Napisane przez: pirath | 4 listopada 2014

JoAnne Bassett – Le Voyage, czyli podróż Walkirii po konwaliowym polu…


Od razu na wstępie zaznaczam, że ilustrujące wpis zdjęcia, nie są przejawem ironii, ani szyderstwa… to przepiękne, niesamowicie zmysłowe i bardzo naturalne perfumy – tyle że nazwanie ich uniseksem, znacząco narusza semantykę tej kategorii (co chciałem za pomocą tych zdjęć podkreślić)… JoAnne Bassett to dotąd kompletnie mi nieznana marka niszowa, choć efekt mojego pierwszego z nią zetknięcia, jest doprawdy piorunujący… perfumiarka specjalizuje się w wytwarzaniu tzw. „perfum naturalnych„, czyli powstających wyłącznie z użyciem naturalnego pochodzenia składników (podobnie jest u Honore des Pres i Normy Kamali) – czego nie jestem do końca pewien, ale o tym za chwilę…

śpiewaczka operowa w wikingowskim hełmie

Kojarzycie cytrusową bombę od Beene, czyli Bowling Green?… Le Voyage też zaczynają się eksplozją, tfu wróć… nie eksplozją, bo eksplozja to pierdut i koniec, a otwarcie tych perfum to raczej erupcja cytrusów… gęstych, słodkich (jak cukierki Nimm 2), odparowanych i zredukowanych niczym sos, do samej esencji ich cytrusowej natury – tworząc lepki, esencjonalny syrop, który nie ma nic wspólnego z soczystą, tryskającą świeżością – z którą zwykle kojarzymy cytrusowe otwarcia… tu mamy ciężkie, wręcz przytłaczające i zwaliste cytrusy, ale mimo tego bardzo przyjemne, ciepłe i otulające… wprawdzie otwarcie przypomina preludium do Walkirii Wagnera, ale serce i baza tych perfum to już wiosna i lato Vivaldiego

JoAnne Bassett - Le Voyage

Gdy to cytrusowe pandemonium nieco zelżeje, na dalszym planie pojawia się prześliczna, wprost urocza konwalia – zdecydowanie przeważając charakterystykę bukietu na damską stronę… ta konwalia w połączeniu z wciąż wybrzmiewającą słodyczą cytrusów, pachnie jak perfumy skrojone dla kobiety… ale nie „dobrze odżywionej„, 38 kilogramowej modelki – a przysadzistej nordyckiej divy w obszernej, zwiewnej szacie, ledwie opinającej jej bujne rubensowskie krągłości i potężny, dosłownie wylewający się z dekoltu biust… może i dama jest wielka, przypominając Wagnerową Walkirię (tudzież inną Boadiceę, aka niewiastę z warkoczami i w wikingowskim hełmie z rogami do kompletu), ale o ciepłej, ujmującej naturze, anielskim głosie i ognistym temperamencie – zupełnie jak cudnej urody bukiet, tych mało znanych perfum…

Diva operowa

Kwieciste serce tych perfum pachnie z tak niesamowitym wdziękiem, emanuje tak potężną dawką optymizmu, ciepła i słońca – iż podczas ich wąchania, na twarzy samoistnie maluje się uśmiech zadowolenia… jedynie kobieta o wielkim, mężnym i gorącym sercu (oraz miotająca włócznią, tudzież harpunem) może dobrze i przekonywająco pachnieć w tak zaaranżowanej, kwiecistej tonacji…  oczywiście żartuję, ale jest tu tak śliczna, przybrana cytrusami i sandałowcem konwalia, iż autentycznie poczułem zazdrość, że nie mogę tak pachnieć na co dzień (wprawdzie rubensowskie gabaryty się zgadzają, ale płeć i obwód w klacie już nie)…

konwalia

Może i otwierające zapach cytrusy oraz wtórujące im po chwili kwiaty są chwilami odrobinę teatralne i barokowe – ale nie sposób odmówić im autentyzmu, charyzmy i naturalnego wdzięku… to właśnie dlatego nawet dostojna, monumentalna diva, stojąca w kostiumie i przerysowanym makijażu na scenie mediolańskiej La Scali, wypadnie w tych perfumach lekko i ujmująco, wręcz zjawiskowo… wierzcie mi, dawno nie spotkałem perfum, które potrafią tak bardzo rozświetlić, rozjaśnić i momentalnie polepszyć samopoczucie… w objęciach tutejszych cytrusów i urzekająco pięknej, milusiej konwalii – jesienna chandra i melancholia nie ma szans… Le Voyage jest jak spacer po skąpanej w słońcu leśnej polanie, usłanej miliardami drobnych kwiatów kwitnącej konwalii

Walkiria Wagnera

Pewnie właśnie sobie myślicie, co grubas sobie uroił z tą konwalią? (a konwalię, w dodatku tak okazałą ciężko pomylić z czymś innym), gdy skład wspomina jedynie o lotosie, róży, jaśminie i lipie… tyle, że to co czujemy w perfumach – nie zawsze jest tym czym nam się wydaje… skoro różę można całkiem nieźle podrobić za pomocą geranium – to połączenie róży z lekko konwaliowo cytrusowym lotosem (swoją drogą pięknie ujętym w Lotus Sake) – dało właśnie takie, ale jakże sugestywne i przekonywujące złudzenie obcowania z najprawdziwszą konwalią… no chyba, że autorka wyłamała się z założeń segmentu w którym komponuje i cichaczem użyła sztucznego składnika*…

*ciekawostka, bo niby „naturalne perfumy” i składniki, a przecież naturalny olejek z konwalii nie istnieje… to znaczy istnieje, ale jego pozyskanie w ilościach umożliwiającą komercyjne zastosowanie (nawet w przypadku tak kameralnych ilości, co w przypadku niszy) jest niemożliwe – zatem gdyby autorka rzeczywiście chciała użyć esencji z konwalii (wbrew założeniom segmentu, w którym tworzy), musiałaby posłużyć się jej syntetycznym substytutem…

reklama JoAnne Bassett - Le Voyage

Z czasem do zniewalająco kwilących cytrusów i wspomnianej konwalii, dołączają drewno i pieprz – czyniąc z Le Voyage niesamowicie wysmakowaną i arcy nietuzinkową w brzmieniu kompozycję, od tego momentu skierowaną również do panów… w tle pojawia się delikatna róża, dość ostry pieprz i aromatyczny sandałowiec, przydając brzmieniu zarówno wytrawności, głębi, jak i pikanterii… może na piśmie efekt nie wygląda powalająco, ale wierzcie mi – na skórze połączenie tych wszystkich składników robi niesamowite, wręcz piorunujące wrażenie… oczarowało mnie bogactwo, harmonia i precyzja tych splecionych ze sobą detali oraz niesamowita głębia osadzonego w kompozycji kadzidła – przedstawionego nie w formie dymnej, a żywicznych grudek… co ciekawe, pomimo iż istotę i trzon kompozycji stanowią kwiaty, nie dominują one kompozycji, ani nie stanowią jej oczywistej istoty…

śpiewaczka operowa

Odrobina otartej skórki ylang-ylang przydaje z kolei brzmieniu odrobinę jakby ciemno zielonej, wręcz ziołowej, lekko goździkowej gorzkości – dzięki czemu bukiet zyskuje znaczną dynamikę i przestrzenność – zupełnie jak w przypadku Terre Hermesa, choć nie są to równie spektakularne perfumy co Terre lub Voyage Hermesa… nosząc Le Voyage doświadczymy towarzystwa raczej dyskretnej niźli głośnej aury – ale jest w tej powściągliwości coś niesamowicie majestatycznego, głębokiego i tajemniczego… ostatnio doświadczyłem czegoś równie intrygującego i niebanalnego, poznając Chaman’s Party – a przy przy tym zapach jest naprawdę ładny, bardzo trwały i łatwy w odbiorze… osobiście jestem zachwycony i sądzę, że Violetta Villas pokochałaby te perfumy…JoAnne Bassett - Le Voyage EdT

2001

Joanne Bassett

Głowa: cytrusy,
Serce: jaśmin, lotos, kwiat lipy, róża, ylang-ylang,
Baza: drzewo sandałowe, kadzidło,

Reklamy

Responses

  1. O rany, przypomniałeś mi widowisko sprzed lat:-) Jeśli ten zapach , tak jak głosy z opery, potrafi wprawić w drżenie (nie koniecznie mury), to musi być wart uwagi, choć konwaliowa to ja nie jestem:-)

    • u mnie w kontakcie z tym zapachem wystąpiły same pozytywne i ciepłe skojarzenia… 🙂

  2. Trudno mi To sobie jakoś sensownie złożyć i wyobrazić co oznacza że To rzeczywiście coś wyjątkowego. Zostaw kropelkę, bo jak będę przelotem w Opolu to wiesz 😉 Tylko ta Violetta niezbyt…haha

  3. piratu, skąd wziąłeś tak piękne diwy na fotografiach?:)

    • he he z internetu… 🙂 akurat słuchałem Wagnera do poduchy i mnie natknęło… 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: