Napisane przez: pirath | 11 kwietnia 2015

święta malkontenta, czyli lek na infekcję intymną i purée z topinambura…


Do poniższych przemyśleń i uwewnętrznień skłoniła mnie poniekąd świąteczna ramówka. Zresztą wpis nie jest do końca offtopowy, bo zarówno jedzenie i perfumy – łączy jeden wspólny łącznik, czyli zapach. Nie ukrywam, że dziś trochę sobie ponarzekam, ale w końcu narzekanie i malkontenctwo to sport narodowy polaków (nie, nie piłka nożna) – więc bądźmy z tego dumni i z wysoko uniesionym czołem, kultywujmy naszą narodową przywarę. 😉 Jako osoba niewierząca, świąt nie obchodzę (notabene urodzin i imienin też) – a więc nie „rujnuję się” dwa razy do roku z ich okazji i co najistotniejsze mogę spojrzeć trzeźwym okiem na to całe zakupowe szaleństwo. Po pierwsze patrząc na przepełnione parkingi przed centami handlowymi, stwierdzam iż sektor bankowy i media wierutnie łżą – twierdząc że mieliśmy i nadal mamy kryzys. Tabuny ludzi z obłędem w oczach pchają przed sobą przepełnione wózki, w które ładują tony żarcia, które po świętach i tak wyląduje w koszu, bo nikt tyle nie przeje. Rujnujemy się w imię tradycji, którą nam narzucono z pobudek politycznych nieco ponad 1000 lat temu – zresztą czy ktoś w ogóle dostrzega jeszcze magię świąt? W przeciągu ostatniego ćwierćwiecza, staliśmy się społeczeństwem konsumpcyjnym, nasza gospodarka i rynek żyje w rytmie od świąt do świąt i chyba do tego są one jeszcze potrzebne.

fenkułto moi mili jest mityczny fenkuł, którym min. zaciąga Prometeusz od Durbano…

My Polacy uwielbiamy świętować, kupować tony żarcia i leków – w tym te na dolegliwości związane z obżarstwem, ale o tym później. Żeby nie było, jestem dumny z bycia Polakiem, zwłaszcza z naszej historii, kultury, pięknego i bogatego języka, urody polek i naszych krajobrazów oraz smacznej kuchni i jako lokalny patriota jestem gotów walczyć o ich zachowanie – do czego poniekąd ma się przyczynić niniejszy wpis. Widzę że z każdym rokiem kolejny fragmencik naszej narodowej spuścizny podmieniany jest na fragmencik jakiegoś g…. z importu. Nasze tradycyjne święta (piję do Zaduszek) zastępuje kompletnie niepasujące do naszego światopoglądu Halloween, do tego idiotyczne święto murarza (od walenia tynków), czyli Walentynki – a naszą przebogatą kuchnię zastępują francuskie, greckie, chińskie, japońskie, włoskie i inne „smakołyki” (choć i tak rządzi kebab). Nie mam nic przeciwko kuchni włoskiej i jakiejkolwiek innej, ale ludzie obudźcie się!. Mamy też własną i wcale nie gorszą kuchnię (tyle, że trzeba sobie zadać trud, by ją poznać), więc przestańcie zachłystywać się sushi (ponoć da się je zjeść, bez wrzucania jego zdjęcia na Facebooka), małżami i szynką parmeńską, a wpierw nauczcie się poprawnie przyrządzać dziczyznę, ptactwo i schabowego.

topinamburoto słynny topinambur, nazwa która w ostatniej serii MasteChefa padała częściej, niż nie mniej słynne oddaj fartucha…

Świąteczną ramówkę co chwilę przerywa uroczy bloczek reklam, zwykle trwający około kwadransa, gdzie w kółko słyszę o kaszlu, wzdęciach i uwaga najnowszy wrzask mody – leki na zakwaszenie! No i odwieczny oraz spędzający wszystkim sen z powiek, problem z wchłanianiem się magnezu… Do tego upierdliwie powtarzane reklamy specyfików na katar, kaszel, kaszel palacza, alergie, ból głowy i stawów, na pamięć, na serce, na potencję, na łysienie, łupież i wypadanie włosów, na wzdęcia, na zaparcia, na zgagę, na hemoroidy i moje ulubione „infekcje intymne” – a wszystko w porze gdy Kowalski próbuje zjeść obiad. Czy rzeczywiście jesteśmy narodem hipochondryków i lekomanów? Tak, wszak 50 lat PRL nauczyło nas bycia ekspertami w każdej dziedzinie (zwłaszcza medycyna, budownictwo i mechanika), ale nasze lekomaństwo to efekt braku szybkiego dostępu do lekarza specjalisty – toteż leczymy się sami, w oparciu o sugestie z licznych reklam leków, tfu suplementów diety. Ale zamiast futrować się suplementami diety (bo koło leków to nawet nie leżało, co powie Wam w przypływie szczerości każdy farmaceuta) idźcie do lekarza na konsultacje i usuńcie przyczynę, zamiast walczyć ze skutkiem.

przegrzebkifajnie, że smażą je przez kilka sekund przed podaniem, bo już takie ostrygi połyka się na surowo i żywe…

Odnoszę wrażenie, że jako naród mamy tylko trzy pasje: gotowanie, konkursy talentów (generalnie śpiew i taniec) i podglądanie cudzych problemów (Drzyzga, Trudne Sprawy, Dlaczego Ja, etc.) Co do gotowania, to gdy jeszcze raz usłyszę topinambur, fenkuł, ricotta, przegrzebki i serek mascarpone, zacznę bestialsko mordować!. No i to ciśnienie na owoce morza, które nijak (za wyjątkiem ryb morskich) nie pasują do naszej tradycji kulinarnej, a zapewniam Was że nie mamy najmniejszego powodu do wstydu. Na widok i zapach ośmiornic, krewetek, kalmarów i innego robactwa po prostu mi się podnosi i szczerze powiedziawszy – wolę zwykłego polskiego schabowego, bigos i flaki, niż lansowane z uporem maniaka śródziemnomorskie specjały*. Dlaczego (odpowiedź macie przy gwiazdce) w naszym rozmiłowanym w schaboszczaku z kapustą narodzie lansuje się modę na podawanie różowych i krwistych mięs?. Bo to modne?, bo Madzia Gessler lubi prawie surową kaczkę, a pierdylion kucharzy spina się by nam wmówić, że ociekające krwią mięsa po angielsku to przysmak, którego nam brakuje abyśmy wyszli z kulinarnego zaścianka i na dobrze zżyli się z Europą? Przecież nie po to cywilizacja dała nam ogień, bym niczym barbarzyńca przeżuwał na wpół surowe mięso!

mascarponeczyżby wszystkie mleczarnie padły, że twarożek trzeba importować aż z Włoch?…

*pozwólcie że przytoczę cytat z Wikipedii, poświęcony Michelowi Moran (jurorowi polskiej edycji MasterChefa) „W 2006 roku został wyróżniony francuskim odznaczeniem narodowym, Ordre du Mérite Agricole przyznanym przez ministra rolnictwa, Dominique Bussereau, za promowanie narodowych produktów rolnych oraz ryb i owoców morza” i wszystko na temat uskutecznienia lobbingu na rzecz wciskania Polakom owoców morza… Ciekawe kto w efekcie tego marketingu zarabia na połowie i eksporcie do Polski zwiększonych ilości owoców morza?. A przecież Polacy nie gęsi i swą kuchnię mają! Notabene kuchnię, która jeszcze 100 lat temu (a zwłaszcza w wykonaniu dworskim) robiła na obcokrajowcach kolosalne wrażenie swą różnorodnością i wyrafinowaniem oraz mnogością przypraw i smaków – więc może zamiast wpierdzielać fenkuł, sushi i przegrzebki, warto odkryć własne, acz zapomniane smaki?

sushinie powiem apetyczne i ciekawe, ale gdyby nie pikantne i wyraziste sosy oraz marynowany imbir, tak mdłe, że po dwóch kawałkach mam dość…

Francuzi utyskują na nasze kiszone ogórki i kapustę (Anglicy dla odmiany bardzo ją cenią), śmiejąc się że wpierdzielamy zgniłe warzywa – a ja się pytam czym są ich gliwiejące sery i dojrzewające mięsa? A więc wedle preferencji szanownych jurorów, kwintesencją wysokich lotów kuchni jest niedogotowany makaron i na wpół surowe mięso przybrane egzotycznymi dodatkami. Nie wiem jak Wy, ale choć lubię zjeść (co widać, ale ponoć też nieźle gotuję) osobiście preferuję smaki i zapachy, które znam i które są bliskie kulturze, która je ukształtowała – że o problemie z dostępnością do świeżych wiktuałów nie wspomnę. Ilu z Was ma pod ręką sklep ze świeżymi mulami, homarami, langustynkami i jeszcze żywą (trzeba nią zamaszyście p……… o ścianę, aby dobrze skruszała) ośmiornicą? No właśnie, wciska się nam potrzebę gotowania wedle smaków i gustów ludzi z innych kultur, którzy wmawiają nam, że tak powinno być. Otóż nie! i nie dajcie się zwieść tabunowi hipsterów i snobów szturmujących modne knajpy z przystawkami (na jeden kęs), po 200 zł (a po obiedzie i tak idzie się dopchać kebabem), bo Polak zgodnie z instynktem woli zjeść tradycyjnie i bez dziwactw!. Chciałbym by w tych licznych programach kulinarnych, przestali się spinać i pokazali jak wyczarować coś niesamowitego z dobrze znanych, łatwo dostępnych i co za tym idzie tanich (bo rodzimych) składników. Nie wiem skąd ten wstyd przed naszym swojskim burakiem, kapustą i ziemniakiem – bo wprawdzie puree z topinambura brzmi ciekawie, ale osobiście wolę nasze rodzime pyry, które też można podać na milion ciekawych sposobów.

szynka parmeńskajadłem i jeśli mam być szczery, to w temacie wytwarzania wyrobów wędliniarskich, włosi mogą się sporo od nas nauczyć…

Trochę mnie śmieszy, że Michael Moran uznany szef (osobiście wolę Okrasę, bo promuje i odkrywa na nowo kuchnię polską) i zarazem juror MasterChefa – chałturzy w reklamówkach Listera (ostatnimi czasy ich wyroby zrobiły się tak niesmaczne, że przestałem je kupować). Albo gdy widzę znanych szefów w reklamach zupek i sosów w proszku. No do jasnej anielki!, jak zawodowy kucharz może swą osobą i utytułowaną reputacją zachwalać wyroby, będące absolutnym i ewidentnym zaprzeczeniem sztuki gotowania!?. osobiście nic do Michela nie mam, ale niech już odda fartucha i te swoje surowe mięsa oraz zalatujące morzem owoce morza wciska francuzom, a polakom pozwoli jeść tak jak lubią, czyli swojsko!. Smacznego 😉

stek raremam to wpierw dobić, nim zacznę żuć, czy zjeść na żywca?

Reklamy

Responses

  1. Polska kuchnia może i jest ciekawa ale nie dla mnie, bo znam ją w wykonaniu babci i mamy od ponad 40 lat i sam czasem coś po polsku gotuje.Okazuje się jednak że nie jest wcale cała zdrowa z zwłaszcza mięsa łączone z ziemniakami.okazuje się a wiem to od dietetyków że najdłużej żyjący ludzie mający dzieci do późnych lat to mieszkańcy wysp japońskich żywiący się wyłącznie owocami morza i warzywami.Oprócz tego nawiązanie do zapachu.Ciało zdrowego, czystego człowieka który jest wegetarianinem ma neutralny lub przyjemny zapach.Ludzie którzy jedzą głownie mięso i mało owoców i warzyw niestety dla mnie brzydko pachną i to nie jest tylko moje odczucie.Dowiedziałem się że to wina dużej ilości mocznika którego jest więcej jeśli jemy złożone białka zwierzęce.Poza tym brzydki zapach spowodowany jest nadmierną zewnętrzną florą bakteryjną ludzi którzy jedzą za mało owoców i warzyw,jest to spowodowane brakiem wielu witamin mikroelementów i fitoskładników, które zapobiegają np rozwojowi bakterii odpowiedzialnych za rozkład potu lub naskórka stóp itp.Kolega lekarz na potliwość i brzydki zapach stóp poleca radykalną zmianę diety na śródziemnomorską i rezygnację z alkoholu,twierdzi że to najlepiej pomaga.Okazuje się że jeść powinno się tylko owoce morza i najwyżej ryby i dzikie ptactwo a białko zwierząt stojących wyżej w systematyce przynosi tyle toksyn że nie powinno się go wcale jeść.Ziemniaki?-tak ale tylko jeden dziennie ze skórką i gotowany na parze z innymi warzywami,kapusta?-tak ale tylko surowa w sałatkach a kiszona z marchewką i oliwą i w małej ilości,Schabowy smażony z panierką z ziemniakami – po prostu niezdrowy i tyle.Flaki- wygotowane nie mają dużej wartości odżywczej a nie wygotowane śmierdzą i tyle.okazuje się że nasz polski rosół jest zdrowy i leczniczy nawet na prawdziwym mięsie drobiowym ale czym by był rosół bez włoszczyzny?Z pewnością w polskiej kuchni jest wiele smacznych i pozytywnych dla zdrowia potraw ale nie wszystkie.logika logiką a i tak każdy będzie jadł to co chce i lubi.Na mnie jednak działa argumentacja zapachowa.Polecam testy zapachowe zapachu człowieka po tygodniu jedzenia golonki i schabowych z ziemniekami a potem dla kontrastu po tygodniu jedzenia sałatki greckiej z ciemnym pieczywem.Ja już wiem jak to pachnie 😉

    • Piotrze, kwestia gustu i kucharza. Sam znam osoby które twierdzą, że nienawidzą szpinaku (bo im za dzieciaka podawano paskudnej konsystencji i pozbawioną przypraw breję), a po spróbowaniu szpinaku w mojej wersji, wpierdzielały jak małpa kit 🙂 Moja babcia gotowała świetnie i nie stroniła od dań kuchni staropolskiej, więc mam pojęcie jak mogą np. smakować nienawidzone i pogardzane przez wszystkich podroby. Co do zdrowia, to jak ze wszystkim najistotniejszy jest umiar i rozsądek, bo zapewniam Cię, że kuchnią śródziemnomorską (zwłaszcza Włoską) też można się spaść jak prosię. Co do zapachu pełna zgoda, ale nie bez przyczyny jest takie powiedzenie, że jesteśmy tym czym jemy. Nasza dieta ma wpływ na zapach i koloryt skóry, kondycję, zdrowie i tylko umiar i różnorodność są kluczem do zachowania równowagi i zdrowia. To też wcale mnie nie dziwi, że ludziom jedzącym i pijącym soki przecierowe z marchwi skóra zmienia odcień, a człowiek jedzący masę czerwonego mięsa lub wieprzowiny, z czasem zaczyna wydzielać nieprzyjemną woń, bo dosłownie zapachem tego co je przesiąka. Podobnie jest z niewinnym i bardzo zdrowym czosnkiem, czy nawet ananasem, którego jeśli będziesz jadł długo i często, zmieni smak i zapach męskiego nasienia. Przykłady można mnożyć, ale nie dajmy się zwariować. Wszystko (no prawie) jest dla ludzi, ale kluczem jest umiar i zróżnicowana, zbilansowana dieta. Można zjeść schabowego, ziemniaki ale nie codziennie, podobnie jest z alkoholem i gwarantuję, że w rozsądnych ilościach i częstotliwości, żadne z powyższych Ci nie zaszkodzi. I jeszcze co do zapachu, to nie wącham obsesyjnie innych ludzi i niezbyt zwracam uwagę na ten aspekt (no może poza nieprzyjemnym odorem), ale w dzisiejszych czasach większą szkodę czynią naszej skórze i zdrowiu – chemia i detergenty, za pomocą której utrzymujemy niemal sterylną czystość ciała i odzieży (alergie, destrukcja flory bakteryjnej, skąd infekcje), zresztą nasze wydelikacone poprzez pęd ku higienie powonienie, reaguje panicznie na każdą woń fizjologiczną (normalny pot i sebum skóry). Niestety takie czasy, ale nie dajmy się zwariować i zamiast cudze chwalić skupmy się na tym co mamy – zresztą nasza zdrowa i smaczna Polska żywność (legendarny smak naszych owoców i warzyw) obroni się sam. 🙂

  2. Piracie zgadzam się z tobą w 100 %. Przepraszam za wyrażenie ale rzygam już tymi nowoczesnymi ( czyt. ” pseudo europejskimi ” ) programami kulinarnymi o gotowaniu owoców morza , raków , i innych wybitnych przysmaków, zamiast promować nasze narodowe Polskie produkty. Uwielbiam i ubóstwiam Polską kuchnię , uważam ją za najlepszą i najsmaczniejszą na świecie , (szczególnie Śląską). Komu nie cieknie ślinka na widok zrazów zawijanych z ogórkiem kiszonym oraz boczkiem lub pysznymi domowymi pierogami z tradycyjnej receptury ? Szczerze mówiąc wolę to 10 razy bardziej niż nawet za darmo jeść codziennie przysmaki zagranicznych kuchni. Mój ojciec ma znajomego we Włoszech pracującego w restauracji. Kiedy odwiedził go we Włoszech i dostarczył mu trochę Polskich wędlin i przysmaków , to był on w siódmym niebie po tygodniowym żarciu makronów i past. Z zagranicznych kuchni lubię jedynie kuchnię Chińską , głównie za proste potrawy z kurczaka , nie przekombinowane i nie przewalone. W kuchni liczy się prostota , nie nowoczesność i pseudo moda 🙂

    • Absolutnie się z Tobą zgadzam. Mi też się już ulewa (i ulało) od lansowania nowych, kosmopolitycznych smaków w imię mody i ciśnienia francuskiego ministra ds. rolnictwa, któremu bardzo zależy by owoce morza lepiej się sprzedawały. Trudno o lepszy przykład koniunkturalizmu, bo to sumie fajnie, że mamy różnorodność i wybór, ale niech to się nie odbywa kosztem wzgardy i zapomnienia o produktach i składnikach rdzennie polskich, tradycyjnych i o bardzo wysokiej jakości, co jest niewątpliwie solą w oku zarówno importerów holenderskich pomidorów, jak i modyfikowanego genetycznie ziarna. Jakość naszych produktów rolnych i żywności jest legendarna i kto raz spróbował polskiego ogórka, pomidora i truskawki, do ust nie weźmie tych importowanych. A więc komuś zależy by ludzie w amoku przerzucili się na modne kuchnie innych kultur, ale chyba zapomnieli o jednym aspekcie. Tamte kuchnie w dużej mierze bazują na endemicznej florze i faunie, która u nas naturalnie nie występuje, bagatelizuje się również nasze rodzime preferencje smakowe, każąc nam w imię mody i trendów (a w praktyce ordynarnego lobbingu) jeść drogie, trudno dostępne i bynajmniej niezbyt świeże produkty, które nijak nie wpisują się w nasza kulturę konsumpcji i kuchnię. To może fajnie wygląda jako przerywnik od monotonii schabowego z kapusta, ale nie zapominajmy o naszej rodzimej kuchni, jakże bogatej i różnorodnej.

  3. Ja jednak nadal uważam że w kuchni liczy się zdrowe żywienie przede wszystkim a potem urozmaicenie i dobry wybór bez zwracania uwagi na to skąd potrawa pochodzi i kto ją wymyślił,ponieważ to raczej o produkty tutaj chodzi.Wszelkie tradycje również te kulinarne nie są dane raz na zawsze jak wszystkie ulegają zmianom i skądś pochodzą.Ziemniaki są zapożyczeniem a uważane są za typowo polskie.A włoszczyzna przywieziona przez królową Bonę zrewolucjonizowała polską kuchnię i już tego się nie da zatrzymać.Łatwe podróże i dostępność produktów już na zawsze zmieniła Polaków zarówno mentalnie jak i kulinarnie i to też się nie zmieni.Obyśmy tylko umieli wybierać i zachować ze swojej kuchennej tradycji nie to co dobre, tylko to co zdrowe,bo teraz badania wykazują że polskie dzieci tyją najszybciej w Europie ponieważ ta aktualna żywność jest przeładowana węglowodanami.Najciekawsze potrawy świata jeśli tylko zdrowe mogą być ciekawym urozmaiceniem menu i w większości domów już są,o czym świadczy coraz większa sprzedaż tego typu artykułów w sklepach spożywczych i to jest już fakt czy to się komuś podoba czy nie.Z każdego typu tradycjonalizmem jest tak jak z tradycjonalizmem w ubiorze i modzie.Zawsze można powiedzieć że moda nas nie dotyczy tylko to nigdy nie jest prawda, bo od bielizny po nakrycie głowy musimy coś wybrać i to od razu mówi prawie wszystko o człowieku jak postrzega świat i jak szybko widzi zmiany w nim zachodzące.W żywieniu jest podobnie,jesteś taki jak potrawa którą zamawiasz w restauracji i dosłownie fizycznie i chemicznie jesteś tym co jesz.

    • Ja uważam że każdy człowiek powinien mieć wybór , jak ktoś lubi modne zdrowe żywienie i sałatki , to oczywiście może je jeść. Żyjemy w kraju demokratycznym i nikt nikomu nie zabroni. Jednak w zbyt dużym stopniu , programy telewizyjne i blogi próbują nam wciskać taką zdrową i modną żywość. Każdy kraj ma swoją kuchnię i powinien ją rozwijać , np modyfikując swoje przepisy , tak aby nawiązywały do podstawy ale były zdrowsze i mniej kaloryczne. Kuchnia , mówi dużo o danym kraju i kulturze , stąd gdyby wszędzie na świecie zapanowała moda na zdrowe minimalistyczne porcję , to świat był by zbyt nudny i monotonny. A nie moda i dostosowanie się do niej mówi o innym człowieku , tylko jego własny styl i klasa świadczy o nim samym. Moim zdaniem , nie powinniśmy zbytnio pokazywać dostosowania się do zachodniej mody i stylu , tylko mieć swój niepowtarzalny i go dopiero rozwijając pokazywać że nie jesteśmy zacofanym, nie nowoczesnym narodem 🙂

      • Wybór i różnorodność owszem, ale nie kosztem naszego własnego dziedzictwa, które spychane jest na dalszy tor w imię lansowania dorobku innych kultur. Oglądając programy kulinarne odnoszę wrażenie, że autorzy dosłownie prześcigają się w lansowaniu zapożyczeń, dziwactw i ciekawostek z innych kultur – zupełnie zapominając o tym, że to po pierwsze nie na kieszeń, gusta i żołądek przeciętnego polaka. Jest różnica w podpatrywaniu, degustacji i eksperymentowaniu z innymi kuchniami, a namolne przerabianie naszych gustów i preferencji na potrawy i smaki kompletnie dla nas obce. A że media mają ogromny i co za tym idzie niestety destrukcyjny wpływ na ludzi, toteż ludzie z łatwością się tym zachłystują i w imię źle postrzeganego postępu i schlebiania trendom, zaczynają to wszystko bezmyślnie adaptować jako własne. Okrasa pięknie łączy kuchnię tradycyjną z nowoczesnością, więc nikt mi nie wmówi, że polska kuchnia jest monotonna, tłusta i niezdrowa, wszak wszystko zależy od umiejętności kucharza, który ją przygotowuje. No ale Polacy zawsze mieli słabość do wszystkiego co obce, adaptując i przyjmując każdy obcy wynalazek, bo pewnie lepszy niż nasze. W ten oto sposób nie ma już w zasadzie rdzennie polskich firm i marek, bo w zasadzie wszystko importujemy. Tylko pogratulować instynktu samozachowawczego i dumy narodowej. A wystarczy popatrzeć na Niemców, Włochów i Francuzów, jak bardzo są dumni ze swojej tożsamości, kultury i kuchni, którą z taką pasją próbują przelewać na inne nacje. I zamiast brać z nich przykład, bierzemy wszystko co nam dają, a potem narzekamy, że nam rozkradają Polskę 🙂

    • Piotrze jak najbardziej, ale osobiście uważam, że wmuszanie polakom na siłę kuchni, która nie leży w naszej tradycji (nie mówię o smaku) czyni nam jako narodowi ogromna krzywdę. Po pierwsze zapominamy i odrzucamy gatunki flory i fauny, która występuje u nas endemicznie (naturalnie) i przerzucamy się na produkty i składniki z importu, a więc droższe i nie pierwszej świeżości. Przecież takie owoce morza musiały jechać przez setki jak nie tysiące kilometrów nim trafią na półki osiedlowego sklepu w Polsce. Pomijając sezonowość podyktowaną naszym surowym klimatem, sądzę, że przestawianie się na kuchnię zupełnie obcą nam kulturowo, nie pozostanie bez wpływu na nasze zdrowie. Włosi mają inny klimat (bardziej łagodny), więc mogą sobie jeść owoce morza (bo mają ich pod dostatkiem) i lekkie potrawy oparte na pastach, warzywach i oliwie, ale w naszym klimacie? U nas musisz zjeść bardziej tłusto i treściwie, by dostarczyć ciału kalorii niezbędnych do utrzymania ciepłoty ciała oraz składników odżywczych (witaminy i minerały), których potrzebuje organizm żyjący w określonym środowisku i warunkach. Ziemniaki nie są polskie, ani nie są Włoskie, tę bulwę i część uważanej za włoską włoszczyzny, Włosi zaadaptowali niewiele wcześniej niż my sami, bo zarówno ziemniak jak i pomidor pochodzą z ameryki. Bona wzbogaciła polską kuchnię, ale ta i tak była różnorodna i bogata. Owszem stół chłopa i magnata różniły się zasadniczo, ale nasze kasze i suto doprawione przyprawami (zwłaszcza korzennymi) mięsiwa również zrewolucjonizowały stoły europy. Nasze suto doprawione korzeniem mięso nie tylko nie psuło się, ale nie wywoływało aż tylu zatruć pokarmowych co na stołach zachodniej europy, to my odkryliśmy na nowo i zachwyciliśmy świat owocami leśnymi nauczyliśmy ją jeść grzyby inne niż pieczarki. Wreszcie nasze miody, gorzałki dały światu inne trunki niż kwaśne jak ocet wino i paskudne piwsko. Nawet dziś nasze polskie jabłka i sery są kwintesencją smaku i jakości w Japonii, gdzie się nimi dosłownie zażerają i traktują jako najprzedniejszy rarytas. Smak polskich wędlin, kiełbas i wędzonki jest niedościgniony i w tej materii to Europa może się od nas uczyć jak sprawiać smaczne i zdrowe mięso.

      Chcesz jeść kuchnię śródziemnomorską, proszę Cię bardzo, wszak nic do niej nie mam – ale chodzi mi o to, byśmy jednocześnie nie zatracili w tym owczym pędzie za innością własnego dziedzictwa i tradycji kulinarnej. Smaków i jakości, różnorodności, tradycji i przede wszystkim umiejętności korzystania z tego co mamy pod nosem. Dam Ci prosty przykład, 9 na 10 osób nie ma pojęcia jak ugotować banalny by się wydawało rosół, a zapewniam Cię że wbrew pozorom, to nie lada sztuka. A polskie dzieci nie tyją od schabowego z kapustą a fastfoodów i dosładzanych na potęgę serków, napojów i deserków, reklamowanych jako idealna karma dla dzieci. No i z braku ruchu, bo zamiast wyjść z dzieciakiem pokopać piłkę, rodzice wolą dać mu konsolę i komputer i mieć święty spokój 🙂

  4. Jaki ciekawy temat! 😀 Aż musiałam się odezwać (czego tu nie robiłam od tak dawna, że hoho! Jednak czytam cały czas, z zainteresowaniem, każdy kolejny wpis). A że ten zahacza o jedną z moich działek, więc… 😉

    W każdym razie proszę przygotować się na długaśny referat. 😛

    Rozumiem obie strony – jeśli tak można powiedzieć – konfliktu. Obcy jest mi nacjonalizm w jakiejkolwiek formie, więc również i kulinarny. Wszystkie uważam za zwyczajnie głupie i summa summarum ośmieszające nacjonalistę; nie inaczej będzie na niwie kulinarnej, gdzie osoba zachwycająca się pierogami ruskimi może podejrzewać, że ich nazwa ma coś wspólnego z zagranicą ale pewnie nawet jej przez myśl nie przejdzie, że sama idea nadziewania ciasta i gotowania do Europy przybywa szmat czasu temu aż z Chin. I patrzcie, jak wspaniale się przyjęła! 🙂 Właściwie nie ma takiej formy narodowej, w jakiej by mi nie smakowała. [W ogóle na marginesie dodam jeszcze, że pierogi ruskie wcale nie są ruskie czyli rosyjskie ale rusińskie a więc – w dużym skrócie – ukraińsko-białoruskie. Zatem dla współczesnych Polaków są zagraniczne w dwójnasób].
    Jednocześnie zawsze śmieszą mnie kulinarne prawdziwki (ale nie te grzyby 😉 ) gardłujące przeciwko parmezanowi czy egzotycznym przyprawom w polskiej kuchni, jako czymś, co jest jej zupełnie obce. Śmieję się z nich, ponieważ nie mają pojęcia, że i ser, i szafran z imbirem są obecne w naszej kuchni od stuleci. Te drugie, bo wiadomo, „pieprzno i szafranno, moja mościapanno” a bez tego pierwszego np. flaki po warszawsku byłyby tylko bulionem na jelitach z dodatkiem pulpetów cielęcych. I tak dalej, i temu podobne.
    Cały sekret kuchni polega na tym, żeby nowinki umieć „przetłumaczyć” na miejscowy język, dostosować do mentalności i tak dalej. Zresztą nie tylko kuchni to dotyczy. 😉 Druga ważna kwestia to nieignorowanie jedzenia biedoty.

    I właśnie tutaj widzę podstawowy problem z polskim odbiorem współczesnych mód kulinarnych. Ponieważ jakiś czas temu doszłam do wniosku, że za wszystko odpowiada PRL.
    Jednak nie oczywiste oczywistości w rodzaju pustych sklepowych półek, tylko izolacji od tego naszego uwielbianego Zachodu (i jednocześnie politycznej głębokiej niechęci do Wschodu). Wiadomo, że kiedy mury upadły wobec Niemców, Francuzów czy Brytyjczyków mieliśmy olbrzymie kompleksy. Skromne szaraczki z bloku wschodniego kontra wielki świat, kmioty usiłujące zeżreć krewetkę razem z pancerzykiem. A przecież tak bardzo do tego wyrafinowanego zachodu tęskniliśmy!
    Przecież to właśnie z potrzeby różnorodności, z olbrzymiej kulinarnej tęsknoty za kolorami i swobodą urodziły się np. tosty hawajskie czy śledź po japońsku. Pizze z lat 80., z prawdziwą pizzą mające tyle wspólnego, co ja z Korwinem. 😉 A z drugiej strony towarzyski obciach, kiedy gospodarze imprezy wyskakiwali z menu w postaci wspomnianych flaczków, tatara i śledzia w occie tudzież śmietanie. [Rodzice mówili mi, że za coś takiego można było zostać wyśmianym w Polsce połowy lat 70., więc na długo przed upadkiem komunizmu].
    Więc kiedy tylko otworzyły się granice i mogliśmy jeździć po świecie, i próbować tych hiszpańskich krewetek, i belgijskich małży w piwie, i pizzy w Neapolu, w zasadzie nic dziwnego, że masowo porzuciliśmy jedzenie, które mieliśmy za godne frajerów, stojących w kilometrowym ogonku po papier toaletowy i kilka bożonarodzeniowych pomarańczy. Rozumiem to, chociaż nie pochwalam, bo ostatecznie przedobrzyliśmy w drugą stronę. :/

    Dopiero teraz, powoli, jak żółw ociężale przechodzi nam ta wynikająca z zakompleksienia wstydliwość. Zabawne, że w jakimś stopniu dzieje się tak… dzięki modzie na dietę bezglutenową. 😉 Jakiś czas temu, kierując się zaleceniami lekarza, musiałam na nią przejść i przeszukując internet nie bez zdumienia odkryłam, że na czele osób wracających do chłopskiej, „tutejszej” kuchni stoją nie kulinarni celebryci ale młodzież, głównie dziewczęta (ale nie tylko), prowadzące blogi o gotowaniu. W ogóle blogerzy IMO robią dużo dobrego, gotując w oparciu o najróżniejsze kasze i płatki zbożowe czy zastanawiając się, co fajnego można ugotować z czarnej rzepy, buraka czy pasternaku. A okazuje się, że można mnóstwo. 😉 Tak samo, jak można chodzić po lasach czy łąkach i zbierać jadalne rośliny albo samodzielnie robić wędliny i sery.
    Ludzie! Przecież jeszcze dziesięć lat temu pęczak czy kasze jaglaną można było dostać w niszowych sklepikach w wielkich miastach, dziś są dosłownie wszędzie. Podobnie, jak soczewica i ciecierzyca. Moi kuzyni-hipsterzy, którzy jeszcze dwa lata temu zachwalali street food w postaci nieśmiertelnych burgerów, dziś wyciągają od mojego Taty poniemieckie plany budowy domowej wędzarni i na potęgę obsadzają ogródek krzaczkami porzeczek i agrestu (bo to są owoce vintage, jak się dowiedziałam 😉 ). Już nawet fakt, jak kolosalną karierę robi ostatnio cydr, który jakoś przestał kojarzyć się z jabolem a zaczął ze smacznym, orzeźwiającym napitkiem, jest znaczący.
    Tak samo ze wspomnianymi wcześniej tatarem, matjasem z cebulką czy kiełbaskami z prawdziwego mięsa: wracają do wielkich miast razem z modą na otwarte nocą lansiarskie pijalnie alkoholi wysokoprocentowych. 😀 Ozór w sosie chrzanowym to już nie obciach ale szpan.

    I choć moda przeminie jak inne, to wierzę, że on już zostanie, jak w przedwojennych i PRL-owskich barach (odrzucony później jako łże-mięso rodem ze świata permanentnego niedoboru). Podobnie, jak soczewica, szpinak, buraki, jaglana…

    A sushi, burgery, kuchnia molekularna i wszystkie inne kolejne mody będą sobie istniały OBOK, jako równorzędne elementy kulinarnego krajobrazu. Żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. 😀
    Więc spokojnie, wstrzymaj się z lamentami, bo jedyne, czego teraz potrzeba polskiej kuchni, to czas. 🙂 On zaleczy wszystkie rany i powybija nam ze łbów irracjonalne kompleksy. Już zaczął.

    • Otóż to wiedźmo, wybić z głów polaków irracjonalne kompleksy i powstrzymać ich owczy pęd ku transplantacji wszystkiego co obce, na nasze jakże chłonne i gościnne, rodzime podwórko 🙂 Media w tym skwapliwie pomagają (nakręcaniu narodowych kompleksów) i zamiast edukować, tylko nakręcają spiralę lansu na nowinki kulinarne, że wspomnę jedynie owego topinambura. Z drugiej strony skonsternowałem się, że moje wezwanie do poszanowania i kultywowania rodzimych tradycji kulinarnych odbierasz jako nacjonalizm (srsly tego słowa chciałaś użyć?). Normalnie poczułem się jak jakiś gruppen fuhrer z Waffen SS podczas pacyfikacji jakiejś wsi. Przecież jak nie wzywam do wyrzynania w pień i prześladowania kuchni innych narodów (choćby dlatego że kuchnia polska jest kuchnią wybitnie multikulturową i nie w efekcie mody na multikulti, lecz naturalnie, od co najmniej 500 lat z okładem), a do jej kultywowania i zgłębiania. Jeśli to jest nacjonalizm, to w takim razie wyrzekanie się jedzenia np. frankfurterek należałoby postrzegać jako germafobiczną homofobię? 🙂 Troszkę za mocne i nieadekwatnego słowo moja droga, nie uważasz? Ale skoro potocznie przyjęło się nazywanie oponentów i osób mających odmienne zdanie na jakiś temat (choćby poparte racjonalnymi argumentami) mianem hejterów, to już nic mnie nie zdziwi 🙂 W każdym razie nie postrzegam mego nawoływania o zachowanie i poszanowanie tradycji, tożsamości i świadomości narodowo kulturowej (którą również jest nasza kuchnia) w kategorii nacjonalizmu (prędzej tradycjonalizmu) – chociaż cieszę, że wzbogaciłaś dyskusję swoim komentarzem. W wielu aspektach się z Tobą zgadzam, szczególnie jestem Ci zobowiązany za wzmiankę o szafranie, obecnym w kuchni polskiej na stulecia przed zachłyśnięciem się nim przez zachód. Fajnie, że wspomniałaś o PRL, bo uważam, że nic tak nie zrujnowało i obrzydziło Polakom rodzimej kuchni jak bieda i przaśność komuny, gdy nic nie było, a produkty czekoladopodobne i zrobione z tektury parówki oduczyły polaków smacznego i różnorodnego gotowania. O pierogach ruskich też wiedziałem, wszak pochodzą z terenów dawnej Rusi (stąd nazwa) i były strawą biedoty. Zresztą kuchnia polska to swoisty zlepek wielu kultur i nacji, przez kuchnię niemiecką, francuską, rosyjską, węgierską, czeską, żydowską, od bardzo prostej po niemiłosiernie wyszukaną – tyle, że przez stulecia to tak ładnie się wymieszało i przeplata tworząc całkiem harmonijną i doskonale się uzupełniającą całość. Szkoda byłoby to nieprzebrane bogactwo zatracić, zapominając i przede wszystkim wstydząc się naszego dziedzictwa na rzecz mody, trendów i lobbingu. A przecież tak niewiele nam zostało, wszak gotujesz na szwedzkiej kuchence, jeździsz niemieckim samochodem i pracujesz w amerykańskiej firmie. Zakupy robisz we francuskiej sieci, popijasz hiszpańskie wino i zajadasz włoskie specjały. Spisz na szwedzkich meblach i nosisz amerykańskie ubrania… mam nadzieję że załapałaś kontekst. Tak naprawdę został nam tylko język, historia i jedzenie, więc szanujmy to co zostało… 🙂

      • Pirath, Wiedźma ma rację, zgadzam sie z nia właściwie w 100% jeśli czegoś nie przeoczyłem
        ps. lubię wino – hiszpańskie zwłaszcza, Rioja, Navarra, mniam… że co przepraszam – mam pić wino z polski? domowe pędzone w baniakach czy niszowe i 3x droższe od hiszpańskich polskie wypusty? nic mi nie zastąpi hiszpańskich win. pamiętajmy, ze to Hiszpanie Włosi itd są specjalistami w tej dziedzinie a nie my. My jesteśmy specjalistami od bimbru, wódki, kiszonych ogórków i kiełbasy 🙂 a bimberek i śliwowicę tez uwielbiam 🙂

        • Już imć Zagłoba Onufry twierdził, że „nie masz wina nad węgrzyna!”. 😉 Pewnie dlatego, że do Hiszpanii było mu trochę daleko. 🙂

          A poważnie to choć sama wolę na co dzień pić wina z bliższych nam obszarów, niż Półwysep Iberyjski (właśnie Węgry, Słowacja, Czechy, Mołdawia no i oczywiście moje ukochane Dolny Śląsk i Dolna Brandenburgia (po naszemu Ziemia Lubuska 😉 )), świetnie rozumiem, w czym rzecz.
          Oprócz bimbru jesteśmy – lub raczej byliśmy – specjalistami od miodu i piw. Sorry, taki mamy klimat. 😉 Choć jeszcze w trzynastym wieku wina robiło się tu, jak dziś w Dolinie Renu.

          Jedzmy więc i pijmy, co chcemy i co nam smakuje; bylebyśmy tylko nie zamykali się na świat: ani ten daleki, ani ten zaraz za progiem.

          • tak, Węgrzy jak najbardziej, wszak mają swoje słynne pięcioputtonowe Tokaje 🙂

          • osobiście wolę cydr, czystą, miody pitne, nalewki i domowej roboty wino mojego kumpla 🙂

          • Wiedźmo, ja na ten przykład bardzo lubię cydr i nie tylko dlatego że jabłek u nas pod dostatkiem (choć to też), ale coś mi się widzi, że też nie wychwyciłaś przesłania zawartego w hiszpańskich winach, niemieckich samochodach i francuskich hipermarketach… 🙂

        • ehhh nie załapałeś kontekstu 🙂 tu nie chodzi o wino (wszak to wyrób ściśle powiązany z klimatem danego regionu geograficznego), a konkluzję iż obecnie wszystko co mamy i nas otacza, jest nie nasze i z importu… korporacje i rządy krajów, które od dwóch dekad wykańczają nasz rodzimy przemysł i zalewają nas swoimi wyrobami – najchętniej jeszcze podmienili by nam język na angielski, by przyoszczędzić na zatrudnianiu native speakerów, co by łatwiej i taniej ściągacz haracz z naszej kolonii… 🙂

      • Chyba każdy z nas od czasu do czasu popełnia błąd zakładając, że przecież wszyscy dookoła rozumują tak samo, jak my. Mnie przydarzyło się to akurat w naszej dyskusji. 😉

        Pisząc o nacjonalizmie automatycznie założyłam, że będziesz pamiętał o tym, że on bywa stopniowalny, jak np. życzliwość albo rasizm (kojarzysz te przewijające się przez media sondaże, w których pyta się respondentów czy chcieliby, żeby Żyd/Rom/Arab/itd. był ich kolegą z pracy/sąsiadem/przyjacielem/zięciem…? Dokładnie TO miałam na myśli). Więc pisząc o nacjonalizmie kulinarnym niekoniecznie miałam na myśli jego najbardziej jaskrawą wersję, czyli „trzeba wyciąć w pień wszystkich, którzy jedzą sushi albo kupują topinambur z jarmużem” ale mniej jaskrawą – za to bardzo, bardzo popularną – postawę w stylu „w życiu tego nie jadłem ani nigdy nie zjem ale już wiem, że na pewno nie lubię”.
        Takie deklaracje w Polsce słyszy się naprawdę często i kiedy przyjdzie nam do głowy pogrzebać w nich głębiej, podpytać uprzedzonych o powody uprzedzenia, jakoś zawsze sprowadza się ono do przekonania: „nie zjem niczego, czego nie jadłem jako pięciolatek”. Moim zdaniem trudno o bardziej sztywną, ograniczającą postawę.

        To nie jest, nigdy nie był ani nigdy nie będzie konserwatyzm kulinarny (czy jak jeszcze tacy ludzie mogą sobie tłumaczyć własną niechęć wobec kulinarnych nowinek) ale dowód na wąskie horyzonty oraz silną niechęć wobec świata zewnętrznego. Taka postawa nie pochodzi od kubków smakowych ale z mózgu, ze światopoglądu.
        I jeśli nie jest formą nacjonalizmu, to już nie ma pojęcia, jak inaczej może się przejawiać. [A z agresją etniczną związane było (i może jeszcze będzie) całe moje życie naukowe, więc coś niecoś o niej wiem].

        I nie, ani razu nie napisałam, że to Ty jesteś kulinarnym nacjonalistą. Inaczej czułbyś odruchy wymiotne na samą myśl o zjedzeniu tego nieszczęsnego sushi z topinamburem. 😉

        Natomiast co do reszty, zgadzamy się (niemal) całkowicie, wiec nie ma potrzeby się nad nią rozdrabniać. Tyle tylko, że w kwestii rodzimej kuchni jestem większą optymistką, niż Ty: o ile nic nam historycznie nie pierdyknie i nie przenicuje kompletnie codzienności po rak kolejny w polskich dziejach, ona odrodzi się sama. Za kolejną dekadę powinno tu być już zupełnie normalnie. 😀 Szczerze w to wierzę.
        W ogóle to idę teraz do kuchni, zrobić sobie sok ze szpinaku, jarmużu i jabłka. 😛

        • No cóż, mi z kolei by do głowy nie przyszło, by postrzegać czyjeś umiłowanie i nawoływanie do poszanowania własnej tradycji z nacjonalizmem – ale jak widać punkt widzenia zależy od interpretującego 🙂 Niestety żyjemy w czasach gdy patriotę stawia się na równi z faszystą lub nacjonalistą, pedała z pedofilem, a kolesia w dresie z dresiarzem i kibolem – choć akurat w dresiarstwie chodzi nie o ubiór, a stan umysłu 🙂 Ok wiedźmo, nie Ty pierwsza i nie ty ostatnia użyłaś takiego skrótu myślowego, ale cieszę się że to sobie wyjaśniliśmy. Polska od zawsze była krajem multikulturowym, tolerancyjnym i otwartym na inne nacje i religie. Mnie nie obchodzi, czy mój sąsiad jest żydem i do jakiego chodzi kościoła i z kim sypia – byle był porządnym i praworządnym obywatelem, który szanuje naszą tradycję, pracuje na swe utrzymanie i nie rości sobie praw do zbawiania na siłę środowiska, w którym przyszło mu żyć. Kluczem do sukcesu jest chęć asymilacji i wzajemne poszanowanie i jeśli te dwa warunki są spełnione – inna narodowość, kolor skóry, kultura, orientacja i religia nie stanowią dla mnie najmniejszego problemu. Owszem boimy się obcych, jak wszystkiego co obce i nieznane, a wpływ wiodącego wyznania na postrzeganie i kształtowanie światopoglądu w narodzie (+ nasze narodowe przywary, czyli zawiść, narzekanie i prywata) raczej nie przyczynia się do walki z narodowym antysemityzmem, bigoterią, ksenofobią i mentalną zaściankowością, która siedzie w głowach większości polaków. A gdybyśmy chociaż połowę tego zacietrzewienia, kombinatorstwa, niechęci i nienawiści przekuli na otwartość, tolerancję i praworządność, sądzę że jako narodowi, żyłoby się nam znacznie lepiej. Ale na to trzeba pokoleń, edukacji i przede wszystkim zdolności samodzielnego myślenia… 🙂

          Zatem nie wciskaj mi proszę postawy negująco obronnej, w rodzaju „nie znam, więc pewnie nie lubię i za Chiny nie zjem” – bo wciąż kręcisz się wokół własnego, dość hermetycznego modelu interpretowania mojego punktu widzenia (podpowiem, że chybionego). A więc bardziej łopatologicznie: gdzie ja napisałem, by stronić od kuchni innych kultur, które jako zło wcielone trzeba unikać jak ognia? Ja tylko apeluje o niezachłystywanie się lansowaną na potęgę i podszytą koniunkturalnym lobbingiem, manierą nawracania polaków na odmienne i sprzeczne z naszymi preferencjami standardy – kosztem zatracania i obracania w zapomnienie naszej własnej kuchni. To nie przejaw mego przyciasnego światopoglądu i lęku przed nowinkami, a objaw mechanizmu obronnego, walka o zachowanie własnej kultury, tradycji i tożsamości, którą początkowo odebrałaś jako nacjonalizm (choćby w wersji light). Nie jest to również przejaw zaściankowości i irracjonalnego lęku przed kuchniami innych nacji, bo jako osoba z natury ciekawska i otwarta na odmienność – chętnie kosztuję nieznane mi potrawy, niektóre nawet przemycam do własnego jadłospisu, ale jednocześnie świadomie (biorąc pod uwagę szerokość geograficzną w jakiej przyszło nam gotować, dostępność, warunki ekonomiczne i tradycję) hołduję specjałom kuchni rodzimej i przed wszystkim (gdzie i jak tylko się da) rodzimym składnikom – choćby dlatego że wiem co jem (jakość i cena). Tym bardziej iż widzę, z jaką łatwością nasze złaknione nowinek społeczeństwo daje się nawracać na wszystko co obce i nie nasze, bo nie nasze. Przestań więc postrzegać moją postawę wedle swoich dość schematycznych ram – próbując przy tym bawić się w psychologa, bo nie gniewaj się, ale to po prostu komiczne. 🙂 Szkoda że nie znamy się lepiej od strony prywatnej, bo wówczas wiedziałabyś jak bardzo Twój tok rozumowania, rozmija się z prawdą – więc z czystej sympatii Ci radzę, daruj sobie. 🙂

          Wreszcie, chciałbym być podobnym optymistą, wierząc że z czasem nauczymy się doceniać i szanować nasza kulturę i to co mamy. Obawiam się, że destrukcja naszej świadomości kulturowej, którą wspomaga nasz archaiczny i spłycony do minimum model edukacji i ślepo zapatrzone w zachód media – sprawiają iż nie spoglądam z nadzieją w przyszłość. I uprzedzając, to nie pesymizm, to tylko mój wrodzony pragmatyzm, podpowiadający mi iż jak tak dalej będzie, to nasza „kolonia” długo swej pseudo suwerenności nie utrzyma… 🙂

          • Rety, Ty tak poważnie?
            Naprawdę odniosłeś wrażenie, że w jakikolwiek sposób piję do Ciebie, zamiast do problemu w rozumieniu ogólnym? O.o Na jakiej podstawie?

            Ty zacząłeś postem o problemie, jak odpowiedziałam jego interpretacją (a nie własną wizją „piratha wewnątrz problemu” (kurczę, nie wiem, jak to inaczej ująć; mam nadzieję, że zrozumiesz)), potem Ty coś źle rozumiałeś ale generalnie dalej rozmawialiśmy o ogólnym zagadnieniu, bez odnoszenia go do jakichkolwiek osób. Wobec tego ja, w kolejnym komentarzu, wyjaśniłam nieporozumienie i dalej, cały czas i niezmiennie, pisałam o problemie OGÓLNYM, bez wchodzenia w żadne osobiste przytyki. Nawet specjalnie to zaznaczyłam.

            Jakim więc cudem zobaczyłeś w tym atak na swoją osobę, na który uznałeś za stosowne wyciągnąć argumenty ad personam? [„punkt widzenia zależy od interpretującego”?, „wciąż kręcisz się wokół własnego, (…) hermetycznego modelu interpretowania mojego punktu widzenia”, „Przestań więc postrzegać moją postawę wedle swoich dość schematycznych ram – próbując przy tym bawić się w psychologa, bo nie gniewaj się, ale to po prostu komiczne”… Dżizass, naprawdę?]

            Zarzucasz mi nieuważną lekturę ale najwyraźniej sam nie masz w tej kwestii czystego sumienia. 😛 Bo przecież nigdzie i ANI RAZU nie odnosiłam się do piraciej kuchni, piracich gustów kulinarnych ani piraciego nacjonalizmu, rasizmu i tak dalej! Myślałam, że dyskutuję z kimś o trochę odmiennym spojrzeniu na zagadnienie ale na tyle spokojnym, żeby cudzych słów nie odnosić z automatu do siebie.

            Jeżeli jednak mimo wszystko poczułeś się urażony moimi słowami, bardzo Cię przepraszam. Nie chciałam Cię obrazić i przykro mi, że tak właśnie odebrałeś moje słowa.

          • Wiedźmo, powiem wprost jak to widzę. Jeśli ktoś komentuje i polemizuje z mną w oparciu o mój własny tekst – to wydaje mi się iż komentuje i nawiązuje do mojego, a nie ogólnego punktu widzenia. Nie uważasz, że to najbardziej naturalny i logiczny punkt widzenia? i właśnie takie odniosłem wrażenie, że nawiązujesz dokładnie do mojej wypowiedzi. Ok, mamy zatem potężne nieporozumienie, ale cieszę się że już to sobie wyjaśniliśmy i zatem przyjmij proszę również moje przeprosiny za nadinterpretację Twych słów, z mojej strony 🙂

  5. co do świąt powiem tak – marketowe gorączki są może troche smieszne ale z drugiej strony to chyba normalne że ludzie chcą się obkupic w różne pyszności aby później podać je na świątecznym stole, a druga kwestia że to własnie niewierzący moim zdaniem psują tradycję. Dlatego zamaist modlić się na cmentarzach za zmarłych jak to tradycja przewiduje wolą kupić dynię, naj***ać się i isć na halloweenową imprezkę do klubu, bo tak jest wygodniej, fajniej i zabawniej. Polskie społeczeństwo z każdym rokiem coraz bardziej odchodzi od chrześcijaństwa a komercjalizacja świąt i zapożyczenia są jednym z efektów tego zjawiska. Za 10-20 lat kiedy tak jak w Holandii zaczną wyprzedawac kościoły pod restauracje i hotele, ludzie będą chodzic do klubo-kosciołów na techno-halloween. Uważam że taka perspektywa wbrew pozorom nie jest zbyt odległa, to kwestia najblizszych dekad.
    co do kuchni – oczywiście powinniśmy dbać o zachowanie naszej kulinarnej tradycji ale litości, przecież nie będę całe zycie jadł bigosu i schabowego z ziemniakami. Ludzie chcą poznawać nowe smaki i to jest dla mnie normalne, bo jedzenie to jedna z większych życiowych przyjemności. Dlatego ja dzisiaj zjem kluski śląskie z żeberkiem i kiszoną kapustą, jutro sushi z łososiem i mango a pojutrze zrobię hummus, puree z topinamburu z polędwicą wołową i tartę z mascarpone i malinami, bo jest pyszna – i kto mi zabroni? Kto też zabroni ludziom jeść truskawki przed sezonem z importu – to ich wybór że
    chcą jeśc papierowe owoce bez smaku, ja czekam na nasze polskie 🙂 ok, ktoś zarabia na tych produktach, ale mi nikt na siłę nic nie wciska – ja sam mam potrzebę, szukam, kupuję i gotuję – i nigdy nie znudzi mi się eksploracja smaków świata i cieszę sie że są sklepy w których mogę kupić różne „dziwactwa”. A perfumy? Przecież to takie francuskie… i co? tylko dlatego mam z nich zrezygnować? A co powiecie na japoński hip-hop? Kto zabroni Japończykom rapować? Jak im sie podoba niech sobie rapują, jak sie to komuś nie podoba nie musi tego słuchać, nie musi jesć sushi i nie musi pić zielonej herbaty. A ja uwielbiam i ją piję codziennie. A właśnie przyszła wiosna, są juz pierwsze herbatki 2015!:)
    reklamy – w polsce reklamują się banki, proszki do prania i leki – zgadzam się. Polacy lubią leczyc sie sami, tacy juz jestesmy dlatego są reklamy bo rynek farmaceutyczny na brak popytu nie narzeka.
    co do blogów, programów kulinarnych i kreowania mody – ludzie, czym Wy sie przejmujecie, to zwykłe programy tv, ktoś ogląda, inny nie musi. Równie dobrze można by walczyć z idolem czy tańcem z gwiazdami, tylko po kiego grzyba sie tym zajmować. Każda moda ma to do siebie ze przemija i jednoczesnie nieprawdą jest to ze zatracamy tradycje kulinarną. Ja obserwuję w mojej rodzinie i wśród znajomych powrót do tradycji polskich, ludzie z powrotem zaczynają doceniac kiełbasę domowej roboty, dziczyznę z borówkami itd. – mówię tu oczywiscie o ludziach w wieku 20-30 lat, bo ci po 40 czy 50 i tak w większosci są są w tej materii tradycjonalistami. A targów z tradycyjnymi polskimi produktami regionalnymi przecież obrodziło jak grzybów po deszczu. Wszyscy zajadają się poslkimi oscypkami jak kiedyś tak i teraz. Nie róbcie z Polaków debili – Ci mądrzejsi nie zapomną o polskiej kuchni. A jeśli chodzi o kwestie zdrowotne – to fakt, że Polska kuchnia potrafi byc bardzo obciążająca dla organizmu i niech mi nikt nie mówi, że objadanie się wieprzowiną czy nafaszerowanymi antybiotykami kurczakami jest zdrowsze od jedzenia owoców morza.
    ps. Pirath, sushi jest zaje**ste, mdłe może być wtedy gdy ktoś sie nie zna i nie potrafi przyrządzić 🙂 to bardziej kwestia gustu, komuś smakuje komuś nie, w końcu wieprzowego schaboszczaka też nie wszyscy lubią

    • No tak, bo młodym ludziom tradycja kojarzy się z nudą, obciachem, folklorem i strojami ludowymi, a nowinki z importu zawsze cieszą. Niestety poszanowanie tradycji i własnej świadomości kulturowej przychodzi zwykle z wiekiem, gdy młody organizm już się wyszumi i przestanie zachłystywać pseudo wielkim światem. Szkoda że media które mają tak przemożny wpływ na młodych ludzi, też pompują im do głów sieczkę, wszak na szkołę nie ma co liczyć, skoro lekcji religii jest więcej niż historii, biologii i matematyki. Akurat laicyzacja naszego społeczeństwa mnie cieszy, jak każdy przejaw zdrowego rozsądku i samodzielnego myślenia. Nie mam nic do tego, że ktoś sobie wierzy i kultywuje religię, ale nóż mi się w kieszeni otwiera gdy zaczyna się mieszać wiarę do polityki, państwa i o zgrozo, szkolnictwa. Z religią jest trochę jak z poglądami politycznymi, gustami i orientacją seksualną. Każdy ma swoją i ma do tego pełne prawo, problem następuje wtedy, gdy coś tak prywatnego i w pewnym sensie intymnego zaczyna brać udział w postrzeganiu i kreowaniu rzeczywistości. Po prostu uważam, że religia i wyznanie to sprawa prywatna każdego człowieka i tylko tam jest jej właściwe miejsce.

      Nie, źle mnie zrozumiałeś, mi nie chodzi o rezygnowanie z kuchni innych narodów, mi chodzi o tendencję min mediów, czyli zastępowania naszej kuchni, kuchnią zdobyczną. Zupełnie jakby się jej wstydzili, uważali ją za passe i dyskryminowali na rzecz lansowania wspomnianych półsurowych mięs, owoców morza i modnych specjałów kuchni zachodu orz o zgrozo zza oceanu. Każda kuchnia jest ciekawa i wnosi sobą coś nowego, czasem pozytywnego – ale sztuka polega na tym by pogodzić to co mamy, z tym czego chcemy zakosztować, ale nie kosztem wyrzekania się i odrzucania tego co mamy. Chcą lansować nowinki kulinarne? proszę bardzo, ale niech przynajmniej drugą połowę poświęconego jej czasu na antenie, przeznaczą na przybliżenie i uświadamianie o coraz bardziej zapomnianej kuchni polskiej. Brakuje mi w tym aspekcie swoistej równowagi i równouprawnienia. Wiedźma wspomniała o blogach i forach kulinarnych, gdzie ludzie uczą się nowinek, eksperymentują i wracają do korzeni, to fajne, ale zasięg takich blogów jest znikomy w porównaniu z siła, zasięgiem i co najważniejsze, opinio twórczością mediów masowych.

      Co do przykładu Japończyków, to jest toi naród prawdziwie kosmopolityczny, złakniony i bardzo otwarty na nowinki i dziwactwa z zachodu, które są dla autochtonów równie kuszące co dla nas egzotyka ich kultury – ale mimo wszystko przykłada się tam ogromną uwagę dla krzewienia i pielęgnowania tradycji. Co więcej bardzo umiejętnie łączą tam jedno z drugim, nie zapominając o tym co dla nich najcenniejsze, bo moda i trendy są zmienne jak chorągiewka a tradycja to wartość ponadczasowa i będąca siłą i swoistym kapitałem, dla każdej, szanującej się nacji.

      he he to media i nasz upośledzony model edukacji robi z ludzi debili – stąd większość społeczeństwa jest jaka jest, więc ile może zdziałać ta garstka mądrzejszych? 🙂

      • co do ludzi młodych – niekoniecznie, zbytnio generalizujesz. To kwestia charakteru a nie definicji grup społecznych. Moja kuzynka lubi wydziwianie w kuchni, egzotyczne potrawy i składniki, jej młodszy brat z kolei stawia na samodzielne wędzenie mięs i inne tradycyjne tematy w kuchni – dwa różne światy, a ta sama matka i tylko dwa lata różnicy wieku 🙂
        nie zgadzam się również co do mediów, uważam że patrzysz na to wszystko w zbyt wąskim spektrum: to nie są trendy polskie, tylko światowe, a Ty robisz z tego problem polski, lokalny. Przecież te wszystkie programy są na licencjach, nikt u nas tego nie wymyśla, akurat w tym temacie Polacy są ciency i nie potrafią nic fajnego wylansować – do niedawna podobnie było w muzyce, polskie zespoły były gorszą wersją odpowiedników zachodnich np. z całym szacunkiem do Myslovitz, lubię ich kawałki ale kiedy postawi się ich obok Oasis to tak jakby postawić przy obok Batmana jakiegoś wychudzonego szczurka (oczywiście przekładając to na kwestie muzyczne). Na szczęście ostatnio w polskiej muzyce czy np. serialach jest już lepiej, ale dlatego też to nie jest kwestią czy nasz naród jest taki czy owaki bo ogląda te programy. W USA, Australii, Czechach i może nawet w Chinach ludzie oglądają to samo. Master Chef jest mniej więcej taki sam w każdym kraju – czy Anglicy mają protestować że wciska sie im kuchnię Chińską? To zwykłe programy rozrywkowe i nie dorabiajmy do tego ideologii, taka jest po prostu aktualna moda. Programów kulinarnych jest cała masa w tej chwili. W jednych pokazują kuchnię prostą, w innych egzotyczną, jeszcze w innych tradycyjną, niektórzy chcą sie wyróżnić i starają sie pokazać coś ekscentrycznego. Przytoczę też przykład Magdy Gesler, której TVN przekazał licencję od Ramseya i spółki, a której akurat nie lubię, ale wiem, że te jej kuchenne pierdolucje czasem idą w stronę kuchni zagranicznych, fusion ale też w duzej części programów idzie to w stronę tradycyjnej polskiej kuchni, np. można wspomnieć Wędzarnię w Łodzi, która ponoć funkcjonuje do dzisiaj. Moim zdaniem popadasz więc w lekką paranoję, którą sam podsycasz swoją ochotą na narzekanie – wszak ten wpis z definicji miał byc narzekaniem. I tu jeszcze jedna refleksja – niestety jedną z cech charakterystycznych Polaków jest również narzekanie. Za PRLu było to zrozumiałe, ale dzisiaj klasyczny Polak to taki który narzeka na pogodę, żone/męża lub pracę – to trzy podstawowe tematy + do tego dochodzi spora kreatywność w wątkach pobocznych. Zmień zatem trochę nastawienie i przestań narzekać 😉 Trzeba widzieć plusy wśród minusów i odwrotnie. U mnie w robocie jest tak, że ludzie narzekają, a jak nie narzekają, to przynajmniej mówia z ironią. Czasem mam tego dosyć, wiecznie ktoś ma jakieś problemy. A czasami wystarczy trochę chęci i bardziej łaskawego spojrzenia na sprawę.
        Nie narzekajmy, jakoś to będzie!

        • Owszem, to kwestia charakteru, dojrzałości i wychowania jakie wyniosło się z domu. Owszem są jednostki ponadprzeciętnie dojrzałe, o stosunkowo szybko wyrobionym i nieskrzywionym światopoglądzie – ale umówmy się to są wyjątki. Tak się składa, że obracam się w środowisku akademickim i wierz mi, ręce opadają jak się słyszy wypowiedzi i obserwuje przyszły kwiat narodu, który jakże licznie zasila szeregi tzw. „uczelni wyższych”. Celowo w cudzysłowiu, bo z kształceniem i edukacją na poziomie ma to niewiele wspólnego. Widzę i słyszę od profesorów, że wciąż obniża się poprzeczkę, aby jak najwięcej „ameb” wykarmionych na telewizyjnej ramówce mogło te studia skończyć, a słupki statystyk donoszące o rosnącym % obywateli mogących się pochwalić wyższym wykształceniem, dziarsko pięły się w górę. I jak tu nie generalizować?

          Polskie media chcą być tak bardzo modne i światowe, że dla taniej sensacji i utrzymania słupków oglądalności, zaserwują w ramówce każde g…, przyczyniając się do skutecznego odmóżdżenia kolejnego pokolenia. Dlatego lata temu zrezygnowałem z telewizora, bo poza paroma pozycjami publicystycznymi i dokumentalnymi, po prostu nie ma tam dla mnie nic ciekawego. Uwielbiam filmy dokumentalne, dlatego przerzuciłem się na YT, gdzie jest tego zatrzęsienie, bez reklam i karmienia ludzi wyidealizowanym i zmanipulowanym obrazem rzeczywistości, osadzonym w konwencji, którą aktualnie uznaje się za sprzyjającą, choć głownie lobbystom, scenie politycznej i reklamodawcom. Owszem to nie są trendy polskie, to jak najbardziej trendy światowe, a więc te które nasze zakompleksione i nie mające własnego zdania media szczególnie chcą propagować. Nie zauważyłeś tendencji, że od lat ramówkę wypełnia się medialnym bełkotem, spreparowanym tak, by przekształcić widza w bezmózgą i nie potrafiącą samodzielnie myśleć maszynę do kupowania? Rządy już dawno doszły do wniosku, że głupi, niedokształcony i sterowany podprogowo naród (za to karmiony ładnymi obrazkami), to naród którym najłatwiej manipulować i który kupi każdą odpowiednio pociśniętą bujdę. Widziałeś by we Francji lansowano na siłę niemiecką kuchnię, albo we Włoszech francuską? Nie, bo oni sobie na to nie pozwolą, a rodzime miękkie faje z zarządów koncernów medialnych łykną i zrealizują wszystko, co tylko się im każe. Przychodzi im to łatwo, bo Polacy jak żadna inna nacja są ślepo zapatrzeni i ulegli względem każdej treści z zajefajnego zachodu, którą nam się narzuca, bierzemy wszystko jak leci. A potem zdziwienie, że nikt nas nie szanuje, nikt się z nami nie liczy, przyczyn tego stanu rzeczy zdaje się nikt na górze nie dostrzega (nie chce dostrzegać, bo jest zajęty liczeniem otrzymanych za to pieniędzy). Nie dziw się więc, że niewiele udaje nam się wylansować, przeforsować i przebić na scenę światową, bo nikt nie jest zainteresowany lansowaniem twórczości jakiejś prowincji, która istnieje tylko dlatego, że jest dużym i wyjątkowo chłonnym rynkiem zbytu dla towarów, usług, polityki i treści, które nakręcają zyski obcych gospodarek. Jak myślisz dlaczego polskie odpowiedniki proszków do prania, kawy, słodyczy, rtv, tekstyliów, no dosłownie wszystkiego są jakościowo gorsze niż ich odpowiedniki przeznaczone na rynki europy zachodniej? Bo polak nie jest nauczony wymagania jakości, polak kupi lub łyknie wszystko jak leci – może będzie narzekać ale i tak kupi (pomijam aspekt braku alternatywy, bo o to zabrano już wcześniej wykupując, zamykając i wyniszczając nasz rodzimy przemysł wytwórczy, co przyszło bardzo łatwo, bo przecież zachodnie jest na pewno lepsze niż krajowe).

          Mylisz się, to są tylko w teorii programy rozrywkowe, bo w praktyce to narzędzie dla potrzeb perfidnego i nachalnego product placement (lokowania produktów) i co widać po staraniach Michela Morana, świetne narzędzie do promowania własnego widzimisię oraz dbania o interes własnego narodu. Uczą nas poprzez niewinną zabawę w gotowanie, że owoce morza są cacy, podobnie na wpół surowe lub różowe mięsa, a wysmażone lub ugotowane na miękko (czyli tak jak większość polaków lubi) to samo zło, które trzeba potępiać. Trzeba być bardzo naiwnym i łatwowiernym, aby nie dostrzegać że to po prostu realizowanie określonego, z góry wyreżyserowanego planu 🙂 Ale zostańmy przy tym, że to na mam paranoję, a Michael Maron (zdobywca orderu za promowanie i propagowanie kuchni francuskiej poza jej granicami) nie uprawia podszytej koniunkturalizmem gry o serca i podniebienia polaków 🙂 Przestać narzekać? i zrezygnować z ulubionego sportu polaków i przy tym zrujnować tak fajnego offtopa? wolne żarty 😀

          • tak, moim zdaniem to lekka paranoja 🙂 ja oglądam mecze na canal+ i czasem planete+ bo są tam fajne materiały
            nikt nikogo nie zmusza żeby oglądał tvn.
            ps. a proszki do prania nie są mniej wydajne w Polsce dlatego ze dajemy sobie wciskać tylko dlatego ze taka jest mentalność Polek – z reguły leja/sypia wiecej niż podane na opakowaniu wiec po kiego grzyba sprzedawać im skoncentrowany produkt, były robione badania konsumenckie na ten temat a ja znam to bardzo dobrze bo moja kobieta tak robi. Od razu wiadomo kto robił pranie – czuć po koncentracji zapachu płynu do płukania w całym domu

          • ha ha ha, naprawdę dałeś się nabrać na tę żałosną interpretację producentów chemii piorącej? A może Polki leją więcej, właśnie dlatego, że dostają produkt o gorszych parametrach i mniej skoncentrowany – zatem muszą użyć go więcej by uzyskać żądany efekt? Gdyby dostały dokładnie to samo, to lałyby mniej detergentu (czysta ekonomia), gdyż przy użyciu mniejszej ilości uzyskałyby ten sam efekt, nieprawdaż? 🙂 Skoro kupuję niemiecki produkt X, który znam, to oczekuję że jego wersja oferowana na rynku polskim, w niczym nie odbiega jakością i właściwościami od oryginału!. To ja poproszę o namiar na rzekome badania konsumenckie, choć na 100% jestem pewien, że zlecił je producent owego detergentu 🙂 To może pójdźmy krok dalej i niech nam produkują cukier z mniejszą ilością cukru w cukrze, bo ponoć Polacy słodzą więcej? 😀 Mój drogi, takie „badania”, nazywając rzecz po imieniu, to po prostu bezczelna próba usankcjonowania perfidnego oszustwa 🙂

  6. Jeśli mi smakuje to jem i nie wybrzydzam, lepiej nie ograniczać się do danej kuchni i utożsamiać z danymi schematami żywieniowymi. Warto szukać nowych smaków oraz doświadczać ich świeżego piękna, dokładnie tak jak z perfumami. A chore i przeważnie ślepe, wszelakie tradycje nie tylko te kulinarne trzymam na dystans. Wszystko dla ludzi więc korzystajmy, jeśli mamy w końcu okazje, bo po co i do czego się Tu przywiązywać …A wszelakie oznaki patriotyzmu mam głęboko w d…e. ‚Gdyby’ nie Tu to tam… 😉

    P.S. Wróciłem do stałej wagi i nawet ją przekroczyłem a żebra nadal widać.hahaa….

    • no cóż, dobrze wiedzieć że w razie czego, będzie komu bronić naszych granic 🙂

  7. nie wiem czy dałem sie nabrać czy nie, bo tylko obiło mi sie to o uszy i nie chce mi sie tego sprawdzać, wiem natomiast jak używa chemii moja kobietka. teściowa przywiozła nam niemiecką chemię – proszki płyny itd. Produkty super, zwłaszcza podoba mi sie zapach płynu do prania. Ale kiedy moja luba zrobi pranie to czasem śmierdzi a nie pachnie, bo leje tego tyle że aż nos wykręca. Dlatego łatwo mi uwierzyc że producenci tylko wykorzystali okazję, a nie coś komuś wciskają. Jak jest naprawdę – na 100% nie wiem ani ja ani Ty może to były badania a może pomysł „sprytnych’ polskich managerów. a skoro mamy droższa benzynę i jedzenie niż te w Niemczech (i skoro Litwini i Rosjanie mają droższe żarcie od nas) to i chemię mozemy mieć droższa czemu nie…
    skoro ja jednak jestem taki naiwny to jak wytłumaczysz mniej skoncentrowane perfumy o gorszych parametrach w USA? Czy Amerykanie też dają sobie wciskać g…? I dlaczego można produkować wspomnianą przez Ciebie Euphorię w dwóch róznych wersjach? itd itp

    • Akurat to jak kto dawkuje chemię powinno pozostać w gestii nabywcy, a nie rzutować odgórnie na jakość i koncentrację produktu. Możesz mieć kaprys wlania całej butelki na raz, ale to nie ma prawa rzutować na parametry samego produktu – który co warto zaznaczyć, wcale nie jest o te przyjmijmy ~30% tańszy (po uwzględnieniu mniejszej koncentracji), niż ten który stoi na półce niemieckiego sklepu. Ewidentnie ktoś tu kantuje, ale przecież polski konsument i tak łyknie wszystko, bo nie jest nauczony żądać i wymagać jakości, która mu przysługuje. Stąd producenci kantują nas a nie Niemców, gdzie taki wałek nie miałby prawa bytu. No chyba że firma chce skończyć tak, jak swego czasu Basf, Benq i Nokia.

      A co do perfum, to te na amerykański rynek są celowo wytwarzane w mniejszej koncentracji, bo takie są wymogi ich specyficznego rynku – ale co warto szczególnie podkreślić, są też zauważalnie tańsze w zakupie (hurt). Stąd nieuczciwi sprzedawcy masowo ściągają do Europy wersje amerykańskie, bo te potrafią być o średnio 30% tańsze, niż odpowiednik na rynek UE, co w przypadku e-handlu nie pozostaje bez znaczenia. I żeby nie było, że konfabuluję, miałem kiedyś w ręku cennik dużego importera, gdzie tę różnicę wytłuszczono tłustą czcionką.

  8. W imię czego bronić…a w zasadzie zabijać…fuuuj. Prędzej byłbym kolejnym Brunonem który zainwestował by swą artylerie w nasz Polski biały dom. 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: