Napisane przez: pirath | 22 kwietnia 2015

Serge Lutens – Sa Majeste La Rose, czyli żywy kwiat…


W sumie to są damskie perfumy, ale są tak wdzięczne i piękne, że mam to gdzieś… Zresztą w dzisiejszych czasach, gdy niemal wszystko jest uniseksowe – a zapachy sygnowane jako męskie przypominają żeńskie, kto się w tym wyzna?. Wielokrotnie wąchałem tester tych perfum i za każdym razem byłem zauroczony finezją i zniewalającą lekkością stanowiącej trzon tych perfum róży. Ale ostatnio, dzięki uprzejmości Monster Madzika (pozdrawiam serdecznie), trafiła mi się ich próbka – więc w końcu nadarzyła się okazja, by Wam je przybliżyć.

Serge Lutens - Sa Majeste La Rose

Od razu mówię, że nie jestem miłośnikiem róży w perfumach. Jej swoisty i doskonale rozpoznawalny zapach potrafi pięknie wzbogacić, ale i totalnie zdominować kompozycję. Jednocześnie tworząc dość jednoznacznie interpretowane przez nasze otoczenie wrażenie, że pachniemy perfumami damskimi. W Europie tak jakoś się utarło, że róża to zapach damski – gdy w bliskowschodnim oriencie uchodzi za nutę wybitnie męską, zaś za żeńską uważa się tam, jaśmin. Już sama nazwa zdradza, że są to perfumy wybitnie, wręcz skandalicznie różane – ale przy tym tak śliczne i rozkoszne, że banan nie schodzi człowiekowi z mordki. Rozbroił mnie ten zapach, bo róży równie przyjaznej, ciepłej i zarazem soczystej, ze świecą szukać. Może Le Labo Rose 31 i Atelier Cologne Rose Anonyme, albo któreś z jej wysublimowanych ujęć w wykonaniu Hermesa – może się mierzyć z finezyjną lekkością i porażającą sugestywnością róży z Sa Majeste La Rose. To dziwne, bo Lutens słynie z raczej dobitnych, głębokich i sążnistych ujęć nut zapachowych – więc lekkość i finezja z jaką Sheldrake zaanonsował ten kwiat, po prostu zachwyca.

red rose

Ale wpierw zostaniemy onieśmieleni i olśnieni jej porażającym autentyzmem i głębią. Wystarczy zamknąć oczy, by zupełnie bez wysiłku (nośne jest draństwo jak diabli) poczuć prawdziwy, żywy kwiat róży. Dojrzały, z w pełni otwartym kwiatostanem i obnażonym gniazdem nasiennym. Niemal czuć atłasową fakturę jej delikatnych, matowych płatków, miejscami upstrzonych drobinkami niezaschniętych kropli rosy. Promienie słońca załamują się w nich, rozbłyskując całą feerią refleksów, niczym brylantowa kolia. Taaaaak wiem, pojechałem sobie niczym Orzeszkowa w Nad Niemnem – ale doprawdy trudno nie ulec epickiej głębi, którą emanuje Sa Majeste La Rose. Dla miłośników róży, a zwłaszcza ortodoksyjnej, te perfumy to prawdziwa orgia. Są lekko słodkawe, pieszczotliwie różane, zniewalająco przyjemne, wręcz apetyczne i tak wesołe – iż łatwo zapomnieć, że to kompozycja dla pań.

Serge Lutens - Sa Majeste La Rose box

A gdy już człek sobie o tym przypomni, zaczyna autentycznie zazdrościć. Zapach ma iście Lutensową projekcję, czyli dwa psiki w zupełności wystarczą. Większa ilość może doprowadzić do totalnej pacyfikacji biura i wywołać falę samobójstw. Właśnie ze względu na ową nośność i intensywność, uprzedzam – iż są to perfumy raczej na chłodniejsze pory roku, pomimo iż pachną późną wiosną i wczesnym latem. Akurat w momencie gdy czujemy się zmęczeni, mając już powoli serdecznie dość tej różanej obfitości – zapach zaczyna dość drastycznie wytracać projekcję i pachnie coraz lżej. Wprawdzie utrzymuje się na skórze grubo ponad 6 godzin, ale jet to ciche kwilenie, wybrzmiewające różanym sercem (gniazdem nasiennym). Dla mnie jest to plus, bo pozwala odetchnąć od monotonii, z czasem mogącej przerodzić się w migrenę.

shining rose

Z pozoru jest to ortodoksyjnie różany monolit, ale już po kilku minutach od aplikacji, różanej solistce zaczyna towarzyszyć, nie mniej wdzięczne geranium. Cudnej urody, soczyste i skrzące się tysiącami połyskujących drobin, niczym kawałek krzemienia. Ich duet, zwodzi, uwodzi i pieści nozdrza niczym syreni śpiew, który ściągał żeglarzy na zdradliwe płycizny. Lubię różę, ale najbardziej lubię adorować jej zapach wprost z kwiatu lub krzaczka, wciągając w nozdrza tę szlachetną, upojną woń – gdy jej podziwianie w perfumach sprawia mi dalece mniejszą przyjemność. Tu jest inaczej, gdyż majestat, szlachetność, delikatność i porywającą autentyczność tego kwiatu, przeniesiono do wnętrza flakonu w całej okazałości.

Serge Lutens - Sa Majeste La Rose reklama

Jeśli zamknę oczy, czuję się tak, jakbym obcował z żywą rośliną. Delikatność i majestatyczna szlachetność każdego najmniejszego detalu jej brzmienia, została uchwycona wręcz bezstratnie. Wprawdzie zapach róży pięknie komponuje się z niemal łudząco podobnym doń geranium, które przydało kompozycji nieco więcej wartkości, rześkości i niemalże cytrusowego polotu – wreszcie podkręciło ją i wywindowało kontury akordu serca, aż po pułap sopranu. Ale najpiękniejsze jest to, że pomimo tego „loudness” (podbicia barwy za pomocą geranium), nie mam żadnych pretensji względem tego swoistego „przekrętu” z geranium – gdyż nie przeszkadza on w kontemplacji tutejszej róży.

sunshine red rose

Wsłuchiwałem się w bukiet, w poszukiwaniu wspomnianego gwajaku i goździka, ale pomimo usilnych prób, nie usłyszałem żadnego. Może dlatego, iż tutejsza róża przyćmiła sobą wszystko. Ale i tak nie jestem zawiedziony, gdyż doświadczyłem tu róży tak radosnej, spontanicznej i przyjaznej – słowem uchwyconej w swym najbardziej roześmianym i strawnym ujęciu. Róży tak uroczej, rozkosznej i autentycznej, iż trudno o bardziej spektakularny i zarazem neutralny przykład jej ujęcia i adaptacji na potrzebę perfum. To róża olśniewająca i to dosłownie, bo jest ciepła, jasna i aż bije blaskiem promieni słońca, które sprawiły iż pachnie tak przyjemnie. Z kwiatami jest podobnie jak z owocami i warzywami, im więcej słońca tym cieplej i lepiej pachną/smakują. Do tego jest niesamowicie, żywa, soczysta i rześka, ale to już zasługa domieszki pominiętego w wykazie nut geranium, ale nie będę się czepiał 🙂 Lutens słynie z pięknych, bogatych i diabelnie sugestywnych ujęć nut, opiewanych w swym portfolio, lecz zwykle są to dzieła wzniosłe, poważne, wręcz monumentalne. A Sa Majeste La Rose to przyjazny uśmiech, dźwięczny, perlisty chichot, który przywodzi na myśl słoneczny, ciepły majowy dzień.Serge Lutens - Sa Majeste La Rose EdP

rok powstania: 2000

nos: Christopher Sheldrake

projekcja: doskonała (z opcją użycia jako broń masowej zagłady)

trwałość: dobra

Skład: marokańska róża, drzewo gwajakowe, goździk (przyprawa), biały miód, piżmo,

Reklamy

Responses

  1. czytam listę składników i zastanawiam się co producent ma na myśli i co to właściwie ma być ten zadeklarowany przez producenta biały miód… Miód może mieć biały kolor, ale to nie kolor jest wyznacznikiem gatunku miodu. Miód może być wrzosowy, spadziowy lub rzepakowy (np. rzepakowy może mieć kolor biały, zółty i inne), biała natomiast to może być herbata. Miodów w ten sposób się chyba nie klasyfikuje? Chyba że coś przeoczyłem ale miód akurat to jeden z moich ulubionych produktów spożywczych

    • he he pełno jest takich kwiatków, dlatego z uporem maniaka powtarzam, że oficjalny wykaz nut nie jest ani kompletny (pełna receptura to tajemnica handlowa), ani do czegokolwiek producenta nie obliguje (stąd często spotykane akcenty liryczne + egzaltacja) 🙂 Owszem kolor miodu nie definiuje jego gatunku i jego zapachu, ale prawdopodobnie chodzi tu o konsystencję (zestalenie z wiekiem i białawą barwę). A to już podpowiada, że nie będzie to zapach ostry i świeży, czyli specyficzny dla miodów płynnych, a jego przygaszonej i mniej nośnej formy skrystalizowanej. Osobiście stawiam na tę interpretację :bieli”, choć to wyłącznie hipoteza, bo kto wychwyci taki detal, w przypadku akcentu stanowiącego bliżej nieokreślone tło? 🙂

  2. Jestem miłośnikiem męskiej róży w perfumach i jeżeli jest ona dobrze skomponowana , to potrafię przepaść 🙂 Zaciekawiłeś mnie tym wpisem , nie wiem czy ten rodzaj róży ( damskiej) mi podejdzie ale przy najbliższej wizycie w Douglasie z chęcią nadgarstkowo przetestuję tę kompozycję.

    • gorąco polecam, nawet jeśli nie będziesz jej nosił (a prawdopodobnie nie będziesz), warto poznać jej ujęcie od Lutensa, bo róża tak wyrazista i przy tym wciąż lekka i wdzięczna to wciąż rzadkość.

  3. Bardzo mnie skusiłeś 😉
    Jak dotąd chyba najbardziej urzekła mnie róża w Rose Perfection, żywe choć lekkie i niewinne jej ujęcie w Oud Essence oraz potężne i głębokie w Midnight Oud. Jeśli ten Serge będzie w Silezjańskim Douglasie to mam w planie przepaść!
    No i mam nadzieję że gwajak i goździk się ujawnią bo zapewne tam pasują. Na zdjęciu widać liczi ale nie wiem czy to firmowe zdjęcie i do czego się to ma. Chociaż uwielbiam ten owoc z otwarcia L’Homme Sage. No i w postaci soku lub napoju na lato jest wybitnie orzeźwiający 😉

    • gwajaku i goździka właśnie tam nie znalazłem, ale who cares – tutejsza róża jest tak piękna, że więcej nie trzeba 😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: