Napisane przez: pirath | 3 listopada 2015

Demeter – Snow, czyli nowa definicja czegoś „interesującego jak zeszłoroczny śnieg”…


Opisując jakiś zapach, teoretycznie nie powinno się sugerować jego nazwą. Jest to bardzo trudne, bo nazwa stojąca za perfumami kusi i coś obiecuje – więc nie sposób od niej uciec. Sam zresztą „napalam” się nazwą, a później wyszydzam jej rozbieżność z produktem, pastwię się nad urojoną intensyfikacją, czy egzaltowanymi aktami strzelistymi w oficjalnym dossier producenta – wreszcie wyimaginowanym i niepełnym wykazem nut. Życie uczy, że często ta szumna nazwa, w niewielkim stopniu pokrywa się z rzeczywistością (choćby niedawno opisany Demeter Grass, który poza nazwą, nie ma nic wspólnego z trawą) – a do tego dochodzą subiektywne odczucia, związane z oblatywaniem danych perfum, jakże indywidualne dla każdego z nas.

Demeter SnowAle w przypadku tych konkretnych perfum, ich nazwa jest kluczem, niezbędnym do zrozumienia, prawidłowego zlokalizowania i właściwego zinterpretowania całej kompozycji – co poniekąd stawia pod znakiem zapytania jej walory użytkowe. Nie wyobrażam sobie tłumaczenia każdemu z osobna, że perfumy których używam to górnolotna i wyszukana, rzecz jasna uniseksowa, Nisza (celowo przez duże N), pachnąca śniegiem. Ale z drugiej strony część ludzi, używa perfum (a zwłaszcza niszowych), przede wszystkim z myślą o sobie i własnym samopoczuciu – i to właśnie do nich, kierowany jest ten nietuzinkowy zapach.

płatek śniegu

Tym razem ten „śnieg” w nazwie, to nie czczy populizm i chwyt marketingowy, a cenna wskazówka. Perfumy pachnące śniegiem? brzmi nieprawdopodobnie, intrygująco i na tyle szokująco, że wielu w ciemno sięgnie po Visę i kupi. Ale pomijając dyskusyjne walory użytkowe tak hermetycznej kompozycji, Demeter Snow jest naprawdę ciekawym i wybitnie niszowym pachnidłem, o naprawdę zaskakującym brzmieniu. Śnieg tylko pozornie nie pachnie. Pachnie i to dość specyficznie, choć jest to woń na tyle subtelna i neutralna, że zwykle po prostu ją ignorujemy (bo zwykle pachnie podobnie jak powietrze które go otacza, poniekąd też pachnące śniegiem, ale o tym za chwilę) – a zwłaszcza gdy nasze nozdrza mogą się skupić na intensywniejszych i ciekawszych akcentach otoczenia. Śnieg pachnie między innymi tym co było w powietrzu, chłonąc jak gąbka zapach dymu, sadzy, kurzu, pyłków i innych śmieci, którymi oddychamy zimą (pozdrawiam mieszkańców Krakowa). Czasem jest niemal bezwonny, pachnie wodą i powietrzem – by w innej części świata/kraju/regionu pachnieć atmosferą miejsca, w którym zalega. I niekoniecznie muszą to być żółte zacieki, zostawione przez czyjegoś jamnika… 🙂

brudny śnieg

A jakaż to przedziwna korelacja nut, próbuje naśladować zapach śniegu? Mi to pachnie wpierw sfermentowanym moszczem winnym (tym samym, którego doświadczycie w Kamieniu Filozoficznym Durbano), a później mchem, glonami i słodkowodnymi wodorostami. Wiem, że to dyskusyjne połączenie z pozoru przypadkowych nut i moja odczucia wydają się nieprawdopodobnie naciągane, ale naprawdę tak to odbieram. Sam nie mogę uwierzyć, że korelacja tak dziwnych i pozornie w niczym sobą nieprzypominających śniegu nut – może tak wiernie oddać jego zapach – choć i tu nie obejdzie się bez wizualizacji i odrobiny wysiłku, by wwąchać się w zapach. Wierzcie mi, należę do osób które mają gdzieś nazwę, skład, cenę i opis producenta, wolę wyrobić sobie własne zdanie w oparciu o własne uczucia, ale tu nazwa perfum ma naprawdę kluczowe znaczenie. Snow nie są wyraziste ani dosłowne, ale miks tworzących je składników, przy odrobinie wysiłku rzeczywiście potrafi wykreować i przywołać z odmętów naszej wyobraźni, zapach śniegu.

zalegający śnieg

W tym szaleństwie pozornie przypadkowych nut, jest coś co autentycznie przypomina/emuluje śnieg. Ale Snow, to nie purystyczna, nieskazitelna biel świeżo opadłego śniegu, dziewiczego, krystalicznie czystego i puchowego – a niemal rozmokłe, zbite, brudne, zleżałe i ubite grudy brudnego śniegu, który zalega na ulicy/parku/dachu, od dłuższego czasu. Brudna i miejscami rozmokła breja, której woń czujemy, min. unosząc z posadzki pokryte śniegiem obuwie. Pod butem została brudnawa kałuża z roztopionego śniegu – a to co czuję na skórze, bardzo mocno przypomina tę jakże specyficzną i swoistą woń. Czuję brudny, zbity w grudy, zleżały, ciężki, zeszłoroczny oraz solidnie przesycony zanieczyszczeniami z powietrza śnieg, które zebrał opadając i absorbując je z tej cieniutkiej warstewki kurzu i pyłu – a która zaczęła go z czasem pokrywać, zabijając i kalając jego nieskazitelną biel i świeżość.

śnieg nad rzeką

Tak też pachnie roztapiający się śnieg, zalegujący w pobliżu górskiego strumienia, budzącego się do życia po zimie. Snow to śnieg zbity w grudy, zleżały, ciężki i zeszłoroczny, czyli solidnie przesycony zanieczyszczeniami z powietrza, które zebrał opadając i absorbując je z otoczenia. Pachnie mokrymi i pokrytymi glonami kamieniami, obmywanymi przez lodowaty, krystalicznie czysty nurt. Ten śnieg lepi się do butów, odzieży i opon samochodu, a woda, która pozostaje po nim pod obuwiem, ma specyficzny i wyrazisty zapach, choć głównie za sprawą syntetycznego materiału, z którego wykonano podeszwę i resztek ziemistego błota. Za tę specyficzną woń deszczu odpowiadają bakterie, których obecność w deszczówce (a śnieg to zamrożona deszczówka) i co za tym idzie substancje uboczne, towarzyszące ich przemianie materii – odpowiadają za tę dziwną woń, którą kojarzymy z mokrą dżdżownicą i deszczem.

górski strumień

Czy to autosugestia? nie sądzę, bo to wszystko naprawdę czuć – tyle, że wpierw trzeba poznać nazwę i potraktować ją dosłownie. Wówczas ta pozornie przypadkowa mieszanina teoretycznie losowo skleconych ze sobą ingrediencji – zaczyna się układać w całkiem spójną i swoistą całość. Innymi słowy mówiąc, ten zapach nabiera sensu, dopiero gdy uświadomimy sobie jego kontekst, choć i bez tego jest ciekawy. Oczywiście nazwa Śnieg w odniesieniu do całości, jest już wysoce umowna i wymaga sporego dystansu i empatii, by przełknąć ją w kontekście reszty brzmienia. Zwłaszcza w fazie dojrzałej gdy kompozycja wybrzmiewa monotematyczną, niepozorną, cichą i na wskroś dyskretną nutą ozonowo kwiatową (ala wiosenna świeżość), o niezdefiniowanym, acz niezobowiązująco przyjemnym, jak w przypadku środków piorących, wianuszku nut.

topniejący śnieg

Snow w swej fazie dojrzałej pachnie bardzo podobnie do finiszu Avon Pure O2, a O2 jest jednym z najprzyjemniejszych świeżaków, o rasowo chemiczno detergentowym rodowodzie jaki znam. Faza dojrzała to proste, dyskretne, urocze i przyjemne brzmienie – zresztą trudno oczekiwać całego wianuszka ingrediencji, które trafnie i sugestywnie oddawałyby zapach śniegu, przez całą bytność zapachu na skórze. Zapomnijmy więc o śniegu, skupiając się na walorach artystycznych i samym brzmieniu. A to jest całkiem miłe, niebanalne i zaserwowane z typową dla Demeter oszczędnością formy i projekcji. Ten zapach nie żyje długo, ale w przypadku tak ewidentnej Sztuki, parametry użytkowe schodzą na dalszy plan.Demeter Snow EdC

rok powstania: 1999

nos: Christopher Brosius

projekcja: umiarkowana, z czasem oszczędna

trwałość: dostateczna

Skład: (domniemany) śnieg, łzy rusałki, oddech śnieżnego jednorożca, piżmo z futra Yeti oraz (dosłowny): moszcz winny, mech, glony, wodorosty, zapach ziemi, nuty ozonowe i wodne oraz jakieś wiosenne kwiaty, prawdopodobnie magnolia i krokus,

Advertisements

Responses

  1. To chyba norma u Demeter jeśli o parametry chodzi, domyślam się że tak jak mówiłeś każdy znajdzie coś dla siebie w tej dziwacznej a zarazem oczywistej wydawało by się ofercie. Mam jednak wrażenie klepania kasy na samej ideologi bycia niszowym. Sam miałem pierwotnie smak na New Baby ale nie wiedząc czemu skusiłem się na Trawkę i był Zonk. Chyba warto podążyć za pierwotną myślą i zdobyć zapach świeżego dziecka ale mocno obawiam się brać w ciemno. Marka lubi chemie syntetyczną z którą mi mimo wszystko nie po drodze.
    Na śnieg wolę jeszcze chwilkę poczekać do nadchodzącej niebawem zimy 😉

    • owszem sporo tu ideologii, pompatyzmu, wyszukanego nazewnictwa, szokowania, kuszenia i mamienia, jak to w przypadku każdej marki perfumeryjnej – ale tu w parze z amazingiem idzie błyskotliwość, kreatywność i trafność z jaką uzyskuje się zbieżność nazwy z samą kompozycją. Pod tym względem wielkie brawa, big szacun i mam nadzieję że takich perełek znajdę w przepastnych zasobach tej marki dużo więcej 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: