Napisane przez: pirath | 5 marca 2013

Histoires de Parfums – 1740 Marquis de Sade, czyli brat Chanel Coromandel z prawego łoża…


Mieliście kiedyś fantazję (to było retoryczne), że obiekt Waszych westchnień i marzeń w cudowny sposób klonuje się i przykładowo lądujecie w łóżku z Monicą Bellucci* i jej siostrą bliźniaczką?… a ja właśnie przeżyłem taką fantazję w realu i choć nie z kobietą, a z perfumami – to efekt WOW! ten sam… od kiedy poznałem Chanel Coromandel, nie mogę przestać myśleć o własnej flaszce tych doskonałych perfum i każda okazja do ich wąchania lub nawet podziwiania na kimś innym sprawia mi niewymowną przyjemność…

*tu wstawić dowolne nazwisko, albo nazwę potrawy…

Aż tu kilka dni temu sięgam po próbkę Histoires de Parfums – 1740 Marquis de Sade i przeżywam szok, połączony z niedowierzaniem, konsternacją i deja vu… no skądś znam tę przepiękną, ciepłą, diabelnie szykowną i wyrafinowaną woń, ale nie mogłem sobie w pierwszej chwili przypomnieć… coś mi majaczyło w głowie i błądziłem od Frapina, przez Parfum d’Empire, po Lutensy – aż w pewnej chwili, gdy kontemplowałem dojrzałą bazę kompozycji, doznałem olśnienia… 1740 do złudzenia przypomina mi (nie tylko stylistyką, ale i przebiegiem) słynnego butikowego, Chanel Coromandela… tego samego, którego cenny mililitr, ofiarowany mi ostatnio przez Polę (pozdrawiam serdecznie) przechowuję niczym najświętszą relikwię…

Histoires de Parfums

Ale zaraz, zaraz – Markiz de Sade?… gdzież w tej wyrafinowanej, zmysłowej, niemal mistycznej doskonałości miejsce na rozwiązłość seksualną słynnego rozpustnika? gdzież w tym balsamicznym, cudownie satynowym obliczu miejsce na buduarową frywolność i eksperymenty mogące wprawić w zakłopotanie niejednego użytkownika RedTube?… owszem 1740 to przepiękne pachnidło, ciepłe i otulające nieskończonymi dotknięciami powabnych żywic – ale po kiego grzyba mu ta pompatyczna, krzykliwa nazwa?… olfaktoryczne arcydzieło tego kalibru, bez wątpienia obroni się samym bukietem – bez konieczności dorabiania mu chwytliwej i kompletnie nie pasującej do charakteru kompozycji nazwy… choć nie wątpię, że ta chwytliwa nazwa zadziałała jako wabik lepiej, niż nie jeden elaborat traktujący o niekwestionowanej urodzie i niewinności tego pachnidła… 🙂

1740 powstał w 2000 roku, czyli siedem lat wcześniej niż bliźniak od Chanel i wyobraźcie sobie jak bardzo wyrafinowana i przepełniona wysublimowaną głębią misi być to kompozycja – skoro Chanel (mniej lub bardziej świadomie) zdecydowało się na tak łudząco podobne perfumy dla swej ekskluzywnej kolekcji butikowej?… po odrobinę ostrym, wyrazistym i dobitnym otwarciu podbudowanym aromatycznym kardamonem – przychodzi faza absolutnie fantastycznej, cudownie balsamicznej głębi, która trwa, trwa i trwa… głębi wyartykułowanej anielską wonią paczuli, labdanum, elemi, drewna i wanilii… z jednej strony upojną jak rozchylone usta kochanka, zaś z drugiej lekkie i delikatne niczym muśnięcie pukla włosów kochanki, opadającego bezwładnie na policzek…

1740

Jest w tym zapachu zaklęta erotyka, lecz jest to erotyka niemal wyzbyta cielistości, balansująca na pograniczu świętości… rozpala zmysły i jednocześnie je koi… ten zapach jest jak afrodyzjak, jest męskim odpowiednikiem kuszącego, buzującego namiętnością, orientalnego Aziyade… odrobinę wyniosły, diabelnie szykowny, balsamiczny, dyskretny i pełen kuszących tajemniczością niuansów, które chciałoby się zgłębiać w nieskończoność… 1740 kipi bogactwem nut i rozpieszcza finezją swego paczulowo balsamicznego akordu przewodniego, którym umiejętnie otula nosiciela… lecz jest to bogactwo zaserwowane z klasą, umiarem i elegancją, charakterystyczną dla najlepszych francuskich perfum… tej finezji i porywającego detalami bukietu nie sposób wyrazić słowami… to trzeba po prostu powąchać i doznać tej olfaktorycznej orgii na własnej skórze…

reasumując: genialny, trwały, cudownie balsamiczny zapach, stworzony przez prawdziwego wirtuoza, który oddał tej kompozycji całe swoje serce… porywająca mieszanka subtelnie zaserwowanych ziół, drewna i aksamitnych żywic, nadającej zapachowi niesamowitej, balsamicznej głębi i rasowego polotu najlepszych francuskich perfum…Histoires de Parfums 1740 Marquis de Sade

przypomina mi: Chanel Coromandel, a delikatnością ujęcia paczuli Borneo 1834 od Lutensa

Głowa: bergamotka, dawana,
Serce: paczula, kolendra, kardamon,
Baza: cedr, brzoza, labdanum, skóra, wanilia, elemi, nieśmiertelnik,

Reklamy

Responses

  1. No to dopisuję do listy do testów coromandel jak wiesz jest jednym z moich ulubionych.

    A masz w samplu nie mililitr tylko 2 🙂

    A i…. napisałam maila.

    Dobranoc

  2. Polu – mam mililitr, bo drugim już się podzieliłem 😉
    dzięki za maila i już się cieszę na nasze kolejne spotkanie… 🙂

  3. Ja też miałem bardzo dużo różnych skojarzeń, kiedy poznałem 1740. Na początku byłem pewien, że jest podobny do Aziyade. Później, kiedy łopatologicznie obaliłem tą teorię, myślałem nad Ambre Russe, albo Ambre Sultan. Tak naprawdę za bardzo podobny nie jest do żadnego z tych zapachów, ale jednak nosząc go nasuwają się pewne skojarzenia z nimi – jakieś otulające ciepło, komfort, bogactwo składników. Generalnie, jestem na tak 🙂

  4. Bardzo lubię 1740, są najbliższe moich ukochanych Sables. Dziwię się, że pominąłeś ten aspekt 1740, wszak nieśmiertelnik jest w nich bardzo uwydatniony. Z Coromandelem w ogóle bym ich nie porównywał, przecież tam słodycz i biała czekoladka. 🙂 Obie kompozycje wspaniale, choć według mojego nosa daleko im do siebie. Pozdrawiam!

  5. Szymonie – skojarzenie z Aziyade mi też nasunęło się niemal automatycznie po kilku godzinach od aplikacji, gdy zapach robi się mniej owocowy, a wpada bardziej w subtelny, upajający orient… Ambre Russe też jest jak najbardziej na rzeczy, ale w kontekście bogactwa i rozmachu bukietu, ale 1740 jest jakby mniej krzykliwy…

    biralu – widzisz jak najbardziej poczułem kocankę (nieśmiertelnik z Sables) w końcowych taktach 1740, ale była to jedna z bardzo wielu nut tworzących finisz kompozycji i nie chciałem zagłębiać się w każdą – bo musiałbym przy okazji napomknąć o jeszcze kilku innych kompozycjach z którymi schyłek 1740 mi się skojarzył – ale owszem masz rację, duch Sables żyje w bazie 1740 i ma się całkiem dobrze… 🙂

    pozdrawiam obu Panów 🙂

  6. Proponuję przetestować „Patchouli Leaves”. Mam wrażenie (jednodniowe), że jest to zapach bardzo podobny do „Markiza”. Pozdrawiam;)

  7. zanotowałem i dziękuję za sugestię, jeśli próbka pozwoli, to bardzo chętnie… choć gdy spojrzałem na ultra egzotyczną markę producenta – śmiem wątpić czy kiedykolwiek dane będzie mi gdzieś na te perfumy trafić… 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: