Napisane przez: pirath | 24 sierpnia 2012

Norma Kamali – Incense, czyli łzawiąca od dymu kadzideł i waniająca żywicznym labdanum historyjka o pewnym rycerzu…


Wpis zainspirowany piekielnym, trudnym i zarazem przepięknym – labdanowo kadzidlanym bukietem Normy Kamali Incense

„Saga o Marcusie”

Postaci…

Marcus van der Wyrwi herbu Brzozaszlachetny rycerz i człek poczciwy o czystym sercu i bardzo małym rozumku, który przemierza świat niosąc pomoc potrzebującym…

Whiskydzielna klacz Marcusa, będąca jednocześnie jego parzystokopytnym rozumem… niestety jest uzależniona od taniego burbona, więc zazwyczaj to Marcus wszędzie ją nosi…

Malikczarnoskóry elf, szachraj, szuler, agent ubezpieczeniowy i szumowina w jednym wątłym ciele…

Vetiverazepsuta do szpiku kości księżniczka, znana z tego, że jest znana i że kręci z Don Diablo…

Don Diablopan piekieł, książę ciemności, pomysłodawca pobierania myta za przejazd traktami i owsa dla koni po 6 sztuk złota za wiecheć… wymyślił  również te arcy bolesne plastry z woskiem do depilacji nóg i okolic bikini oraz samozatrzaskowy pas cnoty…

bezimienny mimpo prostu mim, bo się nie przedstawił – a kogoś musiałem z czystym sumieniem, nieskrywaną przyjemnością i premedytacją zgładzić…

Wstępniak do historii…

Przed wieloma wiekami żył sobie pewien poczciwy rycerz zwany Marcus van der Wyrwi herbu Brzoza… najstarsi górale nie pamiętają skąd ta „brzoza” w herbie – gdyż do klanu Wyrwich, po których Marcus odziedziczył swą nieludzką krzepę, bardziej pasowałby dąb…  choć mąż z Marcusa był postawny, to  niestety rozumu bozia mu wielce poskąpiła… co na stan rodzinnej fortuny brzemienny wpływ miało, albowiem ze szlacheckiego, choć podupadłego rodu nasz rycerz się wywodzi… przeto postanowił fortuny i przygody w świecie szukać, zabrawszy z domu jedynie zbroję paradną po dziadku, ogromny katowski miecz, którym sprawnie jednorącz fechtował oraz wierną kobyłkę Whisky… i wędrowali tak przez liczne krainy i królestwa, niosąc pomoc uciśnionym i potrzebującym… pewnemu rumuńskiemu bojarowi Marcus pomógł wbić na pal kilka tysięcy jeńców, w zamian za wieczerzę i czyste onuce… innym razem założył się z pewnym królem o misę puddingu, że jednym pchnięciem wbije jego miecz w kamienny głaz… ponoć jego rycerze do tej pory próbują go stamtąd wydobyć…

Czasy teraźniejsze…

Godziny dziesiątej jeszcze nie było, gdy zalana w trupa Whisky gibała się miarowo, niesiona na barkach Marcusa idącego żwawo leśnym duktem… i wówczas powiedział co myślał sam do sobie Marcus, co niezbyt często miało miejsce…

– utrapienie mam z tobą… pokraczna jesteś tak, że nawet koniokrady omijają cię z daleka i żłopiesz na umór… co to za koń, co go wszędzie nosić trzeba i pożytku z niego nie ma!…

Whisky usłyszawszy narzekania swego pana i smagnąwszy go celnie ogonem po nosie wymamrotała…

– a pamiętasz hic! kto cię z licznych tarapatów ciągle wybawia? pamiętasz kto cię hic! uczył, aby żółtego śniegu nie jeść? a kto pokazał, że przyłbicę w hełmie można unieść hic! aby na ściany ciągle nie wpadać?

głupio się zrobiło Marcusowi, bo rzeczywiście klaczka, choć uciążliwa – była mu najbliższą osobą na świecie i zaiste z niejednych opałów go wykaraskała… przeto zmilkł i przymknął przyłbicę unikając dalszych niekontrolowanych smagnięć ogonem i ruszył w dalszą drogę… wędrowali tak do wieczora, gdy Marcus w końcu poczuł znużenie i postawiwszy Whisky na jej rozczapierzonych nogach, rzekł…

– ufff sporo ważysz Whisky, teraz pora abyś ty mnie trochę ponosiła, zresztą karczmy nam trzeba bom głodny i spragniony…

– apropo picia – rzekła Whisky – desperacko potrzebuję klina… i chyba zapomniałeś ile waży twoje zakute w żelastwo dupsko Marcusie… widzę dym nad drzewami, więc udajmy się w tamtą stronę i rozpytajmy o gościnę i nocleg…

po chwili doszli do oberży z której dochodziły śmiechy i śpiewy, co Whisky odebrała za dowód iż nie chrzczą tu wodą trunków, skoro goście tak dobrze się bawią… weszli do ciemnego wnętrza i usiedli przy stole w kącie gospody… gdy Whisky nerwowo stukała kopytami o ciężki dębowy blat czekając na wiadro piwa – Marcus mocował się z klamrą hełmu i wciąż opadającą mu przy tym przyłbicą… dziwna para przybyszy nie uszła uwadze zaczajonej w przeciwległym kącie persony… niczym zjawa pojawiła się znienacka przy stole strudzonych bohaterów i zagadnęła przyjaźnie…

– łorap! wędrowcy, co tacy światowcy porabiają na tym zapyziałym zadupiu aaaaaj? – zawieśniaczył tajemniczy nieznajomy i nie czekając na odpowiedź dosiadł się do stołu – łaaaaaał! jakie masz wypasione podkowy bejby – zagadnął do Whiskey – i wyczesany ogon! (kurcze naprawdę wiedział jak naściemniać kobyle)… klaczka zatrzepotała rzęsami i prychnęła zalotnie – ale w mig odzyskawszy jasność umysłu odparowała…

– no dzięki ziomuś, twoje uszy i złote zęby też robią wrażenie, ale może byś się przedstawił? – wycedziła przez zęby Whisky, pomagając Marcusowi z zasupłanym mocowaniem hełmu…

– o pardon ale ze mnie prostak – rzekł kłaniając się dworsko nieznajomy – jestem Malik, czarny elf – i nim nasi bohaterowie zdołali zaprotestować, w ciągu paru sekund uporał się z rozsupłaniem zapięcia Marcusowego hełmu – jestem emisariuszem księżniczki Vetiverii, na której cześć nastaje pewien zły książę… księżniczka wysłała mnie z misją, abym znalazł męża zacnego, który wybawi ją od umizgów tego rogatego gbura, stając z nim w szranki o jej względy…

Marcusowe serce zabiło szybciej w piersi szerokiej i poderwawszy się z ławy zagrzmiał na całą oberżę – dajcie mi tego kmiota, który na cześć waćpanny tej nadobnej nastaje, przeto łeb mu rozpłatam mym ostrzem na dwoje! – co oczywiście nie spodobało się klaczy, która w lot zwietrzyła kłopoty, a poza tym ledwie pysk zamoczyła w wiadrze z napitkiem i potwornie bolały ją kopyta… szczęśliwie nieznajomy poparł jej starania, aby ekspedycję ratunkową odłożyć do rana i rad znalezienia godnych wybawców dla swej pani – chyżo kolejkę za kolejką najlepszego napitku stawiał przed naszymi bohaterami… pierwszy odpadł Marcus, nieprzywykły do picia na równi z własnym koniem, a Whisky odpadła kilka wiader taniego burbona później…

Klacz obudził potworny ból głowy i pragnienie zdolne osuszyć jezioro… wtem z przerażeniem odkryła, że leży tu sama, ktoś podpierdzielił jej wszystkie cztery podkowy (markowe, od O-Z’ta) i nigdzie nie widać napranych zwłok Marcusa, ani pobrzękującego złotymi łańcuchami elfa!… Whisky w mig wytrzeźwiała i poderwała się na równe kopyta… przecież Marcus na trzeźwo jest warzywem, a pijany Marcus to ugotowane warzywo i pewnie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo!… wybiegła galopem z wyszynku i spojrzała na błotniste klepisko przed karczmą w poszukiwaniu śladów przyjaciela… Marcus to kawał chłopa a zaciężna zbroja, której nie zdejmuje nawet do kąpieli powoduje, że jest naprawdę ciężki… nie mogą przez to wjeżdżać na niektóre dukty i mosty w królestwie – więc klaczka rychło wypatrzyła głębokie ślady pasujące do gabarytów zaginionego druha… puściła się galopem po śladach i choć brak nisko profilowych, aluminiowych podków znacznie ją spowalniał – to wkrótce dotarła do skraju przedziwnego lasu… z pozoru był to zwykły las brzozowy, ale niesamowicie mroczny i nienaturalnie zamglony… Whisky dreptała niepewnie między drzewami, rozglądając się nerwowo na boki… im głębiej zapuszczała się pomiędzy brzozy, tym powietrze robiło się coraz cieplejsze, gęstsze i bardziej zadymione – a ją samą ogarniał coraz większy niepokój… niepokój tym większy, że widziała i czuła w chrapach dym – a nigdzie nie widać było ognia… w końcu wyszła z pomiędzy drzew na niewielką polanę, z ogromnym uschniętym drzewem na środku… w środku pnia majaczyły jakby drzwi i szyld nad nimi… Whisky podeszła bliżej by go odczytać… poskładała koślawe, jakby wypalone w drewnie literki w całość i odczytała: L’Artisan Parfumeur – Passage d’Enfer*, przy czym L’Artisan Parfumeur było przekreślone…

*bramy piekieł…

Whisky pchnęła łbem ciężkie, nabijane ćwiekami drzwi i zajrzała do środka… panował tu półmrok rozświetlony nielicznymi kagankami, a powietrze aż falowało z gorąca bijącego od usytuowanych w głębi kamiennych schodów… klaczka z trudem wciągała w nozdrza gęste od dymu powietrze… wszystko było tu przesycone duszącą wonią spalenizny, palonego drewna i żywicy brzozowej… weszła głębiej i zbliżyła się do kręcących się serpentynami w dół schodów… wydawało jej się, że nie mają końca, a schodzenie trwało wiele godzin… uczucie dyskomfortu potęgował brak podków, wysoka temperatura i nasilający się kac morderca… wtem bliskiej omdlenia z wycieńczenia ukazał się przerażający widok niczym z piekła Dantego… tysiące udręczonych. poddawanych najwymyślniejszym torturom ciał, wiło się w potwornej agonii… ich krzyki rozrywały powietrze i przepełniały serce trwogą… a więc tak kończą prawnicy, developerzy i inni grzesznicy pomyślała klacz… wtem usłyszała jakby dźwięk dzwonka i ściana nieopodal niej rozstąpiła się z cichym szelestem… – kur..! fuknęła poirytowana Whiskymają tu windę*, a ja nak…wiałam na piechotę tymi schodami!… klaczka skryła się za węgłem i ujrzała wychodzącego z windy mężczyznę w uniformie jakie widywała już wcześniej w niektórych zamożnych grodach… ponoć tacy przebierańcy dostarczają jadło i napitek do domostw wskazanych w wiadomości przesłanej przez gołębia pocztowego!…

* (przyp. Don Diablo) tylko patrzeć jak kilkaset lat później Apple zdobędzie patent na windę, jako własny wynalazek i przedstawi twarde dowody, że wiosną 1984 roku Steve osobiście zbudował w Cupertino pierwszy działający prototyp… ale wcześniej ta firma parająca się trollingiem patentowym opatentuje min. kwadrat, tablet, kursor myszki i gest miziania palcem po szybie…

Tymczasem w innej części piekieł…

Marcus stał dysząc ciężko, nad nieprzytomnym cielskiem pana ciemności… oto pan nienawiści, ojciec nieskończonego cierpienia, etc, etc – leży niczym rażony piorunem pod nogami dzielnego rycerza… – straszna pi… z tego gościa – pomyślał sobie Marcusledwie trzy razy pacnąłem go z liścia (jako dziecko obiecał mamie, że nie będzie bił z pięści) i padł jak kłodanie będzie mi tu na cześć przecudnej urody księżniczki nastawał brzydal paskudny… dobrze, że mój przyjaciel Malik mnie tu sprowadził z wybawieniem dla nadobnej Vetiverii

– no nie zdzierżę! po coś sprowadził mi tu tego tłuka Malik!  – grzmiała Vetiveria do kulącego się ze strachu czarnego elfa – wpierw spuścił sromotny łomot Don Diablo i to bez użycia oręża, a teraz śpiewa mi miłosne serenady i ofiaruje swe serce i miecz na usługi!… a mówiłam wyraźnie, potrzebuję męża o czystym sercu, a nie zakutą w żelastwo „dziewicę orleańską” o intelekcie fury gnoju!… to miał być mój prezent dla Don Diablo z okazji naszej szebernastej rocznicy!

roztrzęsiony elf wysłuchiwał kuląc się rugania od swojej pani, świadom tego że wkrótce to jego żyć będą diabły dźgać widłami, jeśli rychło się z tej gafy nie wyłga… tymczasem zrozpaczona Vetiveria cuci ogłuszonego Don Diablo, klęcząc u jego boku i gładząc go po obitej szczęce i kikutach połamanych rogów…

– ale moja pani, kandydat z niego jest idealny… serce ma szlachetne i czyste jak łza, niewinność ma wypisaną na twarzy, a swą prawością i męstwem mógłby obdzielić pół królestwa, cały sejm i ze dwa klasztory! – odparł Malik, pobrzękując ze strachu złoconymi łańcuchami…

– tak, ale przy tym jest tak głupi, że nie odczuwa wszelakiej bojaźni, ni respektu przed złem wcielonym! sprał Don Diablo niczym niesforne pachole – gdyż jego mikry rozumek nie ogarnia myśli, że oto porwał się i sponiewierał samego księcia piekieł!…
a teraz lampi się lubieżnie na me cyce i wrażenie mam przemożne  (stwierdziła z figlarnym tonem), iż cała drużyna skautów rozbiła obozowisko w jego saczku…

– to nie obóz skautów – toż to namiot cyrkowy! – dodał chichocząc Malik

Whisky przysłuchiwała się z ukrycia tej rozmowie i wyskoczywszy zza ściany rzuciła:

– on nie nosi saczka!…

– ktoś ty!? – rzuciła zaskoczona Vetiveria, upuszczając na kamienną posadzkę łeb dochodzącego do siebie Don Diablo

– jestem Whisky, klacz Marcusa i przyszłam po swego pana! – i wycedziła w stronę Malika przez zęby – ale wpierw oddawaj moje aluminiowe podkowy ty przebrzydły kradzieju!

– kradniesz koniom podkowy Malik? – zapytała z niedowierzaniem i odrazą Vetiveria– rozumiem pewne dziwactwa podyktowaną modą,  jak hajdawery opuszczone do kolan, hełm noszony tyłem do przodu i te odpustowe łańcuchy – ale na Winonę R., po co ci podkowy tej klaczy?

– eee no w sumie to chciałem jedynie klaczkę spowolnić, co by pościgu zaniechała… – tłumaczył się elf – zresztą po wypiciu takiej ilości gorzały nie spodziewałem się, że świtu dożyje…

– pochodzę ze stadniny w Janowie Podlaskim!rzuciła nie bez dumy w głosie Whiskey

– czyli rodowita Polka, a to wiele tłumaczy – odrzekła z nieskrywanym podziwem Vetiveria, która znała legendy o 10 promilach – ale wiesz, że nie mogę Marcusa poniechać… potrzebuję godnej duszy na prezent dla mego ukochanego Diablusia

– chyba znajdę się coś ekstra na wymianę – wtrącił Marcus i sięgnął po przytroczony do końskiego siodła zrolowany dywan… rzucił pakunek na posadzkę i energicznym kopniakiem rozwinął, aż oczom zebranych ukazał się przerażony i udający przerażenie mimMarcus złapał mima za rękaw jego czarnego golfa i pchnął ku zgromadzonym mówiąc – przedrzeźniał mnie szpetnie, więc uciszyłem natręta – aby w spokoju pomyśleć co z nim zrobić…

– pomyśleć? – prychnęła Vetiveria

– czy ten mim udawał warzywo? – zakpił wprost Malik

– chcesz mi powiedzieć, że przez cały ten czas targałam na sobie mima? nienawidzę mimów! – ofukała rycerza Whiskey

– a mi się ten prezent okrutnie podoba! – odrzekł Don Diablo, który odzyskał w międzyczasie przytomność i pion…

– naprawdę kotku? – zapytała z troską Vetiveria i nie gniewasz się na mnie za tego psikusa ze stworzeniem Świętej Inkwizycji?

– ależ skąd turkaweczko – zawsze chciałem mieć coś tak irytującego i upierdliwego!… będę go posyłał w czeluści piekieł, by przez wieczność dręczył i wkurzał potępionych! a gdy się nim znudzę, zgładzę go oddając go w ręce tychże potępionych!!! – rzekł podekscytowany Don Diablo

– zatem Diablo syty i kobyłka cała – rzekła Whiskey oddaj mi elfie moje podkowy i ruszamy z Marcusem w dalszą drogę…

i wsiadł Marcus z klaczką do windy, która szybko wyniosła ich poza zadymione czeluści piekieł… a Diablo, Malik i Vetiveria długo machali im mimem na pożegnanie… legenda głosi, że wiele, wiele lat później pewien perfumiarz z Grass, usłyszawszy o ich przygodach – postanowił uczcić fakt wyeliminowania z puli genomów ludzkości owego mima, dedykując dzielnym bohaterom perfumy… a skład ich to: whisky, brzoza i vetivera – na cześć niewiasty, do której duch Marcusa ponoć po dziś dzień po nocach wzdycha…

The End…

Skład: labdanum, kadzidło, mirra,

Norma Kamali Incense

Reklamy

Responses

  1. Piracie,genialna recka,aż mi slinka leci na tego Fumidusa,i pewnie bedzie tak leciala po brodzie Bóg wie jak długo,bo cena jak narazie ciut zaporowa.
    Wstęp i cały opis-genialny.
    Jak bym czytał Powiesci Piastowskie Karola Bunscha.

  2. zbytek łaski mój Panie, wszak wprawiasz mnie w zakłopotanie, albowiem choć z Fumidusa zacna mikstura – to ma pisanina ledwie do pięt mu staje…

  3. Czy Ty aby nie jestes poetą, pisarzem, gryzipiórkiem lub coś w ten deseń?…..
    bo normalni mugole nie piszą takich poematów…..

  4. do pięt mu staje… piękne;) Ciekawie opisałeś Fumidusa, i tak myślę sobie jak różne wrażenie może wywrzeć na człowiekach ten zapach…
    Ja poznałam najpierw Fumidusa a potem Incense Extreme i Black Tourmaline ale… pomiędzy nimi miałam przyjemność (hmm..) z Normą Kamali – do dziś mam tiki nerwowe ;P

  5. Wiolu – niestety nie jestem, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciał…
    skarbek – nie kojarzę czy poznałem Normę Kamali, ale pamiętam, że po Fumidusie chodziłem przez kilka dni w pieluchomajtkach 🙂

  6. Pirath, za tą reckę Quality winna Ci sprezentować flakon tego pachnidła 😉

  7. dzięki honoris – ale mam nadzieję że tak się nie stanie, bo jeszcze moi nieliczni czytelnicy uznają że się sprzedałem… 🙂
    ale mam cichą nadzieję, że w końcu jakaś redakcja zaproponuje mi współpracę… 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: