Napisane przez: pirath | 22 marca 2015

przegląd „motorytzacyjnych” „marek” „perfumeryjnych”…


Tak się pechowo złożyło, że na stosunkowo niewielkie przeziębienie, nałożyła mi się ostra reakcja alergiczna… pojęcia nie mam na co tak zawzięcie kicham i smarkam, ale od tygodnia ledwo widzę na ślepia i nic nie czuję, że o smaku jedzenia nie wspomnę. Kiedy człek nic nie czuje i zużywa dobowo tyle chusteczek ile sam waży, pisanie o perfumach nie ma sensu. A więc pora na temat zastępczy 🙂

Celowo niemal wszystko w tytule umieściłem w cudzysłowu, bo i brandy namaszczające swym „znaczkiem” perfumy, mają z ich wytwarzaniem tyleż wspólnego, co liposukcja z odchudzaniem… Pozornie nie ma tego na rynku dużo, ale łatwo ulec iluzji, magii i splendorowi bijącemu od prawdziwych „czterech kółek” (tudzież jednośladu) i w konsekwencji kupić złą brykę. Oczywiście pseudo motoryzacyjnych perfum jest na rynku więcej, ale nie są to wyroby certyfikowane, mające w sobie tyle samo „oryginalności” co tureckie Rolexy. Ale kto wie, może kiedyś ktoś porwie się na wylansowanie perfum Fabryki Samochodów Rolniczych „Polmo” z Poznania?. Poziom tych wyrobów jest zazwyczaj bardzo niski, ale są wśród nich prawdziwe perełki, nad którymi warto zawiesić nos na dłużej.

Tak naprawdę perfumy inspirowane samochodami lub motorami, to kolejny gadżet w portfolio marki, oferowany obok koszulek polo, breloczków, smyczy, kubeczków, czapeczek, parasoli, toreb treningowych, walizek, portfeli i innej galanterii skórzanej – a na których dana marka ciśnie potężną kasę. Naprawdę potężną, bo osób chcących mieć suwenir z logo ulubionego koncernu jest kilkaset tysięcy więcej niż tych, które realnie te auta kupują, więc mówimy o niebagatelnych kwotach i ogromnym rynku. Rynku podsycanym przez reklamę i marketing – które umiejętnie budzą w nas potrzebę posiadania czegoś drogiego, ekskluzywnego i pozornie poza zasięgiem. Pozornie, bo niezależnie od szerokości geograficznej, mało kogo stać na Bugatti – ale nawet licha zdolność kredytowa przeciętnego Kowalskiego, pozwala na nabycie flakonu takich perfum.

bugatti

Bugatti – samochodów tej marki miłośnikom motoryzacji przedstawiać nie trzeba, ale pojawienie się perfum Bugatti w ofercie pewnej dużej sieciówki, bynajmniej ze zrozumieniem się nie spotkało. A przynajmniej olfaktorycznie, bo choć zapachy Bugatti prezentują bardzo wysoki poziom i odznaczają się ponadprzeciętnymi parametrami jakościowymi, klientela nie dała się skusić i zapachy włoskiej marki, szybciutko stały się passe. A szkoda, bo marka wypracowała własny, niepowtarzalny styl w kreacji, oferując ciekawe, bardzo przyjemne i przy tym swoiste brzmienie, bardzo typowe dla tej marki. Pod tym względem to prawdziwy ewenement i dowód iż można stworzyć produkt designerski, wolny od banału, tandety i przystający wymuskanemu wizerunkowi firmy matki. Dziś perfumy Bugatti można kupić tylko w perfumeriach niezrzeszonych i od osób prywatnych, a szkoda bo to była prawdziwa perła w koronie motoryzacyjnego mainstreamu.

bentley

Bentley – w sumie świeżynka na firmamencie, ale jej pojawieniu towarzyszył niezły zamęt i podniecenie. Jak na produkt ewidentnie koniunkturalny, Bentley również reprezentuje bardzo wysoki poziom wykonania, ponadto w całej rozciągłości  odziedziczył szyk, dobry smak i klasę – żywcem przeniesioną z pracowni stylistów Bentleya. Bentley jako „kreator perfum” całkiem niedawno zadebiutował premierą jednocześnie dwóch zapachów, którymi od razu nadał ton i wskazał swoje bardzo wysokie miejsce w szeregu. Mam nadzieję, że kolejne premiery (po Azure), nawiązujące nazewnictwem do innych istniejących nadwozi Bentleya, będą równie trafnie z nimi konweniować. Osobiście nie mogę się doczekać zapachowej (zapewne orientalnej) wariacji na temat Bentleya Mulsanne, a z kolei obawiam się iż model Continental mógłby odziedziczyć skazę „moskiewskiego nuworysza”…

cadillac

Cadillac – stara i nobliwa marka, kiedyś produkująca ekskluzywne i diabelnie spektakularne limuzyny – dziś specjalizująca się w produkowaniu bezpłciowych i paskudnych sedanów, służących do wożenia po Florydzie stetryczałych kapeluszników. Stylistyka ich wytwarzanych z trzeszczącego plastiku samochodów, przypomina koszmar wykreowany za pomocą siekiery i kątownika ślusarskiego (żadnych obłości, wyłącznie ordynarne proste), tudzież motoryzacyjną fantazję Liberacze (Excalibur). Na szczęście nie dane mi było zaznajomić się z porywającą finezją sygnowanych logiem Cadillaca perfum, ale prawdopodobnie niewiele straciłem.

mercedes

Mercedes Benz – przykład jak można zaprzepaścić potencjał i legendę marki, rozmieniając go na pogoń za lekkim i jakże modnym skandynawskim minimalizmem. Zdaje się że ktoś w Mercedesie zapomniał, że nie produkują sosnowych mebelków a’la Ikea – a luksusowe sedany i naszpikowane elektroniką wyścigówki dla bardzo zamożnych, dużych chłopców i postanowił silić się na ascetyczną, surową prostotę. Wyszło tanio, tandetnie i równie przekonywająco, co nowa twarz Umy Thurman (aka Renee Zellweger). Zabawa w skromny drzewny minimalizm wyszła Mercedesowi równie przekonywająco i naturalnie co Fiatowi model Multipla. Swoją drogą twierdzę, że Multipla to efekt wrogiego sabotażu w wykonaniu jakiegoś zakamuflowanego agenta VW – albowiem Włoch, nawet po pijaku nie stworzyłby takiego paskudztwa.

harley

Harley Davidson – legendarny producent kultowych motocykli też porwał się na stworzenie perfum inspirowanych swymi niemiłosiernie głośnymi pierdziawkami. Zdaję sobie sprawę iż pewnikiem za chwilę zostanę żywcem ukamienowany, ale ilekroć słyszę silnik Choppera (mniejsza o markę i formę zagospodarowania ramy), mam ochotę brutalnie zamordować. Jak coś tak małego może wytwarzać tak irracjonalną ilość hałasu? Owszem są piękne, mają duszę i niepowtarzalny charakter, ale zdecydowanie wolę kontemplować ich urodę przy wyłączonym silniku. I tu dochodzimy do konkluzji, bo jak bardzo głośne, niszowe i ekstrawaganckie musiałyby być perfumy zdolne korespondować z otoczką Harleya – bez narażania ich nosiciela na śmieszność, pogardę i ostracyzm w jego naturalnym środowisku? Wprawdzie nigdy nie wąchałem produktów Harleya, ale czasem lepiej pozostać w błogiej nieświadomości…

jaguar

Jaguar – jak na markę inspirowaną zdobyczami jednej z ikon motoryzacji, perfumowy Jaguar ma całkiem spore portfolio. Wprawdzie z tego iście imponującego dorobku, dotąd poznałem tylko jedną pozycję, za to mam o niej bardzo dobre zdanie. Japach jak na świeżaka zaskakuje nadzwyczaj wysokim poziomem wykonania i parametrami jak najbardziej korespondującymi z elitarnością Jaguarowych automobili. Wprawdzie jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale pokrzepiony parametrami i poziomem Fresh Verve, z nadzieją spoglądam w przyszłość.

porsche

porsche design multihammer

Porsche Design – paradoksalnie pierwszym produktem designerskiego odłamu Porsche, z którym miałem styczność była wiertarka. Był to koncept tak dalece nowatorski, odważny i ambitny, iż ponoć w całej Polsce (w roku premiery) sprzedano tylko 2 egzemplarze. Wiertarka jak wiertarka, ale udziwniona (zapewne w zamyśle projektanta, wspiął się na wyżyny kreatywności) iż nikt nie chciał tym wynalazkiem pracować. Wszak Porsche kojarzy się ludziom z motoryzacją, a nie narzędziami do wiercenia, więc pomimo rozpoznawalnej marki i ciekawej formy, świata nie zawojowali. W przypadku perfum Porsche jest już dalece bardziej populistyczne, konserwatywne i asekuracyjne, ale tu z kolei zabrakło polotu i inwencji dla wykreowania zapachu choćby czymkolwiek odstającego od szarej, populistycznej rzeczywistości. Mamy więc przykład dwóch skrajności, a które na żadnym poletku nie przyniosły spodziewanych, spektakularnych efektów.

Ferrari

Ferrari – z jednej strony to świetny przykład typowego, massmarketu (czyli totalna masówka) przy jednoczesnym rozdwojeniu jaźni. Ferrari to ewidentny przykład rozmienienia się na drobne, na potrzeby zdobycia rynku tanich suwenirów dla ortodoksyjnych. acz niezbyt zamożnych fanów marki. To fajnie że stworzyli linię tanich, banalnych i szeroko dostępnych zapachów, ale chyba zapomnieli, że Ferrari to nie Fiat. Marce tego kalibru i z tak imponującym dorobkiem i absurdalnie wyśrubowanej otoczce elitarności, po prostu nie przystoi sygnowanie zapachów o finezji Fiata Ducato i w cenie dużego kubełka w KFC. Na szczęście postanowili się zrehabilitować sygnując ekskluzywną nie tylko w formie ale i aranżacji zapachowej linię Essence, której wybornym (pomijając modę) przedstawicielem jest ich Oud.

lambo

Lamborghini – tam gdzie Ferrari, jest też ich odwieczny konkurent i producent wyścigowych traktorów, ze swoją elitarną linią perfum o polocie traktorzysty. Elitarną w takim samym stopniu co wynalazki Playboya i Ferrari, czym bynajmniej prestiżu im nie przydaje. Mimo wszystko nie mogę zrozumieć (pomijając urojenia ich działu marketingu) jak marka, która stworzyła Miurę, Gallardo, Murcielago czy przypominającego Batmobil, Avantadora – może wytwarzać epickie samochody o równie epickich cenach i perfumy w cenie romantycznej kolacji dla dwojga w McDonalds… Niestety tę niewygórowaną cenę dość mocno czuć w kroju i bukiecie. Wizerunkowo to postrzał w stopę, ale pewnie chodzi o to by każdy nastolatek (i być może przyszły klient) – poza plakatem na ścianie, miał też w łazience (obok Clearasil’u) flakonik ich perfum.

ducati

Ducati – włoskie ścigacze, których dźwięk silnika i kładąca się w ciasnych zakrętach sylwetka – wywołują u mnie dreszcz, podniecenia, porównywalny z wchodzącą na obroty R1-ką. Aż łezka się w oku kręci, gdy sobie przypomnę ryk ich silników, gdy wpadały rozpędzone w tunele, którymi poprowadzono autostrady w pobliżu włoskiej Genui. Najprawdziwsza orgia dla uszu, porównywalna z dźwiękiem generowanym przez gwałtownie przyśpieszające po redukcji, V8 TwinTurbo z Maserati Quattroporte, ale ja nie o tym… Brzmienie perfum Ducati to ewidentne nieporozumienie i jawna profanacja dla tej marki, tym bardziej, że również porwali się na dyskretny drzewny minimalizm – który być może konweniowałby z wizerunkiem ultra bezpiecznego i nudnego Volvo XC90, ale nie esencji czystej adrenaliny, jaką stanowią ścigacze…

Jak widzicie, w przeważającej większości przypadków, po prostu nie warto. Wytwarzanie samochodów i motocykli zdecydowanie wychodzi tym markom lepiej i przy tym powinny pozostać – zwłaszcza że konkurencja na tym poletku jest naprawdę ogromna. Chociaż z drugiej strony jestem bardzo ciekaw jak pachniałyby perfumy Audi, BMW i Rolls Royce. Te ostatnie prawdopodobnie ocierałyby się o prawdziwie ekskluzywną niszę i wcale bym się nie zdziwił gdyby takowe rzeczywiście istniały – wypuszczane w niewielkich, przeznaczonych wyłącznie dla klientów seriach.

Reklamy

Responses

  1. Ferrari – Essence Oud – To głównie bardzo piękna, żywa i totalnie bezbronna róża która z miejsca przełamała moją awersję do tego składnika dając początek nowemu wielowymiarowemu spojrzeniu i chwil uniesień które wcześniej mnie omijały. Cała kompozycja mimo że nie taka zgodna z nazwą to śmiało mogę nazwać wybitną. Zakochałem się od strzała by w niedługim czasie zakupić flakon. Jako nie pałający do motoryzacji człowiek zapewne nigdy bym nie zwrócił uwagi na perfumy tak kozackiej marki ale na szczęście ten czadowy wpis pewnej Sabbath był na tyle bezbłędny….mmm. 🙂

    Dwa poznane dotychczas Bentley’e szybko na mnie gasną choć Intense najbardziej pieścił zmysły więc pozostanie w mej pamięci jako coś więcej niż stojące obok mainstreamowe wypociny.

    Fresh Verve tropię z zaciekawieniem… 😉

    • też poznałem te perfumy u Sabbath i pomimo początkowo pesymistycznego nastawienia, muszę przyznać że to jedno z lepszych i bardziej strawnych połączeń róży z oudem na rynku, włączając w to niszę.

  2. Nie miałem okazji wąchać wszystkich marek tutaj wymienionych, jednakże jak na razie z moich doświadczeń wynika, iż Bentley bezapelacyjnie wyprzedza resztę. Naprawdę niewiele brakuje Bentley for Men, by doskoczyć do poziomu Idola z Lubina.

    • trudno się z Twoją opinią nie zgodzić. Osobiście dokooptowałbym jeszcze do czołówki Bugatti i obawiam się, że to byłby koniec.

  3. Nie no, tekstu o obecnych samochodach Cadillaka nie przemilczę, bo kompletnie nie trzyma się kupy. Obecnie Cadillac robi genialnie dobre samochody! To co jest napisane wyżej, to herezja.
    Perfumy Tonino Lamborghini, a Automobili Lamborghini, to dwie kompletnie INNE marki, a łączy je jedynie powiązanie rodzinne założycieli.

    • Herezja powiadasz? Ok, to wymień jeden współczesny model Cadillaca, który nie straszy swym siermiężno groteskowym wyglądem – poddanego kuracji sterydowej pudełka po butach oraz tandetnym wnętrzem – i miażdży konkurencję osiągami, prowadzeniem, dopracowaniem, technologią, jakością i spójnością całości. Aby nie komplikować, porównajmy go z wiodącym przedstawicielem niemieckich sedanów, np. BMW 5/M5 i omówimy wnioski.

      A co do Lambo…. Czy Lambo użyczyło swego „byczego znaczka” na potrzeby legalnej i w majestacie prawa funkcjonującej żenady z robieniem perfum? Owszem, więc skoro się pod tą kaszaną podpisują, to nie mam więcej pytań…

      • Czytając Twój komentarz potwierdzasz tylko, że nie miałeś bliższej styczności z żadnym obecnym samochodem marki Cadillac, czyli tak jak typowy Europejczyk:)
        M5 kontra CTS-V: http://fastestlaps.com/comparisons/bmw_m5_e60-vs-cadillac_cts-v.html

        Proponuję się przypatrzeć i dojść do wniosku, że między logami Automobili Lamborghini, a Tonino Lamborghini jest sporo różnic.

        • bardzo ładnie, porównanie CTS-V z 2009 i M5 z 2005 roku. Na papierze CTS jest szybszy o kilka dziesiątych (w dragu do 60 mph), ale BMW w wersji z 2014 jest już od niego szybsze, ale nie mam zamiaru licytować się na cyferki. Kilka lat temu znajomy kupił jakiegoś Chevloreta Camaro, a drugi Dodge Magnuma. Owszem ten drugi jest nawet ładny (te wielkie koła i maleńkie szybki, no i oryginalna konwencja kombi), ale jakość wykonania i spasowania elementów wnętrza zakrawała (w obu) o pomstę do nieba. Czułem się jakbym jechał Matizem, tak strasznie wszystko trzeszczało i skrzypiało, a zawieszenie przypominało pracę resorów piórowych z lokomotywy. W Chevy z kolei po dwóch latach eksploatacji wytarły się guziki na środkowym panelu sterującym i prześwitywało światło żaróweczek od podświetlania – więc w temacie legendarnej jakości materiałów, komfortu jazdy i wrażeń z obcowania z amerykańską myślą motoryzacyjną mam dość 🙂

          Oczywiście gusta to kwestia indywidualna i dyskusyjna, ale skupmy się na designie. Bryła BMW, Maserati Quattroporte, czy nawet Opla Insigni to dzieło sztuki. Harmonijna bryła nadwozia z subtelnymi przetłoczniami, gustownie uzupełniającymi całość reflektorami, sprawiają wrażenie harmonii i wysmakowania formy. A teraz spójrzmy na CTS-V… Ordynarne i kanciaste linie nadwozia, pionowe i maleńkie w stosunku do zwalistej bryły reflektory od jakiegoś dostawczaka. Wszystko kanciaste, siermiężne i przerysowane, zupełnie jakby ten nudny sedan aspirował do bycia musclecarem. Nie powiem co do mięśniaków, te wychodzą amerykanom wybornie (uwielbiam starego Challangera, Chargera RT i nowego Plymoutha Hemi Cudę), zresztą to ich wymysł i wynalazek oraz specyfika, ale błagam. 7.2 litra V8 od ciężarówki i 600 koni? Moment tak ogromny, że spowalnia ruch obrotowy ziemi, jeśli auto rusza w przeciwnym kierunku, tyle że ten potężny wolnossący silnik zamontowano na ramie, którą zabudowano tandetnym plastikiem (Corvette) i wygląda to dobrze jedynie w blasku neonów Las Vegas. A teraz postaw tak ostentacyjne, ordynarne i oczojebne auto na podjeździe przed domem i udawaj przed sąsiadami, że nie masz kompleksów 😉 Jak ktoś lubi czemu nie, ale wróćmy do naszych sedanów ze sportowym zacięciem. Nawet nie będę próbował porównywać właściwości jezdnych, komfortu i kultury pracy BMW i Cadillaca. Zakładam że Flagowe Camaro i Magnum nie odstają zbytnio od wspomnianego CTS-V jakością wykonania, wyposażeniem i kulturą jazdy. Mój przyjaciel ma BMW M5 z 2011 roku i choć nie przepadam za tą marką, muszę przyznać, że mało którym samochodem podróżowało mi się wygodniej. No i nic nie trzeszczało, absolutna cisza, nawet na wybojach, które ledwie czułem pomimo dość dużych obręczy.

          Między logami może i są jakieś różnice, ale nie zmienia to faktu, że jeśli to nie byłoby autoryzowane i opłacone przedsięwzięcie, byłby proces i zmiana layoutu. A że takowego nie było i zapachowe koszmarki Lamborghini straszą nosy w każdej drogerii, mniemam że obie marki więcej łączy niż dzieli 🙂

  4. Bugatti to francuska marka 🙂

    • tak samo francuska, jak niemiecki Rolls Royce i rosyjski TVR 🙂

      • Narodowość kapitału nie ma tutaj znaczenia, liczy się miejsce siedziby głównej.
        Smolenski już dawno pozbył się TVR.

        • Czyli nasze rodzime Reserved już nie jest polskie a cypryjskie? Rozumiem do czego pijesz, ale nie zmienia to faktu, że Ettore Bugatti jest Włochem, stworzył tę markę we Włoszech i tam padła. To, że obecnie Francuzi wskrzesili markę i mają do niej prawa (tak jak swego czasu Mercedes wskrzesił Maybacha) niewiele zmienia, podobnie to, że właścicielem Rollsa jest BMW. Niezależnie od kapitału Rolls to brytyjska a nie niemiecka marka i zawsze takową pozostanie, podobnie postrzegam Bugatti.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: