd flakonu nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia podczas oceny kompozycji, choć tu właśnie zaobserwowałem niemal szczytową fazę przerost formy nad treścią…

    zupełnie natomiast dobiła mnie oficjalna „myśl demagogiczna” o samym zapachu i niemal metafizyczne przedstawienie wykazu nut… owszem jest to nawiązanie do przyjętej konwencji zapachu i poniekąd zrozumiałe, ale oficjalny opis samej kompozycji i inspiracji dla jej powstania to już wyżyny snobistycznej epopei… słowem bullshit do sześcianu 😉

  3. Dzisiaj miałem okazję przetestować, zaiste zacny zapach. Z drugiej jednak strony miałem nieodparte wrażenie, że wyczuwam coś podobnego do Londyńczyka Burberry… Mój nos kłamie, czy jednak…?

  4. szczerze powiedziawszy nie widzę najmniejszego podobieństwa pomiędzy piątym elementem i londyńczykiem…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: