Napisane przez: pirath | 21 sierpnia 2013

Serge Lutens – Nuit de Cellophane, czyli młodsza siostra rozpustnicy…


Z pośród wszystkich otrzymanych ostatnio próbek Lutensów, wpierw dobyłem tej… trudno o bardziej intrygującą nazwę niż Nuit de Cellophane i nie ukrywam, że to właśnie ona stała się katalizatorem dzisiejszego wpisu – i poniekąd powodem swoistego rozczarowania… zupełnie nie tego się spodziewałem i choć sam zapach, jak i wątek celofanowy zdołał się obronić – jednak niedosyt związany z nie do końca adekwatną nazwą pozostał… Lutens to mentalnie rasowa nisza – a więc awangarda, swoboda kreacji i nieograniczone pole do popisu… jeśli więc czytam celofan, spodziewam się celofanu, a nie lakonicznego skojarzenia z celofanem – choć może właśnie o to przewrotne niedomówienie chodziło?…

Nuit de Cellophane z 2009 roku, to zapach wybitnie kwiatowy, niewątpliwie kobiecy i nie sposób doszukiwać się w tym bukiecie głębszej analogii… w dużym skrócie to przepastny ocean kwiatów – białych, upojnych, pachnących w początkowej fazie niesamowicie żywo i pełną piersią, jak na Lutensa przystało… niestety tego rodzaju wonie, stricte kwiatowe, a więc wyjątkowo precyzyjnie zdeklarowane – trzeba po prostu lubić i nie bać się ich nosić, gdyż projekcją i zacięciem zapach bardzo mocno przypomina mi innego kwiatowego killera – Fleurs d”Oranger, również Lutensa… wprawdzie Celofan nie jest aż tak rozwiązły w epatowaniu swym przytłaczającym, buduarowym ciężarem – ale zdecydowanie nie są to perfumy lekkie, łatwe i na każdą okazję… takie perfumy wymagają specyficznej oprawy, utkanej z kobiecości w najczystszej formie*

*ust kusząco rozchylonych, piersi powabnie wyzierającej z dekoltu, rozkołysanych krągłych bioder i nóżki wspartej obcasem…

Nuit de Cellophane

Celofan to kwiaty, liźnięte w otwarciu cytrusem, zaaranżowane z rozmachem, niesamowicie sugestywnie i na bogato… bukiet tych perfum dosłownie ocieka upojną wonią osmantusa, jaśminu, lilii i neroli – których połączone siły przypominają mi dobitny, wybrzmiewający wręcz perwersyjnym kwiatem pomarańczy, z Fleurs d’Oranger… przejmujący, przysadzisty bukiet, zręcznie przełamano słodką nutą owocową i czymś układającym się na kształt ożywczego geranium – choć równie dobrze może to być wybrzmiewające echo cytrusów z otwarcia… nuty cytrusowo zielone są jak promienie słońca, przebijające się z serca okazałego naręcza kwiatów, ożywiają i rozświetlają kompozycję – dzięki czemu nie sprawia tak przytłaczającego wrażenia, ale gdzie ten obiecany celofan?…

celofan

Ano jest i całkiem zręcznie emuluje jego delikatną, swoistą woń, wpleciona blisko schyłku kompozycji nuta goździka (kwiatu), którego wibrujący aromat tworzy u szczytu piramidy nut, coś w rodzaju aureoli – chwilami do złudzenia przypominającej celofan… trudno mi określić czy to w rzeczywistości efekt zamierzony, czy też ulotny niuans, którego podobieństwo do celofanu wychwycono w trakcie oblatywania kompozycji i skwapliwie wykorzystano – ale ten dość przewrotnie podkreślony efekt jest całkiem zgodny ze wzorcem, który zapadł w mej pamięci jeszcze z czasach wczesnego dzieciństwa… na zakończenie roku szkolnego, taszczyłem zazwyczaj mojej pani wychowawczyni jakiegoś połamanego, na wpół zwiędłego chabazia (o ile w ogóle go doniosłem, bo wiecie jak to jest z chłopcami), utrzymywanego w pionie właśnie przez okalającą go, celofanową tutkę…

bukiet w celofanie

Po kilku godzinach nader żwawej projekcji, następuje dość nagłe załamanie i przejście w cichą, landrynkowo drzewno pudrową, bardzo delikatną i subtelnie piżmową bazę… dominujące wcześniej kwiaty, niemal zupełnie wytraciły swój przejmujący impet, a kompozycja przybiera formę bardzo delikatnej woni – przypominającej zapach dłoni, nakremowanej jakimś kwiatowym, nawilżającym kremem wiele godzin wcześniej… ten delikatny, lekko kwiatowy, nieznacznie słodki film przypomina mi też zapach pudrowanych landrynek/karmelków trzymanych w pudełeczku z drewna różanego, które z czasem przeszło zapachem sięgających po nie nakremowanych, delikatnych dłoni…

reasumując: wybitnie kwiatowy i damski, w początkowej fazie poraża upojnie i z rozmachem zaaranżowaną feerią kwiecia, by z czasem niemal zupełnie wyciszyć się do lekko kremowej, muśniętej wonią kwiatów – zmysłowej formy… projekcja, trwałość i jakość użytych składników powalająca – jak na Lutensa przystało, powalająca…

przypomina mi: paradoksalnie upojne i niewinne oblicze Nuit de Cellophane, przypomina mi znacznie cięższy, niemal rozwiązły i buduarowy charakter Fleurs d’Oranger – jednak Celofan nie podąża śladami starszej, przepełnionej żądzą, rozpustnej siostry…Serge Lutens - Nuit de Cellophane

skład: mandarynka, osmantus, jaśmin, nuty zielone, nuty owocowe, goździk (roślina), lilia, piżmo, migdał, nuty drzewne, miód,

Reklamy

Responses

  1. Pamiętam że niuchałem kiedyś tam i bez wachania odrzuciłem. Nawet wczoraj będąc w Douglasie i po tym jak znalazłem upchaną bokiem na niewielkiej półeczce gromadę Serge’a zakrytą Cartierowymi wodami ( niegdyś pięknie wyeksponowane na firmowej ramce) . Wyciągając ostrożnie by nie popaść w pogłębiający się debet, pierwszym jaki moja ręka wylosowała był wyżej opisywany więc wcisnąłem na koniec ekipy. Miałem nadzieję na poznanie Santal de Mysore, ostatecznie nieznanego wcześniej, dziwnego Cedre skosztowałem a na koniec spryskałem się świetnym Serge Noir… No i ta miła gadka z panem w koszuli o kolorze Neroli Potofino 🙂

  2. zważywszy, że to typowo damskie perfumy, Twoja reakcja niespecjalnie mnie dziwi… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: