Napisane przez: pirath | 11 września 2012

Vet Vet Vet i Lament by aleksander, czyli nieskalanej komerchą niszy ciąg dalszy…


Wiecie co jest najpiękniejsze w obcowaniu z niszą ekstremalną? jej kameralność, która w przypadku kreacji aleksandra objawia się w postaci zaledwie jednego jedynego flakonu… i to szczególne uczucie wyróżnienia, gdy dopadnie człowieka świadomość – że jest się jedną z nielicznych osób, którym dane było poznać i ponosić dany zapach… lecz i to uczucie dumy blednie, gdy dowiadujemy się, że zapach powstał na indywidualne zamówienie… taka przyjemność w wykonaniu uznanego w branży nosa kosztuje kilkaset tysięcy euro – ale wciąż jest to coś, co można po prostu kupić za pieniądze…

A jeśli zapach powstaje tak po po prostu, aby zupełnie bezinteresownie sprawić komuś przyjemność? obdarowujący kiedyś zasłyszał i zapamiętał, że obdarowany wyraził chęć posiadania bardzo specyficznych perfum, których nie sposób kupić… dla kogoś rozkochanego w perfumach do szaleństwa taki gest, to wyróżnienie z którym nic nie jest w stanie się równać… emocji, które poczułem czytając odręcznie napisaną notatkę, załączoną do otrzymanych epruwetek z mętną cieczą nawet nie będę próbował opisać… aleks, po porostu dzięki…

przed użyciem wstrząsnąć…

Jest coś ujmującego w perfumach wytwarzanych w domowych warunkach… są mętne, ulegają naturalnemu rozwarstwianiu… czuć i dosłownie widać, że są to naturalne olejki i ekstrakty, bez dodatku chemii… ręcznie zapisany rzędami pięknie wykaligrafowanych literek wykaz nut – został zamocowany do epruwetki za pomocą zwykłej gumki recepturki… wciąż jestem niepoprawnym perfumeryjnym idealistą – więc ten urokliwy, przaśny minimalizm formy szczególnie mnie wzruszył… oto kwintesencja prostoty i poruszającej do żywego surowości, z której wyewoluowała każda prawdziwie niszowa marka… tak to zapewne wygląda, nim wraz ze wzrostem popularności sięga się po setki wysmakowanych – acz identycznych flakonów, wprost z wielkiej huty szkła… nim ważne stało się wysmakowane opakowanie i pieczołowicie budowana wokół marki „otoczka” – najważniejszy był zapach… zapach zgodnie ze sztuką odleżał swoje celem zmacerowania składników – choć aleks martwił się, że to za krótko…

Niesłusznie, bo to co poczułem tuż po aplikacji – wtrąciło mnie wprost w wizję starego lasu iglastego… upojna, zniewalająca woń nagrzanej promieniami słońca żywicy, szyszek i igliwia która szczelnie wypełnia powietrze, a wraz z nim płuca… to bardzo prosta kompozycja, składa się raptem z kilku nut, ale uzyskana sugestywność budzi zasłużony szacunek… odrobina pieprzu i kadzidła podsyca to surowe brzmienie oddychającego żywicą lasu… jestem pewien, że gdyby użyć odrobiny utrwalacza zdolnego utrzymać tembr wybrzmiewania tej fazy akordu przez dłuższy czas – to Arso od Pro Fumum Roma zyskałby godnego przeciwnika…

Vet Vet Vet to nie syrop na kaszel a’la Pino, ani ordynarny „leśny” odświeżacz do kibli – lecz najprawdziwszy wiekowy las, obficie krwawiący ściekającą po pniach żywicą i otoczony miękkim kobiercem opadających przez dekady igieł… ale na tym nie koniec niespodzianek, gdyż po pewnym czasie cedrowo kadzidlane serce ustępuje vetiverze, która dzięki obecności resztek kadzidła przypomina mi trochę finisz Encre Noir od Lalique… mroczna, ciemno zielona i ziemista vetivera uśmiecha się złowieszczo spod szerokiego ronda kapelusza i błysnąwszy kłami – znika w nieprzeniknionych czeluściach nocy… trwa to dosłownie kilka minut, ale robi piorunujące wrażenie…

mam nadzieję, że zapach kiedyś będzie można kupić, a flakon może wyglądać mniej więcej tak…

Kolejny sampler opatrzono brązową karteczką z tytułem „Lament” i jeszcze bardziej zgrzebnym wykazem nut: mięta, kadzidło, kawa i koniec… i w życiu nie zgadniecie co z tego połączenia wyszło… połączenie gorzkiej za sprawą domieszki kadzidła kawy i rześkość silnie skoncentrowanej mięty dała woń do złudzenia przypominającą czekoladki After 8… nie przepadam za miętą w jedzeniu i toleruję ją wyłącznie we wspomnianych czekoladkach i drinku Mohito, który z kolei toleruję wyłącznie przez wzgląd na orzeźwiające podobieństwo do mojej ulubionej Brasiliany… kawowo miętowy Lament w niczym nie przypomina dość często przedstawianego w perfumach ujęcia kawy… co więcej zapach nie przypomina aranżacją czegokolwiek innego, więc moje dodatkowe uznanie na oryginalność… szkoda, ze nie możecie tego powąchać… no chyba, że aleksander da się w końcu namówić, aby przygotować nieco większą porcję próbek i rozesłać je innym blogerom, bo naprawdę warto…

Reklamy

Responses

  1. O kurczę ale miałeś ucztę.

  2. oj miałem 😉 szkoda tylko że to tylko samplerek, bo żal mi go zużyć na jedną globalną aplikację…

  3. Gdyby ktoś dla mnie perfumy skomponował to bym padła trupem z wrażenia.Ależ Ci się doświadczenie trafiło.

  4. haniu zaiste niemal padłem trupem… ale to nie miejsce na tę dyskusję…

  5. Po 1. jaka tam dyskusja – zazdraszczam zwyczajnie
    po 2 . to gdzie sobie mam pozazdraszczac jak tu nie?

  6. miałem na myśli rozmowę PW a nie publiczną… 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: