Napisane przez: pirath | 15 marca 2015

Dior – Fahrenheit Le Parfum, czyli dystyngowane tchnienie Fahrenheita Absolute…


Trochę się naczekaliście na ten wpis, ale potrzebowałem sporo czasu by ochłonąć, okrzepnąć, nabrać zdrowego dystansu i przede wszystkim odwagi, by zmierzyć się z pomazańcem legendy. Życie nauczyło mnie, by do pojawiających się flankierów podchodzić z dużą dozą ostrożności. Zwykle jest to perfidne odcinanie kuponów od sukcesu genialnego protoplasty, rzadziej silące się na oryginalność rozwinięcie/rozszerzenie konceptu – a jeszcze rzadziej godna uwagi alternatywa, godna nosić nazwę wielkiego pierwowzoru. Fahrenheita Le Parfum postrzegam jako pewną hybrydę, bo choć zapach broni się parametrami, jakością i wyrafinowaniem kompozycji – z klasycznym Fahrenheitem, tym pierwszym i jedynym, dzieli stosunkowo niewiele.

Dior - Fahrenheit Le Parum

Dior Fahrenheit Parfum to dobry przykład przedstawiciela modnego ostatnio procederu wypuszczania zdanych i dobrze przyjętych zapachów w wersji EdP lub czystych perfum. Ostatnio dosłownie zaroiło się od „parfum” w segmencie wysoko lokowanego mainstreamu – ale co dla Was najistotniejsze, Diorowi udało się pogodzić tę modę z wciąż nieodpartym szykiem i klasą. Jak mawiają Francuzi „noblesse oblige” (szlachectwo zobowiązuje), więc marce roszczącej sobie jak najbardziej zasłużone prawa do bycia ikoną stylu, elegancji, dobrego smaku i elitarnej ekskluzywności (na poletku mainstreamu), po prostu nie wypada odstawić maniany – zwłaszcza porównywalnej z tą, jakiej dopuszcza się YSL, karmiąc ludzi wtórnymi, miałkimi i nawet nie silącymi się na oryginalność odsłonami linii L’Homme. Dior przedstawił remake dobrze wszystkim znanego klasyka – ale pomimo sporych rozbieżności, w moim odczuciu zrobił to dużo lepiej. Te perfumy to wciąż szyk i fason oraz co najważniejsze – nie zatracili przy tym ducha klasycznego Fahrenheita.

Przypominam sobie z bólem miniony poniedziałek (dzień wielkiej osobistej żałoby), gdy sięgnąłem po trzymaną od 2009 roku 50-kę Fahrenheita, zawierająca ostatnią kropelkę (na dosłownie jednego psika), czym wykończyłem ten leciwy flakonik do reszty. Aż się łezka w oku kręci, bo ta jedna kropelka dawała takiego czadu, że czułem go przez calutki dzień i jeszcze rano, pomimo iż przed udaniem się spać, wziąłem prysznic. Niestety obecny Fahrenheit (EdT) nie może się pochwalić podobną trwałością i nośnością zdolną zakrzywiać czasoprzestrzeń, w miejscu w którym pojawi się nosiciel tej wersji. Użycie tej ostatniej kropelki uświadomiło mi jak bardzo Fahrenheit zmienił się na przestrzeni ostatnich dwóch dekad i pomimo iż współczesna wersja wciąż pachnie świetnie – niestety dzisiejsze EdP nie są w stanie konkurować z tamtejszymi EdT – choć La Perfum i tak mile mnie w tej materii zaskoczył. A przecież mężczyznę pachnącego klasycznym Fahrenheitem nie sposób było zignorować (nawet jeśli użył atomizera z powściągliwością i umiarem).

kolekcja Fahrenheit

Klasyczny Fahrenheit jakiego znam i chyba wszyscy znamy, to nad wyraz nośne i wszędobylskie pachnidło. Perzy tym jest tak swoiste, samcze i absolutnie niepowtarzalne, iż nie sposób pomylić te perfumy z czymkolwiek. Ale obawiam się, że z najnowszym perfumowanym Fafarafą, to nie przejdzie. W zestawieniu z bujnym, butnym i samczym brzmieniem klasycznego Fahrenheita, jego teoretycznie bardziej intensywna, trwalsza i głębsza odsłona perfumowana, wypada po prostu skromnie i blado. Zdaję sobie sprawę iż Dior podąża za duchem czasu, modą, trendami i gustami swych coraz bardziej metroseksualnych nabywców – i pomimo iż to całkiem niezłe i solidne pachnidło, jego obecne brzmienie zakrawa o żart…

Dziś by poczuć charyzmę, bezkompromisowość, zasadniczość i siłę ekspresji starego dobrego Fahrenheita (parametry, nie bukiet, bo ten jest absolutnie bezprecedensowy), trzeba sięgnąć po niemalże zapomniany mainstreamowy oldskul, albo autentyczną niszę (tudzież Tom Ford Tobacco Vanille). Perfum pokroju dawnego Fahrenheita już się po prostu nie robi, a jeśli robi (lub próbuje robić, np. Versace Eros), to wychodzi tragikomicznie, wulgarnie i siermiężnie. A przecież Fahrenheit to archetyp dawnej męskości i elegancji, mowa oczywiście o wczesnych latach dziewięćdziesiątych, nim upodobali sobie te perfumy panowie odziani w szeleszczący ortalion i producenci bazarowych/dyskontowych podróbek.

Tym niemniej dla kogoś nowego, świeżego i niepamiętającego walorów starego Fahrenheita, obecna wersja Le Parfum wyda się ciekawa i godna polecenia – szczególnie iż zapach bardzo pozytywnie odcina się na tle konkurencji. Nie mogę się oprzeć wrażeniu iż nazwa Fahrenheit, a zwłaszcza to Le Parfum brzmi w kontekście bukietu tych perfum obrazoburczo, na wyrost i znacząco nadwyręża semantykę pojęcia „Fahrenheit„. Tyle, że na tle rozmiłowanych w grzecznych, słodkawych, bezpłciowych i niemalże beznamiętnych pachnideł a’la L’HommeFahrenheit Le Parfum to autentyczny powiew dobrego smaku i wysublimowanej elegancji, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

reklama Dior - Fahrenheit Le Parum

Wybaczcie mi ten przydługi wstęp, ale Fahrenheit, pomimo iż jego gwiazda już nieco przygasła – to wciąż kamień milowy wielkiego europejskiego perfumiarstwa i zarazem zapach godny mszy, a już przynajmniej wprowadzenia. Mam ogromy sentyment do tych perfum, ale estyma i melancholia to jedno, a brutalne fakty to już zupełnie inna sprawa. Żeby opisać te perfumy zupełnie obiektywnie, trzeba by nie znać ich zacnego protoplasty, o co trudno. Można też spróbować rozpatrywać je z zupełnie czystym kontem, siląc się na swoistą amnezję – aby bagaż doświadczeń i świadomość czym były te perfumy, nim stały się tym czym są, nie zaburzyły bezstronność ich recenzji. Przy czym zaznaczam, że nie chcę bawić się w ich porównywanie head to head, gdyż z przyczyn oczywistych i osobistych, jest to niemożliwe.

A teraz Le Parfum de Fahrenheit by Christian Dior…

Już na wstępie pragnę odpowiedzieć na dwa pytania:

– czy Dior Fahrenheit Le Parfum to wciąż Fahrenheit?

– czy to dobre i godne swej marki i protoplasty (oraz ceny) pachnidło?

ad.1. Nie… Le Parfum nie jest bezpośrednią kontynuacją znanego chyba wszystkim bukietu Fahrenheita, wręcz odnoszę wrażenie iż Demachy potraktował zgodność z pierwowzorem nazbyt po macoszemu. Owszem mają kilka wspólnych akcentów, ale Fahrenheit Le Parfum to nie jest Terre D’Hermes EdP w kontekście swego kultowego EdT, ani YSL Opium EdP w kontekście Opium EdT, ani Hermes Voyage EdP w kontekście wcześniejszego EdT. To raczej Prada Amber Intense w kontekście Prady Amber, gdzie wersja EdP tylko w niewielkim stopniu przypomina swój wielki oryginał w wersji EdT.

ad.2. Tak, to naprawdę świetne perfumy, tyle że lepiej dla nich, by nie rozpatrywać ich w kontekście Fahrenheita. Miłośnicy klasyka będą prawdopodobnie frywolnością Demachy zawiedzeni i poirytowani, wszak Fahrenheit Le Parfum to nie Fahrenheit Aqua, czy Absolute, gdzie już sama nazwa sugeruje pewne odstępstwa w brzmieniu. Po czymś co odziedziczyło nazwę po przodku i na dodatek epatuje Le Parfum w nazwie, spodziewałbym się raczej kwintesencji, absolutu, esencji na miarę Cartiera Must Essence i Declaration Essence, czy Guerlain L’Instant Extreme i Diora Eau Sauvage Extreme… Ponadto zapach broni się naprawdę przepięknie i ze smakiem zaaranżowanym bukietem i niebanalnymi parametrami (trwałość i projekcja), więc mimo wszystko jest to pierwszoligowy Dior, wart swej ceny – acz niekoniecznie dla ortodoksyjnych wyznawców kultu Fahrenheita.

Dior Fahrenheit Le Parum

Nie da się nie zauważyć że Le Parfum (prawda że to brzmi dumnie?) wybrzmiewa delikatniej, nieco bardziej słodko, balsamicznie i powściągliwie niż jego genialny protoplasta. Znacznie uwypuklono tu fiołka, więc miłośnicy jego rozkosznej odsłony – a znanej z Gucci Pour Homme II będą zachwyceni i żywcem wniebowzięci. Co tu dużo mówić Le Parfum, prezentuje się wybornie i z klasą, pachnie przepięknie i choć namacalne podobieństwo jest raczej powierzchowne – mimo wszystko prezencję ma wyborną. Zwłaszcza gdy doświadczymy głębokiego akordu bazy, gdzie wspomniana balsamiczna słodycz, łączy się z subtelnymi akcentami kadzidlano drzewnymi, więc od skojarzeń z Absolute uciec nie sposób. Mimo wszystko duże brawa dla Demachy, bo wyczarował kawał nieziemsko pięknego pachnidła.

Cieszę się, że nie zatracono ducha i brzmienia Fahrenheita, którego sznyt, acz znacznie bardziej dyskretny, mniej nośny i natarczywy zachowano w niemal całej rozciągłości – lecz jedynie w akordzie otwarcia… Zapach jest modny, nowoczesny, łagodny i niezwykle dystyngowany – ale jego podobieństwo względem klasyka, objawia się w początkowej fazie i z czasem zupełnie zanika. Le Parfum w znacznym stopniu nawiązuje też do równie wysublimowanego Absolute, który niestety nawet nie silił się na podobieństwo do Fahrenheit i niestety jest to cecha wspólna Absolute i Le Parfum. I właśnie przez to miejscami uderzające podobieństwo do kadzdlano drzewnego Absolute, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten zapach powinien nazywać się Dior Fahrenheit Absolute Le Parfum

Dior - Fahrenheit Absolute

W akordzie środkowym, ma też w sobie coś z Lalique Hommage i co może wydać się dziwne, Paula Smitha Man i Portrait (zapewne wchodzi o jowialność fiołka, wplecionego w dyskretnie zaaranżowaną słodycz przypraw). Nie da się też nie dostrzec, że gdzieś znikła ta specyficzna, głogowa i petrochemiczna goryczka, która stanowiła esencję i kwintesencję klasycznego Fahrenheita – którą zastąpiono kąpielą (dosłownie) w jowialnej, otulającej, balsamiczno ambrowej słodyczy. Jeśliby wciąć dwie części Fahrenheita Absolute, jedną część klasycznego Fahrenheita i dodać doń po pół części Gucci Pour Homme II i całą część Paula Smitha Man – otrzymamy mniej więcej bukiet Fahrenheita La Perfum. Bukiet pełen niewymuszonej gracji, elegancji i wysublimowanego polotu – przy jednoczesnym zachowaniu nośności, swoistości i nienagannej charyzmy.

W bezpośrednim zestawieniu z Fahrenheit EdT, Fahrenheit Le Parfum wypada po prostu skromniej i wyraźnie inaczej. Nie uświadczymy tu tej epickiej i wiodącej goryczy głogu, choć wspominana przez co niektórych „marchewka” jak najbardziej się ostała. Zapach solidnie za to nafaszerowano fiołkiem (nuta ta wiedzie prym w kompozycji) i detalami balsamicznymi (benzoes, galbanum, ambra lub ambroxan) przez co sprawia wrażenie czegoś bardzo kameralnego, nieznacznie skórzanego, subtelnie i zarazem głęboko słodkiego, ze szczyptą wanilii. Słodyczy tej towarzyszy niuans, podobny do posmaku towarzyszącemu jedzeniu czekoladek z nadzieniem alkoholowym. Ów niezdefiniowany, acz przyjemny, ciepły i nobliwy akord alkoholowy, piękne komponuje się z wysmakowaną, skórzasto, czekoladowo przyprawowo ambrową wyściółką – sprawiając wrażenie obcowania z czymś niezwykle pieszczotliwym, wyrafinowanym i otulającym. Zresztą podobnych wrażeń dostarcza obcowanie z bukietem Valentino Uomo i wspomnianego Paul Smith Man. Wreszcie są tu zioła i przyprawy, ale ujęte w tak kameralnej, wysoce powściągliwej postaci, iż trudno o bardziej precyzyjne wskazania.

fiołek

To naprawdę piękne, majestatyczne, dostojne i niesamowicie dystyngowane pachnidło. Wprawdzie nie naznacza sobą wszystkiego tak jak zwykł czynić klasyk, ale wciąż nie da się zbagatelizować i zignorować nosiciela tych jakże szykownych i głębokich perfum. Potężny, nico gorzki i diabelnie nośny ogon klasyka, zastąpiono ścielącym się łagodnie, ujmującym swą stonowaną słodyczą i łagodnie balsamicznym woalem. Gęstym, o gramaturze atłasu lub jedwabiu, ale jakże finezyjnym, głębokim, otulającym i pieszczotliwym. Niby Le Parfum jest dużo lżejszy i mniej zadziorny od klasyka, ale wciąż ma jaja (YSL ucz się jak się to robi) i co najistotniejsze – pachnie esencjonalnie, jak na rasowe EdP/Parfum przystało!. Przy tym zapach od akordu serca, gdy już się umości, ma dość liniowy przebieg, acz zapewniam, że trudno się tymi raczej dyskretnymi i dystyngowanymi perfumami nudzić. Bogactwo subtelnych, zaaranżowanych z wyjątkowym smakiem i pietyzmem detali, to prawdziwa orgia dla zmysłów. Zresztą miłośnicy brzmień pokroju L’Instant de Guerlain i Fahrenheita Absolute, będą wiedzieć co mam na myśli.

reklamareklama

Warto podkreślić że Le Parfum nie jest w pełnej rozciągłości kontynuacją swego toaletowego protoplasty – bo i intensyfikacja czegoś tak nośnego, bezkompromisowego, powszechnie znanego i niestety powszechnie podrabianego mija się z celem. Mimo wszystko nie postrzegam tego za wadę, iż w tym konkretnie przypadku Demachy prze aranżował oryginalną kompozycję – przydając jej nowych, wysoce wysmakowanych cech, acz pozytywnie wyróżniających zapach na tle oryginału i co najistotniejsze, konkurencji. No bo na co komu ten sam koncept, w teorii jeszcze bardziej zintensyfikowany, ale w praktyce pachnący nawet słabiej (projekcja i trwałość) niż woda toaletowa? A tu na pierwszego niucha czuć coś zgoła innego, nie mniej wyszukanego i sprawiającego niezgorsze wrażenie na otoczeniu – ale bez wtórności i zatrzymywaniu swą mocą zegarów na dworcach kolejowych.

W przypadku Le Parfum nie trzeba się obawiać, że sięgając po tego Fahrenheita, będziemy pachnieć jak swego czasu klatka schodowa bloku, w którym przesiaduje odziane w ortalion towarzystwo – tudzież „Fahrenheit” za kilkanaście złotych z osiedlowego marketu. Te perfumy to zupełnie inny, wyższy level perfumiarstwa (z wyczuwalnymi ciągotami w stronę Absolute), wyrafinowanie i godna podziwu finezja, o parametrach zdolnych zawstydzić większość współcześnie sygnowanych EdP, za co Demachy należą się kolejne brawa, a najlepiej owacja na stojąco…Christian Dior - Fahrenheit Le Parum

Rok powstania: 2014

Nos: Francois Demachy

trwałość: bardzo dobra

projekcja: bardzo dobra

Głowa: lukrecja, sycylijska mandarynka, zamsz,
Serce: liść fiołka, rum, kolendra, kmin,
Baza: wanilia bourbon,

Advertisements

Responses

  1. Zabrakło f w tytule?

    • rzeczywiście, dzięki 🙂

  2. No to żeś się rozpisał ale jak widać warto było. Przetestuję na pewno gdyż pierwowzór w skrócie mi nie leżał, bynajmniej nie wtedy kiedy go poznałem będąc gówniarzem. Teraz wiadomo mam dość inny punkt widzenia i odczuwania a i odnalazłem w twoim opisie kuszące iskierki nadziei w Le Parfum. Osobiście bardzo cenie Aqua, nawet jako odrębne pachnidło mające wiele piękniej wrażliwości w sobie o opowiadające niebanalną historię. Absolute niestety, mimo ciekawej balsamiczności parametry ma słabiutkie więc szybko o nim zapomniałem. Zobaczymy więc co przyniesie nowa odsłona. Dzięki za info 😉

    • to kapitalne perfumy, ale nie rozpatrywałbym ich w konwencji Fahrenheita. Legendy lepiej pozostawić legendami, choć frywolność z jaką Demachy podszedł do tematu (kolejny raz) może irytować.

  3. Więc jako niezależne pachnidło (tak mniej kłopotu), a frywolność mogę potraktować jako świeżość i otwartość w kreacji twórcy:)

    • pisząc frywolność, miałem na myśli iście nonszalancki brak przywiązywania uwagi do zachowania zgodności z pierwowzorem 🙂

  4. muszę poznać ten zapach. F Absolute podobał mi sie ale jednocześnie czegoś mi w nim brakowało – może F Le Parfum się sprawdzi…

    • ten jest trochę podobny do Absolute, choć jest znacznie cięższy, ale charakter ma bardzo podobny.

  5. dzisiaj był test – dzień idealny – załamanie pogody, spadek temperatury, mrok i deszcz… I ten mrok który uderzył, mniam…
    Przepiękny zapach, mrok vs słodycz, z początku mroczny ale żywiczna słodycz wygrywa
    No cóż, muszę mieć, cena póki co trochę zniechęca ale może poczekam do jesieni…
    W każdym razie rozterki kupić-nie kupić F Absolute się skończyły 🙂

    • ponieważ to Parfum i Dior, to nie liczyłbym że jego cena kiedykolwiek odczuwalnie spadnie. Dior i Chanel słyną z ciasnego sita na import własny i bardzo pilnują rabatów na swoje produkty, więc nawet w necie ich perfumy są raptem kosmetycznie tańsze niż w stacjonarkach.

      • czyżby? Aquę można kupić prawie za pół ceny w necie w porównaniu do sieciówek…. La Parfum jest jeszcze stosunkowo świeży, ale spadek cen w necie jest moim zdaniem kwestią czasu. W sprzedaży stacjonarnej faktycznie może być ciężko w tym temacie

        • mam na myśli perfumy pochodzące z oficjalnego kanału dystrybucji (od Diora i jego dystrybutorów).

  6. Dzisiaj zaszalałem… kupiłem Fahrenheit Le Parfum. 🙂 Miałem próbkę, testowałem na skórze, testowałem na dzień, testowałem na wieczór i co mogę powiedzieć – to obłędne pachnidło, od początku do końca. Musiałem go mieć. Jest fiołkowo, balsamicznie, lekko słodkawo, całość bukietu ożywia, otula, poprawia nastrój i zarazem uspokaja… no po prostu coś pięknego… Nie ma w nim nic, co by mnie wkurzało, żadnych irytujących nut w żadnej z faz zapachu, a w szczególności cieszę się, że nie ma tu znienawidzonego przeze mnie cedru. 🙂

    Przemawia do mnie znacznie bardziej niż DHP, nie jest tak ciężki, męczący, nie powoduje, że wszyscy dookoła klękają przygnieceni irysowym kafarem. Poza tym DHP najzwyczajniej na świecie kompletnie nie przystoi do jeansów. Fafarafa Parfum myślę, że pasował będzie do każdego ubioru, może poza dresem, ale takowego nie posiadam, więc problemu nie ma. 🙂

    Chciałem kupić coś lekkiego na lato, tak wybrzydzałem i testowałem, aż się lato skończyło, więc problem wyboru świeżaka przestał istnieć, ufff! (A już chciałem kupować Allure Bajoro Sport, bo AdG Profumo i DH Sport zawiodły mnie parametrami…) 🙂

    A i jeszcze kwestia estetyki – w perfumerii na półkach, wymacane paluchami flakony testerów nie wyglądają zbyt dystyngowanie, jednak po wyjęciu nówki sztuki z kartonika okazało się, że ten na pozór niemrawy flakon wygląda genialnie i jest ozdobą półki, przyćmiewa wszystkie inne flakony, nawet ten z Terre D’Hermes. 🙂

    • no to gratuluję koledze zakupu 🙂

  7. Dziękuję, zamierzam się nim karmić ile wlezie, no może z wyłączeniem gorących dni. Troszkę się jeszcze go boję, jeden psik spowodował, że calutkie mieszkanie pachniało tak, jakbym się w nim wykąpał. 😉

    Została mi kwestia znalezienia czegoś lżejszego, na cieplejsze dni… masz może Piracie jakieś sugestie? Ze wszystkich obadanych przeze mnie do tej pory „sportów” najbardziej mi się podobał ten z pomyłkowym dopiskiem sport, czyli Dior Homme Sport, ale bym nie pogardził większą trwałością i mocą, bo DHS pachniał na mnie symbolicznie, bliskoskórnie, wybrzmiewał sobie lekko w tle, trochę za delikatnie, po 5-6 godzinach robiąc papa. A testowałem w ciepłej pogodzie…

    No i mam ten problem, że ogólnie nie przepadam za głównymi kanonami stosowanymi w letnich zapachach, a z testów bloterowych w perfumeriach wynikało, że wszystko chce mnie zaatakować albo cytrusami, albo akordem kałuży, albo ogórasem, poza tym głupio się czuję nosząc na sobie ‚typowego’ świeżaka, więc na lato chyba najlepszy by był jakiś fajny, oryginalny casual, może coś z nietypowymi owocami… tylko żebym coś takiego znał. 😉

    • Spróbuj Lalique Encre Noir Sport, Cartiera Roadstera, D&G The One Gentleman i bliźniaki od Laury Biagiotti Mistero i Essenza di Roma, wszystkie warte polecenia. I moja rada, daruj sobie testy blooterowe, bo na nich akord otwarcia, zwykle trwający kilka minut utrzymuje się nawet kilka godzin, więc już wiesz czemu wszystko Ci pachnie cytrusami… 🙂

      • Coś w tym jest, blotery są chyba po to, żeby nieświadomy klient psiknął nań jakimś dowolnym CK/Lacoste i przez pół dnia czuł ich podstępne otwarcia. 🙂

        A co do wymienionych – obczaję na pewno przy najbliższej okazji. Roadstera już testowałem na skórze (próbka), na początku mnie zaintrygował, pachniał trochę jak rasowy zapach dla harleyowca, ale po zejściu otwarcia jakoś mnie nie porwał.

        Ponichałem również aktualne Declaration, również na skórze, jest dziwny, cholernie nietypowy, ale po jednej próbie mi kompletnie nie wchodzi.

        Laury Biagotti kiedyś uwielbiałem cudne Tempore Uomo, więc zachęta jest. Lalique znam tylko White, które mi kompletnie nie pasuje do noszenia, ale czasami nim psikam, chowam się w kącie i wącham, bo jest fantastyczny. Z D&G bardzo lubiłem kiedyś By… Zapiszę sobie na karteczce Twoje propozycje i będę niuchał. 🙂

        Właśnie, a nowy Lalique? Właśnie przeczytałem Twoją recenzję i mam ochotę w ciemno kupić odlewkę, tak zachęciłeś. Obczaję jednak pierw w perfumerii, oczywiście na ręce, bo nie wiem czy po prostu sam zapach mi podejdzie. 🙂

        A z Fahrenheita jestem zadowolony, jest niesamowicie ujmujący, aż się bujam na krześle jak wariat, żeby go ze swojej szyi powąchać. Trwałość – jest ok, zdaję sobie sprawę, że EdP często są mniej donośne od EdT i akceptuję to. 🙂 Faza donośna jak jasna cholera trwa na mojej skórze około 2 godziny, przechodzi w fazę po prostu donośną na następne 2-3h, dalej zostaje delikatny ogonek i lekka woń w otoczeniu, a po około 7-8h staje się bliskoskórny, choć co ciekawe, po 2 psikach rano, nadal, kiedy pobujam się na krześle, delikatnie go czuję. To będzie coś ponad 14 godzin. 🙂

        • bo blotery służą wyłącznie do wstępnej oceny, czy zapach jest w naszym guście i w ogóle kwalifikuje się do testów skórnych (wiadomo, wolej skóry na ramionach w perfumerii zawsze brakuje), a nie do podejmowania decyzji o zakupie. Z tym że perfumeriom nie bardzo zależy, byś myślał, wybrzydzał i zastanawiał się nad zakupem, który powinien być spontaniczny. A to że później okaże się, że zakup jest chybiony, perfumeria ma gdzieś, bo już zarobiła… 🙂 Zakup w w ciemno też nie polecam, bo recenzja recenzją, ale gusta ludzie mają odmienne – stąd nie można ufać ślepo w to co ktoś pisze. recenzja powinna Ci jedynie zasugerować, co jest warte zachodu, ale nie zwalnia od testów na własnej skórze… EdP zwykle mają słabszą projekcję niż EdT i to dość naturalne zachowanie, że dość szybko wytracają projekcję i stają się blisko skórne. po prostu ta forma koncentracji tak ma.

          • Jup, dlatego dopiszę go do listy „must check” i obadam sam przed jakimikolwiek zakupami. 🙂

            A Fahrenheit jak na EdP i tak ma, śmiem stwierdzić, genialną projekcję i zdolność nasycania zapachem pomieszczenia, w którym znajduje się nosiciel. Lubię tak. 😀

          • owszem to jedna z nielicznych ostatnimi czasu premier, gdzie Parfum wykazuje się treściwością i „tłustością” Parfum… 🙂

  8. Cześć. dla jakiej grupy wiekowej polecacie te perfumy ?czy dla 29 latka ubierającego sie w sumie normalnie (większość czasu jeansy :)) ten zapach będzie pasował ?pozdr

    • myślę, że będą pasować idealnie, zresztą najważniejsze czy Ty się będziesz w nich dobrze czuć 😉 Opinia innych się nie przejmuj, Ty płacisz, Ty nosisz i to przede wszystkim Tobie ma być dobrze, pozdrawiam 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: