Napisane przez: pirath | 28 stycznia 2013

iPerfumy – czyli gdyby Apple „wypuściło” perfumy…


Właśnie przechodzę trzeci, okrągły i jubileuszowy nawrót grypy w ciągu ostatnich czterech miesięcy, więc dziś będzie okołoperfumeryjnie… było już w sieci kilka wpisów w rodzaju „co by było gdyby producenci systemów operacyjnych produkowali samoloty” oraz „o producentach komputerów, którzy zabrali się za wytwarzanie samochodów„… ale co by było gdyby za „wypuszczenie” sygnowanych świecącym logiem perfum zabrało się Apple?… no właśnie wypuściło lub firmowało, bo na pewno nie wyprodukowało – gdyż jak wiele znanych na rynku marek, Apple nie wytwarza nic poza amejzingiem wokół swoich produktów, a faktyczną produkcję zleca firmom trzecim (chińskim lub koreańskim) zajmującym się tym profesjonalnie…
z kosmetykami i perfumami jest zresztą podobnie, gdyż mało która firma dysponuje własnymi laboratoriami badawczymi, nosem na etacie, know how i kosztownym zapleczem techniczno produkcyjnym (fabryki) zdolnym wyprodukować flakonik perfum, komputer, komórkę, pralkę, paczkę zapałek czy cokolwiek innego… zazwyczaj całość sprowadza się do zlecenia opracowania projektu, wyprodukowania i konfekcjonowania danego wyrobu firmie trzeciej – a ta zadba nawet o umieszczenie na produkcie X logo zleceniodawcy…
jeśli jeszcze o tym jakże powszechnym w dosłownie każdej branży procederze nie wiedzieliście, to właśnie śpieszę z uświadamianiem, że za powstaniem wyrobów sporej części ekskluzywnych marek na perfumeryjnych półkach stoi w istocie jakiś jeden duży koncern, którego marki możecie nawet nie kojarzyć – zajmujący się od A do Z produkcją i firmowaniem konkretnych produktów logiem dowolnej znanej marki, a czasem nawet jest jej posiadaczem… 🙂

iperfumy

Kwestia najważniejsza czyli bajeranckie opakowanie!… jak przystało na Apple, śliczny, minimalistyczny flakonik wykonany jest oczywiście z jednego kawałka malowanego aluminium… to nic, że farba obskurnie odłazi płatami, zostawiając spore płaty na dłoniach po każdej aplikacji – ale to oczywiście zamierzony ficzer i każdy inny flakon konkurencji też tak ma!… każdy flakon posiadałby podświetlane za pomocą bateryjki logo z nadgryzionym jabłkiem, którego naturalnie nie sposób wyłączyć (zresztą kto by śmiał podnieść rękę na świętość)… naturalnie żywotność działającego dniem i nocą podświetlania, zalewającego toaletkę chłodną białą poświatą wypruje flaki z tej mikrusiej bateryjki w ciągu miesiąca – ale od czego są autoryzowane punkty iScent, pozwalające w każdej chwili wymienić padnięte zasilanie najważniejszego bajeru flakonu, za symboliczną odpłatnością 14,99$… dla dobra i wygody użyszkodnika, każdorazowe użycie iFlakonu musi zostać poprzedzone autoryzacją w module iScent, zintegrowanym z iTunes i potwierdzone specjalnym tokenem (do dokupienia za jedyne 199$) gwarantującym, że nikt z członków rodziny nie naruszy cennej zawartości naszego flakonu o pojemności 16, 32 lub 64 ml, bez naszej wiedzy… 😉

Skład tych uniseksowych perfum jest w znacznym stopniu oparty na enigmatycznym ISO E, niosącym sporą dozę dowolności w interpretacji i nadinterpretacji cudownych właściwości iPerfum, podczas adorowania ich niekwestionowanego amejzingu… na wypadek, gdyby sama wiara w absolutną zajefajność tych dość „umownie” pachnących perfum nie była wystarczającym dowodem na absolutną przełomowość, innowacyjność i kreatywność jabłkowych perfum – na wszelki wypadek do składu dołączono aromat świeżo umytych podłóg campusu w Cupertino, świeżo przetartych przez sprzątaczkę bergamotowym środkiem do pielęgnacji aluminiowych kafli oraz aromatem kawowym, unoszącym się we wnętrzu ulokowanego przy nowojorskiej piątej alei Starbucksa i obowiązkowo wonią świeżego alpejskiego powietrza, specjalnie importowanego tankowcami do Kalifornii, celem pompowania nim opon w rowerze Tima Cooka (CEO Apple)… ta niesamowita i oczywiście opatentowana mieszanka składników (i każdego z osobna), pozwoli skutecznie zasypać pozwami i zgromić konkurencję, która ośmieliła się użyć któregokolwiek z użytych, tfu wynalezionych przez Apple składników… oczyma wyobraźni już widzę ocierającego pot z czoła Oliviera Creeda, tłumaczącego się przed kalifornijskim sądem, skąd w XIX wiecznych kompozycjach Creed wzięła się bergamotka!… przecież wszyscy wiedzą, że olejek bergamotowy wynalazło w 2013 roku Apple!!! 😀

Ponadto co roku odbywała by się huczna premiera kolejnej edycji iPerfum o nazwie Nowe iPerfumy, zawierające dokładnie tę samą zawartość, ale w odrobinę odświeżonej wersji flakonu – i co najważniejsze dla estetów, w szerokiej palecie kolorystycznej od bieli aż po czerń… jednak prawdziwą furorę zrobią dopiero specjalne futerały i uprzęże na szyję, pozwalające nosić wszędzie ze sobą flakon ulubionych perfum, co przez wzgląd na gustowne podświetlanie flakonu na pewno nie pozostanie nie zauważone, stanowiąc prawdziwy zwrot – ba, rewolucję! w kwestii ostentacyjnego obnoszenia się ze stanem posiadania i udanego lansowania się za pomocą markowych i drogich perfum… wszelkie nowomodne wynalazki dla ubogich staną się kompletnie nieprzydatne, gdyż żaden perfumowany kartonik z logo producenta na szyi nie jest w stanie równać się z solidnym kawałkiem podświetlanego logiem Apple aluminium na klacie/dekolcie…

Bez wątpienia marketingowy opis perfum Apple byłby tak przepełniony magią, amejzingiem i długą listą cudownych, nadprzyrodzonych właściwości (również leczniczo zdrowotnych), że nie jedna, słynąca z bajkopisarstwa marka niszowa mogłaby pozazdrościć marketingowcom z Cupertino kreatywności… nie owijając w bawełnę, Apple po prostu wykazałoby, że to ono wymyśliło perfumy (chwaląc się stosownym patentem, z miejscami jeszcze niedoschniętym tuszem drukarskim)… przede wszystkim perfumy Apple posiadają przełomową funkcję zmiany bukietu zapachowego w trakcie ich używania! ponadto zupełnie innowacyjnie pachną kilka godzin i w dodatku kilkoma składnikami jednocześnie!… producent zadbał też o PiaRowy aspekt ekologiczny, a mianowicie kartonowe opakowania są wytworzone z makulatury po zmielonych pozwach i odrzuconych wnioskach patentowych, którymi firma za wszelką cenę stara się opóźnić i spacyfikować postęp technologiczny konkurencji – a z każdego miliarda dolarów przychodów firma przekazuje dolara na ochronę wycinanych przez producentów papieru biurowego połaci lasów amazońskich… generalnie strategia marketingowa iPerfum opiera się na tezie, że produkty konkurencji to tylko tanie podróbki, żerujące na kreatywności i przełomowych rozwiązaniach wynalezionych przez inżynierów Samsunga*, tfu Coty*, tfu Apple… 😉

*lub jakiegokolwiek innego molocha zajmującego się produkcją na zlecenie dla innych…

Wprawdzie odcięci od rzeczywistości (nieświadomi, że można lepiej, prościej i taniej), od lat zamknięci w hermetycznym, jabłkowym rezerwacie fanboje nie mają zbyt wygórowanych oczekiwań względem parametrów technicznych, praktyczności i zgodności z ogólnie przyjętymi standardami swoich okrutnie przepłaconych iGadżetów – ale czasem w ich otumanionych „matrixową prozą życia umysłach, pojawia się zew ku wolności… ich sprowadzony do roli żywego terminala płatniczego, maksymalnie uproszczony lifestyle, narzucanie i odgórne podejmowanie za nich wszelkich decyzji zaczyna uwierać – podobnie jak kolejna absurdalna przejściówka, którymi zmuszeni są protezować kuriozalne niedomagania najbardziej innowacyjnego hardware ever!… w takim przypadku potrzeba prawdziwego „kafara, mającego na celu absolutne ogłuszenie odzyskującego zdroworozsądkową świadomość użyszkodnika, utwierdzając go w przekonaniu o konieczności pozostania w rezerwacie dla jego własnego dobra… a czy jest ku temu lepsza przesłanka, niż opatentowanie i zastrzeżenie zasady działania atomizera oraz posuwisto zwrotnego ruchu pompującego, opartego na nim palca? skoro ze „slide to unlock” się udało, to czemu nie z przedpotopowym psik, psik?… a niech się konkurencja męczy z wersją splash (chlapaną)… 😉

To nic, że flakonik iPerfum kosztuje krocie, wszak nie każdego stać na ten przereklamowany i sowicie przepłacony, tfu luksus, dlatego sporo można zarobić na odsprzedaży swojej używanej flaszki, na wypadek kompletnie niezrozumiałego i totalnie niewybaczalnego zrezygnowania z iPerfum Apple na rzecz konkurencyjnej podróbki np. od Guerlain, Bossa, czy innego podrzędnego Amouage… sprzedaż używek z niewielką stratą to w rezerwacie Apple całkiem powszechne i intratne zjawisko – gdyż cena perfum Apple to 3899 zł (przelicznik wedle oficjalnego kursu Cupertino z dolarem po 5 zł) więc nie dziwota, że rynek wtórny perfum Apple kwitnie w najlepsze – ale tylko pod warunkiem, że sprzedający dysponuje oryginalnym, nie uszkodzonym kartonikiem po flakonie (kompletnym i najlepiej z oryginalnymi resztkami folii ochronnej)… bez oryginalnego opakowania, z najlepiej podpiętym paragonem do kompletu, nawet nie ma co liczyć na znalezienie szanującego się nabywcy… 😉

zdjęcie flakonu użytego dla zobrazowania hipotetycznego wyglądu flakonu perfum Apple pochodzi ze strony http://lavernia-cienfuegos.com/codizia-man/


Responses

  1. […] […]

  2. Dość żałosny i hejterski ten wpis, szczególnie że Apple ma własne centra badawczo rozwojowe, projektuje własne procesory Apple A6 i A6X, ma własne systemy operacyjne iOS i OS X itd.

  3. hmmm niech zgadnę… wierny fan Apple? jeśli wciąż wierzysz, że te „słynne” centra badawczo rozwojowe nie mogące sobie poradzić z zaprojektowaniem banalnej anteny do własnego telefonu i napisaniem poprawnych sterowników do karty graficznej dla swojego własnego systemu operacyjnego i niedziałających map wytwarzają coś więcej poza nazywaniem po swojemu wynalezionych przez inne firmy technologii to gratuluję optymizmu… dzięki takiemu podejściu Apple nie grozi zagłada… 😉

    p.s. choć akurat w to, że swoje systemy operacyjne piszą samodzielnie akurat wierzę, bo to widać… 😉

  4. Uwielbiam Cię, hehe! 😀 Ale wiesz, ręki na świętość podnosić się nie godzi 😦 To tak, jakbyś wyśmiał słitaśne fotki z kubkiem ze Starbaksa, albo reklamówką CK. No jakże to tak?! 😦

    Pozdrawiam!

  5. no jakbym śmiał! sam kupiłem sobie na allegro lekko używany i prawie nierozmoknięty kubek ze Starbucksa, z którym lansuję się pod osiedlową Bezdomką, trzymając w drugiej ręce wypchaną kamieniami reklamówkę z Douglasa… 🙂

    a Apple po prostu wypada obśmiewać i napiętnować jako żenujący przykład patentowania rzeczywistości, którą nie Apple zawdzięczamy, dorabiania ideologii i propagowania jako przełomowych rzeczy oczywistych i tak powszechnych, że aż zapomniano o ich istnieniu… jako geek ciągle gonię za nowinkami technologicznymi, stąd moje głębokie zażenowanie za każdym razem gdy przedstawia mi się odgrzewanego kotleta, jako istne objawienie i przebłysk twórczego geniuszu… tylko czekać aż jabłkowi wynajdą ogień, koło i opatentują oddychanie… również pozdrawiam 😉

  6. Jakbym czytał tekst Ogrodnika Januarego, coś pięknego!
    I wracaj do zdrowia, bo jak to tak Pirath bez nosa?;)

    -Wierny czytelnik-

  7. ojej, normalnie aż zaniemówiłem… 😉 porównanie do kunsztu oratorskiego samego OłDżeJa to największy komplement jakiego mógłbym się spodziewać… ślicznie Ci dziękuję za to porównanie, jednak pokora i wrodzona skromność nie pozwala mi zupełnie zresztą niezasłużenie mierzyć się z piórem Jego Złośliwości ogrodnika.januarego… 🙂

  8. Lubię to:) po prostu podoba mi się twój styl wyśmiewania otaczającego świata i słuszny poniekąd sarkazm wobec przypisywania sobie geniuszu w wielu dziedzinach.Jest tylko mały problem.Dlaczego komputer mojej córki z logo jabłka nie ma żadnych wirusów i mieć nie będzie,a mój samsung ciągle mruga i miga programami antywirusowymi.Mnie to nie za bardzo obchodzi jaka to robi firma.Bardziej dostrzegam jak to po prostu działa i tylko to jest wyznacznikiem.To sztuka sprzedać coś mniej wartego za dużo większą cenę.Potrafią tego dokonać tylko bardzo zdolni marketingowcy.

  9. he he no mnie z kolei martwi, że za projektowanie komputerów biorą się marketingowcy, a nie inżynierowie… to dość niebezpieczne zjawisko, podobnie jak trolling patentowy i związane z nim skarżenie całego świata absurdalnymi pozwami o naruszenie czegoś, co już od dawna istnieje/wymyślono – ale skoro ktoś o mózgu kijanki pracujący w urzędzie patentowym wspaniałomyślnie wydał patent Apple, to znak, że nadciąga przykra w skutkach dla rozwoju technologii wojna pozycyjna, która pogrzebie w błocie rozwój elektroniki użytkowej na długie lata… czekam aż opatentują ruch obrotowy ziemi wokół słońca, penicylinę i funkcję wdech/wydech… 😉
    ale ja nie o tym…

    a skąd wiesz że komputer Twojej córki nie ma wirusów? bo Apple w przypływie kolejnej fali porażającej ignorancji, doprawionej szczyptą uprawiania niezdrowego PR tak stwierdziło?… gdyż w swej nieskończonej krnąbrności nie zapewniają odbiorcom swoich zabawek jakiejkolwiek ochrony antywirusowej, ponieważ taniej i mniej obciążająco dla budżetowych podzespołów i żywotności baterii jest wmówić nabywcom „na maki nie ma wirusów”?…
    ha ha ha, to w sumie genialne posunięcie marketingowe, które pozwoli zwabić masę potencjalnych nabywców wizją bezpieczeństwa, którego nie ma!… ale niestety to tylko wyssana z palca mrzonka i wytwór propagandowy, na co dowodem są coraz to częstsze plagi wirusów na maki, których obecność w systemie bynajmniej niekoniecznie musi być obwieszczana całemu światu przez wyświetlanie na pulpicie gejowskiego porno, zabawą w slide to reboot, ani przyłączenia komputera do jakiegoś spamerskiego botnetu… nie wiem czy wiesz, ale największy botnet zlikwidowany całkiem zresztą niedawno, działał na kilkuset (sic!) tysiącach zainfekowanych iZabawkach, a w tym na paru setkach maszyn pracujących w Cupertino… 🙂
    i właśnie dlatego inni producenci, rzeczywiście mający na uwadze dobro i bezpieczeństwo użytkowników swojego sprzętu z automatu ładują do swoich maszyn oprogramowanie antywirusowe, mające zapewnić userom choćby statyczne bezpieczeństwo… piszę statyczne, gdyż żaden antywirus nie powstrzyma nieświadomego zagrożenia użyszkodnika w klikanie na co popadnie… do tego trzeba wypracowania świadomości o potencjalnym zagrożeniu i metodach jego zapobiegania – a nie pustych frazesów o domniemanym bezpieczeństwie… otóż wirusy na wszelkie urządzenia Apple są i mają się świetnie (uwierzysz, że pożyczyłem kiedyś koledze iPoda (mp3) i przytargał mi na nim wirusa?) i będzie ich coraz więcej, gdyż dotychczasowy brak zainteresowania twórców wirusów tą platformą systemową wynikał z dotychczasowej niszowości jabłkowych systemów operacyjnych – ale teraz ten trend się odwraca i po prostu pisanie wirusów/trojanów i generalnie złośliwego oprogramowania na platformę OS wreszcie ma sens/stało się opłacalne, gdyż w tym rodzaju oprogramowania chodzi przede wszystkim o masową skalę oddziaływania… w tej chwili użytkownicy maków stanowią całkiem sporą i w dodatku całkowicie bezbronną i nieświadomą zagrożenia grupę – co sprowadza proceder pisania złośliwego oprogramowania na makówki do czynności prostszej niż zabranie niememu dziecku lizaka, przez co nawet nie zakwili…

    widzisz ja mam kilka komputerów i choć profilaktycznie mam na każdym zainstalowane oprogramowanie antywirusowe, jednak od lat nie miałem żadnej infekcji… może dlatego, że używam komputera w sposób świadomy i myślę nad tym co klikam, ściągam i instaluję? niestety żaden program antywirusowy nie zastąpi zdrowego rozsądku i edukacji w zakresie higieny używania jakiegokolwiek systemu operacyjnego, gdy brak elementarnej świadomości o potencjalnym zagrożeniu – a użytkownicy maków go po prostu nie mają, gdyż od lat powtarza im się jak mantrę „że na maki nie ma wirusów”… i żeby była jasność, nie mam pretensji do nich, lecz do zarządu Apple, gdyż udając że problem nie istnieje, bagatelizując go – bynajmniej nie zapewniają swoim klientom bezpieczeństwa – a narażają ich na spore straty, a to niewybaczalne…

    jestem pragmatykiem i tylko to jak coś działa, a nie wygląda jest dla mnie wyznacznikiem tego czego oczekuję/poszukuję w elektronice – więc każde urządzenie które kupuję do pracy/zabawy ma być zrobione jak najlepiej, ze szczególnym naciskiem na wydajność i sprawność i przede wszystkim ma być zaprojektowane przez profesjonalistów, którzy mają o tym pojęcie i projektują z myślą o parametrach, praktyczności i wygodzie użytkowania – a nie nastawioną na robienie wrażenia wzrokowego zabawką, spreparowaną z przestarzałych podzespołów przez stado marketingowców i z maksymalnie udziwnioną obsługą…
    dlatego uważam, że Apple świadomie wyszło z segmentu PRO jakieś 10 lat temu – a to co w tej chwili oferuje to coraz bardziej tandetne zabawki i gadżety do lajkowania na fejsie, trzaskania słitfoci do instagrama i lansu, desperacko próbujące narzucić swoją zapóźnioną i nagminnie zapożyczaną myśl techniczną (odgrzewane kotlety, przedstawiane jako przełomowe osiągnięcia) wciąż gnającemu do przodu światu… owszem sztuką jest sprzedać torebkę z Tuszyna, albo reprodukcję jakiegoś kubistycznego bohomazu za 5 tysiaków w ekskluzywnym butiku na Nowym Świecie (wiem iż pojęcie wysokości ceny/opłacalności zakupu jest bardzo względne) nie w każdym segmencie rynku nabijanie ludzi w butelkę przynosi zamierzony efekt i chlubę… w chyba żadnej innej branży jak elektronika nie da się tak łatwo przejrzeć intencji sprzedawcy, chcącego nabić klienta w butelkę… no chyba, że ktoś szuka narzędzia do lansu lub urojonego prestiżu a nie pracy, wówczas niepotrzebnie się czepiam… 🙂

    reasumując: maki to nie są bezpieczne urządzenia, gdyż sama wiara w urojone bezpieczeństwo wpojone przez populizm i marketingowe gdakanie „fachowców” z Cupertino nie wystarczy do realnej obrony przed zagrożeniami… równie dobrze i z podobnym skutkiem można wierzyć w magiczne działanie wody święconej i magię Harrego Pottera… niestety rzeczywistość rządzi się innymi prawidłami i kult wyznawców nadgryzionego jabłka, żyjących w przeświadczeniu, że oto Steve stworzył dla nich wymarzony, bezpieczny, po prostu idealny świat – to mrzonka… a niestety sama wiara w cuda i magię nie wystarczy do ochrony… 😉

    p.s. Piotrze nic osobistego, ot sobie dywaguję… 😉

  10. Dziękuję za ten wpis. Czekam na coś o Bieberze albo o plastikowym tyłku Cher, najlepiej o czymś, z czego ostatnio wypada się śmiać w środowisku szesnastolatków (może Górniak kowerująca Metallikę?)
    Jak długo można czytać dygresje z fiksacjami autora na punkcie produktów Apple? Jak bardzo żałosne jest tworzenie całych elaboratów w odpowiedzi na całkiem niewinny komentarz do wpisu?
    Podobają mi się na tym blogu fragmenty z opisami perfum, ale ta cała sarkastyczna reszta jest pisana z polotem studenta polibudy zapierniczającego na egzamin w sztruksowej marynarce i z plecakiem alpinusa. Wybaczcie, ja odpadam…

  11. ojej, aż mi ramiączko plecaka opadło na te słowa… strasznie mi przykro, że kolejny raz zawiodłem i uraziłem czyjeś wyrafinowane gusta mą żałosną pisaniną… choć z drugiej strony jestem zdumiony, iż ktoś wziął ten paszkwil na poważnie, więc winszuję wyczucia i dystansu… 😉

    p.s. nagłówek bloga nie pozostawia złudzeń co do charakteru zamieszczanych na nim wpisów… mimo wszystko dziękuję Ci za ten komentarz – lecz jestem też świadomy, że wszystkim dogodzić się nie da, więc już nie zatrzymuję…

  12. hahaha dobre 🙂 „people with jobs use PC” coś w tym jest 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: