Napisane przez: pirath | 1 kwietnia 2014

nowy model obsługi w McDonald’s, czyli ani fast ani food…


Dziś trochę prywaty (proszę się nie sugerować datownikiem), no bo gdzie można się wyżalić, jak nie na własnym blogu?… ten wpis nie ma na celu atakowanie mojej ulubionej (zaraz po Pizza Hut) sieci za niezdrowe „jedzenie” – bo każda rozumna istota potrafi sama zadecydować czy chce i jak często może jadać w tego typu przybytkach, nim na własne życzenie przeistoczy się w autorską inscenizację przesympatycznego posła Kalisza (ja tyję w wyniku uczulenia na powietrze)… mój stosunek do McDonald’s jest dość ambiwalentny i choć mam pełną świadomość tego co tam serwują – często będąc w podróży, celowo decyduję się na popas pod „złotymi łukami” i to z kilku jak najbardziej racjonalnych powodów:

– po pierwsze zawsze świeże… tak wiem, że wartość odżywcza i kaloryczność menu pozostawia wiele do życzenia, ale będąc w trasie wolę zajść do „maka” niż nadziać się na nieświeży bigos, albo reanimowane od tygodnia flaczki – tudzież zrazy zamrożone w okolicach stanu wojennego, w jakimś losowo napotkanym przybytku…

– po drugie zawsze czysto… moi znajomi ze Stanów i Francji nie mogli wyjść z podziwu odwiedzając nasze McDonald’s… byli zdumieni czystością i estetyką wnętrz i nie da się ukryć, że dbałość o czystość (również toalet), jest od lat mocną stroną tej sieci (w Polsce)… gdy pracownicy muszą często myć dłonie, a ich wolne moce przerobowe są poświęcane ciągłemu sprzątaniu (co noc gruntownemu), ryzyko zatrucia pokarmowego w praktyce nie istnieje…

– i po trzecie, zawsze i wszędzie smakuje tak samo… nie ważne czy jem w Opolu, Warszawie, Wrocławiu, czy gdzieś na A4 – jedzenie zawsze wygląda i smakuje nieodmiennie tak samo, czego nie można powiedzieć o wyrobach gotowanych na wyczucie i doprawianych pod smak danego kucharza…

W pełni świadomy zalet i wad, od lat z doskoku stołuję się w Złotych Łukach – tym niemniej nowy model obsługi, który uruchomiono w dwóch, z pośród trzech miejscowych „maków” (a który rzekomo miał usprawnić obsługę), zakrawa o pomstę do nieba (tu wpisać właściwe bóstwo, może być Angelina Jolie) i aż się prosi o stosowny komentarz… napisałem nawet do sieci maila z uwagami, ale poza sztampową odpowiedzią, pełną ogólników i uniżonego czapkowania – nie dowiedziałem się nic konkretnego… mam cichą nadzieję, że ktoś z McDonald’s przeczyta kiedyś ten wpis i wyciągną z niego praktyczne wnioski… czas obsługi i cennik coraz bardziej zbliża się do oferty normalnych (w sensie interpretacji tej nazwy) „restauracji* – więc pora, aby firma przemyślała, czy nowa strategia aby na pewno wyjdzie jej na dobre…

*restauracja srsly?… mam wrażenie, że nadmierna dbałość o wizerunek, pchnęła sieć w ramiona groteski… w której restauracji je się bez sztućców, z papierowych i jednorazowych naczyń, że o systemie samoobsługowym nie wspomnę?… określanie mianem „restauracja” zwykłego baru typu fast food, w moim odczuciu wysoce narusza semantykę słowa restauracja…

Każda firma dąży do minimalizowania kosztów i strat, a nic nie boli tak jak wyrzucanie niesprzedanego jedzenia… tym niemniej jeśli „złotym łukom” chodzi o zmniejszanie kosztów i strat, to niech pomyślą o stratach wynikających z faktu, że część klientów w zderzeniu z nowym modelem funkcjonowania – po prostu sobie ich ofertę odpuści… w efekcie nowego planu racjonalizatorskiego (mam nadzieję, że to tylko wstępne testy i zwycięży zdrowy rozsądek) – żarcie smakuje gorzej, jakość jego serwowania jest żenująca (a je się też oczami), czeka się na nie czasem i kwadrans (bo „kuchnia” w nowym systemie nie wyrabia) – więc stąd się wzięło moje tytułowe: ani fast, ani food…

Miałem w życiu krótki epizod z tą siecią (okolice roku 2000) i za „moich” czasów, czas obsługi od przywitania, do pożegnania klienta odchodzącego od kasy z pełną tacą, wynosił około minuty… taki był standard (wspomagany tzw. backupem, gdy już w trakcie przyjmowania zamówienia, było ono kompletowane przez kogoś z pomocy) – a w sytuacjach, gdy klient musiał na coś poczekać, wysyłało się go na tzw. „holda„, zamiast tamować całego „drive’a” na 12 minut (ostatnio tyle czekałem na 2 tosty z menu śniadaniowego i w efekcie spóźniłem się do pracy)…

Kiedyś czynnych było więcej kas, a większość najbardziej chodliwych wiktuałów była gotowa od ręki… jeśli w określanym czasie coś nie znalazło nabywcy – zgodnie z wytycznymi, musiało zostać zutylizowane, gdyż nie spełniało wysokich standardów sieci, w kontekście wyglądu i konsystencji (frytki sflaczały, bułki przesiąkały sosem, zaś warzywa się zaparzały i całość wyglądała nieestetycznie), że o smaku nie wspomnę… szczęśliwie nie marnowało się tego dużo, bo znając obłożenie lokalu w danych godzinach, można łatwo przewidzieć czego i ile zejdzie – zmniejszając potencjalne straty do minimum…

jak widzę to jako były pracownik, a obecnie klient?…

A teraz wygląda to tak, że wchodzę, staję w kolejce, a po odstaniu składam zamówienie, dostaję numerek (normalnie jak w przychodni i na poczcie) i czekam z resztą skazańców na swoje papu… ponieważ stoję, więc obserwuję i co widzę?… znudzony personel z kas, czekający aż osobnik na garnirowaniu kanapek (składanie burgerów z gotowych i wcześniej przygotowanych składników i czasem widuję tam aż dwie osoby) wypruwając z siebie flaki i ociekając potem – pozrzuca całość niedbale do kupy, zapakuje byle jak i pchnie na wydawkę…

W nowym systemie średni czas oczekiwania na zamówienie (z autopsji, w lokalu i w samochodzie) to od 5 do 15 minut – więc czeka się dłużej niż się to je… pracę, którą kiedyś wykonywały 3-4 osoby: jedna na grillu smażąc mięso na bieżąco, jedna lub dwie na przygotowalni kanapek (tostowanie bułek, sosy, dodatki) i jedna na ich pakowaniu przy podgrzewaczu – teraz wykonuje najczęściej JEDNA osoba… więc wyobraźcie sobie jakie taki pracownik ma ciśnienie i jak te kanapki wyglądają – podczas gdy osoby na kasie, po przyjęciu zamówienia po prostu się nudzą, albo przemieszczają się flegmatycznie, próbując czymś się zająć… swoją drogą, ciekawy podział obowiązków i mam nadzieję, że obsługa linii montażowej burgerów ma 3 x wyższą stawkę za godzinę…

Ponadto kanapki są zimne… kiedyś świeżo usmażony Big Mac był gorący, pięknie rozpływał się na nim „ser„… teraz jest po prostu letni i po złożeniu całości do kupy, nie łączy się z „serem” – że o jego nieestetycznym wyglądzie, z wszędzie wysypującą się bokami sałatą i rozlanymi niedbale sosami nie wspomnę… osoba go przygotowująca tak bardzo się śpieszy, że o jakiejkolwiek estetyce można po prostu zapomnieć, więc jeść też się odechciewa… ponadto niech firma nie myśli, że nie czuć różnicy w smaku – bo niestety czuć… mięso świeżo zdjęte z grilla i lekko posolone smakuje inaczej (lepiej), niż usmażone wcześniej i trzymane w podgrzewaczu… o wyglądzie i smaku nuggets’ów wolę się raczej nie wypowiadać, bo konsystencją bardziej przypominają ordynarnego MOM’a – w gumo podobnej panierce i prze aromatyzowane czymś, co pachnie i smakuje jak Vegeta, tudzież inny pseudo „rosołek” z proszku… od czasu wprowadzenia tej modyfikacji, już tego nie ruszam…

I na koniec dobra wiadomość… wyczułem w smaku, że szczęśliwie sypią do frytek zdecydowanie mniej soli, niż jeszcze miesiąc temu… może ktoś im zabronił, bo napędzali sobie sprzedaż napojów, albo ktoś kazał ograniczyć ze względów zdrowotnych, ale teraz frytka smakuje jak należy – bo przecież o ekstra sól, podobnie jak o ketchup zawsze można poprosić…

Advertisements

Responses

  1. Ja zdecydowanie wolę KFC. Smakują mi szczególnie sałatki:-)
    I jeszcze mała dygresja. Z racji kierunku moich studiów (socjologia, public relations) uczestniczyłam czynnie w paru wykładach dotyczących „makdonaldyzacji”. Chodzi tu nie tylko o samą”restaurację” McDonald’s, ale o markę, jej filozofię i zastosowanie w różnych aspektach naszego życia. Polecam poczytać coś na ten temat, bo to całkiem ciekawe:-)

    • he he sałatki? ponoć są bardziej kaloryczne niż burgery i smażone w głębokim oleju, panierowane kuraki… 🙂 nie ob raź się ale uważam, chodzenie do sieci fast food na „sałatkę” lub po zdrowy deser jogurtowy za nieporozumienie… 🙂
      p.s. dzięki, nie omieszkam poczytać o makdonaldyzacji, choć nie wątpię że sieć ściśle współpracuje i uważnie przypatruje się celem adaptacji pewnych zachowań, socjologii… 🙂

  2. We wszystkich makach wprowadzili to „udogodnienie”? Pierwsze słyszę… Poza tym jestem tam tak rzadkim gościem, że w sumie żadna to dla mnie różnica, wolę porządnego kebaba (średnio dwa razy do roku) 😉

    • w pewnych regionach kraju testują nowy system obsługi… dla wielu osób jest to nowość i szok, bo wszystko jest na opak i bynajmniej nie frontem do klienta…
      kebab powiadasz? nie znoszę i nie jadam, bo po pierwsze to co się u nas serwuje nie ma nic wspólnego z kebabem – a po drugie nie przepadam za surową kapustą w trzech rodzajach, którą nagminnie się kebaby nad Wisłą faszeruje, że o wieprzowinie nieudolnie udającej baraninę, której też nie znoszę, nie wspomnę… 🙂

      • Zdaję sobie sprawę z tego, że to, co nad Wisłą kebabem nazywamy, w jego ojczyźnie wzbudziłoby jedynie politowanie, no ale lubię, przyznaję się tu i teraz, Szanowna Komisjo 😉 Baraniny lata całe nie jadłem, więc o jej smaku dyskutował nie będę, bo go po prostu nie pamiętam (wiem tylko, że trzeba ją umiejętnie przyrządzić, żeby nie capiła owczarnią). A kapusta jest dobra i zdrowa. I tania 😉

        Pozdrawiam znad niezdecydowania, co sobie zrobić na śniadanie… 🙂

        • gryx’ie ja dostrzegam inny problem… baranina jest w Polsce niepopularna, trudno ją przyrządzić by nie „trąciła” swoiście, a na dodatek jest droga, więc często jest to zwykły MOM wieprzowy lub drobiowy, który chemią upodobniono na jej podobieństwo… co więcej rodowici Turkowie też robią wielkie oczy gdy zapytać ich o kebeba, a ci bardziej oświeceni – odsyłają zainteresowanych do Niemiec, gdzie ponoć moda na serwowanie tego draństwa, formie jaką je znamy, się zrodziła… 🙂

  3. A dla mnie to abstrakcja.Restauracje mogły by dla mnie nie istnieć.Ufam tylko swojemu jedzeniu oraz mamy i babci i nawet tu można się naciąć na niezdrowe produkty.Już sam fakt że ktoś obcy brał w swoje łapy bułki i je sklejał mnie obrzydza.Zawsze wole ugotować coś sam bo to i zdrowiej i taniej i żaden problem ,a za zaoszczędzone pieniądze mogę sobie kupić nowe perfumy.;)

    • Piotrze jak najbardziej rozumiem Twoje podejście i poniekąd w dużej części je podzielam (co do domowego jedzenia i gotowania sobie samemu w szczególności), ale nie zawsze się da pichcić w podróży, albo w biegu – a klimaty PKP z jajkami na twardo i kanapkach zawiniętych w rozmokły papier śniadaniowy niespecjalnie pobudzają moje łaknienie… 🙂 Ja lubię różnorodne i urozmaicone jedzenie, nie musi być wyszukane (lubię prostą kuchnię), a na co dzień trudno lepić pierogi, czy gołąbki, że o gotowaniu codziennie innej zupy, pieczeniu chleba, czy ciast nie wspomnę… w dzisiejszych czasach znalezienie czasu na gotowanie (dla jednej osoby nieopłacalne) to luksus który ma coraz mniej osób…
      p.s. zdziwił byś się ile osób po drodze macało jedzenie z którego gotujesz, jak je przewożono i magazynowano – to które kupujesz w sklepach z myślą o ugotowaniu czegoś pożywnego i zdrowego, albo za przeproszeniem jakie zwierzątko dodało do niego coś od siebie… 🙂
      p.s. wciąż czekam na Twojego emaila z uzupełnieniem info o Sensej’u

  4. Podzielam opinię co do tego, że przynajmniej w miarę można być pewnym tego co się zje. Ok., po Macu czuję się jakbym zjadła karton ale… nigdy mi się nie zdarzyło zatruć czymkolwiek tam serwowanym (prawdopodobnie ilość chemii tam zawartej wyklucza rozwój „obcych cywilizacji” :P)

    • nie możesz się zatruć, bo z punktu widzenia chemii organicznej, to nie jest jedzenie… 😀


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: