Napisane przez: pirath | 12 września 2012

Comme des Garcons (Monocle Scent) – Laurel, czyli Laura, która ambrę wybrała…


Laurel z 2009 roku, autorstwa Antoine Maisondieu – to jeden z tych zapachów, które swą bezsprzeczną oryginalnością i absolutnie niewymuszonym nowatorstwem – zabijają tęgiego klina… kolejny raz, pełen szczerego uznania, chylę czoła przed pomysłowością ludzi z Monocle Scent (CdG wziął na siebie produkcję i dystrybucję, co absolutnie mnie nie dziwi przy ich szaleńczym pędzie za performancem) i oto po zaskakująco terpentynowym Hinoki – dziś goszczę na mym (niegodnym podobnych zaszczytów) nadgarstku – wawrzynowego Laurela… pojęcia nie mam skąd pomysł, by liście laurowe utożsamiać z Libanem (zamachy bombowe, Bejrut, czołgi, religijny fanatyzm), gdyż mi osobiście  liście wawrzynu bardziej kojarzą się ze starożytną Grecją i Rzymem oraz bardziej przyziemnie z garami… ale z drugiej strony zamachowiec samobójca, wysadzający się w powietrze z okrzykiem halahalahala!, zdecydowanie silniej zapada w pamięci… 😉

Ale zostawmy w spokoju Liban i zajmijmy się Laurelem… to niesamowicie prosty, czytelny niczym poziome oznakowanie jezdni i zaskakujący oryginalnością zapach… od początku do końca motywem przewodnim są wspomniane liście wawrzynu (liść laurowy) przedstawione w kilku zadziwiająco sugestywnych odsłonach… na samym początku atakuje nas intensywna, świeża woń zielonych listków, które dopiero co zerwano z krzaczka… chwilami esencjonalność tej woni jest tak silna, iż przypomina obłoki pary z gotującego się w kuchni wywaru – który z impetem uderza w nozdrza po uniesieniu z garnka pokrywki…

Po kilkunastu minutach zapach traci tę świeżą, oleistą esencjonalność żywych liści/gotującego się wywaru i przechodzi w fazę wysuszonych liści… zupełnie jakby odkręcić wieko od słoiczka, w którym zabezpiecza się susz laurowy przed utratą aromatu… to jednak jeszcze nie koniec intensyfikacji doznań, gdyż momentami woń liści laurowych przypomina tę – gdy sporą garść wawrzynu i ziela angielskiego rzucimy na suchą patelnię i celowo przypalimy, celem okadzenia pomieszczeń/domu przed złem i demonami z TVN… lecz nawet w tej ekstremalnie aromatycznej fazie, woń liści laurowych nie jest aż tak silna, by wywołać dyskomfort podczas noszenia Laurela

Pierwsza godzina z Laurelem to w istocie liść laurowy w kilku sugestywnych odsłonach, ale prawdziwe piękno tych perfum nastaje z chwilą przejścia kompozycji do akordu bazowego – gdy do aromatu suszonych ziół dołącza kadzidło, drewno i ambra… ich ciepło i delikatna, balsamiczna słodycz doskonale równoważy blaknącą nutę wawrzynu – czyniąc z finiszu Laurela jedną z piękniejszych baz, jakie dane mi było ostatnio wąchać… jeśli cenicie sobie wytrawną, ziołową świeżość i preferujecie prawdziwie niebanalne perfumy, bez krzykliwych udziwnień – to z czystym sumieniem polecam ten zapach…

Skład: laur, pieprz, cedr, paczula, kadzidło, ambra

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: