Napisane przez: pirath | 25 czerwca 2015

Kenzo – L`Eau Intense Pour Homme, czyli kwintesencja tego, czym ten zapach nie jest…


Uprzedzam, że na wstępie trochę ponarzekam, dlatego jeśli chcecie przejść od razu do sedna wpisu, przewijajcie/scrollujcie w dół, aż zobaczycie dobrze zbudowaną blondynę (bo trudno przeoczyć)…

I oto kolejna premiera, pod jakże modnym w tym sezonie szyldem Intense. Kenzo Le’Eau Intense Pour Homme to prawdziwy mistrz w udawaniu czegoś, czym nie jest. O ile mający niedawno premierę Kenzo Homme Night rzeczywiście jest zapachem wieczorowym, swoistym i coś wnoszącym – niestety o L’Eau Intense nie da się tego powiedzieć. Po pierwsze zapach nie ma absolutnie nic wspólnego z INTENSE w jakimkolwiek tego znaczeniu – za to ma wiele wspólnego z Armanim Mania, Boss Bottled Sport, Burberry Rhythm i Bruno Banani Magic Men, czyli typową, popową sieczką. Po drugie nie ma absolutnie, podkreślam ABSOLUTNIE nic wspólnego z serią L’Eau, więc tytułowanie go tym przydomkiem i obleczenie w specyficzny dla tej serii flakon, jest sromotnym nadużyciem. Jego bukiet ma tyleż wspólnego z L’Eau i Intense co ja, z modelem bielizny od Calvina Kleina. Z tym, że on ma ma brzuchu kaloryfer, a ja bojler… 🙂

wciąż przewijajcie…

Niby jedno i drugie sprawuje swą zasadniczą funkcję grzewczą, ale różnica jest zasadnicza nieprawdaż? Zwłaszcza jeśli ktoś nam obiecuje L’Eau i Intense (umięśnionego, smagniętego opalenizną sześciopaka), a dostajecie piwnego, poprzecinanego rozstępami brzuchala… Wybaczcie to obrazoburcze w sensie estetycznym porównanie, ale chciałem tym zwrócić Waszą uwagę na największą wadę tych perfum – czyli brak jakiejkolwiek zgodności z deklaracjami ich twórców. W mniemaniu producenta, otoczka i pozory skuszą klientów – obiecując im coś czego we flakonie nie ma… W dodatku zmówili się wszyscy na nazywanie wszystkiego jak leci per Intense (nowa moda), choć zapach nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, co uważam za definicję/ substytut/ ekwiwalent/ ucieleśnienie/ kwintesencję Intense*. Ten zapach to kolejny post populistyczny, sklecony zupełnie przypadkowo (i nie na temat), „produkt wydmuszka” (wybaczcie eufemizm, nie chciałem napisać wprost „zapchajdziura”) – którego wepchnięto w ciemnego koloru flakon, dano pożądaną nazwę i lansuje jako coś nowego. Tyle, że zapachów pokroju Kenzo L’Eau Intense, jest już na rynku kilkadziesiąt – i każdy kolejny jest równie zaskakująco pasjonujący, co obejrzenie po raz 24-ty Kevina Samego w Domu

*wedle mojej definicji, rasowe Intense to: Dior Homme Intense dla Dior Homme, Cartier Must Essence dla Cartiera Must, Dior Eau Sauvage Extreme dla Dior Eau Sauvage, CK Euphoria Men Intense dla Ck Euphoria i Guerlain L’Instant PH Hxtreme dla klasycznego L’Instant. Czyli wersja Extreme/Intense jest głębszą, bardziej wyrazistą i intensywniejszą wersją swego protoplasty – i co najistotniejsze, zachowuje jego główny/nadrzędny wątek tematyczny.

dalej przewijajcie…

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego większość współczesnych wypustów pachnie wedle 2-3 najczęściej powielanych wzorców/kanonów/schematów? Co by nie wziąć do ręki z nowości, zapach przypomina coś znanego, coś co już było? A przy tym jest tak nijaki i wtórny, iż trudno wskazać, pod jaką nazwą i marką wąchaliśmy go ostatnio?. Owszem przy tak wąskiej palecie nut zapachowych, trudno uniknąć podobieństw – ale osobiście uważam, że często jest to podobieństwo zamierzone z premedytacją. Tak naprawdę producenci mają gdzieś inwencję i kreatywność w sygnowaniu nowych produktów, bo łatwiej jest sprzedać coś co wcześniej się spodobało/zostało dobrze przyjęte/wstrzeliło się w gusta i wcześniej odniosło sukces komercyjny. Producenci perfum powoli przyzwyczajają nas do kupowania marki i logotypu, a nie produktu, który za nim stoi – stąd brak jakiegokolwiek zaangażowania w proces doboru i tworzenia nowych perfum. Tak jest po prostu taniej i wygodniej, a nieobeznany tłum, ogłupiony reklamą i któremu wpojono wiernopoddańcze umiłowanie względem logotypu/marki – kupi wszystko co mu dają, bo przecież to ma znaczek firmy X lub Y. Wybaczcie mi te żale i plucie jadem, ale szlag mnie trafia, gdy biorę do ręki coś teoretycznie nowego, a dostaję któryś raz z rzędu odgrzewanego kotleta!… Czuję się jakby ktoś robił ze mnie idiotę, wmawiając mi tym pseudo nowym produktem jakąś nową jakość, której tu nie ma i odnoszę wrażenie, nigdy nie miało być… Równie dobrze mogliby nazwać te perfumy Elvis Presley Edition Limitee, albo Conchita Wurst Essence – bo przy obecnej polityce producentów (totalna ignorancja, bazująca na nieświadomości klientów) nie ma to żadnego znaczenia, ani przełożenia na rzeczywiste parametry produktu…

i koniec scrollowania….

hot blonde

Zużyłem bite dwie próbki, by ten zapach rozkminić i spróbować wychwycić w nim coś pozytywnego. Ponieważ tym, którzy jednak przewijali, mogło to umknąć – przypominam, że nowy Kenzo L’Eau Intense nie jest ani L’Eau, ani Intense – to jest to zwykły, niczym niewyróżniający się casualowiec, którego jakiś oportunista przechrzcił na Intense. Klasyczny przykład „kreatywnego marketingu”, gdzie ideologia i otoczka są ważniejsze niż sam produkt. Pomijając niezwykle miłe dla nosa otwarcie, zapach rozczarowuje swą wtórnością i prozaicznością. Owszem jest bardzo przyjemny i spokojny, ale jego ni to ziołowo morski ni to owocowo przyprawowe (acz wybitnie osnute na kardamonie i sandałowcu serce) – jako pomysł na bukiet zapachowy, już dawno mi się przejadło. No ile razy można to wąchać? Owszem jest przyjemny i całkiem poprawnie zestrojony, ale nazbyt podobny do niedawno tu opisywanego Police The Sinner i pierdyliona innych wypustów, które z założenia mają podobać się wszystkim.

Kenzo L`Eau Intense Pour Homme

Jedno przynajmniej mile zaskakuje, a mianowicie to co zastajemy na skórze w zniewalająco przyjemnym akordzie otwarcia. Wykaz nut szumnie głosi, że jest tu yuzu i lima, ale w praktyce jest go tyle (yuzu) co kot napukał do kuwety i akcent ten gubi się w szumie innych i niekoniecznie powalających sugestywnością, nut zapachowych. Uwierzcie, yuzu ma tak specyficzną woń, że nie sposób nie wychwycić jego obecności – no chyba, że jego dawkowanie przypomina to z pasztetu z królika, czyli jedno wołu i jeden królik… 🙂 Najprzyjemniejszą częścią bukietu jest tu otwarcie, dźwięczne, soczyste i po prostu zniewalające jowialnością i serdecznością tworzących je nut. Jest więcej niż ładne, lekko słodkie, takie cytrusowo – owocowe i pięknie rozświetlone odrobiną geranium. Niestety z chwilą gdy wybrzmi, jest już tylko gorzej. Zapach robi się zielono przyprawowy, choć trudno tu wyłuszczyć cokolwiek poza kardamonem i odrobiną szałwii muszkatołowej (a miała być bazylia) i przebijające się z dna akcenty drzewno piżmowe, z dominującym sandałowcem. Niezbyt wyraźne i bogate w detale, ale na tyle znośne i dobrze skorelowane – iż tworzą spójną, choć nie powalającą oś bukietu.

Kenzo - L`Eau Intense Pour Homme

Naprawdę nic tu Was nie zaskoczy, ani nie porwie – ot poprawny do bólu (politycznie), bardzo przeciętny zapach, silący się na śródziemnomorską, klasycznie męską elegancję. Nie mający nic wspólnego z eksplodującą sugestywną, musującą, zmrożoną świeżością cytrusów z serii L’Eau, ani ich podkręconą, głębszą i zintensyfikowaną wariacją na modłę Intense. To tylko tani chwyt reklamowy, by jakoś zwrócić na ten zapach uwagę, bo sam zapach raczej nie zdoła skupić na sobie uwagi. Nie powiem nosi się go przyjemnie i bez zgrzytów, zwłaszcza jeśli lubicie umiarkowanie wytrawne casualowce i nie przeszkadza Wam polot, a’la D&G Living Stromboli… O dziwo zapach choć emanuje umiarkowaną projekcją, jest bardzo trwały. Jego lekko słodkawy, umiarkowanie drzewny bukiet utrzymuje się na skórze ponad 8 godzin i jest to najmocniejszy atut tych perfum.Kenzo - L`Eau Intense Pour Homme EdT

rok powstania: 2015

projekcja: umiarkowana

trwałość: bardzo dobra

Głowa: yuzu, lima, woda morska,
Serce: czarna bazylia,
Baza: cedr, wetyweria,

Reklamy

Responses

  1. słabe i wtórne perfumy, niepwradopodbna rzecz, że kenzo wprowadził coś takiego do swojego portfolio

    • sarkazm czy ironia? 🙂

      • ogólne zażenowanie. Coś takiego po wspaniałym Kenzo Night…

  2. Proponuję subiektywną zakładkę „mniam” i drugą ku przestrodze „uwaga” albo „dlaczego ja” ; )

    • oraz „sex”, „nude Kim Kardashian” i „royal baby” oraz podobne nabijacze popularności? 😉

  3. I tak się sprzeda 😉

    • no ba – w końcu to najmodniejsze w tym sezonie Intense i w ogóle nowość 🙂

  4. jeśli chodzi o „prawdziwe” Intense to dodałbym do powyższej listy L’Eau d’Issey Pour Homme Intense – jeden z najlepszych flankerów jakie znam

    • nie znam tych perfum, więc trudno mi się odnieść


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: