Napisane przez: pirath | 26 czerwca 2013

okołoperfumeryjnie, czyli dlaczego nie wolno ufać PKP i kelnerom…


Dziś znów będzie okołoperfumeryjnie, za co serdecznie Was przepraszam – ale ze względu na okoliczności ostatnich dni, moje myśli krążą wyłącznie wokół łóżka i prysznica… niniejszy wpis powstał w wagonie restauracyjnym expresu Górnik, ale po kolei (a propos kolei)… 😉

Zostałem wezwany do centrali na super ważne szkolenie, w związku ze zmieniającymi się przepisami ADR (przepisy regulujące warunki oznaczania i transportu produktów i cieczy niebezpiecznych), z których przewożeniem mam taką styczność, co kotlety sojowe o smaku grillowanej wieprzowiny z knurem – ale jak mus to mus… na początku postanowiłem kupić bilety na pociąg przez internet, z wyprzedzeniem co by PKP z góry wiedziało ile podstawić wagonów… niestety nie udało mi się, ponieważ nie da się kupić przez internet biletu, jeśli w trakcie podróży występuje przesiadka… przesiadka? rzecz niebywała w przypadku podróży koleją – więc nie ma co się dziwić, że w ciągu ostatniej dekady, pomimo utopienia milionów w informatyzację, PKP nie udało się rozwiązać tego zagadnienia… no cóż, aby kupić bilet (przez internet każdy kupujemy z osobna i odpowiednio drożej), udałem się na dworzec i po odstaniu swojego – wyszedłem z biletem relacji Łopole – Łorsoł

Niefortunnie w dniu poprzedzającym wyjazd postanowiłem sobie uciąć kameralną 15 minutową drzemkę, która tradycyjnie przeciągnęła się do 4 godzin z okładem… a więc wstałem wypoczęty około 20… dosłownie na siłę, świadomy że nazajutrz wstaję po 5 rano, postanowiłem na siłę położyć się spać… tiaaa, po godzinie przetaczania słoniny z boku na bok, wstałem – i pomyślałem „będę grał w grę„… spać poszedłem tuż po 3, więc wyobraźcie sobie ilość „piasku w oczach” i skalę otumanienia – gdy chwilę po piątej, z objęć Morfeusza wyrwał mnie dewastator snów, czyt. budzik… jeszcze na śpiocha spakowałem do plecaka parę drobiazgów (w tym Cartiera Declaration Cologne i Guerlain Vetiver), laptopa i po zjedzeniu lichego śniadanka (mój żołądek zaczyna pracę po 9 rano) pojechałem do pracy…

Na dworcu w Opolu zjawiłem się po chwilę po 12 i wsiadłem do pociągu Opole – Stalinogród*, tfu Katowice… kto nigdy nie jechał pociągiem przez aglomerację górnośląską – nigdy nie zrozumie dlaczego przejechanie niecałych 100 km trwa ponad 2 godziny… niestety pociąg zatrzymuje się na szebernastu stacjach, a szkody górnicze redukują prędkość składu do 5km/h… tępo iście oszałamiające, więc część pasażerów wysiadała w trakcie jazdy i zaczęła zbierać grzyby, część opalała się na trawce – niektórzy urządzili sobie grilla, zjedli i jeszcze zdołali wsiąść do ostatniego wagonu… 😉 pociąg wjechał do Katowic o czasie, czyli o 14.54… spojrzałem na internetową „rozkładówkę” i widzę, że mój skład do Łorsoł, odchodzi z peronu nr 5… no to idę… i idę… zmieniam strefę czasową i wciąż idę, podążając za strzałkami wychodzę z dworca, idę ulicami, mijam samochody, tramwaje i w końcu docieram na wskazany peron… hmmm, czy coś wielkości przystanku PKS w Wyrwipludrach, może przyjąć kilkunasto wagonowy skład?… dla pewności dopytuję stojących na peronie, czy aby na pewno stąd odjeżdża o 15.10 IC do stolycy?…
– panie a gdzie tam, stąd tylko pociągi jadą na Bydgoszcz!…

*wyobraźcie sobie zdziwienie samych katowiczan, gdy pewnego dnia obudzili się, nie w Katowicach lecz Stalinogrodzie – bo ktoś z KC, w imię przyjaźni polsko radzieckiej postanowił bardziej scementować więź pomiędzy bratnimi narodami…

???

Dla pewności spoglądam wnikliwie na „drukowaną” rozkładówkę z odjazdami – gdzie da odmiany wskazano peron numer 4 i ze zgrozą stwierdzam, że jest 15.04!… spanikowany,rzucam się pędem w drogę powrotną, tratując wszystko co nie zdołało umknąć mi z drogi… zasapany, zdyszany, z mroczkami przed oczami (do pokonania było 21 stopni) wbiegam na peron czwarty i widzę tablicę obwieszcającą, że mój pociąg odjechał o 14.40!!!… WTF? jak można sprzedać komuś bilet z przesiadką na pociąg, który odjechał z Katowic kwadrans wcześniej, nim inny zdołał (o czasie) tam dotrzeć?!… postanowiłem zadać to pytanie przyczajonej na peronie drużynie konduktorskiej… miła pani ucięła końcówkę pytania i odrzekła z serdecznym uśmiechem:
– spokojnie, nie spóźnił się pan, skład ma około godzinne opóźnienie, gdyż jakiś samobójca rzucił się pod niego tuż przed Katowicami…
następnie zasugerowała bym słuchał podawanych przez szczekaczkę komunikatów i odeszła, życząc mi miłej podróży… doprawdy zaje… będzie to podróż! – z myślą, że wsiadam do pociągu, który kilka kilometrów wcześniej rozsmarował kogoś po torach… i że jak na ironię ktoś musiał zginąć, abym się nań nie spóźnił… otwarte pozostaje pytanie, dlaczego sprzedano mi bilet na nieistniejące połączenie – ale to temat na stosownego maila do PKP

Co by było okołopoerfumeryjnie, muszę wspomnieć że w podziemia Katowickiego dworca pachną niesamowicie przyjemnie… z początku myślałem, że to woń perfum jednej z idących przede mną kobiet, ale gdy ją wyprzedziłem zrozumiałem, że to nie perfumy – lecz prawdopodobnie środek, którym czyszczą tutejszą, kamienną posadzkę… przynajmniej choć raz nie wali kebabem i uryną… wtem, na pełnym gazie, przez nikogo nie zapowiedziany – na peron wpada mój pociąg, z zaledwie 35 minutowym poślizgiem!… nie no, fenomenalny przepływ informacji… wsiadam, zajmuję miejsce w przedziale – oczywiście nie moje, bo ktoś się tam już ulokował i co dziwne ma miejscówkę na to samo miejsce co ja… jak można sprzedać dwa razy to samo miejsce w pociągu objętym całkowitą rezerwacją miejsc?… to po cholerę utopiono miliony w systemach informatycznych PKP i zawraca się ludziom gitarę, by rezerwowali bilety z wyprzedzeniem, skoro i tak nikt tego nie weryfikuje?… wsadziłem do uszu słuchawki i oddałem się podziwianiu widoków za oknem – zagłuszając Rammsteinem i Nighwishem jakąś hardą góralkę z przedziału – która podczas kilkunastu, następujących po sobie, nad wyraz głośnych rozmów telefonicznych, dogrywała szczegóły występu swojego zespołu… w sumie Polska to ładny kraj, ale pejzaże zurbanizowanych terenów kolejowych do atrakcyjnych nie należą – przypominając raczej scenografię do post apokaliptycznych filmów o zagładzie nuklearnej… podróż zleciała mi w miarę znośnie, a dzięki namacalnej obecności siedzącego obok mnie, na oko 150 kilowego jegomościa – było nam obu ciepło i niesamowicie intymnie… 😉

Pociąg wjechał do Warszawy Wschodniej z 45 minutowym opóźnieniem, a miasto przywitało mnie tropikalną wilgotnością powietrza… komary latały nawet we wnętrzu wiozącego mnie samochodu… królestwo za prysznic i kolację!… zakwaterowali nas w hotelu Best Western Felix, mieszczącym się w zaadoptowanym na hotel bloku mieszkalnym, na Pradze Południe… na kolację zeszliśmy do restauracji po 22, a że ostatni raz jadłem o 6 rano – więc moje trzy żołądki zdążyły okopać się wokół kręgosłupa… zamówiłem żurek w chlebku i odmianę placka po węgiersku, serwowanego z grzybami… wcześniej zadałem kelnerowi pytanie – czy się tym najem? i usłyszawszy potwierdzenie, zacząłem czytać dla zabicia czasu kartę… Cola 0,2L 8 zł… herbata 7 zł… przystawka ~36 złotych… Marriott? Hilton? Four Seasons? – nie, to najzwyklejszy trzygwiazdkowy hotel…

Obstawiając, że ziemniaki na mój placek ziemniaczany już zasadzono i właśnie czekają aż urosną – podano mi żurek… żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia, ale dostałem uwaga! okrągłą wydrążoną bułkę grahamkę o średnicy 10 cm, zawierającą symboliczną chochelką zupy (za 14 zł)… uwierzycie, że prawie się popłakałem?… delektując się żurkiem, który pomimo wielkości porcji okazał się naprawdę pyszny – dostałem mój placek ziemniaczany z grzybami za 26 zł, wielkości naleśnika z aptekarską ilością grzybowego wsadu… spojrzałem na kelnera tak wymownie, że gdyby wzrok mógł zabijać – nie ocalałaby nawet paprotka, którą hipotetycznie hoduje jego babcia… nieźle poirytowany, głodny i nie mając zamiaru nabijać oszustom kieszeni, mając gdzieś że jest 23-cia i Praga Południe – wyszedłem z hotelu, w poszukiwaniu najbliższej tankszteli (stacji paliw), aby kupić coś do jedzenia – ciesząc się jak dziecko, że za jedyne 6 zł kupiłem litrową Colę!… w życiu bym nie pomyślał, że kiedyś uznam ceny obowiązujące za stacjach paliw za przystępne…

Nie dane było nam pospać tej nocy… raz, że przez ultra miękkie materace, operacja obrócenia się na drugi bok wymagała sił i zaplecza logistycznego jak przy manewrach floty północnej – chwilę po piątej obudziła nas siarczysta burza… szczęśliwie śniadanie w formie szwedzkiego stołu było smaczne i obfite – ale z przyjemnością opuściłem ten przybytek z mocnym postanowieniem NEVER AGAIN!… na szkoleniu dowiedziałem się, że wprowadzono nową naklejkę ADR, pozmieniały się jakieś numerki i po szesnastej, taksówki rozwiozły nas po stołecznych dworcach…

Wsiadłem do mojego ekspresu, komfortowe, 6 osobowe, klimatyzowane przedziały – a cały skład wspaniale amortyzowany i wyciszony… po chwili zaserwowano kawę i byłoby naprawdę super, gdyby nie ten debilnie zamontowany śmietnik pod półką przy oknie… mam wprawdzie ledwie 181 cm wzrostu – ale zastanawiam się, czy ktokolwiek z zarządu PKP próbował przejechać siedząc przy oknie 8-10 godzinną trasę, z niemiłosiernie wrzynającym się w nogę śmietnikiem i wykręconymi w bok biodrami?… retorycznie zakładam iż nie, bo wówczas lokalizacja śmietnika uległaby zmianie… 250 z 400 kilometrów pociąg przejechał w 2 godziny… patrzę na bilet i zastanawiam się jak to możliwe, by pozostałe 150 km przejechać w ponad 3 godziny, ale to nie błąd… od Dąbrowy Górniczej znów zaczęła się gehenna… ślimacze tempo i liczne postoje, niczym na drodze krzyżowej… kawałek za Katowicami przesiadłem się do Warsa, zjadłem kolację (polecam tutejszy specjał, Piadę i pozdrawiam przesympatyczną załogę) i zacząłem pisać… wybaczcie, ale w ciągu następnych paru dni będzie krucho z wpisami… muszę odpocząć, zaaklimatyzować się i wreszcie odespać – gdyż przez ostatnie 3 doby, spałem zaledwie 4 godziny…

Advertisements

Responses

  1. Spoko, czekamy. As always. 🙂

  2. next time jedź tym co przesiadke masz w K-K, o 6 rano jakoś leci 😀

  3. Gratulację 😉 Dlatego ja unikam PKP….Wole już chyba autobus 😛

  4. Sabb – thx i wzajemnie… 😉

    sabbatha -niestety byłem zobligowany przyjazdem do Łorsoł o konkretnej porze… :\

    Teza – autobus powiadasz? czyli albo koczowanie od 5.40 rano do 21 i włóczenie się z tobołami po mieście, albo przyjazd o 5.40 i włóczenie się po nocnej podróży do szkolenia o 8.00… takie mam zajefajne połączenia, a osobiście też preferuję autokary…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: