Napisane przez: pirath | 19 lipca 2012

klasyfikacja zapachów – bardzo luźna interpretacja…


Dziś odwiedziła mnie z kurtuazyjną wizytą „szyszka” z centrali… rozsiadła się z laptopem po drugiej stronie biurka i jak przystało na rasowego „forwardera emaili” i „biurowego pijacza kawy„- przez ponad dwie godziny „klepał” niekończące się raporty… w sumie nic szczególnego, poza faktem że dziś wilgotność powietrza w Oppeln przekraczała 80% i pomimo ponad 100 metrowego pomieszczenia, z niesamowicie wydajną klimą – powietrze w pomieszczeniu szczelnie wypełniała upierdliwa woń użytego w nieprzyzwoitej ilości 1 Million… cierpiałem niewymowne katusze, zastanawiając się przez te dwie godziny – ile wyszukanego bólu może zadać zwykły zszywacz biurowy i na ile sadystycznych sposobów mógłbym użyć ostro zatemperowanego ołówka…

W końcu mój gość opuścił lokal, a ja przez następne godziny próbowałem wywietrzyć po nim pomieszczenie – otwierając na oścież co się da, łącznie z deską sedesową w kiblu… później pomyślałem, że w naszym wciąż dzikim kraju nie jest propagowany nawet elementarny savoir vivre zapachowy, polegający na edukowaniu jakich perfum, kiedy i gdzie wypada używać… perfumy dzielą się na pewne kategorie, z pośrednio odgórnie przypisanym im podziałem na porę dnia, roku i okoliczności w których powinno się ich używać… dlatego postanowiłem skrobnąć parę zdań o poszczególnych kategoriach zapachowych, (w dość luźnej konwencji i bez zgłębiania się co to „szypr”), że 1 Million użyty w trakcie lipcowych upałów, to takie same buractwo co skarpety założone do sandałów…

oldschool – pod tym szyldem łączę zarówno zapachy „z brodą” datowane mniej więcej na „te dwa oto nagie miecze” – jak i nieco młodszych weteranów perfumeryjnych półek, którzy trwale wpisali się w karty zapachowej historii jako kwintesencja klasycznej męskości… są to więc zarówno klasyczne wody kolońskie, np. Brut, Grey Flannel, 4711 i ich klony, które dla większości gołowąsów „trącą dziadem” jak i nieśmiertelna klasyka od Guerlaina, Givenchy, Hermesa, Cartiera i Carona… są to wonie dość ostre, przesycone lawendą, ziołami i zabójczą dawką nieokrzesanych cytrusów w otwarciu – ale wiernym pozostaje im całkiem spora grupa mężczyzn (fenomen Old&Spice)… w sumie umiejętnie je dawkując można w nich śmigać przez cały rok – czyniąc z używanego niezmiennie od lat, tego samego zapachu własną, unikalną wizytówkę – bez konieczności przebijania się przez nieprzebrane zasoby kosztownej niszy…

świeżaki – najprostsza, najpopularniejsza i najmniej wymagająca kategoria zapachów przypominających odświeżacze powietrza – mocno wspierana zarówno przez wytwórców jak i oferujące je sklepy, bo sprzedają się podobnie jak się je nosi, czyli: miło, łatwo i przyjemnie… zazwyczaj banalne, wtórne do bólu i podobne do siebie jak wojsko na defiladzie w Pekinie, ale łatwo przypadają do gustu przeciętnemu „używaczowi„, który nie przywiązuje zbytniej uwagi do wyboru używanego zapachu, gdyż zapach ma być po prostu „fajny„… jest to grupa oferowana w zasadzie przez każdą markę (prym wiedzie Gucci, Lacoste, CK), bo najłatwiej się na niej zarabia dużą kasę i chętnie sięgają po nią ludzie młodzi, u których jeszcze nie wyewoluowały ich ostateczne gusta zapachowe… jest to kategoria idealna na dzień, a zwłaszcza na upały – gdzie zapach cytrusowo, owocowo, wodno, ozonowego „świażaka” nie męczy, ani nie przytłacza swym ciężarem…

casualowce i delikatne słodziaki – kategoria zapachów bardzo szeroka i umowna, gdyż skupia w sobie w zasadzie wszystko co nosi się za dnia, do pracy i na niezobowiązujące okazje rodzinne… zapach delikatnie podkreśla nosiciela, stanowiąc dodatek idealnie korespondujący z t-shirtem, jeansami i tenisówkami – jak i marynarką do pracy… wymieniać konkretne marki można by bez końca, ale są to zapachy w rodzaju Chanel Allure, Rochas Lui, CK One Shock, Guerlain Vetiver, Dolce Gabbana The One Gentleman albo Gucci PH II i Burberry London… są nieco cięższe od świeżaków, sowicie doprawione przyprawami, drewnem i kwieciem – ale wciąż na tyle lekkie, aby z powodzeniem można było ich używać codziennie, przez cały rok…

ultra męskie killery i monotematyczne siekiery – kategoria premium dla miłośników perfum o finalnie wykształconych preferencjach olfaktorycznych, którzy nie obawiają się noszenia woni intensywnych, często ciężkich i monotematycznych – ale przede wszystkim odważnych i wymagających… do tego worka wrzucę Gucci PH, Hermesa Terre, Chanel Egoiste, Cartiera Declaration, Diora Homme i Fafarafę, Lalique Encre Noir, Muglerowego A*mena, Paco Rabanne 1 Million i YSL M7… tu jest już naprawdę ciężko i dobitnie… te zapachy przedawkowane są w stanie strącać z nieba lekkie awionetki, zacinać windy, uruchamiać tryskacze przeciwpożarowe i wywoływać przedwczesne odejście wód u ciężarnych… najlepiej się je nosi w chłodniejsze pory roku, zwłaszcza wieczorową porą… zimą można się pokusić o noszenie ich za dnia, gdyż niska temperatura otoczenia jest w stanie znacznie utemperować ich ognisty temperament… jest to kategoria świetnie uświetniająca wszelkie oficjalne spotkania i uroczystości, gdzie wypada pachnieć wyraziście i z klasą, ale tu znów kluczem jest umiarkowana aplikacja…

nisza – kategoria będąca mekką i ziemią obiecaną w jednym dla wszelkiej maści indywidualistów i ultrasów poszukujących wyszukanych podniet, oryginalności i prawdziwej sztuki perfumeryjnej przez duże S… można tu znaleźć przedstawicieli każdego z wymienionych wcześniej podgatunków, ale zaserwowanego w większości przypadków w bardziej kameralny, niecodzienny i niepowtarzalny sposób… jeśli jakiś freek, niecodziennie udziwnienie lub totalny hardcore eliminuje dany zapach z grzecznych i skrajnie poprawnych politycznie półek z mainstremem – to pewnikiem znajdziemy takie dziwactwo w szeregach niszy… nisza wybacza wszystko, gdyż ludzi pragnących pachnieć inaczej niż reszta świata nie brakuje i wcale nie jest to snobizm… poza szczególnym naciskiem na oryginalność i nietuzinkowość samych kompozycji, ponoć szczególny nacisk kładzie się tu na jakość używanych składników i wyszukane opakowanie + całą otoczkę luksusu, która niestety ma przełożenie na cenę wyrobu końcowego… ale w końcu mówimy o dobrach ekstremalnie luksusowych – choć i tu nie unikniemy pułapek oraz prób zwykłego naciągania… zatem jeśli zawartość półek sieciowych perfumerii przestaje wystarczać, albo potrzeba czegoś wybitnie oryginalnego w celu wyrażenia swojej barwnej osobowości i podkreślenia indywidualizmu (nie koniecznie hipsterskiego) polecam przygodę z niszą… ale uprzedzam, że wciąga i zatraca w swym pięknie bez reszty…


Responses

  1. Pirath, generalnie jest tak jak napisałeś, z tym, że trzeba wziąć poprawkę na osobowość/typ skóry oraz indywidualny zapach ciała. Ja osobiście zawsze lamałem powyższe zasady, nosząc do pracy M7, Gucci PH czy Fougere Bengale. Prawdę mówiąc czasami korygowalem też kompozycje olejkami przywożonymi z Indii, które raczej ich nie osłabiały 🙂 Spotykałem się ze szczerze pozytywnym odbiorem koleżanek oraz perfumoholików z mojego biura 🙂 Do mnie nie pasują nijakie świeżaki, wodno-ozonowe lekkie kompozycje,itp. Tak już mam, że dobrze „uzupełniam się ” z charakternymi woniami.
    Ważny jest dobór sposobu aplikacji do charakteru i mocy stosowanych perfum, a tego podobnie jak np. świadomego obcowania ze sztukami wizualnymi, odbioru muzyki, czy choćby rozwijania zmysłu smaku nigdzie w naszym kraju nie uczą. Szkoda.
    Poza tym trzeba wziąć poprawkę na wój wytrawny nos wprawiony w percepowaniu szlachetnych kompozycji, ale akże woni w ogóle.
    Swoją drogą za atak Złotym Milionem powinny być jakieś kary ustawowe 🙂
    Pozdrawiam

  2. Klasyfikacja oldschoolu mi się podoba – „w sumie umiejętnie je dawkując można w nich śmigać przez cały rok – czyniąc z używanego niezmiennie od lat, tego samego zapachu własną, unikalną wizytówkę – bez konieczności przebijania się przez nieprzebrane zasoby kosztownej niszy…”.

    Odbieram je dokładnie tak samo, a przy okazji kocham. Niestety, są tacy, którzy twierdzą, że nosząc dziadkowe zapachy jestem burakiem, bo to zapachy raczej wieczorowe.

  3. Piracie,masz swietą racje,dobór zapachu i jego racjonowanie ma kolosalny wpływ na to jak tą osobe odbieramy.
    Gosciu mysli,że jest ładnie ubrany i wypachniony,a tak naprawde odstrecza nas od siebie,rozmowa z kims takim staje sie udreką i złem koniecznym.
    Pisze z własnego doswiadczenia bo pracowałem u jednego >pana biznesmena< który bez umiaru zlewał sie Lancome Hypnos,nie bacząc czy to zima czy lato.
    Poranna odprawa mimo,że nie trwała(na szczescie) długo byla dla mnie koszmarem,tym bardziej,że tego zapachu nie trawie.

  4. Maru – owszem wiele zależy od skóry i siły aplikacji… dlatego nie napisałem że kategorycznie nie można użyć ciężkich woni latem – i ograniczyłem się do zaleceń wynikających ze specyfiki danego zapachu… nie każdy psiknie kameralnie 3-4 plsiki, większość niestety psika kilkanaście razy, by samemu dobrze czuć co nosi… a to że inni się duszą, tego pewnie nie wiedzą…

    leathertobacco – część ludzi twierdzi, że ewolucja to bzdura, a dinozaury nigdy nie istniały – co nie znaczy, że trzeba brać ich opinie na poważnie… 😉

    Robercie – współczuję… p.s. na dniach wyślę Ci Epices, bo na śmierć zapomnaiłem… 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: