Napisane przez: pirath | 31 grudnia 2015

podsumowanie roku 2015…


Mijający rok zaliczam do całkiem udanych pod względem ilości interesujących premier, choć może niepokoić dość obszerne portfolio nominacji do „porażki roku„. Wprawdzie zabrakło mi większej obfitości premier powalających, dosłownie miażdżących swą świeżością, odważnych i bezprecedensowych – co rekompensowałoby i zacierało niesmak po powyższym, ale i tak jest nieźle. Oczywiście podkreślam, że niniejsze zestawienie jest subiektywne, więc nie musicie podzielać mojego typowania – zwłaszcza, że co najmniej kilku murowanych pretendentów nie zdołałem poznać na czas. Celem tego podsumowania jest zaakcentowanie pojawienia się zapachów przede wszystkim wybitnych i wyróżniających się – dobrych, ciekawych i reprezentujących naprawdę wysoki poziom, zarówno w formie jak i treści. I nie chodzi wyłącznie o nowości, a o zapachy, które po prostu warto w moim mniemaniu poznać. Ale nie zapominajcie, że to przede wszystkim Wam ma się podobać zapach, który wybierzecie i nosicie, więc nie traktujcie poniższego obligatoryjnie, albowiem są gusta i guściki.

Niestety żyjemy w czasach, gdy nie sposób zaufać reklamie, ani pomocy często niekompetentnych i koniunkturalnych sprzedawców, więc pozostają tylko niezależne rankingi, zestawienia i podsumowania. Jeden taki mam przyjemność Wam zaproponować i mam nadzieję, że okaże się przydatny. Choćby po to, by móc uniknąć sztampy i swoistej dezorientacji, związanej z obszernością oferty w perfumeriach. W tym roku konsekwentnie nie będę wyłaniał zwycięzcy, skupiając się wyłącznie na nominacjach – abyście wiedzieli, nad czym warto się potencjalnie pochylić. To tylko propozycje, ale to Wy decydujecie na co wydacie swoje ciężko zarobione dublony, gdy moja rola sprowadza się do wstępnego odseparowania ziarna od plew. Życzę miłej lektury i jak zwykle zapraszam do konstruktywnej polemiki oraz zgłaszania własnych typowań i propozycji.

No to zaczynamy, oto moje propozycje najlepszych premier, odkryć i największych porażek mijającego anno 2015!

 

Najlepsze premiery roku:

 

Bentley – Infinite EdT – nieco wtórny i niebezpiecznie ociera się o dwie (a nawet trzy) inne i bardzo udane kompozycje – ale mimo wszystko łał! Efekt końcowy jest piorunujący i nic tylko klaskać i piać z zachwytu, nad kunsztem i warsztatem Nathalie Lorson!. Infinite EdT to najpiękniejsze, najbardziej wzniosłe i poruszające akcenty z kultowego Terre d’Hermes i Terre Eau Tres Fraiche oraz mniej znanego, acz nie mniej urodziwego The Different Company Sel de Vetiver, w jednym flakonie!. Z niesamowitą gracją, finezją i pietyzmem połączyła dwa z pozoru zupełnie odmienne brzmienia, w jedną niesamowicie urodziwą i spójną całość – uzyskując coś szlachetnego i zarazem zniewalająco przyjemnego. Tak przyjemnego i poprawnego, że zmazała tym grzech śmiertelny ewidentnego powielania powyższych kompozycji.

Bentley - Infinite Eau de Toilette

Piotr Czarnecki – Sensei EdP – najnowsza i już w pełni użytkowa odsłona Sensei, którego dzięki uprzejmości jego autora, miałem przyjemność poznać w jego wszystkich odsłonach przedpremierowych oraz designerskich. Nawet w odsłonie dostosowanej do surowych wymogów IFRA, wciąż prezentuje się fenomenalnie i robi nie mniejsze wrażenie na wąchających. A jego szlachetny i nobliwy sznyt nawet zyskał na detalach, w stosunku do wcześniejszych wersji. Finalny Sensei EdP (na razie męski) to pod względem kroju i jakości wykonania, wielki krok do przodu i tu wypada Piotrowi jedynie powinszować samozaparcia, konsekwencji i dbałości o jakość. No i zawsze to sukces rodaka, więc tym bardziej jest co świętować!.

Piotr Czarnecki - Sensei EdP

Prada – Infusion de Vetiver 2015 – pomimo iż to sequel, remake i wersja poprawiona, temu zapachowi udało się przebić własny oryginał!. Prada Vetiver 2015 jest jeszcze lepsza, obfitsza, przyjemniejsza, doskonalsza i bardziej vetiverowa niż wersja klasyczna – a przyznacie, że poprawa w tę stronę to rzadkość nad rzadkości, wręcz precedens!. Wielkie brawa dla Prady, za po pierwsze przywrócenie światu tego zacnego i urzekająco urodziwego pachnidła, a w dodatku w tak wzniosłym wydaniu – oraz udowodnienie ponad wszelką wątpliwość, że jak się chce to można. Umarła Prada Infusion de Vetiver, niech żyje Prada Infusion de Vetiver 2015!.

Prada Infusion de Vetiver 2015

Viktor&Rolf – Spicebomb Extreme – bardzo udana próba przeniesienia brzmienia brzmienia do ligi/edycji zintensyfikowanej. O ile pierwotny Spicebomb bardziej mnie zirytował niż zachwycił swą wtórnością i chaotycznością brzmienia – to daleko bardziej uporządkowana, przemyślana, konsekwentna i wykwintna wersja Extreme, zasługuje na same pochwały. Spicebomb Extreme to również wyborny przykład, iż jak się chce, to można wypuścić pachnidło zgodne z modą i trendami – a jednocześnie wciąż na temat i o nienagannych przymiotach jakościowo użytkowych.

Viktor&Rolf - Spicebomb Extreme

Hugo Boss – Bottled Oud – naprawdę solidnie zaserwowany oud, zwłaszcza że mowa o Hugo Bossie, królu komercyjnego mainstreamu. Wprawdzie moda na oud i oudomanię zdaje się szczęśliwie przemijać, więc nieco zapóźniona względem mody premiera oudowego Bossa może zaskakiwać – ale jakaż to premiera!. Czasem warto wstrzymać się, przeczekać największy boom, wysyp, wręcz zalew trendsetterskich nowości, by własny produkt nie zginął w tłumie klonów. I tu duże brawa dla Bossa za przede wszystkim jakość oraz cierpliwość i opanowanie, zwłaszcza że mają się czym pochwalić. Szkoda by było, aby ich całkiem udane pachnidło zginęło w natłoku pierdyliona innych oudowców, więc moim zdaniem dobrze wybrali czas na tę premierę. Czasem warto się spóźnić, aby jeszcze bardziej zaskoczyć i przy okazji nie przejść z tak dobrą premierą bez echa.

Hugo Boss - Bottled Oud

Lalique – Hommage a L’homme Voyageur – jedna z najlepszych obok Bentleya i Prady premier tego roku. Jestem zachwycony i nieodmiennie urzeczony rozkosznym, wręcz orgazmistycznym krojem tego arcy wysublimowanego pachnidła, którego premiera przeszła bez większego echa, a szkoda. Warto zaznaczyć, że to nie jest wersja Intense, Extreme, ani Parfum klasycznego Hommage z 2011, a zupełnie odmienna stylistycznie wariacja, nie mająca z pierwowzorem nic lub niewiele wspólnego. To zupełnie nowy i diabelnie przyjemny koncept i jeśli mam być szczery, Voyageur zrobił na mnie dużo większe wrażenie niż oryginał, a najbardziej swą lekkością i wszechstronnością.

Lalique - Hommage a L'homme Voyageur

Armani – Acqua di Gio Profumo – doskonale zaserwowana odsłona brzmienia kultowego Armaniego, w wersji perfumowanej. Zapach przeniesiono do wersji perfumowanej z wyczuwalnymi modyfikacjami brzmienia, ale z rewelacyjnym efektem końcowym. Paradoksalnie jest mniej nośny i utemperowano go, ale w moim odczuciu, wyszło mu to tylko na dobre. Jego morską szorstkość utemperowano i przygaszono, ale zyskał na tym zabiegu sporo elegancji, szyku i klasy. Odmłodniał niczym Krzyś Ibisz, dzięki czemu lepiej wpasowuje się w teraźniejsze preferencje klientów – przy czym jego odświeżony krój, wciąż robi niesamowite wrażenie.

Armani - Acqua di Gio Profumo

 

Calvin Klein – Reveal – pachnie nieco wtórnie i zachowawczo, pod tym względem może rozczarowywać, przez to łatwo przejść obok tych perfum obojętnie – ale mimo wszystko to urodziwie i solidnie zaaranżowane od strony technicznej pachnidło. A przecież właśnie o to chodzi w mainstreamie, by zapach był miły, łatwy i przyjemny, by nie męczył i pasował do wszystkiego. Nie powiem, znów się Calvinowi udało, choć zapach niebezpiecznie ociera się o sztampę i banał, za to nadrabia to z nawiązką naprawdę niecodziennymi jak na mainstream parametrami. Ewidentnie widać, że CK polepszył parametry zapachów sygnowanych z myślą o rynku europejskim, więc wypada zdjąć jego perfumom etykietkę nietrwałych i z mikrą projekcją.

Calvin Klein - Reveal

Calvin Klein – Eternity Now For Men – niby banalny i infantylny, ale daje ogromną dawkę radości i endorfin. To taki wehikuł czasu we flakonie, który z łatwością cofnie nam metrykę, o kilkanaście lub kilkadziesiąt lat i znów pozwoli się cieszyć zapachem i smakiem balonowej gumy do żucia. Jest lekki, niesamowicie przyjemny i naprawdę cieszy, a przy tym zalicza się do wąskiego grona zapachów o zbliżonym kroju (ala Clinique Happy, czy RSVP Kennetha Cola). Ten zapach nadaje się dla każdego i nie ważne czy masz 16 czy 60 lat, polepszy Ci samopoczucie i uświetni sobą każdą, niezobowiązującą okazję.

Calvin Klein - Eternity Now For Men

Jean Paul Gaultier – Ultra Male – nieco odmienna od stylistyki Le Male (tak wiem, trudno w to uwierzyć), ale wybornie zaserwowana i umiejętnie przemycona, zintensyfikowana odsłona, kultowego Le Male. O dziwo Ultra Male, na co wskazuje nawet odmienna nazwa, nie jest kopią, ani kontynuacją znanego wszystkim brzmienia, a czymś naprawdę nowym, świeżym i pomimo zgoła odmiennego kroju, równie pociągającym. Cieszę się, że ten zapach przerwał niekończącą się serię klonów Le Male i jednocześnie wyraźnie odciął się (w teorii) od zbiorowej paranoi intensyfikowania i ekstremowania wszystkiego co posiada flakon i atomizer. To nie Le Male Intense, Extreme ani Pafum, choć wybieg jest czysto taktyczny, bo w praktyce czuć iż jest to pachnidło bardzo intensywne i intrygujące – acz marketingowo, sprytnie ten fakt zawoalowano.

Jean Paul Gaultier - Ultra Male

Iceberg – Iceberg Man – przesympatyczna i wykonana z polotem nowoczesna inscenizacja kultowej Romy od Laury Biagiotti. Roma to porywające pachnidło i choć nie wszyscy kochają ten ultra finezyjny sznyt, nie sposób zignorować magię i urok drzemiący w klasyku. Niestety czasy się zmieniają i nawet ociekające upojną, finezyjną i arcy przyjemną słodyczą casualowce – muszą się zmieniać i ewoluować, aby nadążyć za ewoluującymi gustami klientów. Powstała więc Roma Essenza i Mistero oraz bardzo przypominający Romę, acz w wyraźnie nowocześniejszej i ździebko odchudzonej formie, Iceberg Man. Owszem, na pierwszego niucha to plagiat i perfidna zrzynka z Romy, choć nieco inaczej, świeżej, subtelniej i nowocześniej ukazana, ale wciąż wykwintna i emanująca polotem oryginalnego konceptu Biagiotti. To taka Roma w wersji light.

Iceberg - Iceberg Man

 

Najlepsze odkrycia roku:

 

CdG – Black (2013) – za przecudnej urody i dosłownie powalające brzmieniem połączenie pieprzu i kadzidła. Tak dobre, ba powalające, że przyćmiło nawet kultowego Bois d’Encens od Armaniego. Oto kadzidło niemalże ortodoksyjne, choć bynajmniej nie ma w nim sakralności Cardinala czy Avignon. To bardziej chłodne i upojne swą surową, przaśną naturalnością olibanum z Rock Cristal Oliviera Durbano, więc ukazano je w bodaj najszlachetniejszej z form. Dopełnia je równie sugestywnie ukazany pieprz, a razem stanowią po prostu fenomenalne połączenie – więc gorąco polecam tym wszystkim, którzy jeszcze tej orgii dla zmysłów nie znają.

Comme des Garcons Black

Dior – Homme Eau for Men (2014) – ponadprzeciętnej urody casualowiec od Diora, nie tyle zamiennik, co przepięknie skrojona alternatywa dla ich nieziemskiego Diora Homme Sport i jednocześnie wyborne pachnidło dla chcących pachnieć lekko i z klasą. Nie, nie jest podobny do Homme Sport, to raczej alternatywa propozycja dla tych, którym zniewalający bukiet wersji Sport, nie przypadł do gustu. Ten zapach to wyborny popis kunsztu i warsztatu Francoisa Demachy, nadwornego perfumiarza marki Dior, więc warto poznać choćby po to – aby skalibrować sobie nos w oparciu o wzorzec pachnidła skrojonego w sposób doskonały.

Christian Dior - Homme Eau for Men

Acqua di Parma – Colonia Intensa (2007) – przepięknie zaserwowana interpretacja kultowej wody kolońskiej, w wykonaniu słabo u nas znanej marki,  Acqua di Parma. Lekkość, finezja i polot, mniej lub bardziej wiernie ocierający się o to, co przywykliśmy określać mianem wody kolońskiej – a przez to będący nader oryginalnym, ciekawym i przy okazji urzekająco przyjemnym przedstawicielem tego gatunku. Oto wyborny przykład, że woda kolońska nie musi trącić starym dziadem, ani przypominać siermiężne i archaiczne wypusty sprzed dziesięcioleci.

Acqua di Parma - Colonia Intensa

Clinique – Happy for Men (1999) – endorfiny, endorfiny i jeszcze raz endorfiny, od których banan autentycznie nie schodzi z mordki, a do tego absolutnie ujmujący, niebanalny, bezprecedensowy świeżak – dla miłośników niezobowiązujących, słitaśnych i diabelnie przyjemnych w odbiorze pachnideł. To pachnidło choć dość leciwe, nie doczekało się godnego precedensu (poza CK Eternity Now) i naprawdę wyraża to, jak je nazwano. Autentyczne szczęście w płynie i jeśli jeszcze jakimś cudem go nie znacie, to marsz do perfumerii!.

Clinique Happy for Men

Davidoff – Zino (1986) – staruszek, ale z łatwością kasuje nie jednego młodego byczka, prężącego swój wysmarowany oliwką i nienagannie wydepilowany tors. Żałuję, naprawdę żałuję, że tak późno poznałem to zacne pachnidło, bo niewiele jest na rynku kompozycji, które tak pięknie się zestarzały. Zino jest niczym Sean Connery, który z wiekiem wygląda coraz lepiej i nie stracił nic ze swojej niewymuszonej elegancji i charyzmy. To klasyk, który nijak nie przypomina rasowej, oldskulowej siekiery – co więcej, nie stracił nic ze świeżości, którą emanował w dniu swej premiery, blisko 30 lat temu. Bodaj jedynie Kenzo Jungle pachnie podobnie, ale śmiem twierdzić iż Zino pachnie jeszcze lepiej i nie mniej narowiście.

Davidoff - Zino

Dolce & Gabbana – Pour Homme Intenso (2014) – diabelnie dobra, nieprzekombinowana, konsekwentna i doprawdy zacna w odbiorze reedycja kultowego Pour Homme, tym razem w najmodniejszej w tym sezonie edycji perfumowanej. Dawno, dawno temu, przed pierdylionem reformulacji, był sobie klasyk od Dolce & Gabbana, który porywał swą ultra wyżyłowaną wytrawnością i nie miał sobie równych pod względem charyzmy, nośności i trwałości. Niestety wykastrowano go i obecna odsłona jest ledwie cieniem męskości, siły i charyzmy tych perfum, czego wielce żałuję. Dawny Pour Homme był tak ostry i władczy, że zarost na twarzy bał się kiełkować, a włosy na klacie ulegały samoistnemu skręcaniu. Intenso w dużym stopniu rekompensuje ten deficyt mocy i charyzmy – w dużej mierze przywracając do życia, to co bezpowrotnie utraciliśmy. To kawał naprawdę pięknie skrojonych perfum, które dla odmiany pachną jak na Intenso przystało i przy okazji rehabilitują markę w oczach sfrustrowanych klientów.

Dolce & Gabbana - Pour Homme Intenso

Yas Perfumes – Al Malaki (?) – naprawdę interesująca i mam wrażenie, dużo ciekawsza alternatywa dla kultowego w niektórych kręgach Black Afgano. Niby na rynku jest kilka zapachów mniej lub bardziej podobnych do kultowego Nasomatto, ale są drogie i trudno dostępne. Z dostępnością tych również jest problem, wszak to specyfik rodem z bliskiego wschodu, ale mimo wszystko bardzo interesujący i wart zachodu, by go poznać.

Yas Perfumes - Al Malaki

Dior – Homme Parfum (2014) – wprawdzie wspominałem o Homme i Fahrenheicie w wersjach perfumowanych już w ubiegłorocznym zestawieniu, ale są tak dobre, że nie mogłem się powstrzymać. No i formalnie oraz wyczerpująco opisałem je dopiero w tym roku, więc łapią się. Homme Parfum to pokaz możliwości i siły Diora oraz wyborny przykład jak powinno pachnieć pachnidło w koncentracji EdP, inspirowane swoim kultowym klasykiem. W szeregach linii Homme zaszły pewne przetestowania, roszady i nieuniknione reformulacje, a ten zapach jest niekwestionowanym ukoronowaniem całej serii, w jej aktualnej odsłonie.

Dior - Homme Parfum

Dior – Fahrenheit Le Parfum (2014) Demachy podniósł bloter na świętość, więc po pierwsze gratuluję mu jaj za odwagę oraz w nie mniejszym stopniu wyśmienitego warsztatu, którego posiadanie – udowodnił tym pachnidłem ponad wszelką wątpliwość. Tym zapachem Dior udowadnia, że można porwać się na kultowego klasyka, w sposób godny, bezstratny i nadal coś wnoszący – bez jednoczesnego kalania pamięci i czci nobliwego protoplasty. Jeśli jakiś perfumiarz zaprzedał duszę diabłu (niczym Twardowski, Tiger Woods i Michael Phelps), w zamian za talent i kunszt w kreacji – to jest nim właśnie Demachy (obok Elleny)… dokonać czegoś niemożliwego, czyli stworzyć Fahrenheita Parfum nie mógł zwykły człowiek, a jemu się udało… 😀

Dior - Fahrenheit Le Parum

CB I Hate Perfume – Burning Leaves (2005) – zapach płonących liści klonu. Niby tylko tyle, ale i aż tyle. To chyba jedna z najbardziej obrazoburczych, powalających autentyzmem i oryginalna propozycja z pogranicza ortodoksyjnej niszy ekstremalnej. ten zapach to taki zwariowany performance, ale przy tym diabelnie naturalny, przyjemny i mile się kojarzący. Niby zapach płonących liści to nic nadzwyczajnego – zwłaszcza jesienią, ale odtworzenie go w sposób tak uroczy i sugestywny, zasługuje na wyróżnienie.

CB I Hate Perfume - Burning Leaves

Cerruti 1881 – Bella Notte Man (2014) – niepozorne pachnidło od niepozornej i niezbyt popularnej marki, a mające do zaoferowania dużo więcej niż pachnidła reklamowane w kolorowych pisemkach. Cerruti to w Polsce marka równie egzotyczna jak Cartier, Hermes, czy Lalique, a nawet mniej znana. Ale ich perfumy są naprawdę czarujące i wysmakowane – więc aż szkoda, że triumfy święcą zapachy od marek miernych, ale bardziej rozpoznawalnych. Swego czasu zakochałem się w niepozornym Cerruti Si, a Bella Notte jedynie utwierdził mnie w przekonaniu, iż cenię tę markę nie bez powodu.

Cerruti 1881 - Bella Notte Man

 

Największe porażki roku:

 

Dior – Sauvage – za porażający poziom banału, ignorancji, braku szacunku i koniunkturalności. Wreszcie za zdradę ideałów, zszarganie własnego dobrego imienia i plunięcie w twarz własnym klientom. Sam zapach nie jest tragiczny, ale to nie jest poziom Diora, więc pojawienie się tego wybitnie koniunkturalnego bękarta uważam za osobistą porażkę Demachy oraz cios w jak dotąd nieposzlakowaną reputację Diora i mam nadzieję, że był to jednostkowy wybryk.

Dior - Sauvage

Hugo Boss – The Scent – banał, wtórność, koniunkturalizm, populizm i skrajna zachowawczość. Zapach wydmuszka, zresztą nawet przy jego nazwie marketing Hugo się nie wysilił, więc po prostu musiał się tu znaleźć. To dość przyjemne pachnidło, ale tak zachowawcze, wtórne i masowe, że aż transparentne i anonimowe. To co jest jego siłą, jest jednocześnie jego gwoździem do trumny. Perfumami zwykle zwracamy na siebie uwagę, chcemy podkreślić naszą obecność, polepszyć atrakcyjność i zrobić wrażenie – ale obawiam się że ten zapach jest jak przezroczysta i bezbarwna pomadka, która nijak nie podkreśli ust, niczego nie poprawi, ani nie zatuszuje. A przez swą porażającą wtórność i schematyczność – niknie i gubi się w tłumie lepiej, niż kieszonkowiec z naszym portfelem.

Hugo Boss - The Scent

Paco Rabanne – 1 Million Cologne – karykaturalna i desperacka próba odcinania kuponów od sukcesu uber popularnego swego czasu One Milion, zakończona tak jak zwykle kończą się desperackie, bezczelne i chaotyczne próby zarobienia na sukcesie swego kultowego wytworu. Pazerność, arogancja i przesadna pewność siebie, tak bardzo zaślepiła marketingowców od Paco, że zapomnieli iż moda na Colognes to nie wszystko i nazwa jednak do czegoś zobowiązuje. Paco One Milion nie był popularny z racji swego kiczowatego opakowania i opresyjnego marketingu – a dlatego, że naprawdę nieźle pachniał, o czym zapomniano przy komponowaniu wersji Cologne.

Paco Rabanne - 1 Milion Cologne

Guerlain – L’Homme Ideal Cologne – kolejny siarczysty policzek w pysk klientów i fanów, tym razem marki Guerlain. Jak dotąd marki ikonicznej, która podobnie jak Dior, Hermes, Cartier, Prada czy Lalique, była kojarzona z topowym perfumiarstwem, wolnym od wpływów chwiejnej mody, trendów i podżegania krótkowzrocznych ignorantów w działach marketingu. Spłodzili zapach wybitnie pod publiczkę, zapominając o tym, że Guerlain nie posiada w odwodzie torebek, butów, sukienek i garniturów, jak Dior, Hugo Boss i Chanel, więc jeśli ich dotychczas wierna i zamożna klientela się od nich odwróci, to bye bye Guerlain… Klienci, których chwilowo złapaliście na beznamiętny, zachowawczy i koniunkturalny krój linii Ideal, pewnie za moment rzucą się na kolejny wypust z konkurencyjnej linii L’Homme od YSL, więc sorry ale nie tędy droga…

Guerlain - L'Homme Ideal Cologne

Bottega Veneta – Pour Homme Extreme – pięknie, nowatorsko i z przytupem zaczęli, ale mizernie skończyli. Oto przykład jak można zmarnować, wręcz zaprzepaścić potencjał i kapitał zgromadzony przez pierwszą, rewolucyjną Bottegę – który dosłownie zniweczono koniunkturalnym i wpisanym w obowiązujące trendy, acz wykonanym wysoce niestarannie i niekonsekwentnie sequelem. To nie pachnie z klasą, polotem, świeżością, tajemniczością, wyrafinowaniem i nowatorstwem premierowej Bottegi, ani w niczym nie przypomina zapachu, który nosi szumną, medialną i jakby nie patrzeć – zobowiązującą nazwę Extreme.

Bottega Veneta - Pour Homme Extreme

Carolina Herrera – VIP Men Club Edition – no cóż Herrera ciężko ostatnimi laty pracowała na etykietkę kreatorki kiczu, tandety, bezguścia i wiochy, na którą w zamyśle mają polecieć (i polecą) nowobogaccy, nuworysze i bywalcy Moskiewskich night klubów – a ten zapach jedynie to przypieczętował. Jeśli lubicie złote Rolexy, macie na szyi ketę wielkości końskiego homonta, pozłacanego Bentleya GT, złote zęby i złotego iPhona, to całkiem prawdopodobne, że będziecie zachwyceni… W całkiem ładnym flakonie, zamknięto coś co przypomina woń „sklepu rybnego” i rosyjskiego „szampana” – a więc mocne argumenty, by zwrócić na siebie uwagę podczas potupajki, w jakiejś zapyziałej remizie, albo podczas szalonego wakacyjnego weekendu, na Majorce. 🙂

Carolina Herrera VIP Men Club Edition

Yves Saint Laurent – Kouros Silver – oto kolejna epicka porażka, dowodząca tezie, że odcinać kupony od sukcesu protoplasty, trzeba umieć. O ile pierwszy Kouros, choć trudny, wymagający i nie dla każdego – jest zapachem wybitnym, to tegoroczna wersja Silver jest jego rachityczną karykaturą. Karykaturą nieudolną, pozbawioną wyrazu, charyzmy i charakteru oryginalnego Kourosa, a więc haniebne i niewybaczalne potknięcie. Można nie lubić Kourosa, owszem zestarzał się, ale przynajmniej jego muskuły i samczy odór jaki roztaczał wokół nosiciela był autentyczny – gdy wersja Silver to jedynie silikonowe implanty klaty, pośladków i zrolowana skarpeta w kroczu.

Yves Saint Laurent - Kouros Silver

Niestety z braku czasu i próbek, nie udało mi się poznać Mercedes Benz Parfum, Burberry Rhythm Intense, Valenino Uomo 2015, D&G Light Blue Swimming in Lipari, Dior Eau Sauvage Cologne, ani Bottled Intense od Hugo Bossa – bo niewątpliwie wzbogaciłyby zawartość zakładek premiera i porażka roku, zwłaszcza Burberry i Dolce (w kontekście tej drugiej). Dla formalności warto też wspomnieć o premierze Bentleya Absolute, który ponoć nie będzie oferowany w oficjalnej polskiej dystrybucji. Nie dla psa kiełbasa, jeśli nie urodziliście się jako obywatel tzw. „europy zachodniej„, nie kupicie go od ręki. Pozostaje jedynie import własny lub zakupy w sklepach wysyłkowych. Szkoda, bo chyba każdy fanatyk perfum, marzył o posiadaniu własnego flakonu kultowego Gucci Pour Homme, w nowej i ponoć jeszcze lepszej odsłonie.

Reklamy

Responses

  1. Chciałbym podziękować i pogratulować za ten blog Tobie za bezprecedensowość i brak snobizmu,luźną formę a nie nomenklaturalny bełkot który jest lekkostrawny dla takiego laika jak ja,życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku i wielu premier zniewalających nos. Tak na marginesie a propos Zino miałeś okazję poznać Chopina Miraculum?

    • Ehhh dziękuję, to bardzo miłe 🙂 Staram się pisać przystępnie (choć niestety rozwlekle) i chcę by mój styl wypowiedzi nie przypominał przeładowanego techikaliami bełkotu, o złożoności przewodu sądowego, bo nie o to chodzi. Niestety nie znam tego Miraculum, albowiem firma konsekwentnie nie raczy nawet odpowiadać na moje maile w sprawie próbek ich perfum, więc nic na siłę… 🙂
      pozdrawiam i również Ci życzę wszystkiego najlepszego, zdrowia i wielu ekscytujących nowości w przyszłym roku 🙂

  2. Wszystkiego dobrego z okazji nowego roku, może następny rok będzie bardziej owocny i pełen recenzji (akurat ja wolę off-topy albo jak recenzujesz jakieś słabe perfumy;))?

    • he he offtopu i szpileczek na pewno nie zabraknie, są stałym elementem konwencji bloga – ale dziękuję i Tobie również życzę wszystkiego pachnącego w nowym roku 🙂

  3. Przecież Bentley for Men Absolute jest dostępny w sklepie Crystaline. Oraz okresowo na Allegro…

    • piszę o oficjalnej dystrybucji (a nie imporcie własnym), czytaj ze zrozumieniem

  4. Infinite nie znam, nigdzie go nie widuję, D&G pour homme Intenso, testowałem tylko pobieżnie, w pamięć zapadło mi znakomite otwarcie, Lalique homme a’l voyageur widziałem raz w D, ale od tej pory nigdzie go nie widuję, nie zdążyłem nawet sprawdzić. Zazdroszczę ci skóry co do nowej Acqua di Gio, na mnie pachnie po tanim triku z pięknym otwarciem, jakąś mdłą chemiczną pomyją. Nowy Iceberg to bardzo dobry zapach, ale mi kompletnie nie podszedł, jak dla mnie pachnie tą półką na której stoi i niczym się nie wyróżnia ponad normę Euro 5 😉

    • Też go (Infinite) jeszcze nie widziałem w sieciówkach, za to mają go prywatne perfumerie stacjonarne i właśnie od takiej, miałem moje próbki. Ale wiadomo, nim taki moloch ruszy, zatowaruje się i ruszy ze sprzedażą, czasem mija i pół roku… Reszta to kwestia skóry, raz będzie lepiej a raz gorzej, a i WV miewał w historii gorsze problemy wizerunkowe niż wtopa z manipulowaniem emisją spalin. Piję do romansu III rzeszy z Ferdynandem Porsche i garbusem, którego charakterystyczną linię, ponoć Hitler naszkicował osobiście… 🙂

  5. Parę chaotycznych uwag do (jak zwykle) interesującego wpisu.
    1. Bentley Absolute w mojej opinii jest jednak lepszy do Gucci pour Homme. Ostatnio używałem obydwa i ku mojemu zdziwieniu lepiej nosiło mi się Bentleya. I całe szczęście, bo na podorędziu zostało mi już tylko kilka próbek GpH, zaś ich używanie zarezerwowane było na największe okazje. Oczywiście „de gustibus…”, ale ja się cieszę, że TEN zapach znów jest dostępny i to nie tylko w paskarskich cenach na aukcjach.
    2. Moje odkrycie roku to też Zino. Czytając opinie o porażającym otwarciu kupiłem go w ciemno, z czystej przekory i ciekawości (przy tej cenie ryzyko małe, pomyślałem, że co najwyżej skutecznie będę mógł straszyć hałasujące dzieci sąsiadów). Zaskoczenie było totalne. I w jedynie słusznym kierunku. „Piątka” za całokształt, a drydown jest wręcz boski, z tym kremowo-różanym twistem. Tylko mocy szkoda, bo choć zapach tli się na mnie do 8-9 godzin, to zapewne wersja sprzed reformulacją była bardziej porywająca.
    3. Wielkie dzięki dla autora za rewelacyjne wpisy i recenzje w ubiegłym roku. Życząc niesłabnącej pasji i went w 2016 proszę o więcej.

    • Aj tam chaotycznych 🙂 Też czytałem (na razie, bo próbki nie udało mi się zdobyć), że ponoć pachnie lepiej niż oryginał, więc to kolejny powód do radości. Raz że przywrócono światu to zacne pachnidło, a po drugie że ponoć w jeszcze lepszej odsłonie – coś na wzór Prady Infusion de Vetiver 2015. 8-9 godzin to i tak więcej co u mnie, a posiadam wybitnie sprzyjającą trwałości perfum skórę, choć ostatnio zauważyłem że jest jakby lepiej i Zino „pociągnął” na mnie przeszło 6 godzin, być może to kwestia wilgotności powietrza. Bardzo Ci dziękuję, za słowa uznania – ostatnio odpoczywam i ładuję akumulatory, ale wkrótce wracam z kolejnymi wpisami, pozdrawiam 🙂

  6. Mam prośbę związaną z Ck Eternity Now. Dziś będąc w perfumerii wwąchałem się w niego dokładniej. Diametralnie zmieniłem zdanie o tym zapachu. Bowiem teraz zaczął wybrzmiewać jak Kenzo Night, czyli piaskowo, sucho i dość nieprzyjemnie. Poczułem w nim nutę, którą już wcześniej poznałem. Moje ręce powędrowały więc do Karl Lagerfeld Private Klub. Okazało się, że są to zapachy prawie bliźniacze, z tą różnicą, że w Karlu jest nuta kwaśno ananasowa (nie lubię słodkiego ananasa), która równoważy tę kompozycję. A prośba jest taka, byś przetestował wspomniane perfumy od Lagerfelda. Lub chociaż sprawdził je w perfumerii i powiedział mi, czy masz podobne odczucia.

    • Również dostrzegam w nich pewne podobieństwo, zwłaszcza w akordzie otwarcia i chodzi o tę „rybno glonową” nutę, zresztą tę samą co w Womanity Muglera. Jeśli trafi mi się próbka albo tester, to chętnie je porównam, ale Lagerfelda w opolskich perfumeriach ze świecą szukać 🙂

  7. Iceberg ? Przecierz to taką ulepowa, masywna zbita z chemicznym rodowodem, racją że ma w sobie coś (pewnie te słodkawe żywice) ale to w większości pozory, taka ustawiona gra. Kompletnie nie wiem jaki pilot masz tutaj na myśli. Malaki w końcu poznany, owszem piękny, rasowy ale biorąc pod uwagę cenę to zdecydowanie w tej materii zadowolę się nie mniej urodziwym Kabul Aoud. 😉 Na Botled Oud przyjdzie pora kiedy panie z D łaskawie tester wystawią… Wszystkiego dobrego Piracie ! 🙂

    • Chemia w perfumach nie jest zła, jeśli jest dobrej jakości i została użyta z rozmysłem. Tobie również wszystkiego dobrego narde, dbaj o siebie 🙂

  8. Dzięki wielkie za wpis! Z pewnością skorzystam z Twojego podsumowania przy następnej wizycie w perfumerii. Liczę, że nasze gusta się pokrywają i znajdę coś dla siebie 🙂 A propos perfum, zapraszam także do siebie w odwiedziny. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, pozdrawiam!

    • Proszę bardzo, mam nadzieję że ów przewodnik okaże się przydatny i zachęcam do dzielenia się własnymi refleksjami, pozdrawiam i życząc wszystkiego dobrego, dzięki za odwiedziny 🙂

  9. Wszystkiego dobrego na cały Nowy Rok. Też mi się częściowo pokrywa podsumowanie roku. Proszę Cię trzymaj tylko dalej ten obrany kurs. Testuj wszystko co dostępne dla nas przeciętnie zarabiających ; ) Nie wchodź w niszę !!! Prowadź nas przez meandry coraz bardziej „kastrowanego” świata zapachów.

    • Dziękuję Jacku, Tobie również życzę wszystkiego dobrego i wielu inspiracji zapachowych. Od niszy stronię sam od siebie, bo raz że kłopot z próbkami i dostępnością, a ponadto uważam że różnica w jakości i kunszcie niszy coraz bardziej zaciera się i przeplata z mainstreamem. Tak bardzo że czasem nie czuć różnicy i powoli różnica pomiędzy mainstreamem a niszą staje się coraz słabiej zauważalna, oczywiście pomijając cenę…

  10. Chemia od Iceberg’a mnie jednak zniechęca swym oscentacyjnym bytem.

    Jestem już po jasnej stronie mocy, ku zbawieniu ludzkosci i całej planety Dziękuję 😉

    • no mogliby popracować nad jej jakością, albo najlepiej wymienić perfumiarza, bo to nie pierwsza kompozycja z tak zaaranżowanym i kłującym po nosie, „wątkiem chemicznym” – choć w przypadku tych perfum, skutecznie zagłuszą ją słodycz 😉

  11. Guerlain – L’Homme Ideal Cologne mam flakon 50ml i w lato od lipca do września zużyłem pół butelki co w moim przypadku jest rewelacyjnym wynikiem. Pierwszy Ideal zgadzam sie słodki gniot ale wersja Cologne? Jest po prostu inna, niezrozumiała dla wielu, trochę niszowa. Z tym zapachem kojarzę lipcowe morskie wakacje. Nie Fahrenheit Aqua a właśnie Ideal Cologne wypełnił mój letni urlop. Pod publikę? Banalny? Bynajmniej. Może sie nie podobać ale jest po prostu dobry.

    • Bo Ci się podoba i ot cały sekret – ale akurat gusta i osobiste referencje, nie są najlepszym i miarodajnym wyznacznikiem rzeczywistego poziomu danej kompozycji 🙂

  12. Ja też dziękuję za podsumę i za wskazówki, oraz za nie niszowanie 🙂

    • he he dziękuję i co do „nie niszowania”, potwierdzam kurs 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: