Napisane przez: pirath | 25 kwietnia 2013

Serge Lutens – Serge Noir, czyli goździk w żałobie…


Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z Serge Noir, dosłownie uciekłem w popłochu – rzucając solą i plując dla pewności przez oba ramiona… zapach tak mnie odrzucił, że przez ładnych kilka dni dostawałem gęsiej skórki na samą myśl o istnieniu takiego kuriozum, kojąc skołatane nerwy bloterkiem spryskanym którymś z ultra poprawnych politycznie CK … na szczęście wówczas nie powstała jego recenzja, ale dziś znów staję przed podwójnym dylematem… wprawdzie Noir wciąż jawi mi się jako kontrowersyjny, wybitnie niszowy zapach – ale przestał mnie odrzucać, a nawet go polubiłem… ponadto nie mogę oprzeć się wrażeniu, że albo mój próg tolerancji na awangardę poszybował w górę, albo wydany w 2008 roku Serge Noir zelżał w efekcie cichej reformulacji…

Serge Noir

Dzięki uprzejmości Kariny i działu marketingu Serga Lutensa miałem do dyspozycji kilka próbek tego wysoce awangardowego pachnidła, więc mogłem się Noirem dosłownie zlewać… ale jestem niemal pewien, że moja obecna, skrajnie odmienna refleksja na temat tego zapachu nie jest bynajmniej efektem oswojenia z jego odważnym bukietem – ponieważ pierwsza konkluzja o możliwym zelżeniu jego bukietu naszła mnie już po pierwszym po latach psiku… zapamiętałem Serge Noir jako daleko bardziej agresywną, wybitnie niszową i zdecydowanie nie słodką w przebiegu kompozycję… ponoć z własnymi odczuciami walczyć najtrudniej – szczególnie jeśli spojrzeć na zdjęcia towarzyszące kampanii tego osnutego wokół ostrego i chwilami pylistego akcentu goździków zapachowi… wyglądający jak NosferatuSerge i groteskowa, czarno biała postać w przypominającej mi zakład pogrzebowy inscenizacji – pasuje do klimatu Serge Noir jak ulał…

serge lutens

Przede wszystkim Serge Noir jest „goździkowy„, ale nie aż tak „goździkowy” jak w Loewe 7goździk Lutensa jest skrajny, wyobcowany, na swój dziwny sposób dyskretny – zmienny, zimny i stwarza dystans… chwilami ostry i oleiście aromatyczny, by po chwili stać się pylistą, suchą – niby przyprószoną kurzem płachtą pluszu, którą ktoś znienacka rzucił mi na twarz… teraz już wiem, dlaczego kiedyś, wąchany pewnego deszczowego dnia skojarzył mi się (dość makabrycznie) z wilgotnymi popiołami, rozsypanymi wokół krematorium… towarzyszące mu, równie powściągliwe przyprawy i doskonale wyczuwalne drewno hebanowe, tworzące słodkawą – wyraźnie przyjaźniejszą przeciwwagę dla chłodnego, bladego goździka

Otwarcie Serge Noir to bardzo powściągliwy, ledwie wyczuwalny akord owocowy (prawdopodobnie jest to spłowiała bergamotka) doprawiony odrobiną cynamonu… ale już od pierwszych taktów, przebija się przez to wszystko nuta skoncentrowanego olejku goździkowego… wpierw tłustego, aromatycznego, dosłownie kipiącego raz ciepłym, a raz chłodnym obliczem zmumifikowanych, nigdy nie rozkwitłych pąków goździka… dyskretny, nienagannie powściągliwy, ale już daleko bardziej defensywny goździk dominuje również serce kompozycji, a towarzyszy mu śmiertelnie poważna, równie dyskretna paczula… dopiero schyłek kompozycji na powrót wnosi odrobinę ocieplenia, za sprawą ambry i wyraźnie wyczuwalnej oleistej słodyczy drewna hebanowego i osadzonego głęboko w tle kadzidła

goździk

To niesamowicie specyficzna, niebanalna, wyrafinowana, elegancka, a przy tym dość dyskretna woń – niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek innym… to wymarzony zapach dla lubiącego podkreślać swą obecność indywidualisty, outsidera i buntownika – zmęczonego wszechobecną grzecznością i łatwo przyswajalną urodą… zapach dla kogoś kto nie boi się – lub wręcz pragnie szokować i budzić niepokój niecodzienną wonią noszonych perfum… oto kwintesencja rasowej, rodowodowej, ortodoksyjnie niekomercyjnej niszy dla prawdziwych zapaleńców – choć po oswojeniu gwarantuję iż zapach okazuje się być całkiem noszalną peleryną Draculi, epatującą kameralnie wyczuwalną nutą goździka, tulonego w objęciach miękkiego drewna hebanowego i paczuli

reasumując: niebanalny, wyrafinowany, elegancki, niepowtarzalny, wybitnie niszowy, zaskakujący – choć po oswojeniu łatwy w noszeniu zapach dla indywidualisty, pragnącego podkreślić zapachem swą odmienność przy pomocy wyrafinowanej, drzewno przyprawowej woni… mam wrażenie, że zapach od dnia premiery odrobinę zelżał, a jeśli rzeczywiście poddano go cichej reformulacji – to jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy odbyła się ona bez szkody dla kompozycji… jak przystało na Lutensa – zapach jest bardzo trwały i pomimo potencjalnie unisexowego rodowodu, mam wrażenie iż kompozycja wyraźnie przechyla się w stronę męską…

przypomina mi: nic, jest absolutnie niepowtarzalnym rodzynkiem bez precedensu i nawet pozorna zbieżność nuty przewodniej goździka nie upodabnia go do czegokolwiek innego, co maiłem dotąd okazję wąchać…Serge Lutens Serge Noir

Skład: paczula, cynamon, ambra, nuty drzewne, kadzidło, goździk (przyprawa), przyprawy i drzewo hebanowe.


Responses

  1. Pierwszy z krainy Serge’a ktory zrobil na mnie tak duze wrazenie . A bylo to lato zeszlego roku kiedy to pikantnosc gozdzika i przejzystosc cynamonu spowita otulajacym i zmiennym kadzidlanym dymkiem urzekla mnie swoja naturalnoscia i swoboda wypowiedzi. Orzezwiajaca i lekka wtedy kompozycja uczynila caly dzien niezwykle wyjatkowym i niezapomnianym.
    Dzieki za przypomnienie. I chyba sprawie sobie jakas wieksza odlewke na pieknie rozkrecajaca sie wiosne 🙂

  2. Kilka lat temu zużyłem odlewkę SN, zapamiętałem ten zapach jako kamforowe goździki korzenne, ewoluujące w stronę miękkiej, drewniano-kadzidlanej bazy (ale pomimo niezaprzeczalnego uroku, do zapachu nie wrócę… jakoś mi z wytworami Lutensa nie po drodze zupełnie) 😉

    PS. Gdybyś ciągle jeszcze pożądał próbaska skórzanego A*Mena, to wiesz :>

  3. to bez wątpienia bardzo oryginalny, niszowy i zaskakujący zapach… znacie jego pierwotną wersję z okresu tuż po premierze? chciałbym jakoś zweryfikować czy jego reformulacja mi się tylko uroiła czy rzeczywiście coś jest an rzeczy… 🙂

  4. Ja niestety nie moge za duzo powiedziec poniewaz poznalem go przed rokiem i jesli byl zmieniony to zapewne juz wtedy.
    Slyszalem natomiast opinie ze jest bardzo wrazliwy na warunki pracy i zmienny przez to bywa, czyli pora dnia, ilosc chyurek itp.. potrafia zmienic jego oblicze.

  5. na pewno ma na niego wpływ pogoda za oknem, co sam zauważyłem…

  6. Tak, ja swoją odlewkę otrzymałem w roku premiery bodajże, najwyżej rok po niej.

  7. Pamiętam jak czytałam recenzje Sabbath i wyobrażałam sobie na prawdę mocarne pachnidło a tymczasem dostałam niedawno próbkę i co..? w sumie przyjemny zapach ale z nóg nie zwala, albo ja mam tak nieczuły nos albo faktycznie jest łagodniejszy teraz.

  8. no właśnie, ja też zapamiętałem Serge Noir jako nietęgą siekierę, a trudno mi uwierzyć że mój nos aż tak się wyrobił, zwłaszcza że nie wąchałem zapachu w przerwach celem oswojenia się… więc coś z tą reformulacją jest na rzeczy…

  9. Również , nie mogę wyjść z podziwu jak to może być dla kogoś siekiera. Jak dla mnie to bardzo niszowe , świetnie skomponowane perfumy na czele z suchym goździkiem i kadzidlanymi przyprawami.

    • weź poprawkę na właściwości własnej skóry i stopień oswojenia się nosa z tzw „siekierami”. Jeśli lubisz i natywnie nosisz takie zapachy (zwłaszcza niszę), to nie dziwota, że nie robią na Tobie wrażenia. Ale dla osoby zwykle noszącej dużo mniej wyraziste, grzeczniejsze i spokojniejsze brzmienia – Serge Noir będzie szokiem, choćby ze względu na swą odmienność i bezprecedensowość.

      • Na myśli że Serge Noire nie jest siekiera miałem – projekcję , która nie wybija szyb w oknach i nie odstrasza zabłąkanych kotów na ulicy 🙂 Pod względem kompozycyjnym , są rzeczywiście trudne i dla wiele nie do przebrnięcia , choć dla mnie pachną wyjątkowo i potrafię je docenić.

        • sam dojrzewałem do zrozumienia i docenienia Serge Noir trzy lata, na początku mnie po prostu odrzuciły (skojarzenia z mokrym popiołem) i z perspektywy czasu cieszę się, że na ich recenzję zdecydowałem się tak późno. Do niektórych brzmień trzeba po prostu dojrzeć lub dorosnąć, przespać się z zapachem, wreszcie ocenić go na chłodno. Ale mimo wszystko to jeden z trudniejszych i najbardziej ekscentrycznych zapachów Lutensa, a nawet w niszy.

  10. Jak ja kocham rzeczy bezkompromisowe , dla mnie ten zapach to odpowiednik też zresztą francuskiego Neoklasycznego Elend i Ich płyty „A Word In Their Screams” jak dla mnie jest to rzecz muzycznie najbardziej przerażająca a przy tym niewspółmiernie piękna , oczywiście bardzo trudna i raczej dla koneserów , ale kto powiedział że wszyscy mają słychać tego co leci w takim RMF FM i nie ma nic wspólnego z muzyką tylko z produktem .
    I właśnie tak jest z tym zapachem , albo ktoś go uwielbia , jak moja skromna osoba w sumie od pierwszej kropli próbki , ( teraz mam całą flaszke ) , albo omija szerokim łukiem . Skoro to ma być portret Lutensa to ja go jak najbardziej rozumiem w końcu siedzę w muzyce niszowej od połowy lat 80 ubiegłego wieku , ale przecież tworzenie dobrych zapachów i dobrej muzyki to sztuka , wiele jego zapachów poznałem ( oczywiście nie wszystkie ) , nie każdy mi się podoba , ale większość to piękne rzeczy tak męskie jak i damskie . Jak na razie „Serge Noir” to mój numer jeden , drugi jest „Encre Noire” są zupełnie inne ale mają wspólny mianownik Mrok . Pozdrawiam

    P.S. No jak już jedziemy muzycznie to Encre Noire mogę porównać do muzyki Skinny Puppy a zwłaszcza płyty „Too Dark Park” pewnie dlatego że EN na mojej skórze jest bardziej zimny niż SN który wcale zimny nie jest 🙂

    • i to jest właśnie najpiękniejsze w niemainstreamowej i nonkonformistycznej alternatywie, że nikt 🙂 tyle że z tego rodzaju zapachami jest ten problem, że o ile z muzyką czy filmem alternatywnym możemy obcować prywatnie i oddawać się ich koncelebracji solo, to niestety alternatywne perfumy oddziałują na nasze otoczenie. Oczywiście można używać ich tylko prywatnie, ale chyba nie o to chodzi – no chyba że ktoś ma gdzieś czy jego perfumy podobają jego otoczeniu w czym osobiście nie widzę nic zdrożnego, ale czasem (w niektórych okolicznościach wypada mieć to na uwadze, że Serge Noir nie każdy zniesie… 😉

      p.s. EN przede wszystkim jest zmienny i kapryśny jak kobieta. Czasem aż bucha gorącem od tych perfum, a czasem aż ciarki przechodzą po plecach od wilgotnego chłodu jakim emanuje bukiet tych perfum. Dużo tu zależy od aury, wilgotności i temperatury otoczenia, choć osobiście postrzegam tę kapryśność za atut i wielką zaletę.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: