Napisane przez: pirath | 16 lipca 2013

Hanae Mori – HM EdT, czyli waniliae o śmierci…


Cofnijmy się w czasie o ~15 lat… aby być na bieżąco z najnowszym oprogramowaniem, nie tylko trzeba było nabyć licencję (najczęściej na stadionie X lecia, lub wypalając płytkę u kolegi) na najnowszego fotoszopa, AutoCada, Windows, czy grę – ale trzeba było odświeżyć/kupić cały nowy komputer (kiedyś software dosłownie wymuszał postęp technologiczny hardware)… kupując niemiecki samochód i japońską elektronikę kupowało się najlepszą jakość i solidność, filmy poza efektami posiadały też fabułę – a telefon komórkowy dzięki swym słusznym gabarytom i wystającej antence, z powodzeniem służył za broń zaczepno obronną… były to też czasy gdy w mainstreamie (dziś beztrosko, w przerażającej większości profanowanym przez bezpłciowe, metroseksualne gnioty) – powstawały piękne, swoiste, wyraziste i bezkompromisowe perfumy, nawet te casualowe… jeśli ktoś nie chciał „mentalnie zadzierać nogi na widok każdego hydrantu” przez używanie Chanel Egoiste, Opium, A*Mena i Le Male – używał bardziej dyskretnej wody, pokroju Chanel Allure, Gucci Envy i Boss Bottled… a jeśli chciał podkreślić swój look czymś jeszcze subtelniejszym, sięgał po Rochas Men i HM Hanae Mori

Przyznam, że HM z 1997 roku, choć urodziwe i wdzięczne – po pierwszym zachłyśnięciu, jednak nie rzuciło mnie na kolana… po pierwsze nie przepadam za grzecznymi zapachami, utopionymi w wanilii – ale muszę obiektywnie przyznać, że wdziękiem i polotem swego bukietu, z powodzeniem obdarowałby ze trzy owocowo ozonowe, współczesne „dzieła„… z początku owocowo kwiatowy, z czasem nabiera głębi, uroku i ciepła zaklętego w słodyczy, która wedle zapewnień RoQa – skutecznie roztapia lód niewieścich serc… wprawdzie uważam, że efekt „miękkich nóg” i uwielbienie jakim darzy RoQ’a liczny wianuszek wielbicielek, to bardziej zasługa jego ujmującej osobowości* niż kwestia noszonych perfum, ale niech mu będzie… 😉

*RoQ jest nieśmiertelny… skąd wiem?… gdy na łożu śmierci odwiedzi go kostucha, to tak ją zbajeruje, że wyjdzie chichocząc i potykając się o własną kosę, a jej kościste lico rozpromieni płomienna aureola zawstydzenia…

Hanae Mori HM

Hanae Mori HM jest słodkie, ale nie słodkie w sensie A*Mena, Givenchy Pi, czy Blue Sugar – gdyż słodycz tą, delikatną i zwiewną, skrzętnie spowito zielonym, cytrusowo kwiatowym płaszczem… nawet gdy kwieciste rabaty otwarcia zostaną daleko w tyle, ten subtelnie zaaranżowany cytrusowy niuans wciąż dyskretnie towarzyszy kompozycji w jej dojrzałym stadium – czyniąc wrażenie lekkości i sprawiając, że zapach nie trąci na kilometr cukiernią… a jest tu przecież wanilia, ambra i tonka, są kwiatuszki i owocki, więc powinno być słodko i milusio aż do ulania… a nie jest i na tym polega magia tego zapachu, że jest ujmujący, żwawy, apetyczny – a jednocześnie delikatny i kuszący… nie jest też banałem, osnutym zaledwie na paru nutach (pod tym względem bliżej mu do rozpasanych lat 80-tych), ponieważ jego niepozorny bukiet dosłownie tętni od zgrabnie złączonych ze sobą nut, tworzących całkiem bogaty ekosystem – na który składają się i nadzwyczaj zgrabnie przemycone kwiaty (co w przypadku jaśminu i róży graniczy wręcz z cudem) oraz ciche drewno i nadający całości wybitnie męskiego pierwiastka, mech dębu

oklaski…

A jak to pachnie w praniu? otwarcie HM zaskakuje swym żywym, bujnym, kolorowym bukietem – zupełnie nie przypominającego późniejszego dyskretnego i stonowanego przebiegu… początek dosłownie kipi od owocowych soków i zręcznie pomiędzy nie wplecionych kwiatów (wychwyciłem różę i irysa), które tańczą na skórze lekko i z gracją… dopełnia je soczysta, lekko słodka woń miąższu cytrusów i porzeczki… jest wesoło, radośnie i wiosennie… po chwili do radosnego pląsania owoców dołączają kwiaty… równie lekkie, wdzięczne i stonowane, tworząc z owocami jednolicie wybrzmiewający, bardzo spójny bukiet… dopiero gdzieś od schyłku serca do głosu dochodzą słodkości… wpierw niepewnie, na paluszkach, nieco speszone owocowo kwiecistymi harcami, by po kilku kwadransach rozszaleć się na dobre… oczywiście w granicach przyzwoitości i bez zakłócania harmonii bukietu… faza schyłkowa to już domena nut słodkich, wanilii, ambry i tonki, które pomimo tak licznego wsparcia, absolutnie nie dominują przebiegu, choć zlewają się w jedność… jest ich dokładnie tyle ile trzeba i ani kropelki więcej…

girl on carobrazek ze specjalną dedykacją dla Roq’a (już Ty wiesz dlaczego)… 🙂

HM to bardzo taktowny, wyważony i dyskretny zapach… nie narzuca się a jednak pachnie, a że pachnie apetycznie, intrygująco i pomimo słodkiego charakteru wciąż męsko… gdzieś w tle wciąż plątają się przełamujące trę słodką sielankę cytrusy, a całość sprawia na tyle ujmujące wrażenie, że aż się chce pachnącego HM kogoś powąchać… wprawdzie nie mam podobnych skojarzeń co RoQ (szczegóły pozwolę sobie zachować), ale nie wątpię, że klimat tych perfum szczególnie sprzyja atmosferze bliskości, a nawet intymności… projekcja umiarkowana, trwałość przyzwoita i brak bezpośredniej konkurencji czynią z Hanae Mori wybornego towarzysza na każdy dzień i każdą okazję… zresztą wystarczy spojrzeć na spokojną, stonowaną, skromną stylistykę flakonu, która doskonale oddaje naturę tych perfum…

reasumując: lekkie, poprowadzone z wdziękiem, niesamowicie taktowne, ujmujące i przyjemne perfumy na co dzień… szczególnie w cieplejsze dni umili czas, poprawiając nastrój równie skutecznie jak brzęczące w kącie radio… subtelny i wyborny miks słodyczy z delikatną nutą cytrusową i z kameralnie zaserwowanym kwieciem o całkiem przyzwoitych parametrach…

przypomina mi: w sumie nie ma bezpośredniej konkurencji, ale charakterem przypomina mi Biehl Eo01, Rochas Men i klasycznego YSL L’Homme – choć ten ostatni pod względem wyrafinowania bukietu sięga Hanae Mori ledwie do pięt…Mori men

Głowa: lawenda, cytryna Amalfi, czarna porzeczka, nuty zielone,
Serce:  irys, jaśmin, róża, konwalia,
Baza: drzewo sandałowe, mech dębowy, cedr Virginia, ambra, fasolka tonka, wanilia,


Responses

  1. Wooow… Podoba mi się Twoje podejście do Hanae.
    Opis przedni, a co do mojej nieśmiertelności, to trudno mi się jeszcze wypowiedzieć. Jak dotąd czuję się nieśmiertelny 🙂
    Ps. I dziękuję za dedykację 🙂

  2. Witam serdecznie! Mój komentarz nie w temacie, za co wszystkich przepraszam, ale chciałbym zasięgnąć rady Autora blogu. Mianowicie – szukam jakiegoś ciekawego zapachu na lato – stąd moje pytanie: co byś mógł polecić w tym temacie? Żeby przybliżyć Ci mój gust to powiem, że do moich ulubionych „letnich” zapachów należą: Dolce&Gabbana Pour Homme (zwłaszcza starszy – wersja od Euroitalia), Prada Infusion d’Homme, Moschino Friends oraz Eau de ICEBERG „74”, który jest jednym z moich ulubionych zapachów w ogóle. Wszystkie wyżej wymienione wody mają według mnie wspólny mianownik w postaci „mydlanego” i bardzo „włoskiego” wyrazu. Poszukuje właśnie czegoś w ten deseń. Odrzucam od razu wszystkie „sporty” i inne „wodne świeżaki”, jak to mawiają.;-) Jakbyś ocenił, drogi Autorze, np. Prada Infusion de Vetiver w tym kontekście? Trudno znaleźć tester, bo z tego, co wiem woda wyszła już z produkcji, ale można kupić jeszcze w perfumeriach internetowych. Opisy brzmią zachęcająco…
    Z góry dziękuję za wszelkie sugestie i odpowiedź! Pozdrawiam, Wojtek;-)

  3. No i zrobiło się romantycznie 🙂

  4. Moje konkluzje po lekturze:
    1. RoQ będzie mi się śnił po tym opisie
    2. Mech NIE nadaje perfumom wybitnie męskiego pierwiastka. Nie na mnie. 🙂

  5. Roq – cała przyjemność po mojej stronie, to naprawdę zacny zapach, słitaśny ale z jajami… 😉

    W. – również witam serdecznie w mych skromnych progach i od razu wypalę: Cartier Roadster… nie znam bardziej uroczego, uniwersalnego, wyrafinowanego i niepowtarzalnego zapachu na lato, choć oczywiście zachęcam do poznania D&G The One, szczególnie TOG i właśnie wymienionej Prady d”infusion Vetiver… latem nosi sie ją wprost wybornie i przy zachowaniu mydlanego charakteru Prady, emanuje cudownie żeśką nutką vetivery… ponadto proponuję obwąchać Gucci Pour Homme II, Diora Homme Sport, Hermesa Voyage i Giventy Only…
    pozdrawiam 🙂

    narde – a kysz! weź prysznic, bardzo zimny 🙂

    Sabb – i mój komentarz sytuacyjny:
    ad.1. nie wnikam… 😀
    ad.2. – i całe szczęście 😀

  6. Sabb…. Wcale Ci się nie dziwię. Sam się sobie śnię. Przedwczoraj na przykład, śniło mi się, że kiedy się goliłem, przyszła do mnie wróżka i zapytała, czy chcę zostać postacią kultową. Jako że nie miałem zbyt wiele zajęć w tym dniu, zgodziłem się. A wczoraj przez całą noc rozdawałem autografy… 🙂

    Pirath – jest słitaśny i z jajami, a w dodatku ma w sobie pewien pierwiastek czegoś, co sprawia, że czuję się w lubieżny sposób pobudzony… 🙂

  7. hmm , że kto, że co, że ja?…że o co chodzi 😛

  8. Drogi Pirathcie, dziękuje Ci za podpowiedz i propozycje. Z tego, co wymieniłeś to obcy jest mi jedynie Givenchy Only. Reszta to faktycznie ciekawe propozycje, ale chyba nie do końca tego szukałem. Dzisiaj odebrałem – zamówioną w ciemno – wodę Prada Infusion de Vetiver i jestem bardzo zadowolony, choć według mnie (na pamięć, bo nie porównywałem ich bezpośrednio) jest łudząco podobna do Infusion d’Homme. Nie jest to absolutnie żaden zarzut, bo tak jak pisałem wcześniej – bardzo mi się podoba ten zapach. Jestem jednak ciekawy, jakie Ty masz odczucia porównując te dwie wody i jakie według Ciebie są niuanse, które je różnią.
    Pozdrawiam serdecznie!:) W.

  9. Roq – zdecydowanie musisz popracować nad nie zjadaniem końcówek wyrazów… nie jest słitaśny, tylko jesteś i nie ma w sobie, tylko masz w sobie… 🙂

    narde – odstaw kawę… 🙂

    W. – cieszę się że Prada przypadła Ci do gustu, cóż dla mnie są obie bardzo podobne, obie lekko mydlane – tyle, że osobiście bardziej cenię Vetiver, bo po prostu tworzy bogatszy, bardziej wyrazisty i złożony w odbiorze bukiet niż wersja klasyczna… no i kocham vetiverę 🙂
    pozdrawiam serdecznie…

  10. Właściwie już dawno odstawiłem choć popijam czasem tylko dla smaku.
    Za dużo smaków innej maści 😉

  11. ja nie odstawię, bo po pierwsze już na mnie nie działa (pobudzająco), a kawę piję dla samego smaku, który uwielbiam… mam w Oppeln taką małą kawiarnię, Pożegnanie z Afryką, gdzie serwują najlepszą kawę na świecie… kilkaset gatunków, na wszystkie możliwe sposoby… wszystko mielone i parzone na miejscu, a za tamtejsze espresso dałbym się pokroić…

  12. Niebawem będziemy się tam mogli razem napić tej kawy 🙂

  13. jupiiii!!!!!!!!! 😀

  14. jupiii x 2 🙂

  15. Smacznego chłopaki.!
    Mnie kawa przeważnie zamula,powoduje jakieś dziwne zmiany energetyczne w ciele…
    Choć jak jest przyrządzona w ‚odpowiedni’ dla mnie sposób z odpowiedniej mieszanki i sączona w odpowiedniej atmosferze to potrafi wejść cudnie. Jednak nie pijam na co dzień, nadal wielbiąc smak i aromat.
    Pamiętam że i u nas w Kato była bliźniacza kawiarenka o której mówisz i chyba nawet nadal tam jest. Więc ze wspomnień mogę wnioskować że wiem co czujesz 😉

  16. hmmm na sieciówkę mi to nie wygląda, bo to bardzo klimatyczne miejsce, choć nigdy nie wiadomo 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: