Napisane przez: pirath | 27 listopada 2012

Amouage – Opus VI, czyli zapach szejka…


Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego żaden ranking najbogatszych tego świata nie obejmuje szejków naftowych? to proste, ponieważ ich majątek (wzorem szybu naftowego) nie posiada dna – zatem nie sposób go oszacować… 😉
a płynne czarne złoto to zaledwie ułamek ich przychodów, gdyż paradoksalnie najwięcej zarabiają na inwestycjach finansowych… ich bajeczne fortuny przypominają nam o nieprzebranych bogactwach i przepychu – jakby żywcem wyjętych z kart historii i baśni Szeherezady… luksusowe samochody, Rolexy z cyferblatami wartymi równowartość produktu narodowego brutto Sudanu, jachty wielkości lotniskowca i flota prywatnych Airbusów 340 na kameralne weekendowe wypady z haremem na shopping w Paryżu – to tylko nieliczne zachcianki, wróć przedmioty codziennego użytku, którymi rozpalają nasze wyobrażenia o ich niewyobrażalnych fortunach… ale czym pachnie taki szejk, gdy stać go na choćby codzienną wymianę zawartości w fontannie wypełnionej Chanel No 5 – a pole golfowe mógłby podlewać (gdyby tylko roślinki to zniosły) perfumami, powiedzmy Diora?

Wąchając Opus VI wpierw doznałem porażenia jego urodą – a później do mnie dotarło, że to właśnie mógłby być TEN zapach… określenie „piękny„, byłoby absolutnie nietaktownym banałem w kontekście tego wybitnego, orientalnego arcydzieła… po prostu wszelka doskonałość wylewa się z tej kompozycji szerokim strumieniem, gdy tuż obok wypływa kolejny potok – symbolizujący nieprzebrany przepych, wysmakowany majestat, ale i skromność i nieskalaną szlachetność… Amouage sięgnęło tą kompozycją absolutnych wyżyn w kreowaniu nienagannego wizerunku orientu – prezentując go światu od najpiękniejszej, najbogatszej i najbardziej wyrafinowanej strony – tworząc pachnidło ani o gram za ciężkie… to kwintesencja tego co najpiękniejsze i najgłębiej osadzone we wciąż dzikim sercu bliskiego wschodu… prawdziwy klejnot olśniewający blaskiem swych perfekcyjnych szlifów, bez krzty przesady i taniego blichtru – godny królów i najlepszej oprawy…
a jak na ironię oprawiono go w jakże skromny, wręcz minimalistyczny i dalece sprzeczny z estetyką orientu flakon…

Już na wstępie uprzedzę – zapomnijcie o wykazie nut, gdyż nie powie Wam absolutnie nic o idealnej harmonii, przebogatym i wysmakowanym bukiecie tej symfonii… tak symfonii, bo „kompozycja to zbyt wąskie ramy, by upchnąć w nich coś tak porażającego rozmachem po wirtuozersku skomponowanych ze sobą nut… ten zapach nie ma w sobie nic z ciężkiego, przytłaczającego orientu, za którym europejskie nosy niezbyt przepadają… wciąż co prawda czuć w Opus VI duszę Amouage, lecz jest to dusza anioła… cechą, która chyba najbardziej wyróżnia tę kompozycję na tle fenomenalnego Gold, czy Jubilation jest właśnie dyskrecja… Opus VI dosłownie kipi od magii orientu, jest wyrazisty, bogaty i czytelny – ale wyrażono go dyskretnym półgłosem… wyrazisty i absolutnie kameralny, niewymuszenie szczodry i szlachetnie powściągliwy… przyjemnie otulający, wybitny i absolutnie niepowtarzalny towarzysz – godny uświetnienia najbardziej wzniosłych momentów w życiu mężczyzny… w dodatku przez wzgląd na jego wyzbytą pretensjonalności aparycję – można przywdziewać go każdego dnia, bez obawy iż wzbudzimy atencję porównywalną z publicznym pojawieniem się Dody, ze zrujnowanym makijażem na happeningu anty GMO

Jego pierwszy akord… wróć, pierwsza część partytury, zwiastująca pełne napięcia otwarcie tego perfumeryjnego arystokraty – to subtelna gra kadzidła, przypraw (stawiam na szafran i jakąś żywicę) i słodkich, niemal korzennych wonności w tle… apogeum tej symfonii przypada na jej środkową część, gdy główny tenor wypruwa z siebie na scenie flaki – wyśpiewując arię złożoną z oudu i dosłownie kropelki wytrawnego absolutu z róży damasceńskiej… tak wiem, że w składzie nie wyszczególniono tych nut, ale prosiłem by zapomnieć o oficjalnych technikaliach… dalsze takty to delikatni zaakcentowane ciepło paczuli, doprawione szczodrą, acz dyskretnie wyrażoną porcją szlachetnych drewien i dostojnie pląsającą w ich akompaniamencie, królewską ambrą… a właśnie ambra wykonuje tę chwytającą za serce pieśń, będącą popisowym zwieńczeniem koncertu Opus VI na skórze…

To diabelnie złożona, a zarazem dyskretna i perfekcyjnie skomponowana aranżacja… dodatkowo jak przystało na standardy Amouage, o ponadprzeciętnej trwałości… już dawno żadna kompozycja, nie tylko orientalna (ostatnio bodaj Kilian StH i Chanel Coromandel) nie poruszyła mną na wskroś i do żywego  (niczym telefon o 21.34 z ofertą specjalną od Orange) jak najnowszy Opus z Library Collection od Amouage… jestem co prawda strasznie „do tyłu” z tegorocznymi nowościami niszowymi (strajkuję, żądając dostępu do morza dla mego rodzinnego miasta) – ale mając wybrać w ciemno wskazałbym jako najlepszą premierę niszową mijającego 2012 roku właśnie Opus VI, bo król może być tylko jeden… doprawdy gorąco polecam, gdyż 21 grudnia już za pasem – a głupio byłoby zginąć w deszczu meteorytów, nie poznawszy choćby z próbki tak wybitnego pachnidła…

Głowa: pieprz syczuański, kadzidło (olibanum), korzennik (Pimenta racemosa)
Serce: obwojnik, cypriol, paczula
Baza: ambranum, Z11 (akord drzewny), drzewo sandałowe, czystek (labdanum)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: