Napisane przez: pirath | 26 października 2014

Olivier Durbano – Promethee, czyli ten któremu niemal zgasł ogień…


Dzięki uprzejmości Klaudii z Sabbath of Senses (buźka :*), stałem się posiadaczem sporej próbki Durbanowego Promethee… niecierpliwie czekałem aż nękający mnie od blisko dwóch tygodni katar ustąpi i wreszcie będę mógł zagłębić się w to tajemnicze, mitologiczne pachnidło (samego Prometeusza i jego wkład w piromanię, raczej nie muszę Wam przedstawiać)… ale nim omówię Prometeusza, słówko wprowadzenia, ze szczyptą narzekania…

Wpierw mieliśmy ekscytującą i bardzo obszerną linię inspirowaną kamieniami, po której w ubiegłym roku miał swoją premierę Lapis Philosophorum, który choć teoretycznie podsumowuje wcześniejszy dorobek olfaktoryczny Mistrza Durbano, przedstawia sobą zupełnie odmienną stylistykę… w jego obliczu odczułem pewną konsternację i zamęt, związane po pierwsze z końcem mojej ukochanej serii traktującej o kamieniach i przez niewiadomą, która właśnie miała nastąpić… Lapis jest wprawdzie zwieńczeniem i podsumowaniem genialnej serii inspirowanej kamieniami półszlachetnymi, ale rozpatrywany w kontekście zapowiedzi nowej serii – wywołał u mnie niepokój, który chłodnym dreszczem przetoczył się po moich plecach…

Olivier Durbano - Promethee

Cytując jednego z czytelników narde, który również miał kontakt z Prometeuszem: „mam smutne przeczucie że mistrz Durbano najlepsze dzieła ma już za sobą„… z ogromnym bólem, bo Durbano obok Elleny* to mój niekwestionowany ulubieniec wśród perfumiarzy – ale wąchając jego najnowsze dzieło, nie sposób się z narde nie zgodzić… o ile wcześniejsze dzieła Durbano z serii Parfum Poems były czystym artyzmem i poetycką wręcz wirtuozerią – najnowszy Prometeusz jest jedynie artyzmem, a w dodatku wtórnym… wierzcie, serce mi się kraje, ale o ile Lapisa będącego swoistym szokiem, zapachem zamykającym i jednocześnie otwierającym nową serię przyjąłem z chłodnym optymizmem (ciekawy, ale dupy nie urywa) – niestety kontynuujący tę stylistykę Prometeusz, po prostu mnie rozczarował…

*tak wiem, że to nie ten „kaliber” i „merytorycznie” nie powinienem ich ze sobą porównywać…

Ma ten sam wygląd i kolor cieczy co Lapis (i brak okrągłych kamyczków na dnie flakonu, co można tłumaczyć, że to nowa seria, tym razem nie inspirowana kamieniami, a mitologią), ale Prometeusz swym brzmieniem również przypomina Lapisa… o ile Lapis był cieplejszy, nieco słodszy, pachnący miażdżonymi winogronami i moszczem winnym, nadającym mu wpierw nutę soczystej, owocowej słodyczy a później winną – w Prometeuszu zastąpioną ją nieco surową wytrawnością świeżych i suszonych ziół, z dominującą w akordzie serca kozieradką… ale wyjąwszy ten detal, reszta niemal ta sama co w Lapisie… i nie wiem czemu na zdjęciach jego barwa jest taka ciemna, gdy kolor cieczy we flakonie, który miałem przyjemność trzymać w dłoniach, jest dużo jaśniejszy… zresztą zobaczcie sami na moje autorskie zdjęcia, wykonane „idioten camera” z niedoświetlającym fleszem na który składa się słoik świetlików…

Olivier Durbano - Prometeusz

Dopóty trwa lekko orzeźwione szczyptą rześkiej, żywiczono owocowej słodyczy otwarcie, zapach jawi się cudnie i żywo nawiązuje do winnej, nieco apetycznej „winogronowej soczystości” swego poprzednika… tak jak wspomniałem przy okazji relacji z ostatnich warsztatów, na których poznałem Prometeusza – nie mam pojęcia jak pachnie fenkuł, ale rzeczywiście czuć w tych perfumach wysoce aromatyczną nutę warzywną… niewątpliwie uroda otwarcia w dużej mierze bierze się z czystka (labdanum), które przepięknie rozświetla czający się już w pierwszych taktach fenkuł, zioła i przyprawy oraz ascetyczne kwiecie, ujęte jakby od strony łodygi…

Wiem, że to wygląda jak niekończąca się litania utyskiwania, wylewania żalów i biadolenia za piękną przeszłością – ale bynajmniej nie mam zamiaru zjechać i przekreślić tych perfum… jeśli spróbować porzucić mój wysoce emocjonalny bagaż doświadczeń, Prometeusz wcale nie jest złym pachnidłem – po prostu trzeba pokonać, tudzież uciec od potężnego demona jakim jest wcześniejszy, bardzo „wysoko trzymający poprzeczkę” wachlarz oczekiwań i standardów, dotychczas obowiązujących w kreacjach sygnowanych nazwiskiem DurbanoLauriel, Sables, czy niektóre „ziołoweAmouage, pachną zaskakująco podobnie do tych perfum – stąd wąchającym nie będzie trudno odnaleźć się w nowej, acz umiarkowanie intensywnej, przyprawowo ziołowej konwencji tych perfum…

Olivier Durbano - Promethee reklama

Nieco później gdy jowialne takty żywiczno owocowego labdanum gasną, na skórze pozostaje nieco wytrawny, odrobinę zwalisty, choć wciąż przystępny i akceptowalny zlepek ziół i przypraw, troszku w konwencji Jade, ale zielenina z Prometeusza wyraźnie skłania się ku dobitnej naturze ziół, znanej choćby z ostatnich kompozycji Amouage… czuć wyrazistą lawendę, wspomnianą kozieradkę, szałwię i purystycznego, przyprószonego pylistym muszkatem, narcyza… nie powiem przyjemnie, zgrabnie i harmonijnie (tu duże brawa za okiełznanie demonicznej kozieradki)… a najdziwniejsze jest to, że pomimo tak wysokiego stężenia wyrazistych i wydatnych nut przyprawowych i ziół – linia zapachowa wciąż przebiega lekko i zdecydowanie dyskretniej niż w Opus II i VII (Amouage)…

Pamiętacie jak swego czasu wysnułem tezę, że wszystkie „kamienne” kompozycje Oliviera, posiadają tę samą, ciepłą, nieco kadzidlaną bazę – będącą swoistą sygnaturą, znakiem wodnym i olfaktorycznym podpisem autora?… nie istotne czy wąchamy Amethyst, Pink Qwartz, Jade czy Black Tourmalin, zawsze u schyłku kompozycji dało się wyczuć swoisty wspólny mianownik – bardzo zresztą charakterystyczny i swoisty dla zapachów Durbano… z nowej serii też mamy taki „mianownik„, tyle że nie aż tak urodziwy, co w przypadku pierwszej, daleko bardziej uduchowionej i mam wrażenie głębszej serii traktującej o kamieniach… z drugiej strony szukając inspiracji i próbując oddać klimat dzieł inspirowanych mitologią – można śmielej sięgnąć po odmienną paletę nut i pomysłów na jej wyrażenie…

Olivier Durbano Promethee

Wyraźnie skromniejszy i blisko skórny schyłek to domena ascetycznego, przesuszonego i pylistego drewna, okraszonego odrobiną szlachetnych żywic – z naciskiem na „odrobiną„… byłby to najnudniejszy akord bazowy, jakiego doświadczyłem u Oliviera (swoisty precedens, bo tu nigdy nie zawiódł) – gdyby nie ożywcza, wciąż prześwitująca od akordu serca kozieradka… to ona, pospołu z kameralną (jak na absolut) lawendą, muszkatem, szałwią i koprem? – stanowi oś tematyczną, tej niewątpliwie oryginalnej i przystępnie skrojonej kompozycji… o ile w Lapisie bardzo pozytywnie zaskoczył mnie wątek moszczu winnego, to jedyną wadą tej kompozycji, jest brak czegoś spektakularnego, że tak to kolokwialnie ujmę, brak efektu WOW!… szczęśliwie na parametry techniczne narzekać nie można, bo projekcję ma akuratna i niezgorszą trwałość, podchodzącą pod 7-9 godzin wyczuwalnej bytności na skórze…

reklama Olivier Durbano - Promethee

Jestem tradycjonalistą, niechętnie i opornie przyjmuję rewolucje i gwałtowne odejścia twórców od ich wypracowanego kanonu, dlatego Prometeusza potraktowałem (być może niesłusznie) bardziej surowo… może to tylko kwestia dłuższego obycia z tym pachnidłem, ale naprawdę uważam że Durbano pokazał nam wcześniej ciekawsze rzeczy… paradoksalnie, gdyby Olivier wciąż trzymał się swojego wypracowanego stylu w kreacji, a który wszyscy tak kochamy – nieważne co by wypuścił nowego (ale w tej konwencji) i tak by się sprzedawało… ludzie nie lubią i boją się nowości, zwłaszcza ze strony osób które przyzwyczaiły nas do określonej i bardzo ciepło przyjętej stylistyki… Durbano zerwał z tym i zaproponował coś nowego… niewykluczone, że dla osób które dopiero zetkną się z jego twórczością, poprzez Lapisa i Prometeusza, reakcja na ich brzmienie nie będzie takim szokiem – ale reszta (i ortodoksyjni fani, do których się zaliczam) będzie się długo oswajać, co wcale nie gwarantuje ostatecznego przełamania lodów i finalnej akceptacji…Olivier Durbano - Promethee EdP

2014

Głowa: koper (fenkuł), różowy pieprz, gałka muszkatołowa, mirt, olibanum, czystek,
Serce: narcyz, lilia kaukaska, absolut lawendy, kozieradka, rosyjska szałwia, storax,
Baza: drewno cedrowe, vetiver, mirra, labdanum, ambra, piżmo,

Advertisements

Responses

  1. To chyba wszystko przez ten „storax” 😉 A tak na serio nic oddać nic ująć. Jednak chętnie przetestuje raz jeszcze, na spokojnie… Na razie jednak przez wgląd na Prometeusza to RC zaczyna mi się na nowo podobać. A niby mnie już nużył…

    • pojęcia nie mam co to storax, kojarzę styrax – ale niewiele to zmienia gdy rozpatrywać całość… zdecydowanie wolę wcześniejsza serię Poems, z właśnie BT, RC i Heliotropem… 🙂

  2. Chyba błąd w pisowni, bo „to” się nazywa styrax… A po „naszemu” styraks…

    • też tak sądzę… 😉

  3. Myślałem że zawsze wypisujesz nuty które czujesz 😉 Ja bym tylko Heliotropa podmienił Jade i taka trójca mi wystarczy 🙂

    • nie bardzo kojarzę do czego pijesz, ale zawsze wymieniam tylko nuty, które faktycznie stwierdziłem (nawet jeśli nie zostały oficjalnie wymienione)…

  4. Do nut w opisie: „storax” 🙂

    • wiem, wiem, pisownia oryginalna, celowo nie zmieniałem 🙂

  5. Durbano Ci podesłał? 😀

    • prawie, Klaudia mi dała… 🙂

  6. Co Ekspert to ekspert 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: