Napisane przez: pirath | 16 czerwca 2013

okołoperfumeryjnie, czyli Wroclove, szatańskie trolejbusy, pizzeria Gdynianka, zepsuty tester i opóźnione Rozewie z kibolami w tle…


Uwielbiam podróże i cieszę się jak dziecko na samą myśl o zarówno tych dużych, jak i tych małych… nawet jeśli przez wzgląd na ślimacze tempo podróży, długodystansowe wypady z PKP do przyjemnych nie należą – to zawsze można się przynajmniej zdrzemnąć, poczytać, albo przeglądać słitfocie na FB… o ile nie siedzicie przy oknie, gdzie niefortunnie zamocowany śmietnik, wrzynając się w kolana nie pozwala wygodnie usiąść – zmuszając do nieergonomicznego przekręcenia bioder w stronę środka przedziału… nie wiem czy to zasługa jakiejś mini rewolucji, ale nie da się przeoczyć, że obsługa pociągów jest wyraźnie sympatyczniejsza, bardziej uprzejma i uczynna – więc chociaż w ten sposób PKP nadrabia niedostatki, pamiętającego insurekcję kościuszkowską taboru…

Zgodnie z sugestiami PKP, kupiłem wszystkie bilety przez internet, wydrukowałem i schowałem w portfelu… po pierwsze oszczędziłem masę czasu na staniu w niekończących się kolejkach – gdy do odjazdu pociągu zostało 40 minut, a przede mną kilkudziesięcioosobowa kolejka i jedna czynna kasa… PKP twierdzi, że dzięki temu oszczędzamy nie tylko czas i nerwy, ale kupując z wyprzedzeniem informujemy przewoźnika o przewidywanym obłożeniu składu – co pozwala zawczasu uwzględnić podstawienie odpowiedniej ilości wagonów…  nie bez znaczenia jest też argument, że kupując bilet „WCZEŚNIEJ” zapłaciłem za niego nie 69, ale 62 zł…

Teziak

Teziak na leżaku, we własnej osobie…

Wylądowałem we Wrocławiu w środę o 10 rano, skąd podjął mnie Teziak (pozdrawiam i dzięki za przemiłe towarzystwo, a nieodżałowanie nieobecnej Poli, życzę rychłego powrotu do zdrowia) i pognaliśmy na pożywne i zdrowe śniadanko w Macu… prestiżowe usytuowanie lokalu w okolicach rynku, powinno iść moim zdaniem w parze z odpowiednim poziomem i jakością obsługi… gdy „nieobecny” smutny pan za ladą, po kilku minutach miziania po ekranie przyjął banalne zamówienie z menu śniadaniowego – kierownik „restauracji” zapytał, czy na pewno chcę tego tosta z pieczarkami, bo oni już kończą wydawanie menu śniadaniowego…

Ręce opadają… a to moja wina, że kasjer 5 minut nabijał na kasę cztery tosty i dwa shake?… szalę goryczy przechylił pół metrowy włos znaleziony w McFlurry Teziaka, bo przecież good looking panienki na kasie, jest ważniejszy niż elementarne zasady higieny… na miejscu dyrekcji sieci zastanowiłbym się, czy lokalem będącym bądź co bądź reprezentacyjną wizytówką powinien kierować manager, który w reakcji na pokazanie mu rzeczonych lodów, mówi: „po co mi pan z tym przychodzi, proszę z tym iść do kasjera„… w takim razie ciekawe za co gość bierze pieniądze, że o braku jakiegokolwiek przepraszam nie wspomnę…

słitfocia na leżaku

słotfocia na leżaku, środek ulicy, centrum Wrocławia…

Po śniadaniu i rytualnym wymienieniu się próbkami, udaliśmy się na rajd po okolicznych perfumeriach… na pierwszy ogień poszedł Douglas w Dominikańskiej, posiadający szczątkową (ale zawsze) ofertę Toma Forda oraz Armaniego z linii Prive… muszę przyznać, że autorskie kompozycje Toma Forda (for Men i Noir) zrobiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, ale największym objawieniem okazały się nowe zapachy od Bentleya, autorstwa Nathalie Lorson, odpowiedzialnej również za brzmienie genialnego męskiego Ence Noir od Lalique… nowe Bentley’e to szyk, klasa i wyrafinowana elegancja, więc recenzja niebawem (jeśli uda mi się zdobyć próbki, bo to Douglas)… taszczenie plecaka i ciągnięcie po Wrocławskich brukach walizki o kółkach wielkości mandarynki, okazało się bardziej wyczerpujące niż myślałem – więc zatrzymaliśmy się na popas, w najbardziej kultowym wrocławskim lokalu – barze mlecznym Miś

wrocław fontanna przy dworcu

fontanna przed dworcem głównym we Wrocławiu…

Kilkudziesięciu osobowa kolejka, wychodząca daleko na ulicę, to nie przesadna dbałość o zachowanie specyfiki i realiów z epoki – ale efekt popularności przybytku… szczęśliwie obsługa idzie bardzo sprawnie, więc już po chwili stanąłem przed osobnym stanowiskiem z kasą, gdzie lustrując tablicę rodem „z epoki” mogłem przebierać w kilkudziesięciu kultowych pozycjach… leniwe z bułeczką tartą 2,76/porcja, surówka z marchewki 0,74, barszcz ukraiński 1,68, łazanki, 3 zł z groszami, kompot, razem nieco ponad 9 zł!… z paragonem udajemy się na wydawkę, gdzie przy wtórze okrzyków „naleśniki raz!” nasze zamówienie jest szybko i od ręki realizowane… niestety Teziak nie pozwolił zadać mi kultowego pytania „czy są puree ze smalcem?„, na co oczekiwałem odzewu „nie ma pure ze smalcem, z dżemem są puree!„, ale i tak obżarłem się jak na balu przodowników pracy… porcje są niezbyt duże – ale gwarantuję, że tak smacznego, organicznego i świeżego, po prostu domowego jedzonka w tej cenie nie uświadczycie nigdzie… naprawdę polecam!

ratusz Gdańsk

ratusz w Gdańsku i to piękne, ołowiane niebo…

Kolejny przystanek to wrocławska filia Quality, gdzie mogliśmy swobodnie pobuszować wśród flakonów… oczywiście nie byłbym sobą, gdybym wyszedł z domu bez pustych epruwetek z atomizerkiem oraz metek do opisywania łupów… dzięki uprzejmości Pani Kasi wreszcie zdobyłem odpowiednio dużą (dla potrzeb recenzji) próbkę Durbanowego Heliotropa oraz Yuzu You Parfum d”Empire i Patchouli Leaves Montale, który dosłownie wdeptał mnie w ziemię… stamtąd udaliśmy się na przepiękny, tętniący życiem Wrocławski rynek, w aby odsapnąć w ogródku Cafe Fika i napić się kawy… do kawy zamówiłem shake truskawkowy, serwowany w szklance o pojemności 700 ml!… pomimo aż dwóch słomek i silnej woli walki, po ponad godzinie zmagań, rozmasowując obolałe policzki – wreszcie to monstrum zmęczyłem – nabierając swoistego szacunku dla kondycji niektórych aktorek porno… 🙂

z Kasią w Gdańsku

mua z Kasią i Gdański Neptun w tle…

Włócząc się uliczkami starego miasta, natrafiliśmy na Monsieur Cafe przy ul. Więziennej… naszą uwagę przykuły rozstawione bezpośrednio na ulicy leżaki i niewielkie stoliki… ulga i błogostan jaki poczułem po ulokowaniu mego wielorybiego tyłka w tak komfortowej pozycji jest wprost niewymowna… delektując się wyborną kawą, pitą niemal na leżąco, ze stojącego na środku ulicy leżaka (o dziwo nie zarwał się) poczułem prawdziwy klimat Wroclove… naprawdę, gorąco polecam wszystkim odwiedzenie tej pełnej zabytków, tętniącej życiem, wielokulturowej metropolii i uroczej knajpki z czarnymi leżakami przed wejściem… aha, Teziak poleca tutejszy cyt. „obłędny” placek jabłkowo figowy, oblany miodem i sowicie posypany cynamonem… mawiają, że najlepiej smakuje jedzony z zacienionego leżaka, gdy umęczone cielsko owiewa delikatny, ciepły wiaterek…

Mariacka Gdańsk

ulica Mariacka, Gdańsk…

Z innych atrakcji muszę wspomnieć, że jechałem tramwajem!… Teziak stwierdził, że obowiązkowo muszę spróbować najlepszej pizzy we Wrocku, więc pognaliśmy na Plac Grunwaldzki do pizzerii Bravo… skusiłem się na tagliatelle w sosie grzybowym i powiem tak… byłem objedzony jak bąk i choć jadłem pasty w różnych miejscach – to tak obłędnie pysznego tagliatelle nie powstydzili by się nawet Włosi!… co przy cenie 8,40! za naprawdę ogromną porcję, czyni wizytę w Bravo obowiązkowym punktem moich następnych wizyt we Wrocławiu

Dla Teziaka był to prawdziwie traumatyczny dzień… w jego pizzy też przypałętał się dorodny kłak… biedak długo uspakajał żołądek, gdyż znalezisko zostało odkryte w bodaj ostatnim kawałku… nim wsiadłem do odjeżdżającego o 23.00 Rozewia, miałem jeszcze okazję nacieszyć oczy multimedialną fontanną, stanowiącą bodaj najciekawszy element rewitalizacji Wrocławskiego dworca głównego… dobrze wiedzieć, że nasze podatki nie idą wyłącznie na nowe fotoradary i pensję dla 20-go, niezbędnego dla uzdrowienia gospodarki – wiceministra finansów…

z Mańkiem w Gdańsku

mua, Maniuś i Black Pearl…

Nazajutrz o 8.00 rano z dworca Gdynia Głowna, odebrał mnie Maniuś… kto by pomyślał, że przelotna znajomość z Blizzardowego Battlenetu przetrwa tyle lat i przerodzi się w prawdziwą przyjaźń?… planowaliśmy to spotkanie od lat i wreszcie nadarzyła się okazja by pierwszy raz (i na pewno nie ostatni) spotkać się na żywo… Kasiu, Maniek, Luk – pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za gościnę i mile spędzony czas… już za Wami tęsknię i żałuję że Wasza kotka jest taka niedotykalska – choć w sumie to niech ona żałuje, że nie dała się uwielbiać i adorować… 😉 pierwszy dzień upłynął nam na grze w Diablo 3 (taki był plan i zasadniczy cel wizyty) – choć kameralna, sześciogodzinna drzemka, którą sobie uciąłem odrobinę pokrzyżowała nam plany na pierwszy dzień…

Dzień drugi to wypad do Gdańska, w którym nigdy wcześniej nie byłem, choć samą Gdynię odwiedziłem już trzykrotnie… pierwsze co wbija w fotel i to dosłownie, to lokalne trolejbusy obdarzone przyspieszeniem bolidów F1… doprawdy sprawność ich silników elektrycznych (po uwzględnieniu masy pojazdu) robi kolosalne wrażenie, podobnież bilety sprzedawane w pakietach po 5 sztuk, gdy na jeden „normalny” przejazd kasuje się dwa… aglomeracja Trójmiejska jest naprawdę rozległa, a podróż flagową SKM’ką do Gdańska trwa dobrych 45 minut…

W końcu wylądowaliśmy w Danzig i udaliśmy się na stare miasto… słynna ulica Długa, Mariacka, niesamowicie strzelisty ratusz, fontanna z Neptunem i wspaniale utrzymana starówka robią ogromne wrażenie… wszędzie tłumy mówiące wszystkimi możliwymi językami i naganiacze z lokalnych knajp, jakby żywcem przeniesieni z Krakowa… stary spichlerz, statek wycieczkowy Black Pearl i upiornie minimalistyczne, obdarte z tynku i wszelkich zdobień wnętrza spalonego kilka lat temu kościoła św. Katarzyny… naprawdę nie mamy czego się wstydzić, no może poza psimi odchodami nawet w sercu Gdańskiej starówki…

Infobox szczyt

mua i Luk na szczycie Gdyńskiego Infoboxu…

Po powrocie do Gdyni, moi gospodarze zaprowadzili mnie do najsłynniejszej, najstarszej i najbardziej nietypowej pizzerii, czyli słynnej „Gdynianki„… tutejsza pizza jest o tyle nietypowa, że spody wypiekane są wcześniej, a dodatki układane i zapiekane bezpośrednio przed podaniem… pizza jest bardziej sześcianem lub ośmiokątem niż kołem, ale dzięki świeżym dodatkom, doskonałemu sosowi i po posypaniu majerankiem – smakuje po prostu wybornie… jeśli kiedykolwiek będziecie w Gdyni, to gorąco polecam skosztowanie tego lokalnego rarytasu za jedyne 12 zł

Spacerując ulicami Gdyni, trafiliśmy na niewielkiego Douglasa, więc sami rozumiecie, nie mogłem się powstrzymać… pokazałem przyjaciołom kilka wartych poznania kompozycji i przy okazji zlokalizowałem zepsuty tester Declaration Cartiera (tu uwaga dla koneserów – mają tam w ofercie flaszki w starej dobrej, przedreformulacyjnej wersji, więc kupować póki dostępne)… dyskretnie przekazałem pani kierowniczce (chyba) tester – dodając, że jest zepsuty, pani podziękowała, po czym opuściliśmy perfumerię… wieczór tradycyjnie upłynął na grze w D3, kulturalnym sączeniu drinków i moich desperackich próbach wkupienia się w łaski kota…

Infobox Gdynia

mua zasłaniający ponad 100 calową plazmę Sharpa…

Trzeciego i niestety ostatniego dnia, przyjaciele postanowili pokazać mi Gdynię… to bardzo młode miasto, liczące niespełna 90 lat, więc zabytków próżno tu szukać… nieco dziwne wrażenie sprawia też swoisty „chaos urbanistyczny” w zabudowie miasta, gdyż rozlokowane we wszystkich kierunkach budynki sprawiają wrażenie, przypadkowo rozrzuconych na zielonym dywanie klocków… nie ma w tym jakiegoś ustalonego porządku, a każdy budynek powstał w innym stylu… generalnie miasto mi się podoba, właśnie ze względu na zróżnicowanie ukształtowania terenu i gęsto porośnięte lasem wzgórza (które wymusiły taką a nie inną formę zabudowy), przypomina mi trochę Włoską Genuę… tam również budynki, rozrzucono na licznych, bujnie porośniętych wzgórzach i pagórkach – tworząc niesamowitą scenerię, szczególnie o świcie, gdy to wszystko tonie spowite poranną mgłą…

Po południu pojechaliśmy do nowo otwartego, zbudowanego z „kontenerówInfoboxu, zlokalizowanego w okolicach bulwaru prowadzącego do Oceanarium… nowoczesne, multimedialne centrum robi spore wrażenie, choć jeszcze większe wrażenie robi mnogość i rozmach czynionych i planowanych w mieście inwestycji… pominąwszy oficjalną propagandę, na każdym kroku widać, że Gdynia naprawdę rozkwita, rozbudowuje się i modernizuje, od przebudowy torowisk PKP aż po nowo otwierane centra handlowe i logistyczne… a tym czasem opolscy radni wciąż dyskutują nad tajemniczo zawieszonym w ratuszu krzyżem… gratuluję, w tym tempie do 2050 roku może przestaniemy podnosić most zwodzony i ryglować na noc bramy grodu…

makieta Gdyni

multimedialna makieta Gdyni w Infoboxie…

Potem poszliśmy na lody, choć lodem trudno to nazwać, bo to była góra lodowa… dostałem loda włoskiego, o wysokości niemal 20 cm i o masie pół kilo, a całość za 7 zł… męczyłem go długo i na szczęście wziąłem podwójny wafelek… przespacerowaliśmy się w stronę bulwaru, a stamtąd odbiliśmy w stronę wejścia na Kamienną Górę (najbardziej prestiżową dzielnicę Gdyni)… piękne miejsce, z cudownym widokiem na panoramę miasta, choć w sumie szkoda, że nieprzycięte drzewa i krzewy przeszkadzają w podziwianiu widoków…

Nieco zmęczeni wspinaczką, w drodze na przystanek z którego odjeżdża linia 28, postanowiliśmy się posilić pączkami na gorąco… miliard kalorii, ale to prawdziwe niebo w gębie, z posypką ze skórki pomarańczy, jeszcze ciepłym, płynnym wnętrzem i cudownym, aksamitnym lukrem… w wersji hard pączek serwują z cukrem pudrem, ale wygląda się po nim jak po domówce u Whitney Houston… wlokąc się na przystanek, mijaliśmy perfumerię, w której wczorajszego dnia zlokalizowałem trefny tester Declaration… spojrzałem przez szybkę i ponownie zobaczyłem jego resztki stojące na półce obok innych flakonów… no cóż, gratuluję obsłudze perfumerii wyobraźni – jeśli sądzą, że w oparciu o zepsuty tester ktokolwiek kupi te perfumy, ale przynajmniej próbowałem…

z Lukiem i Mańkiem

trzej amigos…

Około godziny 21-wszej przyszedł czas rozstania… pożegnałem się wylewnie, ostatni raz spróbowałem pogłaskać kota – dostając w odpowiedzi fuknięcie i pojechałem z Mańkiem na dworzec… Rozewie odjechało o czasie, ale do Wrocławia dotarło z godzinnym opóźnieniem, o którym dowiedzieliśmy się na wysokości Poznania… w przedziale miałem do towarzystwa starsze czeskie małżeństwo i dwie młode dziewczyny… w Gdańsku po wymianie uprzejmości z policją, do przedziału obok wprowadziło się 7 kiboli, ale na szczęście ograniczyli się do darcia mordy i palenia fajek w obrębie własnego przedziału… za komuny do wagonu wpadłby pluton Zomo, zaświszczałyby pały i byłby spokój – ale przecież stadionowi bandyci, to patrioci i cenny elektorat, więc niech sobie terroryzują pasażerów do woli…

Najbardziej żal mi tej czeskiej, nie mówiącej nawet po angielsku pary… cóż oni mogli sobie pomyśleć o naszym kraju, nie mogąc całą noc zmrużyć oka i przyjeżdżając z godzinnym opóźnieniem do Wrocławia?… ostatnie kilkadziesiąt kilometrów skład pokonał w tempie dryfującego lodowca, ale szczęśliwie zdążyłem w ciągu 2 minut przesiąść się do pociągu jadącego przez Opole do Krakowa… dopiero tu, od sprzedającego mi bilet konduktora dowiedziałem się, że tydzień temu pociąg towarowy, w trakcie wykolejenia się – zabrał ze sobą 30 metrów torowiska i stąd opóźnienia, bo linii do tej pory nie udało się naprawić… czyżby PKP rozpisywało przetarg publiczny na naprawę uszkodzonego odcinka?…

krótkie były to wakacje, ale odsapnąłem i podładowałem akumulatory… najgorsze, że przez najbliższy tydzień będę próbował udobruchać własne koty, które strzelają fochem za każdym razem gdy śmiem je zostawić (oczywiście pod opieką)… 🙂

Reklamy

Responses

  1. no tak pięknie a o mnie zapomnieliście , akurat maiłam wolny dzień , no tak raz się z wami spotkałam to już w niepamięć mnie wrzuciliście 😦

  2. a tak w ogóle fajny urlop miałeś 🙂 🙂

  3. O masz Ci los ;-‚( Edyta ja nawet do Ciebie nie mama nr telefonu…. Nawet wyglądam ładnie na tym zdjęciu niż dupa słonia 😀

  4. teziku pola ma mój numer 😦

  5. No to lipa :/

  6. Cieszę się, że urlop minął Ci intensywnie i owocnie 🙂 A biedy Teziak zdał mi już relację telefoniczną ze swoich przygód gastronomicznych, fuuuj! :/

  7. Edzia przepraszam Cię najmocniej widzisz czasem tak jest, że z głowy wypada:( ja w ogóle ostatnio miałam tzw „niski lot” zakończony finalnie spektakularną anginą. Następnym razem zapali mi się czerwona lampka!

    Pirath ja już prawie zdrowa, cudny miałeś wypad jak porównam sobie te atrakcje z moimi przeżyciami z tego dnia to masakra. 😛

    Próbki 2,5ml obu Bentlejów będę mieć chyba już w tym tygodniu tak więc jak przetestuję to Ci odłożę :D.

  8. Edziu – nie zapomniałem i w dodatku bardzo mile Cię wspominam… zresztą jakbym mógł zapomnieć o osobie, dzięki której nie uschłem z pragnienia przez 8 godzin tułaczki… 😉
    p.s. urlop fajny, ale zdecydowanie za krótki, zważywszy, że w pociągach spędziłem łącznie ponad dobę… 🙂

    Teziak – dobrze wypadłeś… grzywka jest? jest!, okularki są? są!, słitfocia jak się patrzy, tylko wrzucać na Fejsa… 🙂

    Gryx – to Wy się z Teziakiem znacie w realu?… 😉

    Polu – najważniejsze że dochodzisz do formy, więc mam nadzieję, że w lipcu uda się spotkać i wspólnie pobuszować po perfumeriach, że o rytualnej wymianie próbasów nie wspomnę 🙂 za Bentleye jestem Ci dozgonnie wdzięczny, znów czytałaś w moich myślach… :*
    p.s. różyczka dla Ciebie @–\–/——–

  9. W realu nie, znamy się sieciowo-telefonicznie tylko 😉 Z perfumeryjno-wizażowej blogosfery osobiście poznałem jak dotąd tylko dwie osoby, było kiedyś takie spotkanie w Bydgoszczy 😉

  10. Trochę Ci zazdroszczę tej Trójmiejskiej eskapady, to moje ulubione miejsce, jak wreszcie wygram jakąś dużą kasę to się tam wyprowadzam. I założę perfumerię;-) Pozdrawiam Cię Ty zakręcony życiowy optymisto:-)))

  11. Gryx – wprawdzie nie wszystkich jeszcze poznałem osobiście, ale znajomości już nawiązane szczególnie sobie cenię… to miłe móc bez skrępowania porozmawiać z freekiem nadającym na tej samej fali 🙂

    rex’ie – he he też zawsze chętnie wracam do 3miasta… jest coś magicznego w miastach usytuowanych nad morzem… ale jeśli miałbym zamieszkać gdzieś i kasa nie grałby roli, było by to Tokyo… co do optymisty, to absolutnie się nie zgadzam… jestem raczej sceptycznym hedonistą i pragmatykiem, choć potrafię doceniać wszelkie, nawet najmniejsze szczęścia… 🙂
    również pozdrawiam i niecierpliwie dopytuję, kiedy to wybierasz się w te wspomniane góry – bo jak mniemam zdrowotnie już wszystko ok?

  12. W sierpniu jadę w Góry Sowie to na pewno się spotkamy, a zdrowotność jak tako.

  13. w takim razie będziemy w kontakcie… 😉

  14. A z kim w czasie wyjazdów zostaje kot?

  15. mama ich (mam dwa) dogląda… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: