Napisane przez: pirath | 4 sierpnia 2015

Yves Saint Laurent – Kouros Silver, czyli sromotne nieporozumienie…


Jestem ciekaw jak długo na rynku utrzymałaby się firma produkująca masło, które po spróbowaniu okazałoby się margaryną? Albo kawę, która w istocie jest herbatą, produkt bezglutenowy z glutenem, albo samochód z silnikiem hybrydowym, który jest zwykłym dieslem?. Wiecie, szumna etykieta, a pod nią zupełnie nie to, co producent obiecuje. Niestety w przypadku perfum, konwencjonalne prawo i zasady regulujące otaczający nas świat, zdają się nie obowiązywać. W zasadzie we flakonie można umieścić cokolwiek i cokolwiek na nim napisać, wreszcie można bez skrupułów dać ponieść się inwencji w wykazie składników – i włos nie spadnie nam z głowy, jesteśmy nietykalni. Możemy więc obiecywać cuda na kiju i reklamować się każdym możliwym chwytem i nie ma podstaw, by to zakwestionować i wyegzekwować…

Yves Saint Laurent - Kouros Silver

Ostatnimi laty odnoszę wrażenie, że YSL postawiło sobie za punkt honoru dogonić i prześcignąć Gucci, Bossa i Lacoste w sygnowaniu beznamiętnej nijakości, żerując przy tym na swej legendzie producenta kultowych perfum. Nie wątpię, że obierając taką taktykę osiągną komercyjny sukces, ale będzie to sukces krótkotrwały – bo rozmienienie swej legendy na drobne i jej dewaluacja, przyjdzie szybciej niż myślą. A potem zostanie im konkurowanie z najtańszym massmarketowym ścierwem, od którego już ciężko ich perfumy odróżnić. Perfidnie okłamać lojalnego klienta można tylko raz, gdyż reputację marki buduje się latami/dekadami – a stracić ją można w mgnieniu oka, właśnie przez tego typu zagrywki. No ale to już nastąpi za kadencji nowego dyrektora kreatywnego, więc obecny nie musi się tym przejmować.

Yves Saint Laurent - Kouros Silver reklama

Mogli nazwać te perfumy dowolnie, ale z premedytacją ochrzczono je per Kouros, co poniekąd rozpala wyobraźnię i obiecuje coś bardzo specyficznego. Słowo Kouros w półświatku entuzjastów perfum, to nazwa szczególna – wytrych i słowo klucz, które wielu kojarzy się z potęgą, charyzmą i bezkompromisową męskością, z której słynął Kouros i męskie perfumy, sygnowane jeszcze 2 dekady temu. Ta nazwa do czegoś zobowiązuje, podobnie jak napisanie na flakonie Intense/Extreme/Parfum/Sport/Cologne, etc. Ale nie w mniemaniu YSL, które użyło chwytliwego sloganu „Kouros” i przykleiło tę „nazwę instytucję„, do banalnego i bezpłciowego badziewia, które niczym nie różni się od najbardziej parszywych i pustych wypustów z ostatnich lat. No wyobraźcie sobie, że ktoś bierze zapach pokroju Jimmy Choo, Gucci Guilty, albo Givenchy Casual Chic i sprzedaje je z etykietami: Dior Fahrenheit, Gucci Pour Homme i Davidoff Zino. Nie poczulibyście się oszukani?

Yves Saint Laurent Kouros Silver

Wszystko tylko nie Kouros, bo z Kourosem te perfumy nie mają nic wspólnego!. Trudno oczekiwać, by w dzisiejszych zunifikowanych, metro i lumberseksualnych czasach, ktoś porwał się na dosłowny remake tych kultowych perfum*, ale oczekiwałem choćby powierzchownego podobieństwa – a dostałem jakieś bezpłciowe siuśki pokroju Boss, Gucci, Lacoste. Gdyby nie nazwa YSL na flakonie, zgadywałbym że właśnie któraś z powyższych marek sygnuje ten zapach. Niski, wręcz denny poziom i skrajny populizm bijący od tych perfum, wskazują raczej na mainstreamową masówkę, niż pomazańca godnego nosić imię Kouros. Nie wiem co YSL chciało osiągnąć tym zabiegiem, bo najmłodsze pokolenie mężczyzn nazwy Kouros nie pamięta, a mężczyźni wciąż pamiętający brzmienie klasyka, pomyślą WTF? i solidnie się na markę wkurzą.

*nie chcę gloryfikować Kourosa, bo zaraz na swym rączym rumaku przybędzie Lord Roquort (pozdrowienia + przyjazne czochranie po brodzie), niestrudzony obrońca świeżaków i gorliwy pogromca staroświeckich siekier – w swej lśniącej platynowej zbroi, skropionej paroma kroplami Unforgivable i zatopi swój szczerozłoty miecz w mym, wkrótce goblinim truchle… 🙂

reklama Yves Saint Laurent - Kouros Silver

No dobrze, a gdyby tak odrzucić tę kłamliwą otoczkę i skupić się na przymiotach samych perfum? Też żadna rewelacja, bo podobnie pachnących perfum mamy obecnie na rynku ponad 20 – a te nie wniosły cokolwiek nowego i niczym szczególnym się nie wyróżniają. I prawdopodobnie dlatego marketingowcy YSL postanowili podetrzeć się, tfu! podeprzeć legendą Kourosa, by choćby tą drogą wyróżnić zapach na tle konkurencji. To raczej rześki casualowiec z lekkim przytupem, pokroju Bentleya Azure (choć o 2-3 oktawy lżejszy) i gdyby spróbować sprzedać te perfumy w tej lidze i pod inną, neutralną nazwą – prawdopodobnie bym się nie czepiał, bo i nie byłoby czym zawracać sobie głowy. Ale ponieważ świadomie odnieśli się do nazwy Kouros, no to wypada skonfrontować zapach z jego wielkim protoplastą. Amouage zaprezentowało swego czasu Silver, czyli delikatniejszą odsłonę swego kultowego Gold – i zabieg ten wyszedł im wyśmienicie. Zapach był lżejszy, dyskretniejszy i mniej rozwiązły w epatowaniu swym bliskowschodnim blichtrem, ale wciąż wyraźnie zaciągał swym wielkim protoplastą. Czego zdecydowanie nie można powiedzieć o Kourosie Silver. Odwalili taką sztukę, że w ramach protestu postanowiłem wykreślić człon Kouros z nazwy tych perfum, aby nie profanować pamięci o oryginale. Ufff, wylałem swe żale, wybaczcie i przejdźmy do meritum, a raczej wydania wyroku…

Yves Saint Laurent - Kourosoto oryginał we flakonie w niewinnej bieli, za to zawartość ma wybitnie niegrzeczną…

Wita nas anemiczny i wysoce niezdefiniowany, acz całkiem przyjemny akcent owocowy, doprawiony aromatycznymi ziołami, zieleniną i przyprawami, w które wpleciono coś, co udaje jabłko. Udaje, bo autentyczne jabłko można co najwyżej powąchać w Lacoste Style In Play, a to co tu zaserwowano, bardziej przypomina DKNY Be Delicious, ale w znacznie gorszym wydaniu. Wyobrażacie sobie, by nazywać się YSL i jakościowo zejść poniżej mainstreamu z logo DKNY? Poza rachitycznym jabłkiem i cytrusami jest tu też kardamon, jałowiec i odrobina geranium, dzięki którym ten zapach daje jakiekolwiek oznaki życia. Nie powiem pachnie to przyjemnie, ale niczym się nie wyróżnia na tle najbardziej komercyjnych wypustów z logo CK, Boss i Lacoste. W akordzie serca ujawnia się odrobina upojnej i słodkawo mdlącej tonki, dopełniona szczyptą szałwii i wciąż wybrzmiewającym od otwarcia, ziołowo przyprawowym dopełnieniem z kardamonu i jagód jałowca. Niestety im dłużej zapach gości na skórze, poszczególne akordy wykruszają się i po około godzinie na skórze pozostaje smętny i bezimienny akord drzewny, dopełniony mętną słodyczą bobu tonka.

Yves Saint Laurent - Kouros reklama

Wiecie jak to pachnie? Ten zapach to jedno wielkie deja vu i przy tym niezidentyfikowane deja vu, bo to kopia pewnego stylu z którego garściami czerpią różne marki, niż konkretne perfumy. A bardziej precyzyjnie, zapach przypomina mieszaninę Hugo Boss Element/Unlimited, DKNY Be Delicious i Jil Sander Ultrasense, do którego wg fragrantiki, nikt się nie przyznał – za to duet Michel Girard i Olivier Pescheux już jak najbardziej podpisuje się pod równie zachowawczym Ultrasense White. Panowie się nie wysilili i aż trudno uwierzyć że ten sam duet popełnił całkiem niezłe i swego czasu chorobliwie popularne 1 Milion. Moim zdaniem trudno tu winić perfumiarzy, wszak ktoś ten zapach zlecił i zaaprobował – więc w moim odczuciu odpowiedzialność za to nieporozumienie, spada na YSL.

Yves Saint Laurent - Kouros Silver making ofpomalowane pomadką usta modela z reklamy Kourosa Silver, również nie nastrajają optymistycznie, względem domniemanej „męskości” tych perfum…

Nie ma tu męskości i jaj, próżno szukać w tych perfumach „spoconego i niedomytego robola, wracającego ze zmiany w fabryce traktorów” – jak zwykła określać oryginalnego Kourosa, Sabbath (ściskam i pozdrawiam) i trudno było się z nią nie zgodzić. Kouros Silver to zapach dla metroseksualisty w obcisłych rurkach, popijającego bezkofeinowe i odtłuszczone latte na mleku sojowym, który depiluje sobie pachy oraz klatę i dla takiego jegomościa, te perfumy będą jak znalazł. Nie zwietrzycie po tym zapachu mężczyzny, ani nie poczujecie się w nim męsko. Kouros był chwilami wulgarny i pachniał wręcz fizjologicznie, ale przynajmniej nikt nie miał obiekcji, że używa go facet – gdy Kouros Silver jest wręcz androgeniczny, sterylny, nienagannie domyty i co za tym idzie jałowy. Po użytych składnikach, czuć , że twórcy silili się na męskość, ale efekt końcowy jest neutralny, beznamiętny i ultra poprawny – słowem zatracili istotę tych perfum, czyli ich bezsprzeczną męskość. Szkoda, że w pogoni za poprawnością polityczną i trendami zatracili to, co było najmocniejszym atutem tej nazwy – tworząc coś, co niczym się nie wyróżnia i po prostu gubi w tłumie podobnych konceptów. Brawo, a teraz spróbujcie je sprzedać, podkreślając indywidualny i niepowtarzalny charakter tych perfum…Yves Saint Laurent - Kouros Silver EdT

rok powstania: 2015

nos: Michel Girard i Olivier Pescheux

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: jabłko,
Serce: szałwia,
Baza: nuty drzewne i żywica bursztynowa,

Reklamy

Responses

  1. Trzy razy na lotnisku miałem okazję sprawdzić Silvera, jednak po opiniach tego nie zrobiłem. Wiem nie powinno sugerować się opiniami, jednak coś mnie od niego odciągało i zniechęcało – zresztą Król może być tylko jeden, a właściwie był bo teraz to popłuczyny a nie Kouros. Co najgorsze YSL upodobniło opakowanie i flakon oryginalnego białego protoplasty do wersji Silver a czemu ma to służyć to nie wiem. Oby nie kolejna kastracja, bo dzisiejszy Kouros to jak Fiat 125 p z doklejonym logiem Lamborghini w porównaniu z prawdziwym Lamborghini 😉

    • Otóż to król jest tylko jeden. Pewnych brzmień nie da się przeskoczyć, ani powtórzyć lub chociaż im dorównać, więc moim zdaniem YSL powinno zostawić Kourosa w spokoju i darować sobie żenady. No ale YSL stawia na biznes, gdzie sentymenty i świętości są niczym w zestawieniu ze słupkami sprzedaży, które trzeba windować za wszelką cenę i za pomocą każdego taniego chwytu. Kouros Silver jest żenującą imitacją swego protoplasty, posiłkują się nazwą i kształtem flakonu, ale wyszła im taka kaszana, że poważnie zastanawiałem się czy zapach opisać. Opisałem, ku przestrodze, by ludzie wiedzieli czego unikać jak ognia. Tylko czemu mam wrażenie, że YSL jeszcze nie raz mnie zaskoczy podobnym gniotem? Wszak legend do zszargania mają w swoim dorobku całkiem sporo, np M7…

      • Obawiam się że niestety nie raz. Cała linia l’homme to jest żenada. Od co drugiej osoby na mieście czułem coś strasznie chemicznego i śmierdzącego, długie godziny. Kiedy miałem okazję całą noc podróżować autobusem z takim współpasażerem myślałem że nie dam rady psychicznie i fizycznie. Sprawdziłem ostatnio l’homme Libre, zamurowało mnie 😮 Przecież to ta chemia co wtedy. O dziwo kiedyś Libre pachniał lepiej, znacznie lepiej z klasą. Co ta firma wyprawa to się w głowie nie mieści. YSL powinien się uczyć od Diora, jak wygląda dobra mainstreamowa marka 🙂

        • Ja akurat uważam, że L’Homme to jedne z ostatnich udanych zapachów na rynku. Po prostu kocham „ten perfum” 🙂

          • L’homme to bardzo dobry zapach, ale gdyby wypuścił go np. Calvin Klein. Od YSL oczekuje się raczej czegoś innego, oczywiście adekwatnego do naszych czasów, np. dziś Kouros by nie przeszedł, no może poza niszą.

          • otóż to, po tego kalibru marce oczekuje się wyżej postawionej poprzeczki i na pewno nie populizmu…

          • tak wiemy, choć się z Tobą nie zgadzamy 🙂

        • może nie żenada, ale jest bardzo słaba i auto powielająca jeden, smętny i pozbawiony wyrazu wątek, który eksploatują na potęgę, do znudzenia. Ewidentny przykład odcinania kuponów od czegoś co odniosło sukces komercyjny, choć dotąd nie pojmuję dlaczego…

  2. Veni, Vidi, ale nie Vici…
    Nie będę Cię łajał za białego Kourosa, bo też zaposiadam wersję vintage, i też lubię się czasem nim bardzo ostrożnie skropić, oczywiście w domu.
    A na widok Kourosa Silver moje serce zabiło mocniej, a po przeczytaniu Twojej recenzji radość opadła, jak niesprawny siusiak.
    Aha. Nigdy nie miałem Unforgivable 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    • No to teraz mnie zaskoczyłeś 🙂 Unforgivable, Im The King, whatever, u Seana Johna wszystko pachnie podobnie 🙂
      również pozdrawiam i dla dobra twojej potencji, omijaj KS szerokim łukiem 🙂
      pozdrawiam

  3. Biedny Yves się przewraca…

    • z ust mi to wyjąłeś…

  4. A mnie ciekawi na ile klasyczny Kouros ma zbliżone brzmienie do swojego pierwowzoru sprzed lat i na ile popsuto jego parametry użytkowe. Przyznam się że nie znałem tego zapachu, ale skuszony opisami „legendy” nabyłem ostatnio próbkę, zapewne produktu z najnowszych serii i nie wiem co o tym myśleć ale pachnidło nie miało zupełnie mocy. Spodziewałem się „pieluchy” i „spoconych włosów łonowych” w metrowej aurze wokół siebie więc w końcu poirytowany tą słabością wylałem na siebie 5 ml by po 3 godzinach czuć zaledwie leniwe powiewy czegoś na kształt cynamonu. Owszem, zapach był specyficzny ale parametry miał niakceptowalnie niskie. Co ciekawe jednocześnie miałem próbkę Body Kourosa i przez kilka dni żyłem w błędzie myśląc że ów to klasyk – przy aplikacji nie spojrzałem dokładnie na etykietę. Gdy Body z dziką mocą zaatakował kostką z pisuaru i zwierzęcym piżmem pomyślałem „a więc to jest legendarny Kouros, jest grubo” (będąc skropiony Body przytuliłem mojego kota a biedne stworzenie wyrwało mi się z rąk i zaczęło panicznie się obwąchiwać i lizać futerko ;P). Panie Piracie, jak to jest z tym współcześnie produkowanym Kourosem ? Serio taka lichota czy to tylko mój marny nos, czujący jabłka tam gdzie ich nie ma, ma problem ?

    • ja bym powiedział, że raczej nawiązuje do pierwowzoru, niż go kultywuje w całej rozciągłości. Klasyk na dzisiejsze standardy jest zbyt ciężki, męski i oldskulowy, więc go odświeżono poprzez odchudzenie. Zresztą podobnie jest z Opium, Egoiste, Antaeusem i paroma innymi klasykami. Dziś ludzie preferują lżejsze i mniej natarczywe brzmienia i rynek stara się za tym nadążać, niestety często na siłę… Wierz mi, że gdybyś wylał na siebie 5 mm klasyka, prawdopodobnie zostałbyś aresztowany i skazany za próbę zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem 🙂

    • Szczerze ? Mam Kourosa z lat 80 i 90. Uwierz ten produkowany do samego końca lat 90, nie ma zupełnie NIC wspólnego z dzisiejszym. Król zginął, obecnie to na prawdę popłuczyny po królu. Stary Kouros to miażdżąca projekcja, tony mchu, ostry kwaśny cybet, gorzkie zioła i masa cytrusów. Tego już nie ma :/

      • znam Kourosa z flaszki z początku lat 200X i wtedy jeszcze „miażdżył”. Ale domyślam się, że podobnie jak w przypadku Adidasa Active Bodies, Chanel Antaeusa i Egoiste, YSL M7 i Dior Fahrenheita – spadek mocy jest wprost proporcjonalny do odległości w czasie od premiery… 🙂 Nie ma i nie będzie, bo zapachy muszą ewoluować, podążając za tzw. gustem masowy, trendami i zaleceniami IFRA…

        • Niby można to zrozumieć dlaczego się tak dzieje, ale perfumy to mimo wszystko dobro luksusowe. Można by w Porsche wsadzić hamulce z Pandy, stalowe felgi, pasy na fotelik dziecięcy, 3 cylindrowy eko-silniczek 0,9ccm i też będzie taniej i sprzedaż wzrośnie i Komisja Europejska będzie zadowolona… Jeśli już koniecznie z luksusu muszą robić wysoko sprzedażowe gó…o to dlaczego oprócz różnego rodzaju wersji tych samych perfum (Intense, Extreme itp.) nie ma czegoś co można by nazwać Vintage czy Classic, sprzedawać w butikach trzy razy drożej niż wersje „dla mas”, ale z pierwotną jakością.

          • ależ kilka firm tak robi, min. YSL przeniosło swoje wszystkie klasyki (na czele z M7) do linii La Collection i wciąż je oferuje. Wprawdzie ich brzmienie mniej lub bardziej zmieniło się w porównaniu z oryginałem, ale i tak się ciesze, że wciąż są dostępne. Luksus jest, bo z założenia ma być drogi i elitarny, ale odnoszę wrażenie, że jego jakość nie jest współmierna do jego ceny. Kupując drogie i markowe perfumy, chcę wspomnianego luksusu i jakości, a tej niestety tu coraz częściej nie znajduję. Coś więc jest nie tak i w ten oto sposób zachłanni producenci dóbr luksusowych samemu przyczyniają się do dewaluacji i dekapitalizacji poletka, na którym orzą 🙂

      • true! moj Tato używał Kourosa pierwszego, tego „prawdziwego”, późniejsze wersje to jakaś pomyłka 😦
        żal, bo to był fantastyczny zapach i nie pojmuję, dlaczego/po co go skiepścili….

        • bo chłopcy w rurkach i emo grzywkami go nie kupowali, bo zapach ich gwałcił swą mocą? 🙂

  5. Z tą definicją luksusu to trafił pan w sedno panie Piracie, zerknąłem na cenę Silvera i oniemiałem, 320 zł za setkę w internecie, aż strach pomyśleć ile w sieciówkach za to „dzieło” ;P

    • no cóż, liczą sobie za markę i próbują odbić gigantyczne nakłady na marketing, stąd cena 🙂 a to że zupełnie niewspółmierna do walorów samego produktu, to już inna bajka 🙂

  6. Sami kręcą na siebie bat przez takie działania.
    Ale po zmianie nazwy marki odcięcie z niej „Yves” już nic mnie nie zdziwi.
    Myślę, że po tych geniuszach, którzy wpadli na ten pomysł słuch wkrótce zaginie, a ludzie zawsze będą kojarzyć markę z YSL.
    Ale niekoniecznie wybitnymi perfumami…

    • dokładnie, dla mnie pozbycie się Yves z nazwy to był ten moment, gdy straciłem dla YSL cały szacunek jaki jeszcze do nich miałem, właśnie przez pryzmat Yvesa i jego chlubnych dokonań. Yves był solą i tożsamością tej marki, dziś wydmuszki która próbuje ślepo podążać za trendami i zmieniającą się modą, ale nie tędy droga. Dla mnie ojcobójca (tu w kontekście marki pozbywającej się z nazwy własnego ojca) zasługuje na ostracyzm i powinna być bojkotowana przez klientów.

  7. A już się napaliłem na Silver – ale nie cierpię chłopczyków w rurkach. Dzięki za recenzję. Świadomie nie używam wiadomej nazwy.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: