Napisane przez: pirath | 17 sierpnia 2013

John Varvatos – Artisan Black, czyli nijaki zapach od nijakiej marki…


John Varvatos, choć amerykański, jakoś nie może się w Polsce przyjąć… a przecież z uwielbieniem zaadoptowaliśmy Walenie Tynków (święto murarza), Halloween, tamtejszą kuchnię (fast foody) i wciąż łudzimy się, że do kompletu z rozsypującymi się F-16 i w podzięce za Afganistan, w końcu dostaniemy wizy… taki ładny, amerykański – a popularny niczym kuchnia Szkocka w Nowosądeckiem… John Varvatos za cholerę nie potrafi wstrzelić się w olfaktoryczne gusta polaków i chyba problem tkwi w tym, że jest za bardzo amerykański, czyli nijaki – tudzież zbyt natrętnie naśladuje idealnego europejskiego casualowca… na swój sposób wyrafinowany, ujmujący różnorodnością nut – a jednak niezdecydowany pachnieć zupełnie niezobowiązująco zwiewnie, niczym Calvin i z przytupem, jak zwykły pachnieć stare brandy europejskie… trochę za bardzo kwiatowy, utrzymany w neutralnej stylistyce S.T Dupont’a, która również nie podbiła serca Polaków…

John Varvatos - Artisan Black

A przecież Artisan Black to bardzo poprawny i przyjemny zapach (podobnież Vintage z 2006 roku), daleko bardziej wyrafinowany niż nie jeden bestseller – ale te mają w zanadrzu coś takiego jak szeroko rozreklamowany, rozpoznawalny i co za tym idzie pożądany (niezależnie od poziomu prezentowanej treści) brand, który je wypromował… niestety współczesny rynek perfum wygląda tak, że jeśli z plakatu nie szczerzy się przysłowiowy Szyc, Socha albo wzbudzający zaufanie ksiądz Mateusz aka Żmijewski, tudzież wyblurowany fotoszopem aż do niepoznaki kawał mięcha w seksownej bieliźnie, wsparty milionami utopionymi w reklamę logotypu – nie da się przebić, zaistnieć w świadomości i osiągnąć sukcesu komercyjnego… szkoda, bo Artisan Black to perfumy przyjemne i naprawdę nieźle namieszane – ale skazane na niepowodzenie, bo słabo rozpoznawalne i przy swym usilnym pragnieniu podbicia serc kupujących – porażająco nijakie…

John Varvatos Artisan Black

Pokryta wiklinową plecionką, przypominająca gąsior wina flaszka, wygląda wprawdzie solidnie i poważnie – ale niezbyt konweniuje ze skrywanym w swym wnętrzu, orzeźwiającym bukietem… Atrisan Black zaczyna swą serenadę soczystą świeżością cytrusów i arbuza… stylistycznie przypomina mi I Am King Seana Johna i apetyczne, owocowe świeżaki od DKNY, Pumy i CK… jest też w otwarciu odrobina świeżej zieleniny, nadającej akordowi odrobinę wytrawności i woda rozcieńczająca hegemonię słodkich cytrusów… mniam, przyjemnie, świeżo, wodniście i lekko aromatycznie… po dosłownie chwili robi się donośnie i jeszcze bardziej zielono, zupełnie jakby wrzucić dojrzałe owoce, wraz ze skórkami i pokrytymi listkami gałązkami oraz arbuzem do blendera i zmiksować na idealnie gładką papkę… ale i to stadium trwa dosłownie moment, popędzane przez coraz usilniej domagające się atencji kwiaty i przyprawy

Artisan Black

W sercu kompozycji cytrusy zostają zepchnięte na drugi plan przez białe kwiaty z dominującym neroli i taktownie doprawione świeżym imbirem oraz kardamonem… nie za dużo, w granicach rozsądku, wyczuwalnie… powstał z tego aromatyczny, wyrazisty, orzeźwiający i balansujący na granicy pokracznego przeładowania miks owoców, kwiatów i przypraw… przyjemny, wciąż poprawny ale pomimo emanującego od niego bogactwa form – nijaki i podobny do wszystkiego… tak pachną też niektóre Bossy, ST. Duponty, Lacosty, CK, DKNY, Ed Hardy, Seany Johny, Davidoffy, Pumy, Duhille, i pierdylion innych, zawzięcie walczących o atencję kompozycji – gdy do sukcesu zabrakło po prostu czegoś swoistego… jest tu owszem grzecznie, u schyłku kwiatowo, drzewnie, cicho i przytulnie – ale nazbyt poprawnie, milutko i wzorcowo neutralnie… to wszystko już było, a to wdzięcznie aromatyczne, owocowo, kwiatowo, przyprawowo, drzewne brzmienie ograno już na milion sposobów… projekcja bardzo przyzwoita, trwałość dobra – dla pragnących pachnieć zauważalnie acz niezobowiązująco, na każdą porę dnia…

reasumując: pomimo wyrazistego i poprawnie zaaranżowanego bukietu – nijakość, wtórność i pospolitość okazały się przysłowiowym gwoździem do trumny, tej bądź co bądź przyzwoitej kompozycji… przyjemna, ale powtarzalna i równie emocjonująca jak klepanie zdrowasiek i pozbawiona charakteru kompozycja jak ta – po prostu nie ma szans się przebić i zaistnieć obok setek podobnych… i chyba nie muszę pisać, że klient, mając do wyboru markę znaną i niemal anonimową – wybierze tę pierwszą…

przypomina mi: za długo by wybierać, ale krzyżówka Davidoffa Game z I am King Seana Johna i ST. Dupont Passenger najlepiej zobrazuje bukiet tych perfum…John Varvatos - Artisan Black EdT

2010, Rodrigo Flores-Roux

Głowa: cytryna Amalfi, tangerynka, czerwona pomarańcza, arbuz,
Serce: jaśmin, kwiat afrykańskiej pomarańczy, neroli, imbir, kardamon, kolendra,
Baza: kephalis, wetyweria, paczula, korzeń irysa, skóra, biała ambra, białe piżmo, nuty drzewne,

Reklamy

Responses

  1. Kephalis- pierwszy raz to widzę w spisie nut. Przynajmniej nadrobiłem jeden mały brak zerkając w google co to w ogóle jest za twór. A już się cieszyłem że pewnie jakaś nowa żywica do odkrycia bo tak mi zabrzmiało 😛 Co do S.T Duponta – szczerze polecam unikatowy, pięknie balsamiczno-przyprawowy zapach o nazwie Signature (Pour Homme) z czasów świetności marki. I wiem że miałby szanse podbic twoje serce 🙂

  2. ale flakonik ładny 😉

  3. narde – cóż, też niezbyt mam pojęcie jak to pachnie, ale nut/składników chemicznych emulujących klimaty ambrowe jest tak wiele, że nie trudno się pogubić… z Dupontów w sieciach stoi zaledwie kilka flaszek, kiedyś pobieżnie je wszystkie powąchałem i choć testy bloterowe wypadły całkiem korzystnie, niestety testy skórne uświadomiły mi że to zdecydowanie nie moje klimaty… choć nie pamiętam bym wąchał Signature…

    belor – oj ładny, wszystkie mi się podobają, ze względu na kształt samej buteleczki i nietypowe acz gustowne przybranie… skóra i wiklina wyglądają znacznie lepiej niż papierowa etykietka, albo sitodruk lub profilowane szkło…

  4. Kephalis pachnie w skrócie jak męski Gucci Rush. Gdy już poznałem woń tej syntetycznej aroma-molekuły, pomyślałem, że Rush to głównie ten składnik i może parę innych.
    Zapachy Varvatosa intrygują mnie ze względu na ich autora (ten sam Rodrigo miksuje dla Toma Forda i jego Private Blends). Kilka razy testowałem to w D., ale jakoś nigdy nie zaopatrzyłem się nawet w próbkę do testów… , chyba właśnie przez tę ich nijakość. Zaraz…..mam jedną próbkę, którą otrzymałem jako gratis do zakupu w perfumerii internetowej. Nazywa się to John Varvatos Star USA ….

  5. Fqjcior- ciekawe to co piszesz, bo z tego co ja wyczytałem to kephalis jest substytutem o ambrowym obliczu a Rush jakoś nie szczególnie ambrowo mi się nie kojarzy. Pozostaje jednak uwierzyc w twoje doświadczenie. No i fajnie było by miec taką molekułke do tworzenia swoich zapachów. Przecież biały Rush to piękna ‚kompozycja’ była… 🙂

  6. narde – kwalifikacja woni jest bardzo złożonym tematem. Cóż zatem znaczy ambrowe oblicze? Czy chodzi o ambrowy w rozumieniu szarej ambry (pochodzenie odzwierzęce), czy o ambrowy czyli bursztynowy – najoględniej: ciepły, orientalny? Kephalis stoi w mojej szafce, znam jego woń na pamięć. Opisałbym ją raczej jako drzewną, z elementami iglaków. A w przewodniku piszą o niej, cytuję: rich, warm, wood, ambery, tobacco, modern, piney. Kephalis użyty został także w słynnym Yohji Homme, którego póki co nie dane mi było wąchać.

  7. fqjciorze -przyznam że i mnie Twoja opinia zdziwiła… zakładam, że nie nikt z nas nie złapał się na tę przezabawną gierkę słowną z „amber” (ang. jantar,bursztyn) i ambrę postrzegamy jako ambrę (odzwierzęcą) i z podobnym opisem tej nuty (rzekomo przypominającej ambrę) sam się spotkałem… wprost nie chce mi się wierzyć, by za porywający, wyrafinowany bukiet Rusha odpowiadała ta jedna jedyna nuta – tym bardziej że igliwie i drewno to niezbyt tożsame z ambrą wonie… aż chciałbym to z ciekawości powąchać…

  8. faqcjorze – Tak, miałem na myśli tą zwierzęcą ambrę którą jednak też odbieram jako orientalną i ciepłą na swoj sposób (z tego co i na ile doświadczyłem). Właśnie tak jak Pirath mam odczucie odnośnie tego iż ewidentnie w Rushu czuć konkretne nuty których kolorytu raczej nie jest w stanie zastąpić i odtworzyć w pełnej krasie jedna tylko chemiczna molekuła nie mająca w składzie naturalnych woni. Zaintrygowało mnie… i pragnę poznać. gdzie można dopaśc to coś? 😉

  9. najłatwiej u fqjciora… a teraz robimy smutne oczy jak kot ze Shreka i liczymy, że to przeczyta… 😉

  10. Fqjcior, wspomóż nas w swoim miłosierdziu 🙂

  11. narde – zrobiłeś niedostatecznie duże oczy* 🙂
    *ja nie mogę bo mam permanentny światłowstręt 🙂

  12. Sorry już wciągam… 😀

  13. Z pewnością kephalis nie jest jedyną molekułą w Rush (tego typu chwyty zostawmy pięknemu Gezie ;-)), ale woń ta (albo inna bardzo zbliżona) dominuje tę kompozycję. Tak jak napisałem – drzewna, nieco iglakowa. Zresztą wiele unikatowych i charakterystycznych pachnideł powstało na bazie pojedynczych aromamolekuł przedawkowanych w formule. Na tym bazował i wciąż bazuje perfumeryjny przemysł. Jak jakiś Givaudan albo IFF wysyntetyzuje albo w inny sposób osiągnie coś unikatowo pachnącego, udostępnia to swoim perfumiarzom, a Ci wykorzystują to w tworzonych dla znanych marek pachnidłach. Tak było m.in. z hedione i Eau Sauvage, dihydromyrcenolem i Cool Water, cashmeranem w Black Cashmere czy molekule o nieznanej mi nazwie pachnącej kłączem irysa w Dior Homme. Można by tego wyliczać więcej…
    Swego czasu, by wiedzieć lepiej o czym piszę na blogu, nabyłem za oceanem obszerny zestaw profesjonalnych składników perfumeryjnych (naturalnych i syntetycznych). Dzięki nim bardzo wiele się dowiedziałem i nauczyłem. Stąd też moja wiedza m.in. o kephalis. Niestety testy możliwe wyłącznie u mnie w domu. 🙂

  14. fqjciorze – potwierdzam, że nic tak nie poszerza horyzontów i nie oświeca jak poznanie poszczególnych nut w ich czystej formie… zakup profesjonalnych ingrediencji to spory wydatek i dowodzi, jaki wielką pasją są dla Ciebie perfumy… 🙂

    narde – pakuj walizki, jedziemy w gości… 🙂

  15. fqjcior- już jesteśmy do przodu,zawsze coś 😉

    Dobra dobra Piracie, kierunek Jamajka?

  16. na szczęście bliżej, choć niepokoją mnie doniesienia o polu minowym i liczne stanowiska z CKM’ami wokół domu gospodarza… to się nazywa bronić kolekcji przed zakusami osób postronnych… 🙂

  17. wycwanił się,skorzystamy więc z planu B 😀

  18. ok, weź drabinę, ja biorę bazukę 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: