Napisane przez: pirath | 22 Maj 2012

Serge Lutens – Five O’Clock au Gingembre, czyli błogie nic nieróbstwo…


Z czym Wam się kojarzy termin five o clock? bo mi z tradycyjną brytyjską herbatką, koncelebrowaną punktualnie o piątej*… damy w kwiecistych sukniach anty gwałtach (z pierdylionem guziczków po samą szyję) oraz dżentelmeni w melonikach i parasolami (które przez wzgląd na lokalną aurę wyewoluowały z czasem do formy laseczki) przewieszonymi nonszalancko przez ramię – zasiadają w wygodnych fotelach pokrytych ciemnozielonym pluszem, wokół niewielkiego okrągłego stolika pokrytego misternym orzechowym fornirem… towarzystwo z namaszczeniem oddaje się tea time, któremu towarzyszy taktowny stuk srebrnych łyżeczek o porcelanowe filiżanki i spodeczki na konfiturę… panie oddają się porywającym pogawędkom o pogodzie i najświeższymi ploteczkami – zaś panowie wymieniają porady odnośnie nawożenia i pielęgnacji trawnika…

*siedemnastej dla ścisłości… tak niekonsekwentne uproszczenie zegara dobowego do 12 godzin, (dodając na końcu AM i PM) może nieco dziwić w przypadku krajów, które z uporem maniaka uważają iż mile (1,609344 kilometra), stopy (30,48 centymetra), galony (3,78541178 litra), cale (2,54 centymetra) i funty (453,59237 grama) są znacznie bardziej wygodne w przeliczaniu, od barbarzyńskiego systemu metrycznego… 😎

Dwie filiżanki i pół kilo konfitur z żurawiny później uzmysłowiłem sobie, że ten zapach absolutnie nie ma nic wspólnego ze wspomnianym, deczko skostniałym rytuałem imperium brytyjskiego – i opowiada o niczym nieskrępowanym, sielankowym, błogim, relaksującym nic nieróbstwie… wyobraźcie sobie, że leżycie na wygodnym hamaku – rozpiętym między dorodnymi, dającymi cudowny cień drzewami w zacisznym ogrodzie… jest późne czerwcowe popołudnie… słońce miękko opada na linię horyzontu, ptaszki ćwierkają – a delikatny, ciepły zefirek niesie ze sobą aromaty wypielęgnowanego, przepastnego ogrodu… leżycie tak sobie totalnie odprężeni, przewracając od niechcenia kolejne kartki niezbyt absorbującej książki…

Totalnie odprężający, niczym niezmącony relaks… to zapewne chciał tym zapachem wyrazić w 2008 roku Christopher Sheldrake, nadworny perfumiarz Lutensa – komponując Five O’Clocka… i zamiar ten powiódł mu się perfekcyjnie… od samego początku przecudnie rozluźniającego otwarcia towarzyszą nam same spokojne, niesamowicie przyjemne takty… napięte jak postronki mięśnie, po całym dniu stresującej bieganiny – ulegają w kontakcie z tym zapachem totalnemu rozluźnieniu… zaryzykuję tezę, że to lepsze, wróć porównywalne z rozwaleniem się w samych gaciach i laczkach, na kanapie przed telewizorem – przy wtórze dźwięku otwieranego browara… 🙂

rozluźniające otwarcie pieści nozdrza rozbrajającą nutą wesołej bergamotki w towarzystwie spolegliwego, absolutnie nienatarczywego kandyzowanego imbiru… odrobiny pikanterii dodaje szczypta pieprzu i nuta kakao – nadająca pozornie tylko cytrusowemu otwarciu łagodne, niezbyt słodkie, satynowo matowe oblicze… na tym etapie zapach przypomina mi R.S.V.P. Kennetha Cola… jest równie lekki, przyjemny i diabelnie apetyczny… późne serce to delikatne muśnięcie orientu za sprawą nuty miodu i leciutkiej paczuli, nadający kompozycji niesamowicie lekkiego szyku i jeszcze bardziej potęgując wrażenie niebiańskiego spokoju…

Ten zapach to idealny towarzysz na sielski wieczór, spędzany w jakimś ustronnym, urokliwym zakątku podczas urlopowego wyjazdu… nieważne czy to Majorka, Korsyka lub babciny ogród gdzieś na prowincji… nawet ciepłe letnie wieczory zostaną godnie uświetnione już samym tylko towarzystwem Five O’Clocka… jego imbirowo kakaowe serce to wprost idealny towarzysz wypoczynku i co dla niektórych ważne, nie będzie nosiciela zamęczał banałem cytrusów… jedyne do czego się przyczepię to niezbyt porywająca, nazbyt matowa baza… kakao nadaje kompozycjom specyficznej głębi jako wypełniacz, ale jako nuta występująca solo – nie jest zbyt wdzięcznym tematem za zwieńczenie… szczególnie, że towarzysząca mu nuta mocno zwietrzałego pieprzu niezbyt ożywia finisz… a może właśnie o to chodziło twórcy?

Głowa: bergamotka, kandyzowany imbir, pieprz, ciemne kakao
Serce: miód, paczula,
Baza: pieprz, ciemne kakao

Reklamy

Responses

  1. Uwielbiam Five’a. Ma same zacne nuty i, jak na ekscesy Serge’a Lutens [‚a?], jest absolutnie codziennonoszalny.

  2. Aż go sobie na noc zapodam, o! ;]

  3. prawda? jest jak stary znoszony sweter, w którym wstyd wyjść do ludzi, ale jest bliższy ciału i tak wygodny, że żal wyrzucić, albo podarować psu jako wyściółkę kojca… 😉

  4. Ja bardzo lubię Five O’Clock Lutensa i do ludzi się wyjść nie wstydzę 😉 Fajne spojrzenie na ten zapach.

  5. ja też, ale chodziło mi o oddanie wygody jego noszenia 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: