Napisane przez: pirath | 2 listopada 2013

Lacoste L12.12 – Blanc, czyli białe szaleństwo poprzedzone garścią refleksji…


Zaprzyjaźniona konsultantka pewnej firmy, uświadomiła mi ostatnio, że mainstream dzieli się (wewnętrznie) na określone kategorie – skierowane pod konkretny target docelowy i bynajmniej nie chodzi tu o grupy zapachowe (świeżaki, wodne, etc)… jedną z takich grup, są zapachy typu „urban„, kierowane do ludzi żyjących w metropoliach – a jak wiadomo duże miasta żyją szybko i rządzą się swoimi prawami… tu nikt nigdy nie ma czasu, wszyscy wszędzie się śpieszą i zazwyczaj nikt nie zwraca uwagi na czyjeś perfumy – no chyba, że przypadkiem lub z przymusu, podróżując w zwartej ciżbie lemingów w korporacyjnej windzie, albo zatłoczonym metrem…

Życie w metropolii jest specyficzne, by nie powiedzieć wypaczone… tu życiowym dramatem jest informacja, że w Starbuniu zabrakło beztłuszczowego mleka sojowego – ale już informacja, że zmarł nigdy nie widziany „live” sąsiad spod 7-ki nikogo nie ruszy, no chyba że ktoś wrzuci info na „fejsowego łola„… ludzie choć żyjący i przyzwyczajeni do wielkomiejskiego ścisku, nie lubią dotyku (również dotyku przez zapach) – stąd nawet perfumy, których używa się w miastach, nie mogą być przesadnie inwazyjne i wręcz nie powinny zwracać na siebie uwagi otoczenia… nie muszą też powalać wymuskanym, złożonym bukietem – bo po prostu nikt nie ma czasu, aby to docenić… tu trzeba pachnieć na amerykańską modłę, czyli szybko, niezobowiązująco i często dosłownie „laconicznie„…

Lacoste L12.12 - Blanc

To by poniekąd tłumaczyło niesłabnącą popularność pogardzanych w kręgach miłośników perfum „odświeżaczy powietrza” i „owocowych soczków” – banalnych, maksymalnie uproszczonych i po prostu „fajnych„, choć nic ponadto… pachną milusio, gdy ich anonimowy właściciel przemknie korytarzem i po chwili znikają wraz z nim bez śladu w pamięci… zmierzam do tego, że cudów po kaście „urban” spodziewać się nie powinno – ale ten akurat zapach, pomimo iż równie banalny jak reszta rodziny L12.12 (z jednym jeszcze wyjątkiem, ale o tym kiedy indziej), jako tako się broni… na początek małe uświadomienie czym są zapachy typu „urban” (lekkie casualowce, stworzone do życia w metropoliach) czyli wszelkiego rodzaju Bossy, Lacosty, CK, CH, Pumy i inne „hurtowe arcydzieła„…

Wprawdzie uważam ten wydumany podział za pic na wodę i fotomontaż, dorabiający ideologię i usprawiedliwiający specyficzną dla gatunku mierność – a która mimo wszystko, sama z siebie świetnie się sprzedaje, ale jakby kto pytał, nijakość to efekt całkowicie zamierzony… jak zrobić reklamę zapachu „urban„?… wrzuca się fotę nastroszonego japiszona w garniaku, albo w porozpinanej koszuli – a najlepiej przypakowanego modela z z gołą klatą, bo golizna sprzedaje się najlepiej i gotowe… czasem dorzuca mu się do towarzystwa fajną laskę, tudzież wręcz wisi na nim jakaś napalona nimfomanka i tadaaaam! – sprzedaż rusza z marszu, bo kto nie chciałby pachnieć perfumami, na które lecą kobiety?… tu naprawdę nie chodzi o zapach, który liczy się najmniej, ale o starannie wykreowaną wokół niego otoczkę… przepraszam, że tak odbiegłem od samego Lacoste Blanc – ale próbuję naświetlić, dlaczego pomimo trywialności z jaką wybrzmiewa, wcale nie uważam Blanc za złą kompozycję…

reklama Lacoste L12.12 - Blanc

no a teraz do meritum, czyli jak pachnie Lacoste L12.12 Blanc?…

Dla formalności dodam, że bukiet Blanc, stylistycznie jest równie odkrywczy – co kolejny teleturniej z rodzaju „jak oni ziewają„, „jak oni szatkują kapustę” i „jak oni oni śpią„… czyli zero inwencji, te same ograne nuty, to samo lekko słitaśne i powszechnie akceptowalne zacięcie oraz to samo opakowanie – tyle, że białe i z oryginalnym „krokodylkiem„, które znów ludzie będą odrywać z testerów i przyklejać sobie do polówek… swoją drogą nie ogarniam tego zjawiska… rozumiem, Dior, Chanel, Prada – ale Lacoste?… to jak wydłubać sąsiadowi z samochodu znaczek VW (albo co innego z WAG) i przykleić do swojego Fiata… to jedynie dowodzi jak potężną siłą w dzisiejszych czasach jest prężny marketing i rozpoznawalność marki…

po pierwsze broni się bardzo spójnym, dobrze wyważonym bukietem – osnutym na mariażu bujnych cytrusów i aromatycznych ziół, maźniętych jeszcze bardziej podkręcającym wrażenie ciepłej, wibrującej świeżości geranium… sprawia to wrażenie upierdliwie donośnej, nieco klasycznej woni – co dziwi tym bardziej, że jest to raczej słynące ze zdawkowej wstrzemięźliwości Lacoste… trojaczki L12.12 pachną na jedno kopyto, ale Blanc jako jedyny posiada coś na wzór własnego ja…

po drugie, zapach ma zupełnie odmienną charakterystykę rozwoju, zrywającą z podziałem na tradycyjne trzy akordy… odniosłem wrażenie iż akord otwarcia, zamiast zwyczajowo ulotnić się już po kilkunastu sekundach – trwa dobrych kilka godzin… zmienia się i nieznacznie wysładza aromatem wodnistych owoców (coś ala arbuz), dopiero z chwilą migracji kompozycji do akordu schyłkowego – w którym pojawiają się słodkawe owoce yang-ylang, zagłuszane dotąd przez cytrusy i kardamon

seria L12.12 Lacoste

po trzecie, jak na L12.12 pachnie bardzo wyraziście i długo – czym Blanc bardzo mnie zaskoczył, bo z wcześniejszych wypustów L12.12 po godzinie nie było co zbierać – a ten tańczył na skórze swój owocowo przyprawowy miks przez ponad 5 godzin i nie miał ochoty odpuszczać… dopiero tuż przy końcu, wytracił swój impet i soczyste brzmienie – topniejąc do czegoś przypominającego czystość i nieskalaną świeżość, zaaranżowaną przez odrobinę pudrowej tuberozy, zdawkowego cedru i ledwie wyczuwalnego zamszu… akord będący zapewne tym tytułowym „blanc” (coś w deseń zapachu świeżej pościeli) nie powala wyrazistością, ani nie brzmi przekonywająco – ale na szczęście nie trwa zbyt długo i przez jego słabą zauważalność – śmiało można go zignorować, pomijając jego istnienie bez straty dla integralności kompozycji…

reasumując: jak na Lacoste, a zwłaszcza linię L12.12 pachnie zaskakująco wyraziście i długo… nie uświadczyłem w Blanc rewolucyjnego połączenia nut, lecz sama forma zaaranżowania jego przebiegu – sama w sobie jest czymś co najmniej nietuzinkowym… wpierw niemal zapiera dech poprawnie zaaranżowanym miksem cytrusów i przypraw – by finiszować na skórze nieproporcjonalnie krótkim zamszowo, drzewno pudrowym, kojarzącym się z jałową czystością akordem bazowym… nihil novi jakby powiedzieli sarmaci, a jednak zapach ma w sobie coś, co pozytywnie wyróżnia go na tle dziesiątek innych…

przypomina mi: bardzo wiele zapachów komercyjnych, poprowadzono w tym samym „chwytliwym” i „niezobowiązującym” kroju – ale w przypadku Blanc, wiele aspektów postawiono dosłownie na głowie, co czyni z niego produkt całkiem oryginalny i jak najbardziej strawny w odbiorze…Lacoste L12.12 - Blanc EdT

2011

Głowa: rozmaryn, kardamon, grejpfrut, geranium,
Serce: yang-ylang, tuberoza,
Baza: cedr Virginia, skóra, zamsz, vetyvera,

Reklamy

Responses

  1. Ostatnio znalazłam w skrzynce próbki tych właśnie zapaszków. Bodajże było tam ukryte po 1ml czerwonego i białego Lacoste. Po zapoznaniu się z nimi, nasunęło mi się jedna dygresja: marketingowiec, który sili się na ich wypromowanie musi być w tym mistrzem, bo inaczej to coś chyba nigdy by się nie sprzedało…

  2. odnoszę wrażenie, że sprzedaż i rynkowy sukces współczesnych zapachów marketingowych, bez potężnego wsparcia i swoistej wirtuozerii we wciskaniu kitu i iluzji ze strony działów marketingu – byłby niemożliwy… stąd niesłabnące parcie marek na promowanie swoich logotypów, gdyż coraz częściej ludzie nie kupują produktu, który sam w sobie ma znaczenie coraz bardziej marginalne – ale samo logo, które jest szeroko rozpoznawalne i tylko to zaczyna się liczyć… 😉

  3. Miałem kiedyś próbki L.12.12 Bleu i właśnie Blanc. Przyznam szczerze, że lepsze wrażenie sprawiła na mnie niebieska wersja. Muszę jeszcze do nich wrócić i jeszcze raz porównać. Pozdrawiam.

    • dobry pomysł, czasem dobrze jest wrócić do jakiegoś zapachu po czasie, bo gusta i nasza percepcja nieustannie ewoluują, zwłaszcza przez wzgląd na nasze samopoczucie, porę dnia, roku i kilkunastu innych powodów… 🙂
      z perspektywy czasu jestem sam sobie wdzięczny, że nie opisałem niektórych perfum przez wzgląd na ich pierwsze wrażenie… 🙂

  4. Białe szaleństwo … Dzizas to zabrzmiało jak reklama koksu. : ) . Lacoste zbyt długo serwowało tandete i tym samym odstraszyło mnie skutecznie od swych wypustów. Nigdy więcej tego badziewia !

    • he he mi białe szaleństwo (z racji antycznego wieku) kojarzy się przede wszystkim z klasycznym wojskowym śniadaniem – choć na szczęście służbę wojskową odbywałem w czasach, gdy „białe szaleństwo” (twaróg) zostało definitywnie zdjęte z wojskowego menu jako niejadalne i doprowadzające poborowych do depresji… 😀

  5. Białe i z krokodylkiem 🙂 Miałem dwa razy buty Lacoste i jakością nie odbiegały od ich perfum . Totalna MASAKRA . Biała masakra z krokodylkiem to hasło powinno promować tę marke.

    • ja gustuje w innego rodzaju odzieży, ale nie jesteś pierwszą osobą od której słyszę zarzuty pod kontem trwałości ich obuwia… generalnie w obecnych czasach w butach najlepiej lewitować, bo nadają się do wszystkiego poza chodzeniem 🙂
      p.s. w swoich pierwszych martensach przechodziłem dzień w dzień ponad 4 lata… 😉

  6. Ty z tym odrywaniem krokodylków to tak na serio? 😀

  7. Już dawno przypuszczałem że powinienem w lesie mieszkać i wkońcu wiem dlaczego 😉
    Pamietam jak swego czasu, dawnego czasu lubiłem pachnieć szarym klasycznym Lacostem… to były czasy 🙂

    • też tęsknię za lasem, z wielu powodów (natura odludka + piękny zapach o każdej porze dnia i roku), ale nawet w kategorii urban można ustrzelić coś ciekawego… pamiętaj narde, w noszeniu perfum nie chodzi tyleż o klasę (to przychodzi z wiekiem), lecz o sprawienie przede wszystkim przyjemności sobie… 🙂

  8. Tak na poważnie, mieszkając w lesie na pewno nie odczuwałbym takiej potrzeby by narzucać na skórę dodatkowe pachnidła a że lubię się nimi otaczać to jest w tym jakaś równowaga dla takiego mieszczucha. Glównie to nisza kochana pozwala być bliżej tego za czym tak tęskno.
    A jako swego rodzaju hedonista wiem coś o sprawianiu sobie przyjemności więc zapomnieć nie sposób. A klasa, no cóż nie wszyscy z wiekiem jej nabywają…

    • ja się perfumuję dla własnej przyjemności, więc las, nie las, czy też czytam coś przed snem – i tak lubię coś na siebie wrzucić, gdy w końcu mogę… a hedonizm to już zupełnie inna bajka… 🙂

  9. Właściwie to preferune glany ale to nie są idealne buty na lato . Dizajn Lacoste (buty) nawet mi się podoba ale ich marna jakość już nie .

    • mi się nie pocą stopy (kłopoty z krążeniem), więc w ciężkich trepach czuję się dobrze nawet latem – więc mogłem sobie pozwolić by chodzić za szczawika w jednej parze butów przez cały rok… 🙂

  10. Miałem na myśli to że będac w lesie, mając wokół siebie tak bogatą paletę aromatów człowiek jakby intuicyjnie zanika, ogarnięty zostaje siła i moca natury i oddala się od tego co stricte ludzkie… idąc dalej w swój wewnętrzny las…
    Przed snem również lubię 🙂

    • o tak, las pachnie magicznie… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: