Napisane przez: pirath | 24 grudnia 2013

Cartier – Must de Cartier Pour Homme, czyli anyżkowe ciasteczko…


Wiecie co przychodzi najtrudniej przy recenzowaniu perfum?… próba odseparowania osobistej sympatii i niejednokrotnie uwielbienia (bo zapach okrutnie się podoba) od rzeczywistych przymiotów opisywanego zapachu… zgodnie ze sztuką, moje własne gusta nie powinny mieć wpływu na ocenę – ale czasem po prostu nie potrafię… opisując perfumy, staram się skupić na jakości, czytelności i poprawności odzwierciedlenia użytych składników, oryginalności i wyrafinowaniu bukietu, ocenie warsztatu kreatora, wreszcie kwestii trwałości i projekcji – a to czy zapach osobiście mi się podoba, ma w mym odczuciu marginalne znaczenie… prywatną półeczkę z perfumami wypełniam folgując wyłącznie własnym gustom – ale w przypadku recenzji, staram się podchodzić do każdych z osobna perfum, bez uprzedzeń i stronniczości podyktowanej własnymi gustami… tak naprawdę tylko od samej kompozycji zależy, czy moja (a jakże, wciąż subiektywna) ocena ich walorów wypadnie pozytywnie i zapach się ostatecznie obroni – ale są zapachy, do których nie potrafię podejść z chłodnym dystansem…

Do porwania się na recenzję mojego signature scent, czyli Black Turmalina, Oliviera Durbano dojrzewałem ponad pół roku, nim wreszcie zdobyłem się na śmiałość dotknięcia klawiatury – w obawie, że powstanie oda dziękczynna do Kima któregoś, choć i tak wyszło jak wyszło… z Cartierem Must boksowałem się przez ostatnie dwa miesiące, choć znam ten zapach od lat… nie lubię nadużywać tego słowa, z obawy o zdewaluowanie jego znaczenia – ale ja autentycznie kocham te perfumy… to dlatego napisanie o nich choćby słowa, przyszło mi z takim trudem i stąd ten przydługi wstępniak… z szacunku dla czytelników, staram się aby moje wpisy były jak najbardziej obiektywne i rzetelne… mam świadomość, że ludzie czytający blogi perfumowe szukają na nich prawdy, a nie kolejnej porcji egzaltowanego bełkotu, którym ociekają oficjalne notki producentów… w przypadku Must nie jestem w stanie odrzucić uczuć i emocji, które ten zapach we mnie budzi – zatem wybaczcie, ale niniejszy wpis będzie bardzo subiektywny…

Cartier - Must de Cartier Pour Homme

Cartier Must jest jak przytulenie… delikatne, ale serdeczne i diabelnie przyjemne… jest rozkoszny i słodki (dosłownie) jak mały szczeniaczek, albo kociak – łaszący się koło nogi i proszący swymi słodkimi ślepkami i piszczeniem, o odrobinę atencji i pieszczot… no i jak tu nie wziąć na ręce, nie przytulić i wycałować takiego futra?… gdy wąchałem te perfumy po raz pierwszy, nie mogłem uwierzyć, że to finezyjne cudo nie jest absolutnym hitem – pomimo iż spełnia wszelkie kryteria bycia casualowcem idealnym… jest słodki, przyprawowy, lekki, zniewalająco ujmujący i diabelnie przyjemny – więc co nie zadziałało?…

Cartier to nie jest marka szeroko w Polsce rozpoznawalna, stroniąca od szeroko zakrojonych kampanii promocyjnych – więc choćby zamknąć w ich flakonach One Milion, u szczytu jego popularności – sądzę, że i tak by się nie sprzedawał, bo co to ten Cartier?… niestety przeciętny konsument perfumowych treści, jeśli nie widzi na flakonie znanego logo Calvin Klein, Armani, czy Hugo Boss – odgórnie nie potraktuje takiego produktu jako coś co chciałby używać, pomimo iż ten zapach bardzo podoba się paniom… ileż ja zgarnąłem za te perfumy komplementów… ileż to razy miałem zostać schrupany – a wobec argumentu jednej z koleżanek, która określiła te perfumy mianem „ściągacza majtek” nie sposób przejść obojętnie… 😉

anyżek

Urok tych perfum polega na wręcz apetycznej delikatności pieszczotliwego anyżku, dopełnionego lekką mgiełką z goździka, oraz przypraw korzennych (anyż, imbir i cynamon), nadających bukietowi męskiego charakteru, odrobiny ciepłych drewienek, ujmującej paczuli i wanilii… jest smakowicie, finezyjnie i nieco pierniczkowatoMust, pomimo swej delikatności, to w sumie idealne perfumy na zimę i święta, będące idealnym kompanem dla szarlotki z Bossa Bottled i wiśniowego grzańca, czyli Burberry London… jest w nim też ta legendarna kawiarniana słodycz z Rochas Men i Au Masculine Lolity Lempickiej, niemal pościelowy urok Hanae Mori HM, dyskretny polot Dolce & Gabbana The One Gentleman, finezję Laury Biagiotti Mistero di Roma Uomo – zaserwowany z klasą i elegancją dość statecznych Guerlain L’Instant i Mont Blanc Presence… aczkolwiek stylistycznie Must najbardziej przypomina mi lukrecjowo anyżkową Lolitę Lempicką Illusions Noires Eau de Minuit

świąteczne ciasteczka

Must to taka „pościelówa” jak mawia mój znajomy – ale również dojrzałość, dystynkcja, klasa i ujmująca finezja… obfity, acz zaserwowany z zadziwiającą lekkością bukiet kusi, odpręża i koi swą stonowaną linią melodyczną… wycisza i otula, zstępującym na nosiciela błogostanem… te perfumy są jak ciepła aura, niewidzialne pole siłowe, dające ukojenie… wyrafinowany, upojny i zmysłowy bukiet Must pour Homme koi zmysły i pozwala się odprężyć – gdy tylko zanurzy się nozdrza w jego jowialnych oparach… ileż to razy Must poprawiał mi samopoczucie i wyciągał z objęć zimowej chandry… to taki mój eliksir dobrego samopoczucia, który podobnie jak Burberry London, Prada Amber, Encens Flamboyant i Rousse Lutensa i wspomniane Illusions Noires Lempickiej, wybitnie polepszają mi nastrój…

Zdecydowanie najbardziej wyrazistą i obfitą fazą tych perfum jest ich okazale, iście orientalne otwarcie… pełne rozmachu, gorące, chwilami zapierające dech obfitością zaaranżowanego z pietyzmem i finezją bukietu, utkanego niemal wyłącznie z przytulnych i ciepłych przypraw – ale im dłużej zapach gości na skórze, tym bardziej cichnie… odnoszę wrażenie, iż jest to monolit, który swój byt zaczyna już kompletnym wykazem nut, bez wyczuwalnego podziału na odrębne akordy – i jedyną zmienną, jest tu zmniejszająca się głośność bukietu… nut paradoksalnie nie ubywa, zmienia się tylko ich natężenie… zapach wpierw bujny i okazały, z biegiem czasu wycisza płynnie swój śliczny bukiet – by po kilku godzinach niemal zniknąć ze skóry… jak na standardy Cartiera to trochę mało, ale po co więcej – skoro romantyczna kolacja z Must, najpewniej skończy się na zerwaniu z nosiciela ubrania?… 🙂

reasumując: jest zniewalający, subtelnie przyprawowy, lekki, ujmujący, otulający i dosłownie rozbraja swym wyrafinowanym, wymuskanym bukietem… to jeden z najpiękniej skrojonych casualowców, o wybitnie kawiarnianym charakterze jakie znam… to subtelnie anyżkowe ciasteczko aż chce się schrupać… projekcja umiarkowana i zmniejszająca się z czasem, trwałość dostateczna…

przypomina mi: najbardziej Lolitę Lempicką Illusion Noires Eau de Minuit (ale bez lukrecji), ale również Mont Blanc Presence (pomimo iż ten jest imbirowy, a nie anyżkowy) – ale miłośnicy szarlotki z kruszonką, czyli Bossa Bottled, Burberry London, Rochas Men, a nawet A*Mena Pure Coffee też nie będą zawiedzeni…Cartier - Must de Cartier Pour Homme EdT

2000

Nathalie Feisthauer

Głowa: kolendra, goździk (roślina), zielona mandarynka, grejpfrut, anyż, bergamotka, liść drzewa oliwnego,
Serce: imbir, cynamon,
Baza: drzewo sandałowe, fasolka tonka, paczula, piżmo, wanilia, wetyweria, cedr,

Reklamy

Responses

  1. Właśnie uświadomiłeś mi że coś przegapiłem.

    • sam niemal tego cuda nie przegapiłem, więc gorące pozdrowienia i strzeliste akty dziękczynne należą się Poli… 🙂

  2. Marcinie życze Tobie i wszystkim wielbicielą tego bloga zdrowych , spokojnych świąt oraz samych perfumowych objawień w nadchodzącym 2014 roku.

    • wprawdzie nie obchodzę (zdeklarowany ateista), ale dziękuję Ci i Tobie również życzę wszystkiego najlepszego i dużo zdrowia, bo tego nigdy za wiele… 🙂

  3. Zatem dziękuje i Poli a co do zdrowia do masz świętą racje bez niego życie to katorga.

  4. Uwielbiam!

    Dla mnie najpiękniejsza kompozycja Cartiera, która jest mistrzostwem wyważenia poszczególnych nut. Zszyta perfekcyjnie bez skazy i ubytku w jakimkolwiek paśmie. Klimat i cała aura jest wybitnie wyrafinowana. Używałem przez lat tego wrażliwego i pełnego szczerych uczuć oraz intymności pachnidła, które zgrywało się bezbłędnie z moja własną artystyczną naturą… 😉
    Kiedy dawno temu kupiłem swój pierwszy flakon o pojemnosci 100ml za 3 stówki z promocji to przez kilka miesięcy byłem wgniatany w ziemię przez niewiele rozumiejących rodziców. Ale gdy tylko narzuciłem go globalnie, szybko zapominałem o ich złosci…
    Koniecznie raz jeszcze muszę zrobić sobie zrobić taki prezent 🙂

    A pani Nathalie Feisthauer bardzo swiadomie podeszła do swojego dziecka :*

    Poza Opium EdP , Must de Cartier to mój niekwestionowany ulubieniec z półki mainstreamu. No i o dziwo do dziś nie poznałem wersji Essence. Pora uzupełnić braki.

    • odbieram bardzo podobnie te perfumy… to wręcz nieziemski koiciel zmysłów i uspakajacz skołatanych nerwów… trudno przejść wokół jego zapachu, choć flakon wygląda tak niepozornie… a co do wersji Essence to wpis niebawem, jak tylko kolega odda mi zarekwirowany w celach matrymonialnych flakon… 🙂

  5. Chciałem zapytac czy jest szansa na przetestowanie Must de Cartier lub Must de Cartier Essence w stacjonarnej drogerii, perfumerii ?

    • owszem w co niektórych Douglasach wciąż go mają na półkach, ale ten zapach słabo się sprzedaje (Polacy nie potrafią docenić finezji tych perfum), stąd jego bardzo niska podaż…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: