Napisane przez: pirath | 7 września 2014

Serge Lutens – L’orpheline, czyli piękne kłamstwo…


Mam wielką słabość do marki Serge Lutens i nie tylko przez wzgląd na bogatą treść ich licznych kompozycji – lecz przez to, że nieustannie mnie zaskakuje… nawet wśród marek niszowych, trudno o brand mający tak szerokie – wręcz przepastne pod względem zróżnicowania portfolio i jednocześnie mającą gdzieś modę, trendy i pogoń za zającem… opisując perfumy można z czasem nabawić się swoistego zmanierowania, znieczulenia, zmęczenia materiału towarzyszącemu poznawaniu zapachów mniej lub bardziej do siebie podobnych, wtórnych – wreszcie zirytować się ich banalną, miałką treścią i ciskać gromy za absolutnie nieadekwatną do ceny jakość… zwłaszcza gdy poznaję „nowość„, która z automatu przywodzi na myśl co najmniej kilka innych zapachów*, mniej lub bardziej udanie imitujących jeden z kilku najpopularniejszych trendów… zaś w przypadku nowości Lutensa (mam na myśli również ich starsze zapachy, a które poznaję dopiero teraz) owa „nowość” zawsze oznacza nowość, świeżość, inwencję, artyzm, czasem awangardę i nierzadko graniczące z szaleństwem wizjonerstwo – co sprawia, że w aranżacjach Lutensa, próżno doszukiwać się deja vu, ale i nie sposób się z nimi nudzić…

*niekiedy podobieństwa są zupełnie niezamierzone, zwłaszcza, że portfel dostępnych nut zapachowych nieustannie się kurczy, a z silnie zakorzenionymi skojarzeniami nie sposób walczyć – tyle, że większość współczesnych premier to perfidne odgapiostwo z premedytacją…

Serge Lutens - L'orpheline

Lutens ma w ofercie zarówno kompozycje miłe, łatwe i przyjemne, jak i dzieła trudne, wymagające oswojenia się i ocierające się o pretensjonalną groteskę… i chyba właśnie to zróżnicowanie repertuaru sprawia, że każdy znajdzie w zasobach marki coś dla siebie… taką swoistą „odskocznią„, po niedawno opisanych „nowościach” od Lacoste, Trussardi i o zgrozo Guerlain – jest właśnie L’orpheline… zapach, który niczym dłoń przyjaciela, opadł na mój bark – dodając otuchy słowami „nie trać nadziei„… L’orpheline to prześliczne kłamstwo, utkane z raptem kilku aldehydów i odrobiny ISO E Super, ale pachnie wprost urzekająco pięknie… ten kto zakosztował zjawiskowej magii ISO i wie co ta substancja jest w stanie zrobić ze zwykłym szalikiem, już wie czego można się po nowym Lutensie spodziewać… choć w przypadku tych dość „nowoczesnych” w brzmieniu perfum zdania mogą być podzielone, bo obecność aldehydów w perfumach trzeba po prostu lubić…

Serge Lutens - L'orpheline zdjęcie z perfumeshrine.blogspot.com

Jego skład (mam na myśli faktyczny, a nie deklarowany) jest prosty jak przepis na chleb z masłem, ale w tym wręcz ascetycznym minimalizmie, zaaranżowanym z dosłownie garści wyłącznie syntetycznych ingrediencji, zaklęto tyle zjawiskowej i ujmującej „magii” – iż osiągnięty efekt końcowy pozwala z łatwością zapomnieć o jawnym przekręcie z wykazem nut… tu nie ma prawdziwego kadzidła, próżno szukać tu również piżma… są tu wyłącznie aldehydy i ISO E Super… w delikatnym niczym szept otwarciu pojawia się lekki i subtelny niczym mgła aldehyd fiołkowy, który po chwili łączy się z aldehydem „miętowym”, choć nie jest to dostatecznie precyzyjne i dokładne określenie… czuć lekko metaliczną świeżość, którą można skojarzyć z purystyczną czystością świeżego prania, wibrującą, świdrującą delikatnymi szpileczkami aldehydu miętowego – tę samą, którą można spotkać w serii L’Eau Lutensa… to niemiłosiernie delikatne stadium jest ledwie wyczuwalne, w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że te perfumy nie pachną… zapach zaczyna rozkwitać po czasie, gdy już umości się i stopi ze skórą nosiciela…

Serge Lutens - L'orpheline czyli sierota

Niemal przezroczysta aranżacja dojrzewa bardzo powoli i łagodnie… brak tu agresywnej zaciekłości i zażartości, z jaką szturmują nozdrza aldehydy z Laine de Verre, czy L’Eau Froide – tu ich obecność jest symboliczna, a pod względem transparentności bukietu, zapach przypomina Nuit de Cellophane, niźli Serge Noir, do którego czuć wyraźne nawiązanie w fazie dojrzałej kompozycji… po około godzinie od aplikacji, w tle ujawnia się kameralny, acz niemożliwy do zignorowania wątek goździkowy, ten sam który w znacznie masywniejszej postaci występuje w Serge Noir… w pełni dojrzały bukiet L’orpheline jest goździkowo, kaszmiorowo, kadzidlany – z tym, że ów kaszmir i kadzidło to zasługa ISO, które przejmuje na siebie rolę budowania otulająco balsamicznego, niemiłosiernie żywotnego schyłku kompozycji… sam goździk (stawiam na jego aldehydowy, a nie naturalny rodowód) przydaje tej delikatnej, na wpół mydlanej kompozycji odrobinę pikanterii i wyrazistości, dzięki czemu jej rozmyte kontury stają się zauważalne i czytelne…

Serge Lutens - L'orpheline z bloga www.escentual

Paradoksalnie delikatna, bardzo dyskretna natura tych perfum doskonale komponuje się z jesienią… kto raz zaaplikował sobie na szalik, czapkę i płaszcz roztwór czystego ISO – ten doskonale wie jak majestatycznie piękny, dosłownie porażający efekt wywołuje ta molekuła, u osób postronnych… tu jest podobnie, zapach dosłownie stapia się ze skórą, przebąkując leniwie swą pieszczotliwą aurą – wspomaganą odrobiną aldehydowej, ni to mydlanej słodyczy, przetykanej odrobiną goździkowej chropowatości i kaszmirowo kadzidlanej pieszczotliwości… te goździki naprawdę wyraźnie czuć, zapach przypomina znacznie lżejszą, kameralną, bardzo dyskretną, wręcz umowną odsłonę Serge Noir i mocno rozcieńczone Loewe 7… L’orpheline jest koronnym dowodem, że z ingrediencji wyłącznie i wybitnie syntetycznych można wyczarować coś zjawiskowego i czarującego – co szokuje, jeśli uzmysłowić sobie, że aldehydy i ISO nie emulują świadomie swych odpowiedników w naturze, a ich zastosowanie w perfumiarstwie jest w zasadzie efektem ubocznym, dziełem przypadku, niźli rozmyślnie zaplanowanym podobieństwem…

reklama Serge Lutens - L'orpheline

Lutens znów zaskoczył i zawstydził swą nierzadko pretensjonalną konkurencję – prezentując coś spektakularnego, wyrafinowanego, nowatorskiego i niebanalnego, a przy tym dyskretnego, eleganckiego i czarującego… oto dzieło perfumeryjnej sztuki pełną gębą, nowoczesne – ale o w pełni użytkowych właściwościach… zapach łatwy i niesamowicie przyjemny w noszeniu, wręcz transparentny i bezprecedensowy… pomimo iż jego skład nie jest dla mnie żadną tajemnicą, uzyskany efekt finalny jest przejawem najwyższych lotów sztuki i inwencji w perfumiarstwie… oto z garści prostych i powszechnie znanych składników, udało się wykreować coś tak zaskakująco oryginalnego… jeśli więc linia L’Eau wydaje się Wam zbyt chemiczna i napastliwa, a Serge Noir dziełem zbyt trudnym i awangardowym – gorąco zachęcam do wypróbowania ich równie nietuzinkowej, choć bardziej strawnej dla większości odbiorców, hybrydy… zapach posiada bardzo akuratną, w zupełności wystarczającą do oczarowania otoczenia projekcję i niesamowitą żywotność…Serge Lutens - L'orpheline EdP

2014

Skład: kadzidło, piżmo, (a nieoficjalnie) aldehydy, Iso E Super,

Advertisements

Responses

  1. Celofan mnie zabił. Jego ekspansywność jest porażająca. Zaciekawiłeś mnie swoim opisem nowej kompozycji. Jeszcze nie przebrnęłam przez częś starszych. ISO mńie stanowczo ciekawi.

    • ten ma znacznie oszczędniejszą projekcję i w przeciwieństwie do celofanu jest znacznie bardziej użytkowy… 🙂

  2. W jaką stronę skłania się ten Lutens – kobiet czy mężczyzn?

    • jest bardzo wyważony, z delikatnym przechyłem w stronę męską, ale o docelowym kształcie brzmienia zadecyduje tradycyjnie skóra nosiciela, a nie sugestia producenta, albo blogera… 🙂

  3. Myślisz, że sprawdzi się za dnia, czy raczej lepiej zostawić go na wieczór?

    • jest tak dyskretny, wyszukany i zarazem transparentny, że z powodzeniem można go używać non stop, a i tak wypadnie intrygująco, ale raczej za dnia…

  4. Ze względu na ogromny szacunek do Lutensa przetestuję jeśli będzie okazja ale jak wiesz z aldehydami mi nie po drodze. Iso zawsze spoko 😉

    • wiem, ale tu aldehydy nie są aż tak nachalne jak np w serii L’Eau, więc zapach jest bardzo strawny i delikatny…

  5. Jak byłem w zeszłym tygodniu w Douglasie, to go nie spotkałem. Podobno ma być w okolicach października. Gdzie go testowałeś Piracie?

    • próbki przedpremierowe Lutensa…

  6. A no tak. Zazdroszczę.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: