Napisane przez: pirath | 4 czerwca 2013

Versace – Eros, czyli upierdliwie tonkowy macho? w klimacie Liberace…


Pretensjonalna, nawet jak na standardy Versace nazwa oraz skrajnie wyidealizowany model w roli mitycznego Erosa (gość jest tak perfekcyjny, że nie śmiem nawet myśleć iż w ogóle je i wydala), odzianego w jakże męskie, różowe slipy (o pardon, zapomniałem iż róż, to nowy czarny) nie wróży nic dobrego… już przerysowana i groteskowa forma promocji i pierwsze opinie domowników, kwitujące zapach jako potwornie duszny – jedynie utwierdziły w przekonaniu iż lekko nie będzie… i dosłownie nie jest, bo strącony z Olimpu w 2012 roku Eros – nie dość, że z początku upierdliwie namolny i subtelny jak wyzwoleńcza Armia Czerwona, w późniejszej fazie robi się monotonnie nudny i wtórny jak premiera kolejnego iPada

Versace Eros

Helleńskie bóstwo rodem z rewii Drag Queen w Las Vegas, obwieszcza światu zapach dla prawdziwego macho, przy którym „wypruty” po całonocnych hulankach model od Paco Rabban 1 Milion – to sprzedający ciasteczka harcerzyk… to nic, że jego nienaturalnie wydepilowana klata, różowe majty i litr oliwki na każdy cal powierzchni skóry wywołuje fantazje, tfu kontrowersje nad zbieżnością z kanonami antyku – ale grunt, że emanując erotyką, obiecuje podprogowe „złote góry” – czyli pozytywnie wpłynie na prognozowaną grupę docelową nabywców (jakieś 70% męskiej populacji)… kup Erosa – a poczujesz, że wyglądasz tak jak ja i każda będzie twoja… nie ma co zaprzeczać, każdy (a na pewno każdy sięgający po perfumy) chce czuć się i wyglądać atrakcyjnie, a producenci doskonale o tym wiedzą – choć osobiście uważam, że dobry zapach sprzeda się bez epatowania golizną, a sukcesy towarzyskie bardziej zależą od osobowości „wyrywającego” i szebernastu innych czynników, niż rodzaju noszonych perfum…

Versace Eros EdT

Nie jest trudno Erosa scharakteryzować, gdyż pod warstewką imitującej rozmach pozłotki kryje się niemiłosierne ubóstwo i wtórność… One Milion zapoczątkował niesłabnącą jak widać modę, na pewną specyficzną kategorię zapachową – czyli wyrażonego z impetem, natarczywego, przytłaczającego ciężarem słodziaka – których niezliczone wydania, z lepszym i gorszym skutkiem próbują powtórzyć komercyjny sukces pierwowzoru… początkowo wyraźnie cytrusowy, pełen werwy i kipiący energią Eros przypomina oddychającego pełną piersią śródziemnomorskiego casualowca o niezobowiązującym Allure’owo – Code’owym rodowodzie…

Niestety wigor i cytrusowa rześkość dość szybko zeń ulatuje i kompozycja popada w monotonną nutę fasoli tonka, nadającej zapachowi ciężkiego, słodkiego, lekko waniliowego brzmienia – które w niemal niezmiennej konwencji męczy nos przez trwające nieskończoność godziny… nawet występujące w finiszu drewna wybrzmiewają zdawkowo i niemrawo – zlewając się z tonką w pozbawioną polotu, klocowatą całość… gdyby tę monotonną tonkę przełamano vetiverą (o pardon, w wykazie nut teoretycznie widnieje) lub nadano głębi za sprawą przypraw korzennych, zapach mógłby chociaż powalczyć o klubowiczów – a tak otrzymujemy pachnącego na pół gwizdka, tonkowego Jacquesa Bogarta pour Homme, którego impet wytłumiono ambroksanem i delikatnością cedru

Cadillac Excalibur

Cztery dni katowałem siebie i domowników Erosem (drań jest niemiłosiernie lotny i donośny), próbując doszukać się w nim pozytywnych aspektów – ale poza bardzo dobrą projekcją i trwałością takowych nie znalazłem… jego nachalny i przerysowany bukiet nieodmiennie kojarzy mi się ze śliniącym się na widok każdej spódniczki oldbojem, wykąpanym w bazarowej podróbce Code/Le Male/1 Milion i tandetnym pozłacanym zegarku wielkości kołpaka od mojego Golfa… a do kompletu odpustowy flakon w stylu Licheńskim (jakże cenionym przez Liberace i samego Gianni Versace), wybornie pasującego do trzy metrowej średnicy kryształowego kandelabru, dwu metrowych, pozłacanych świeczników z imitującymi świece żaróweczkami oraz Cadillaca Ekskalibura na podjeździe przed domem…

reasumując: niezbyt udana, wydana ze sporym poślizgiem, cytrusowo tonkowa wariacja pseudo samczego słodziaka, pokroju 1 Milion/Le Male… choć początkowo zanosi się na kształtnego, śródziemnomorskiego casualowca, to w późniejszej fazie robi się nudny, niemrawy i męczący… ubóstwo bukietu i spore podobieństwo do innych, utrzymanych w podobnej stylistyce kompozycji, jeszcze bardziej pogłębia wrażenie wtórności i znużenia… na plus należy zaliczyć potężną projekcję i trwałość, choć niestety nie bardzo jest z czym się obnosić…

przypomina mi: ubogie w formie i złożoności przebiegu skrzyżowanie Laguna/Black Sun Dalego z Le Male i One Milion… w początkowej fazie bliżej mu do casualowego charakteru Chanel Allure lub Givenchy Play Intense – niż rozbudowanego ciężaru bukietów One Milion Intense/Lapidus Black Soul Imperiale/Armani Code Ultimate z wyraźnym przechyłem w stronę wybitnie tonkowego  Jacques Bogart pour Homme, po którym odziedziczył jedynie upierdliwą, beznamiętną i zwalistą słodycz…ErosEros

Głowa: cytryna, jabłko, mięta,
Serce: geranium, ambroksan, bób tonka,
Baza: cedr, wanilia, vetiver, mech dębu,
Reklamy

Responses

  1. Nie znam, nie próbowałem, ale flakon mi się nie podoba! 😛

  2. zakładam, że Twoja reakcja w przypadku zapachu będzie podobna do reakcji na szykowne zewnętrze w stylu Versace… 🙂

  3. Erosa nie miałam jeszcze (wątpliwej, jak sądzę) przyjemności poznać ale pamiętam, że już w chwili, kiedy informacje o nim ujrzały światło dzienne pomyślałam, że:
    A.) pewnie dawno, dawno temu musieli zaklepać tę nazwę [bo jest tak nośna, że aż banalna, czyli każda marka mogłaby chcieć w swojej ofercie „perfum boga miłości”], więc musieli również nieźle kombinować, żeby związać z nią nie byle jaki soczek, co zresztą…
    B.) na pewno im się nie uda. Albo raczej: soczek będzie nie byle jaki ale tylko dla tych, którzy szukają „zajefajnego perfuma” ;> (didaskalia: powiedziane niewyraźnie oraz udawanym basem).

    A poważnie: nawet nie mam ochoty wędrować do perfumerii, żeby zrewidować Twoją opinię.

  4. Pewnie stwierdzisz, że jestem festyniarzem, ale flakon podoba mi się, cholernie 😀

  5. Haa, tyle co sam skomentowalem wpis odnośnie Black Soul Imperial, jakoby One Milion przy nim byl przerysowany do granic groteski. A tu widzę to somo stwierdzenie w stosunku do wyżej testowanego :D. Jak widać moźe być gorzej…
    I mnie się flakon podoba, skojarzenia mam z dobrym Lalique 😉

  6. wiedźmo – nie koniecznie musieli rezerwować, wszak Erosa wielu skojarzy prędzej z marką kondomów, tudzież gumową lalą dla pań – co znacznie wpływa na atrakcyjność wydźwięku nazwy… 😉 zresztą to nie amerykańska marka, więc patologia z patentowaniem wszystkiego co popadnie, łącznie z kształtem koła, mizianiem po szybie i oddychaniem szczęśliwie nie wchodzi w rachubę… 🙂 to mityczna nazwa własna, i podobnie jak w przypadku Jezusa, Kaina, czy Morfeusza i innych Apollów – nie wyobrażam sobie zastrzeżenia tego rodzaju nazwy… gdyby tak było, sam zastrzegł bym np. kolor czerwony i pobierał tantiemy od Ferrari za każdy wyprodukowany w tym kolorze egzemplarz… szczęśliwie żyjemy w Europie gdzie patentowanie i zastrzeganie rzeczy oczywistych, nazw historycznych i potocznych jest po prostu niemożliwe… 😉
    a co do samego zapachu, to wprost nie mogę się doczekać, twojej ociekającej żółcią i jadem hipotetycznej recenzji tych perfum, więc weź garść drobnych na parkomat do miotły i pędź co wróbel wyskoczy do najbliższego handlowego kołchozu po próbkę… 🙂

    Gryx – szczęśliwie mam bardzo liberalne podejście do czyichś gustów (podobnie jak do wyznania, orientacji i poglądów politycznych), więc tym razem nie zostaniecie rozstrzelani gruppenfuhrer Gryx!… 🙂
    p.s. w moim odczuciu ten flakonik obowiązkowo powinien być sprzedawany w komplecie z dwoma, przynajmniej metrowej wysokości lwami odlanymi z plastiku, imitującego kamień naturalny – do postawienia po obu stronach drzwi wejściowych do mieszkania, nawet tego w bloku… 😀

    narde – tyle że lwa, fauna ani konia od Lalique nie próbowano zestawić z wściekłym błękitem, złotem, różowymi gaciami i imitującymi antyczne wzornictwo zdobieniami… 🙂

  7. O.O Nie mów, że nie słyszałeś o tym, że niektóre nazwy perfum objęte są ochroną prawną?? (http://www.perfumeprojects.com/estore.shtml#NAME) I to nawet wówczas, kiedy koncern/manufaktura X nawet nie planuje wypuszczać na rynek perfum o takiej właśnie nazwie. Dlatego pisałam o „zaklepywaniu”.

    Mam nawet przykład: pod koniec lat 80. Elizabeth Taylor do spółki z koncernem Elizabeth Arden wypuściła na rynek perfumy o nazwie Passion. Również okrągłe słówko, mogące równie dobrze znaczyć wszystko albo nic, prawda? 😉 I do tego potoczne. No i obie Elki (wraz ze swoimi drogo opłacanymi prawnikami) pewnie nieźle się zdziwiły, kiedy krótko po premierze zapachu otrzymały pozew od nikomu wówczas nieznanej Francuzki, Annick Goutal, która kilka lat wcześniej zaczęła sprzedawać nikomu nieznane perfumy o nazwie Passion; z tą różnicą, że przezornie zastrzegła tę nazwę. Słynna aktorka oraz ogromna korporacja przegrały proces.

    To pierwszy przykład, jaki przyszedł mi na myśl, bo kiedyś już pisałam o nim na blogu – ale pamiętam, że była jeszcze jedna taka sytuacja; i jeszcze, że w ciągu ostatnich kilku lat któraś z topowych marek trąbiła, że oto wreszcie znalazła idealny soczek dla zarezerwowanej dawno temu nazwy, co oczywiście okazało się nieprawdą. Koncerny trzymają w zanadrzu całe mnóstwo tego typu nazw, tylko czekających, by wypełnić je pachnącą treścią. 🙂

    Ile pojawia się ostatnio zapachów, których treść nie dorasta do górnolotnej czy po prostu chwytliwej nazwy? Czy to powyższy Eros, czy La Vie Est Belle Lancome, czy Flash marki Jimmy Choo, Avant Garde od Lanvin, Royal Oud od Creedów (to taka bardziej niszowa wersja 😉 ), wszystkie Guilty Gucciego, Bleu czy Coco Noir od Chanel (to drugie to co prawda flanker, więc nie powinnam o nim wspominać ale okazał się tak żałosny, że aż dziw, że marka nie pozwała samej siebie – bo powinna :P)…

    Z drugiej strony mamy przykłady Vanitas od Versace 😉 i od Pro Fumum Roma albo Manifesto Isabelli Rossellini oraz YSL; ale tu nie jestem pewna, czy marka, która wypuściła dany zapach jako pierwsza nie zastrzegła go czy też nie sprawdziła ewentualnej ochrony prawnej ze strony innego podmiotu i potem na wszelki nie wolała siedzieć cicho. 😉 W każdym razie jest się nad czym trząść. ;]

    Swoją drogą to chore… Że nazwę można zastrzec i wara od niej innym ale samej formuły zapachu już nie – z czego korzystają nie tylko jawni podróbkowicze, ale też hochsztaplerzy w rodzaju właścicieli FM (kalających Wrocław swoją działalnością 😉 ).

  8. wiedźmo – słyszałem o rezerwowaniu praw do swoistych nazw własnych (Sony, a nawet technologii Trinitron), ale nie o rezerwowaniu nazw oczywistych i powszechnie występujących w każdym języku świata… znam też proceder rejestrowania chwytliwych nazw domen z myślą o ich późniejszej lukratywnej odsprzedaży – ale tu wystarczy zmienić prefiks domeny, by w większości uzasadnionych przypadków mogło koegzystować pierdylion identycznych nazw, różniących się jedynie końcówką po kropce… widać nasze prawo jest ułomne, nieudolne, skorumpowane i bezwzględnie podporządkowane lobbystom – skoro w majestacie prawa można zastrzec nazwę Noir, Eros, Passion czy inny oczywisty i powszechnie występujący od stuleci, jak nie tysiącleci zwrot… ja się pytam, czy Versace wymyślił i rozpropagował nazwę Eros? Chanel ma monopol na zwrot wieczór?

    przecież tu kluczowy jest czynnik zachowania kontekstu nazwy np. Versace Eros, albo Chanel Noir, a nie samo słowo Eros, albo Noir, których brzmienie powinno być możliwe dla zastrzeżenia wyłącznie w jednej konkretnej frazie z konkretnie nazwą Chanel albo Versace – co wydaje się oczywiste i proste jak drut, choć jak widać nie dla wszystkich… no chyba, że właśnie o to chodzi i niepotrzebnie żołądkujemy się na zaś… 😉

    można zastrzec samo Versace Eros, ale nie widzę problemu by coś mogło nazywać się np. Gucci Eros, albo Gucci Noir, gdyż to nie rodzajowa nazwa własna (co istotne wymyślona, wdrożona i rozpropagowana przez samego producenta, w tym przypadku Versace) pokroju Pentium, AMG, Trinitron, Golf, Visa, albo nawet oscypek!… jakim prawem ktoś wykupuje prawo dla mitologicznej nazwy Eros, skoro jej geneza sięga czasów przed biblijnych? to jest po prostu chore i bezprawne… podstawowym kryterium do zastrzeżenia nazwy powinna być jej swoistość i udowodnienie, że jest się jej prawowitym autorem, a nie tylko posiadaczem kuriozalnego patentu…

    p.s. już pędzę do urzędu patentowego zastrzec nazwę Jezus (będę zilionerem), kształt i nazwę alfabetu łacińskiego, cyfry rzymskie, i podstawowe jednostki miar… a co! trzeba korzystać i indolencji i ułomności systemu, dopóki jest jeszcze co rezerwować!… 🙂

  9. Na zdrowy rozum masz oczywiście rację (nigdy nie twierdziłam,, że jest inaczej albo że popieram rezerwowanie oczywistych nazw). Tylko, że mówimy o zawiłościach prawnych a one nie mają wiele wspólnego ani ze zdrowiem, ani tym bardziej z rozumnością. ;P Co najwyżej z mocnym żołądkiem oraz cwaniactwem; ale co kto lubi. 😉

    Ale jedno mnie ciekawi.. skoro zarezerwować można co najwyżej frazę „Versace Eros” czy „Eros by Versace” (co – że powtórzę – byłoby najbardziej zdroworozsądkowym podejściem do problemu), to dlaczego Taylorka przegrała proces? Żeby było śmieszniej, oficjalną nazwę perfum zmieniono na „Passion by Elizabeth Taylor” i wszystko było w porządku. 😀

  10. Zapomniałam dodać: przecież Annick Goutal nie zarejestrowała tworu o nazwie „Passion Annick Goutal” czy „Annick Goutal Passion” czy jeszcze inaczej. Gdyby tak było, nie miałaby najmniejszych szans w sądzie, szczególnie z wyszczekanymi prawnikami koncernu czy aktorki. A jednak wygrała!
    Co znaczy, że z perfumami jest trochę inaczej niż z np. nowinkami od firm produkujących elektronikę). Hmm… perfumy pierwszym Apple? 😉

    Przy okazji: noir to po fhrrancusku czarny; na wieczór mówią soir.

  11. Flakon jak dla mnie miazga :))

  12. wiedźmo – prawdopodobnie chodzi o zachowanie kolejności wyrazów w nazwie i wyeksponowanie marki własnej jako producenta „by” – co poniekąd otwiera drogę do przedstawienia własnej, autorskiej wersji wszystkiego…

    nie jestem specem od zastrzegania znaków towarowych, więc tylko luźno sobie dywaguję, ale skoro można zastrzec prostokąt z zaokrąglonymi rogami, algo kierunek miziania paluchem po szybie, to pewnie kolejność występowania słów kluczowych w nazwie – też… 🙂

    p.s. żaba z ropuchą zawsze mi się myli, ale dzięki za poprawienie… 😉

    dandysie – to jeszcze nic… spójrz na zdjęcie Donatelli Versace (ostrzegam drastyczne), potem na flakon, potem jeszcze raz na Donatellę i odpowiedz sobie czy kobietka która samej sobie świadomie wyrządziła taką krzywdę, będzie się przejmować groteskowym flakonem? 🙂

  13. Wiadomo że daleko mu do kunsztownej pracy w szkle jaka obecna nie od dziś u mistrza Lalique . Ale gdyby flakon pozbawić kontekstu autora do tego nie wąchać samego zapachu i spojrzeć swieżym okiem, to do odpustu mu wiele. Mówię widząc tylko po zdjęciach.
    A zapach no cóż, niewypał, wstyd dla nosa który podpisze się pod tym dziełem 😛 Przerysowany jak kobiecy wygląd samej Donatelli , choć jej kształty skrajnie nie puchate… Nawet u swego schyłku dziwnie skondensowany ale już nie tak rozpaczliwie dokuczliwy… Użyli Mocy 😀

  14. dla mnie wzorcem pozostaje flakon Encre noir… prostota, szyk i elegancja… mam wrażenie, że jeszce nie użyli „full power of Versace” i zaskoczą nas jeszcze nie jednym kandelabrem… 😉

  15. Noramalnie Strach się bać 😉

  16. coś czuję że w przyszłości może być jeszcze gorzej… 🙂

  17. Mój pierwszy komentarz, będzie offtopowo, lamersko, bezsensownie, po prostu to, co mi się nasuwa… Od jakiegoś czasu robię podchody w poszukiwaniu jakiegoś godnego zastępcy dla mojego ulubionego Must de Cartier Essence (pomijając, że latem zabija), próbuję różnych nowości, staram się przekonać, ale ciągle nic mi się nie podoba. Dzisiaj, przyciągnięty ładnym flakonem i obiecującym wynikiem testu papierkowego po skatowaniu nosa jakimiś trzema świeżakami, dałem szansę „tonkowemu macho” – wróciłem do domu z małą fiolką i przystąpiłem do testowania – maaasakra, a jeszcze bardziej przeraża mnie fakt, że większość tego, co wącham w perfumerii, nie dociera nawet do fazy „mógłbym prosić o odlanie próbki?”… Czy ja mam jakieś dziwne wymagania, może się nie znam, albo mam krzywy gust, że nie mogę znaleźć w sieciówkach niczego odpowiedniego dla siebie? Jak tak dalej będzie szło, kupię sobie Givenchy Pi, lub może Azzaro Visit i się temat skończy. Cartier zostanie na zimę i będę happy. Teraz mam na ręce Terre D’Hermes i mimo, że odbiłem się od niego już dwa razy, też zaczyna mi się podobać… Marzy mi się jednak coś zupełnie innego – wznowienie produkcji Dolce & Gabbana By Men, próbkę mam od wielu lat, na nieszczęście ostatnio doszedłem do wniosku, że straszliwie mi się podoba, a że zapach od dawna produkowany nie jest, na portalach aukcyjnych osiąga zawrotne ceny. Aaaargh!

  18. Wicher- może by tak klasyczny Must de Cartier się sprawdził, bo mimo swojego orientalizującego charakteru jest wyrafinowanie zwiewny, lekki i świeży a nawet intymny.
    Lub któraś z wersji nienarzucających się Eau… 🙂

  19. Klasycznego nie znam… ale właśnie mam na ręce Chanel Egoiste i niesamowicie mi się podoba, właśnie świeżbią mnie palce, żeby kupić. I do tego Terre D’Hermes jeszcze. 🙂 Kwestia narzucania się jest dla mnie akurat najmniej istotna, ma mnie się podobać, otoczeniu nie musi, przyzwyczają się, nie będą mieli wyjścia. :>

  20. Wicher – dobry offtop nie jest zły i zawsze mile widziany na łamach tego bloga… akurat Must w wersji essence nie znam, choć uwielbiam wersję klasyczną… choruję na nią od jakiegoś czasu i pewnie niedługo pęknę… ciężko mi coś doradzić w kontekście zapachu, którego nie znam, ale Terre to też dobry wybór, szczególnie jeśli lubisz wonie wyraziste… proponuję Ci poznać nowego Lalique Heritage, jest naprawdę diabelnie szykowny i mógłby stanąć w szranki z mocniejszą wersją Must, która to również jest jesdną z delikatniejszych i bardiej szykownych męskich wód… poleciłbym Ci też Gucci Envy, ale tego już niestety nie produkują… ale zostaje jeszcze klasyczny Guerlain Vetiver, jego nowa odsłona Leu Boise i nieśmiertelny klasyk – Mont Blanc Presence (niestety po reformulacji) oraz Dolce Gabbana The One Gentleman… wybacz jeśli chybiłem ale opieram się na zapachach zbliżonych stylistycznie do klasycznego Must, bo tylko tego znam…

    w temacie Twojego drugiego wpisu, jeśli podoba Ci się Egoiste, polecam też poznać Ungaro III i Guerlain Heritage, Habit Rouge i Diora Eau Savage i Extreme…

    pozdrawiam i daj znać co i jak, będziemy myśleć dalej…

  21. Nie wiem czy moja odp tu będzie przeczytana, ale… 🙂 Polecam zapoznać się z Must w wersji Essence, dla mnie jest piękne, wciąga jak odkurzacz, uwielbiam sam się wąchać, kiedy go użyję. Dla mnie jest po prostu cudny, na tyle, że szkoda mi tych 20ml, które mi z buteleczki zostały i na pewno wcześniej czy później dokupię zapas. Nie jestem niestety specem i nie umiem obrazowo opisać to, co czuję, więc pozostaje mi tylko jeszcze raz polecić. 🙂

    Co do Terre – nie zdecydowałem się jednak. Jest świetny, mam jeszcze jedną całą próbkę, zrobię do niego za jakiś czas kolejne podejście. Zapach rewelacja, ale lekko odpycha mnie osta nuta w bazie, czyżby cedr?

    W międzyczasie zdążyłem przetestować (po raz kolejny) Shiseido Zen, potwornie mi się podoba, tylko na mojej skórze strasznie szybko się kończy…

    Przewinęło się też Lalique White, niektórzy polecają go jako delikatniejszą alternatywę dla Terre, jednak dla mnie to zupełnie inna kompozycja, zupełnie inny feeling. Fajne, ale miałem mocne wrażenie, że projekcja po około 4 godzinach siadła i trzeba było przykleić nocha do miejsca, w którym było skropione, żeby go poczuć.

    Następne było Kenzo pour Homme Boisee, ulaaaaa, miłe zaskoczenie, spodziewałem się bardziej drzewnej odmiany starego pour Homme (który swoją drogą był moim pierwszym w życiu markowym pacnidłem), a tu zaskoczenie, całkowicie inny zapach, ciekawy, wyróżniający się z tłumu drzewny casualowiec, pewnie zaopatrzę się w buteleczkę 30ml. 🙂 Być może jutro będę testował Givenchy Xeryus Rouge, dzisiaj mój nos jest sprzedany na cały dzień na wyłączność dla Chanel Egoiste, nie wytrzymałem i kupiłem 50ml buteleczkę. 🙂 Po prostu podoba mi się, ten, jeden, jest genialny pod każdym względem, szkoda że dotknięty reformulacją, w dawnej formie dopiero musiał być niesamowity. Tak czy inaczej to miłość od pierwszego niuchnięcia już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zdobyłem się na odwagę się w nim pokazać. 🙂

    Mam jeszcze inne próbki do obadania, miałem zrobić pierw testy, potem dopiero kupować, ale cóż. 😀 Do obniuchania zostały mi Shiseido Zen White Heat, Azzaro Chrome Legend, Armani Code Ultimate…

    Tak samo z wishlistą, nie kończy się na Kenzo Boisee, całkiem wysoką pozycję w rankingu „I want it” zajmuje stare, dobre Azzaro Visit…

    Gdybym tylko mógł kupić wszystko, co mi się podoba, ech. 🙂

    Póki co jednak rozpływam się w zaje****ości Chanel Egoiste… 🙂

  22. he he też chciałbym móc kupić sobie wszystko z wishlisty, ale tu pojawia się kolejny problem, gdzie to wszystko ulokować i kiedy używać… powodzenia w dalszych łowach życzę… 😉

  23. Akurat kiedy używać, to chyba niewielki problem. Można zmieniać codziennie. 🙂 Ale fakt, że problem ulokowania jest istotny, szczególnie przy x-dziesięciu flakonikach. 🙂

  24. niestety podczas testów na potrzeby pisania recenzji – nie mogę sobie pozwolić na swobodne noszenie perfum, co znacząco ogranicza ramy czasowe, gdy mogę swobodnie wypsikać własne zasoby… 🙂

  25. Drogi Pirathcie a gdzie jest opis (starego już) Versace Medusa pour homme? Wydaje mi się, że ten klasyk bije Erosa na głowę i naprawdę szkoda, że nie mogę delektować się Twoim opisem (dobrym lub złym) 🙂

    • nie znam Medusy, ale jestem bardziej niż pewny, że pachnie lepiej niż Eros… no cóż, będzie próbka i czas, będzie wpis, pozdrawiam… 🙂

      • Według mnie bardzo dobre dzieło mistrza jakim jest Alberto Morillas. No i prawdziwy lep na kobiety 🙂 . Czekam na bajeczna recenzje od Mistrza Piratha. Poprawna nazwa to Versace pour homme bez medusy.

        • he he obawiam się, że możesz się nie doczekać, no chyba że skończą mi się ciekawsze opcje do zrecenzowania, a będę się chciał wyżyć 🙂 Lep na kobiety powiadasz? A ja uważam że to nie zasługa perfum, tylko faceta który je nosi 🙂

          • Oczywiście zgoda, że to zasługa faceta a perfumy te są niczym wisienka na smacznym torcie. Jestem cierpliwy i poczekam. Zachwycam się wszystkimi twoimi recenzjami, wiec swój „głód” mam zaspokojony 😉

          • otóż to, perfumy są jedynie dopełnieniem, kropką nad „i”… i nic nie zdziałają same z siebie 🙂

  26. Nienawidzę szczerze tego zapachu 😉

    • to jest nas dwóch… 🙂 to jeden z najbardziej obciachowych zapachów jakie znam 🙂

  27. Nie wiem skąd takie negatywne opinie byc może zazdrość .. Jak czuje erosa na sobie od razu czuje moc , idealny do klubu , zawsze sie sprawdza , tylko dla pewnych siebie kozakow;) hejterow i lamusow pozdrawiam

    • to dobrze, że jesteś przeświadczony o swojej zajefajności (to załatwia więcej niż perfumy, ciuchy and other stuff), więc brawo Ty 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: