Napisane przez: pirath | 13 kwietnia 2014

wspominki, czyli Dior Fahrenheit anno 199x…


Odwiedzając niedawno moją zaprzyjaźnioną (niezrzeszoną) perfumerię stacjonarną i korzystając ze sposobności swobodnego buszowania wśród półek, w towarzystwie przesympatycznej właścicielki w roli przewodnika – wygrzebałem z najdalszych czeluści regału prawdziwy skarb… już nie funkel nówka, jak najbardziej śmigany i skitrany w najgłębszym zakamarku – zdemarkowany flakon (gdy brak fabrycznego testera, czasem trzeba przeznaczyć na niego regularną flaszkę) Dior Fahrenheit, z połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego tysiąclecia (fajnie brzmi, prawda?)… z kiedy dokładnie pochodzi nie potrafię ustalić, gdyż wedle niektórych źródeł kody na flakonach zapętlają się po około dekadzie – ale patrząc na flaszkę, krój i usytuowanie czcionki, korek i porównując całość ze wzorcem, niewątpliwie jest to baaaardzo leciwy flakon (ponoć w rodzinie od pokoleń 🙂 )…

stary Dior Fahrenheitz góry przepraszam za zdjęcia robione robotem kuchennym – ale zazwyczaj nie targam ze sobą lustra, z kompletem obiektywów… 🙂

Oniemiałem i biorąc w drżące dłonie flakon, nie wiedziałem co na tę okoliczność wydukać (znacie to hipotetyczne uczucie, gdy nagle staje się twarzą w twarz z powiedzmy przypadkowo spotkaną w Biedronce, Angeliną Jolie – chce się coś do niej powiedzieć, posłać jej choćby pełen uwielbienia uśmiech, ale trema robi swoje?)… we wnętrzu 50 ml flaszki ostało się ponad 20 ml cieczy, która o dziwo wciąż pachnie bez zarzutu… to nieprawdopodobne, gdyż minęły prawie dwie dekady od kiedy flakon został postawiony w charakterze testera, warunki wcale nie są „vintage’owe” – a perfumy wciąż zachowały swoje właściwości… patrzę pytająco błagalnym wzrokiem (kot ze Shreka) na właścicielkę flakonu, czy mogę zbezcześcić tę drogocenną świętość – psikając na papierek (jeszcze wtedy nie znałem kondycji tych perfum, a głupio tak zaaplikować sobie Maggi na skórę) i po uzyskaniu przyzwolenia, nacisnąłem na spust atomizera… jak przystało na atomizer Diora, pracuje z wydajnością i precyzją policyjnej armatki, do rozpędzania demonstrantów… 😉

old Fahrenheit 50 mlstary dobry Fafarafa, pachnący benzyną, marchewką i głogiem – a całość wybrzmiewa z masywnością dorodnego kowadła…

Ujmę to tak – szok!… czysta benzyna, mięsista, esencjonalna, z towarzyszącym jej, zapierającym dech uderzeniem suchego, głębokiego, przejmującego wyrazistością głogu… w sumie mój (anno 2009) Fahrenheit pachnie w bardzo podobnej tonacji, ale pod względem masywności, dobitności – nie da się tej siły rażenia i wytrawności bukietu zestawić jak równy z równym, z obecnymi wypustami po cięciach… zresztą identyczne odczucia miałem wąchając Shalimara i Samsarę od Guerlain, z przeszło 20 letnich flaszek – więc pokuszę się o stwierdzenie, że to co obecnie sprzedaje się pod obowiązującymi od dekad nazwami rynkowymi, jest zaledwie cieniem tego czym te zapachy kiedyś były…

Christian Dior Fahrenheitwyobrażacie sobie ile taka wersja vintage’owa jest warta dla kolekcjonera z nadmiarem gotówki? zaznaczam, że flakon nie jest na sprzedaż…

Owszem są wciąż podobne, ale projekcja i siła ekspresji starego Fafarafy (Fahrenheita) jest tak miażdżąca, zapach jest tak zawiesisty, tak intensywnie herbalny, z wyraźnie zaakcentowanym, niemal muszkatołowym sandałowcem, tak przysadzisty i nabity (jak na sterydach), że aż gorzki, w pierwszych chwilach duszący i bynajmniej nie są to symptomy jego zepsucia… po zaaplikowaniu na skórę rozwinął się chciwie, drapieżnie i rozłożyście, z łatwością zdominował sobą noszone przeze mnie tego dnia perfumy i pomimo wieczornego moczenia czterech liter w wannie – dotrwał na nadgarstku do rana (skoro świt, w okolicach godziny 10 – czyli niemal dobę później, ostatecznie się odmeldował)… jakieś pytania?…

Dior Fahrenheit 2009 seria 9T02dla porównania zamieszczam selfie (sorry, że bez dzióbka) mojej własnej 30-ki na wykończeniu, o numerze 9T02 z czerwca 2009 roku…

Porównywanie tej wersji z obecną, jest jak zestawienie ze sobą starego typu Mercedesa S klasy z połowy lat 90-tych i współczesnego sedana klasy E, tej samej marki… owszem, to wciąż Mercedesy, ale niestety jakość i wrażenie jakie robią, już nie to samo… nie chcę marce ze Stuttgartu zarzucać, że ich obecne wypusty potrafią zardzewieć już w katalogu – albo stanąć w szczerym polu z powodu banalnej awarii jednego z pierdyliona czujników czegoś tam, z tzw. efektem Las Vegas*

*efekt Las Vegas ma miejsce, gdy auto sygnalizuje awarię iluminacją, w postaci setek zapalonych kontrolek na desce rozdzielczej – przypominających panoramę Las Vegas nocą… a dotąd kojąco brzmiący głos komputera pokładowego oznajmia: Achtung! coś tam właśnie kaput! i dopytuje, czy ma wezwać uber lawetę?… 😉

Chciałbym jedynie nawiązać do tego, że kiedyś limuzyny z pod znaku trójramiennej gwiazdy były nie tylko symbolem elitarnego luksusu, ale również synonimem jakości, legendarnej niezawodności i klasy – której próżno doszukiwać się w naszpikowanych elektroniką modelach współczesnych, których bezpośrednim zadaniem jest walka o portfel klasy średniej (w sumie problem awaryjności i trend pogarszającej się jakości dotyczy obecnie większości producentów czegokolwiek)… tym niemniej dostrzegam pewną analogię (jakościową), pomiędzy powiedzmy ponad 20 lat Mercedesem, a ową zawieruszoną flaszką Fahrenheita… łączy je nienaganna jakość i trwałość, gdyż ponad 20 letnich Mercedesów, wciąż jeżdżących, bez większych śladów korozji wciąż można spotkać na ulicach całkiem sporo – czego niestety nie będzie się dało powiedzieć za kolejnych 20 lat, o współcześnie produkowanych samochodach… niestety ta jakość już się w motoryzacji i perfumiarstwie skończyła…

Fahrenheit Diorporównywarki kodów produkcji sugerują, że ten leciwy flakon pochodzi z końca 2013 roku – więc nie można ślepo im ufać… 😀

Ale jak… jak ten flakon się uchował?… otóż Fahrenheit ma to do siebie, że od dnia swojej premiery cieszy się niemal niesłabnącą popularnością… to klasyk, ikona, niekwestionowany symbol męskości, ponadczasowej elegancji i choć jego gwiazda ostatnio jakby przygasła – przyćmiona blaskiem szeroko rozreklamowanych flankierów innych marek, zapach wciąż cieszy się sporym wzięciem u tzw. średniego pokolenia (i na swe nieszczęście, również wśród producentów podróbek i zapachów alternatywnych)… ludzie, którzy znają Fahrenheita (a zna go niemal każdy, nawet gdy nie kojarzy tych perfum z nazwy) wiedzą jak pachnie, więc w sumie zapach nie potrzebuje testera – co tłumaczy dlaczego przez te wszystkie lata ta skromna 50-ka nie została wypsikana do cna… inna strona medalu jest taka, że zapach w ciągu tych ponad 20 lat zmienił się (reformulacje), więc już lata temu właścicielka perfumerii zdjęła go z półki – gdyż w jej mniemaniu byłoby wysoce nieetyczne, prezentować jako tester coś, co nie ma odzwierciedlenia w aktualnie dostępnym produkcie pułkowym…

vintage Dior Fahrenheitwiększości klientów wystarczyło podsunąć pod nos sam korek, by despotyczna woń Fahrenheita zaatakowała nozdrza – stąd metalowa oprawka atomizera ma dosłownie startą farbę (to nie jest rozbłysk flesza), a plastikowy korek otarcia od wewnątrz…

I tym sposobem bohater dzisiejszych wspominek trafił w kąt regału, gdzie przyprószył go kurz, aż wreszcie po latach wpadł w moje łapy… zawsze chciałem poznać jak pachnie pierwotny (lub jeden z pierwotnych) wypust tych perfum i cieszę się, że dane mi było spełnić to mini marzenie… czy czuję niedosyt? może troszeczkę żałuję, że mój flakon Fahrenheita nie jest tak nośny, przejmujący i mimo wszystko ustępuje swą i tak tytaniczną trwałością wersji vintage’owej – ale w sumie jego charakter, poza swoistym rozmyciem ostrości konturów i rozcieńczeniem brzmienia, nie został poddany bardziej drastycznym cięciom i wciąż jest to kawał specyficznego, wysokich lotów perfumiarstwa… swoją drogą, kiedyś muszę sprawdzić jak moja flaszka wypada w konfrontacji z powiedzmy edycją 2013, czy mam co opłakiwać?…

Reklamy

Responses

  1. 🙂 jakość tych perfum z lat 90 tych zadziwia. Choć tak na prawdę nie mam pojęcia od czego zależy, czy perfumy się psują czy nie. Ja kupiłam fartem tester Dune jak się okazało potem z roku wydania – 1991 ( to były czasy) płyn jest bez zarzutu pachnie jak da mnie fenomenalnie bo tak jak Fahrenheit zapodawał benzyną tak Dune miało charakterystyczną nutę nadpalonych liści ( niektórym kojarzył się z petami ale co tam) której nie ma co obecnie szukać. Mam też z tego czasu a nawet starsze inne egzemplarze klasyków i na prawdę jest to coś pięknego.
    Strasznie jestem ciekawa tych benzynowych konotacji Fahrenheita.

    • Pola,
      możesz łatwo to sprawdzić 😉 – na spotkaniu w podzięce za Twoją vintage’ową odlewkę dałem Ci własnie ww. Fahrenheita którego udało mi się kilka lat temu wyhaczyć na allegro 😉

      • Hm to w takim razie ja tych konotacji zupełnie nie wyłapuje 🙂

        • Polu, masz autko na benzynę czy diesel? zresztą wystarczy pojechać na stację paliw 🙂

          • Ej no wiem jak pachni ebezyna i uwielbiam jej zapach ale w tych perfumach jej nie czuje nic a nic.

          • bo tu nie chodzi o samą benzynę, a jej posmak jaki zostaje w nosach i ustach w chwilę po ustaniu głównego wątku petrochemicznego… 😉

      • farciarz 🙂

    • osobiście jestem przekonany, że to psikus za który odpowiada głóg, ale efekt jest doprawdy miażdżący… w latach 90-tych perfumy jeszcze były dodatkiem, po który sięgało się podążając za wyczuciem producenta – a dziś producenci starają się przypodobać odbiorcy, co zresztą czuć… 🙂

  2. A ja mam Pirath’cie, mam Ci go, takiego samego! I nawet jeszcze kilka kropel się uchowało pomimo, że moi domowi faceci go bardzo lubią, a może właśnie dlatego, że go lubią te parę kropel się uchowało bo w domu zawsze był fafarafa. Mam całą kolekcję jego pustych flaszek i bardzo łatwo można dzięki nim prześledzić wszelkie reformulacje zapachu.

    • zazdroszczę Ci 🙂 chociaż z drugiej strony aż żal używać taki skarb, nawet w celach porównawczych 🙂

  3. Nie chcę się czepiać, ale pisze się pÓłka, ten „Fafik” to nie jest wojskowy w stopniu pułokownik 😀 Swoją drogą, zazdroszczę niezmiernie, choć nigdy nie był to uwielbiany przeze mnie zapach. Kiedyś ukradłem tacie resztkę butelki z zawartością i trzymam w szufladzie. Tak, to też vintage…
    Ja klasykę szanuję, ale wolę Absolute, Le Parfum i 32 🙂

    • nie chcę się czepiać, ale nie widzę związku z hipotetycznie wskazanym problemem, a zawartością tekstu (kontekst łapię)…

  4. Ojoj, miało być pułkownik

  5. Gratuluję małego spełnienia 🙂
    Mnie nigdy nie zapadł do serca klasyk a znam oryginał jak i jego ‚odświeżone’ oblicza. Jeśli miałbym wybierać to Aqua jest najbardziej mój.

    • a dziękuję, po wszystkim wypaliłem nawet papieroska… 🙂
      p.s. jesteś dużo młodszy, więc nie dziwota że Aqua bardziej wstrzeliwuje się w Twoje gusta… to nic złego, po prostu każde pokolenie szuka w perfumach czegoś innego… 🙂

  6. W dobie ePapieroska którego kojarzę u Ciebie to miało nawet swój głębszy Old Schoolowy sens… 😉
    Może nie tak dużo, chyba że i Ty wyglądasz na młodszego niż w rzeczywistości jesteś. Ale wiem o czym piszesz to naturalne zjawisko 🙂

    Swoją drogą nie znam rówieśników lubujących się w oriencie który jakoś wydaje mi się ponad czasowy…

    • tak na dobrą sprawę ponad 70% perfum na rynku to kompozycje orientalne, tyle że objawione w mniej ewidentny sposób i wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że używa perfum z tej kategorii… orient nie zawsze musi ociekać przepychem, być gęsty, ciężki i zawiesisty, typowo bliskowschodni – a co do mego wieku to już dawno temu przekroczyłem Chrystusowy… 🙂

  7. Mnie np. Aqua nie przypadł do gustu, zdecydowanie wolałem Absolute, a jestem dwa lata po ćwierćwieczu(tak, mam 27).
    Klasyka doceniam, miałem nawet jakiś flakonik vintage, tyle tylko, że nie potrafiłem go używać. To kolejny zapach tylko do garnituru IMO. Oddałem go tacie 🙂 Od czasu do czasu psiknę na nadgarstek i kontempluję…

    • i nie bez powodu garnitury i niestety drobni przedsiębiorcy „pod sweter” upodobali sobie te perfumy jako wyznacznik sukcesu i pozycji społecznej… potem trend podchwycili panowie w szeleszczącej odzieży i producenci podróbek – i od tego miejsca znaczenie pozycji tych perfum znacznie zdewaluowało… choć ostatnio został jakby zapomniany i wyparty prze z Paco podobne klony i powoli odzyskuje dobre imię…

  8. Pirath’cie muszę Ci się pochwalić bo pęknę! Zdobyłam 10 ml miniaturę fafarafa z 1995! Siłę rażenia ma straszną, a te dzisiejsze to nawet nie są warte stać koło niego na jednej półce!

    • he he gratuluję zacnego nabytku… 😉 niewątpliwie siła rażenia wersji anno 95 i współczesnej jest kolosalna, trwałość zapewne też… 🙂

  9. Farenheit to kozacki zapach. W latach 90′ byłem jednak zbyt młody, żeby interesować się takimi perfumami. Nie wiem jak było przed reformulacjami, ale dziś nadal kopie tyłek 😀

    • to zrozumiałe, do niektórych brzmień trzeba po prostu dorosnąć… owszem dziś wciąż pachnie pięknie, choć w porównaniu z brzmieniem protoplasty, wersja obecna jest tylko cieniem dawnego Fahrenheita… 😉

  10. Ktoś się orientuje mniej więcej kiedy nastąpiła jego reformulacja ? Znam flakon z 2007 roku oraz z 2013 roku i ten z 2007 roku jest pełniejszy i bogatszy w fiołkową nutę.

    • chlastali go i cieli tak często, że nawet najstarsi górale już się pogubili w zeznaniach… 🙂 w każdym razie, co nowszy wypust tym delikatniejszy…

  11. Dziś w S natchnąłem się na najnowszego Fahrenheita w nowej wersji kartonika. Najpierw z pustego flakonu wydobyłem jakąś malutką chmurkę na blotter – wielkości może z 3-4 mm następnie w D zapodałem sobie chmurkę na nadgarstek i jestem pozytywnie zaskoczony ! Najpierw Chanel teraz Dior ponownie reformulują swoje dzieła, tym razem na +. Najnowszy wypust wali wilgotną benzyną po nozdrzach aż miło. Ma wyraźniejszą projekcję oraz bardziej wyszczególnione trzy fazy rozwoju. Papierek z S nadal bardzo intensywnie pachnie, pomimo tak ograniczonej ilości. Przypomina mi tego benzyniaka z 2006-2007 roku, którego używał mój wujek. Jak byś miał okazję to sprawdź – warto 🙂

    • No właśnie w tym tygodniu byłem w D i patrzę a tam jako nowość klasyk Fahrenheit…. wciąż patrzę… podchodzi konsultantka ze standardowym „Mogę w czymś pomóc?”
      Na to ja:
      – o co chodzi z tą nowością?
      – zmiana szaty graficznej
      – aha.. i pewnie jakaś reformulacja?
      – nie nie nie, zapach jest dokładnie ten sam co dotychczas, zmienił się tylko kartonik…

      muszę porównać swój kartonik z tym który jest obecnie w sprzedaży

      • coś czuję, że Pani nie była do końca szczera lub zorientowana, bo osobiście nie wierzę w zmianę layoutu, bez grzebania w samym produkcie. Kilka lat temu Catier też niby zmienił tylko layout kartoników, ale nie trudno wyczuć, że odbiło się to również na trwałości ich flagowego Declaration.

        • też tak sobie pomyślałem zwłaszcza kiedy zobaczyłem jaką minę zrobiła na krótką chwilę gdy usłyszała słowo ‚reformulacja’ 🙂

    • @Perfum, hmmm miło mi słyszeć dla odmiany pozytywne wieści z frontu. Będę to musiał weryfikować, bo pół roku temu wykończyłem własną flaszkę Fahrenheita. Ale obawiam się, że nawet wersja z 2006-2007 i moja własna z 2009 pod względem tej marchewkowo petrochemicznej nuty – nawet się nie umywają do Fahrenheita z wczesnych lat 90-tych 😉

  12. Diorze, kpisz czy o drogę pytasz ! Robienie celowej poprawy formuły aby potem ją znów spieprzyć to jest szczyt bez szczelności. W S natknąłem się na świeżutką, jak poranne bułeczki w piekarni partię Fahrenheita. Prawdopodobnie z końca września 2015 roku. Co oni z nim zrobili ?! To woła o pomstę do nieba :/ Woda z ogórków, z dodatkiem wody i spirytusu + ciutką wanilii. Nie ma nawet dalekiego echa z benzyny. Pachnie, a właściwie usiłuje pachnieć, bardzo nieprzyjemnie i tanio. Parametry, również wykastrowano. Dla pewności poszedłem do D, chyba ten sam dystrybutor bo również nówka, sztuka nie śmigana – efekt ten sam. Polecam partie z 2014 roku, odradzam późniejsze.

    • no to trzeba będzie skreślić Diora z listy rekomendowanej i przerzucić się na inne, mniej kombinujące marki. Perfumy to luksus, ale w parze z luksusem i jego ceną, powinna iść równie bezkompromisowa jakość, dbałość o detale i niezmiennie wysoki poziom. Dla mnie marka która zaczyna kombinować jak koń pod górę, by przypodobać się każdemu, nie ma racji bytu i traci mój szacunek. Jest mi bardzo przykro, bo bardzo ceniłem sobie perfumiarstwo w wykonaniu Diora, ale kijem Wisły nie zawrócę. Takie decyzje jak odejście od wypracowanego kanony i reformulacje podejmuje się świadomie – więc wypada, by wzięli na klatę keg z piwem, który sami naważyli…

      • Aktualna wersja Fahrenheita nie jest zła jeśli nie patrzy się na nazwę i markę… Na mnie pachnie jak Fahrenheit Parfum (czy jak on tam miał) w wersji light, ale jeśli ktoś lubił starego Fahrenheita to może się zawieść. Co do reformulacji Dior to jedyna marka, która jakoś oznacza zmianę formuły i tego zbytnio nie ukrywa. Jeśli pani w perfumerii próbuje nam wcisnąć, że nie było żadnej zmiany wystarczy porównać pudełka, a mianowicie napis N i cyferki. Jeśli jest inny niż ten na naszym pudełku możemy być pewni, że w międzyczasie coś majstrowano (nie zawsze na złe). Reformulacje Diora czasem są tragiczne, ale patrząc na to jak wprowadzono DHI na prostą (reformulacja z 2015 jest według mnie nawet lepsza niż vintage) jestem pewien, że jednak trochę patrzą na opinie klientów i dbają o jakość 😉
        PS Właśnie testuję Fahrenheita z 2000 roku i ludzie wyzywają mnie za to, że pachnę jak kwiatki z benzyną… Szkoda tylko, że mam tylko małą miniaturkę 😦

        • Widzisz z perfumami jest tak jak z płynem do mycia naczyń, proszkiem do prania albo jogurtem. Producent ma prawo w każdej chwili w dowolny sposób zmienić formułę by w teorii ją „udoskonalić”, choć wiemy czym w praktyce się takie ulepszanie formuły kończy 🙂 W przypadku perfum wszelkie zmiany i modyfikacje są zjawiskiem postrzeganym przez klientów jako wysoce niepożądane, więc producenci i perfumerie niechętnie informują lub wręcz zaprzeczają faktom reformulacji, bo jest im to wybitnie nie na rękę. To taka tajemnica poliszynela, że coś takiego ma miejsce, ale udaje się że to tylko plotka, choć życie szybko weryfikuje jedno i drugie. Niestety reformulacje są z różnych powodów nieuniknione i choć ich inicjatorem jest nie zawsze chciwość producenta, ani paranoja IFRA, trzeba mieć świadomość że są i ewentualnie będzie ich więcej, wszak jeszcze niezliczoną ilość kompozycji trzeba „unowocześnić, „odświeżyć” i przystosować do obowiązujących „trendów”… pozdrawiam i mam nadzieję że zanadto nie zdołowałem 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: