Napisane przez: pirath | 8 marca 2016

Lalique – Encre Noire A L’Extreme EdP, czyli esencja korzenia vetivery w balsamicznej kąpieli…


Wybaczcie mi tę przydługą, pełną powtórek, niezbyt spójną i chwilami chaotyczną retorykę, ale… nie udało mi się lepiej uporządkować natłoku myśli i wrażeń, związanych z blisko tygodniowym oblatywaniem tego niesamowitego pachnidła… wciąż jestem poruszony jego brzmieniem, jego wadami i zaletami – a bardzo chciałem podzielić się z Wami mymi uwagami na gorąco…

Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP kolor

Gdy po blisko pół rocznym oczekiwaniu na próbkę, wreszcie zatopiłem zachłannie swe nozdrza w wersji L’Extremalnej, poczułem niedosyt i rozczarowanie… Na psa urok, tylko tyle? – pomyślałem? Ale powolutku, wszak to nie średniowiecze i wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie… Jeśli więc spodziewaliście się po tych perfumach mikstury, od której ludziom w Waszym otoczeniu zaczną krwawić oczodoły, a ciężarnym niewiastom odejdą wody – to muszę Was rozczarować, bo nic takiego po użyciu L’Extreme nie nastąpi. Owszem L’Extreme jest ekstremalnie gęste, zawiesiste i niemiłosiernie esencjonalne – ale jest też EdP (wodą perfumowaną), więc jego moc rażenia i trwałość jest dużo słabsza, niż teoretycznie mniej skoncentrowane EdT (woda toaletowa). U niektórych czytelników to co powiem wzbudzi uzasadnione niedowierzanie i zawód – ale L’Extremalne Encre Noire A L’Extreme, w praktyce wypada mniej okazale niż zwykłe Encre Noire EdT…  Zatem reakcja otoczenia z filmiku poniżej, zdecydowanie nie nastąpi… 🙂

 

Osobiście uważam klasyczne Encre Noire za jedno z najlepszych, najbardziej niepowtarzalnych, charyzmatycznych i zarazem obrazoburczych brzmień w historii perfumiarstwa. Tak tak moi drodzy, grzeczne, zachowawcze, modne i oklepane zapachy nie przechodzą do historii – zaś tercet Encre Noire, uważam za jedną z najbardziej wszechstronnych, rozpoznawalnych, a przy tym konsekwentnych i staranniej zaaranżowanych serii ever!. I tu warto podkreślić, że zawdzięczamy to przede wszystkim niedoścignionemu kunsztowi fenomenalnej Nathalie Lorson, która stoi za zniewalającymi formułami kałamarzy Lalique. Z popularniejszych, a równie solidnie zaserwowanych serii, wypada jeszcze napomknąć o X*Menach Muglera, Facetach Bvlgari, Deklaracjach Cartiera oraz Romach od Laury Biagiotti, które mogą się poszczycić równie starannie zestrojonymi trio i kwartetami – gdzie każde jedno pachnidło w kolekcji, jest samo w sobie arcydziełem i godnie ową serię reprezentuje. Chętnie wymieniłbym tu też rodzinę Homme od Diora, ale istnienie Diora Homme Cologne, położyło tę myśl na łopatki… 😉 Zresztą wybitnych pachnideł w portfolio Lalique nie brakuje, że wymienię tylko Hommage (ze szczególnym naciskiem na Voyageur) oraz White, Equus, Lion i Eau de Lalique. Lalique słynie z bardzo wysokiego poziomu sygnowanych swym logo kompozycji oraz co najbardziej cieszy – z niezłomności i konsekwencji w dbałości o ich topowy poziom (jakość kompozycji i samych perfum). Nie zdradzili ideałów perfumiarstwa, rzucając się w pogoń za łatwym zyskiem i za to bardzo ich szanuję oraz cenię.

Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP

Pierwszy Encre Noire był szokiem, przełomem, rewolucją i objawieniem w jednym, podobnie jak YSL M7, Joop! Homme, JPG Le Male, czy Dior Fahrenheit. Jest niedoścignionym precedensem, zapachem instytucją, klasą i odrębnym gatunkiem sam w sobie (wiecie, są skutery i jest Vespa). Cechuje go tak przełomowe, specyficzne i oryginalne brzmienie, iż nic nie może się równać z tutejszym ujęciem jakże wdzięcznej i wszechstronnej vetivery. A tutejsza jest jednocześnie ciepła i zimna, mokra i sucha, ziemista i piwniczna, tajemnicza, otulająca, gorąca i przede wszystkim wyrazista oraz diabelnie niepokojąca. Hmmm, w sumie dla lepszego zrozumienia specyfiki tych perfum, wypadałoby pokrótce przybliżyć pozostałe trojaczki… Premierowy Encre Noire z 2006 roku, to trudny i wymagający zapach, ale zadziwiająco łatwo go pokochać i dosłownie zachłysnąć się wybitnie niszowym (choć mowa o mainstreamie) charakterem tych wyjątkowych perfum. W 2013 roku, zapach doczekał się odświeżonej kontynuacji, w postaci nie mniej ujmującego i równie pięknego Encre Noire Sport – przy czym w moim odczuciu to „Sport” w nazwie robi temu pachnidłu więcej szkody niż pożytku.

Lalique - Encre Noire Sporta wystarczyło nazwać Sport per Light, by klienci załapali, że to wersja na lato…

Niefortunna i poniekąd szufladkująca nazwa, szereguje zapach w roli czegoś banalnego – gdy EN Sport jest po prostu klasycznym Encre Noire, tyle że w wersji light!. Bukiet jedynie nieznacznie wydelikacono, rozcieńczono i odświeżono – czyniąc z tych perfum wyborną kontynuację brzmienia pierwowzoru, ale stworzonego z myślą o lecie i gorących porach roku – kiedy to EN staje się nieznośne i w zasadzie niezdatne do noszenia. Encre Noire jest zapachem ciężkim, wyrazistym i bardzo inwazyjnym, więc jego klasyczna odsłona latem męczyła, dusiła i przeszkadzała, swym bujnym, zwalistym i przytłaczającym brzmieniem. Remedium na te dolegliwości stał się właśnie Sport/Light, którego delikatniejsze, dyskretniejsze i bardziej orzeźwiające brzmienie, wprost wybornie koresponduje z upałem i duchotą. A dzięki temu rozwiązaniu, możemy cieszyć się niedoścignionym brzmieniem Encre Noire przez okrągły rok… Podobnym posunięciem wykazał się Ellena, odpowiadając na modły fanów i komponując Terre d’Hermes w wersji Eau Tres Fraiche.

vetivera suszona

Po rewolucjonizm klasyku i jego wersji odświeżonej, przyszła pora na najmocniejszy, najbardziej skoncentrowany, zintensyfikowany i najbardziej esencjonalny punkt programu, czyli L’Extreme, którego trwałością i projekcją, prawdopodobnie będziecie zawiedzeni… Ale nim zapalicie gromnicę i zaczniecie odczyniać uroki, sypiąc solą (bezglutenową) przez lewe ramię – znów przypominam iż jest to EdP, więc gorsza nośność i słabsza trwałość względem wersji toaletowej, jest tu jak najbardziej naturalna. Po prostu tak musi być i żadna w tym wina nosa ani producenta. Gdyby ciepłota naszej skóry oscylowała gdzieś pomiędzy 40-50 stopni Celsjusza, wówczas zapach projektowałby jak należy i zgodnie z intencją autora. Obawiam się, że nasze 36,6 to prawdopodobnie za mało, by podnieść ten zintensyfikowany ekstrakt ze skóry z pełną mocą i pozwolić mu w pełni rozwinąć skrzydła. Zresztą rozczarowujące osiągi L’Extreme nie są odosobnionym przypadkiem – wszak od lat spotykam się z zależnością, iż w warunkach użytkowych wersje EdP i Parfum pachną krócej, płycej i mniej okazale niż wersje toaletowe (Terre d’Hermes EdP, YSL Opium EdP, Boucheron Jaipur EdP, Dior Fahrenheit Le Parfum, D&G PH Intenso, etc.). Tym niemniej, Nathalie Lorson i tak wspięła się tym pachnidłem na wyżyny swego warsztatu – prezentując Extreme, godne swej wiele obiecującej nazwy i w pewnych kwestiach przebijające nawet oryginał (wyśrubowana esencjonalność vetivery i zaskakująco balsamiczny finisz). Nie przesadzam, ten zapach jest zaiste monstrualny i absolutnie majestatyczny, to wyciąg, esencja i zagęszczony sok z Encre Noire i nie wyobrażam sobie wspanialszego i bardziej wzniosłego ukoronowania tej serii – tyle, że nieubłagane prawa fizyki, podcięły ambitnemu konceptowi skrzydła i tyle…

reklama encre-noire-extreme

Pierwszy psik i poczułem przejmujący powiew grozy… poczułem vetiver tak głęboki, że aż gorzki, wręcz apteczny – gdy w klasyku jest on przełamany zieloną świeżością cyprysa i źdźbeł vetiverowej trawy. Tu nie zastosowano żadnych zmiękczaczy, a wręcz przeciwnie – da się tu wyczuć dodatek podkręcającego tę gorzką wytrawność kłącza irysa, stąd niektórym osobom całkiem słusznie (choć tylko przez chwilę i na samym początku) będzie się L’Extreme kojarzył z Diorem Homme Parfum. Wprawdzie już po paru minutach tę muśniętą irysem gorycz całkiem skutecznie rozświetla gęste kadzidło (słodkawo mleczny zapach grudek, a nie dym palonego), ale zapach i tak zapiera dech swym rozbuchanym, dzikim, wręcz barbarzyńskim ujęciem vetiveru. Im dłużej zapach gości na skórze, tym gorycz czystego olejku z korzenia vetivery ustępuje miejsca balsamicznej słodyczy, piękniejąc i cywilizując się z każdą minutą. Co więcej pomimo tytularnej intensyfikacji, nic tu nie jest gryzące, przerysowane, ani dokuczliwe – wręcz przeciwnie, odnosi się wrażenie idealnego wyważenia pomiędzy drapieżnością vetiveru, a jowialnością balsamicznych żywic.

Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP box

Jedyne co może mącić ten porażająco piękny spektakl, to wrażenie niedosytu, przygaszenia i przesadnego oddalenia wątku przewodniego. Człek (tu ortodoksyjny fan EN) chciałby się tym zaciągać i inhalować bez reszty, niestety z każdym kwadransem zapach łagodnieje – przechylając ciężar kompozycji w stronę jej balsamicznego serca. Balsamicznego do tego stopnia, iż odnoszę wrażenie że Nathalie umyślnie sięgnęła po jej cały dostępny arsenał (olibanum, elemi, galbanum, styraks, labdanum, benzoes) – i po prostu skąpała akord bazy w miękkich obłościach szlachetnych żywic. Daje to wrażenie większej dojrzałości, ogłady i szlachetności względem wcześniejszych, nieco dzikich i narowistych odsłon EN – co poniekąd jest prawdą, ale jednocześnie L’Extreme jest tym najcichszym, najdyskretniejszym i najbardziej powściągliwym z całej trójki. Premierowy Encre Noire miotał się od ziemistości po grozę, rozpalał i doprowadzał do gęsiej skórki, gdy wersja Extreme dokłada do powyższego schyłek w iście sensualnym klimacie…

ciemna droga

Nawet spoglądając na głęboką barwę cieczy we wnętrzu flakonu – nie wierzyłem, że coś już tak bardzo intensywnego i wyrazistego jak EN można bardziej zintensyfikować i przede wszystkim, po co… Opcje są dwie, pierwszą jest marketing (czyli upchnięcie w portfolio czegoś z jakże modnym Intense, Extreme lub Parfum), a drugą szczera chęć podarowania fanom ekstraktu, z ich ukochanego pachnidła. W moim odczuciu Lalique zgrabnie pogodziło obie funkcjonalności, bo zapach rzeczywiście jest tym czym jest (Extreme i EdP), a nie tylko czczą fasadą – wykreowaną naprędce w celu zwiększenia zysków, schlebienia modzie oraz co najistotniejsze, stanowi godne zwieńczenie całej serii. L’Extreme choć wyraźnie mniej nośny z całej trójki, jest jej niekwestionowanym ukoronowaniem, kwintesencją i absolutem z Encre Noire. I jak na ironię, pomimo iż L’Extreme jest najdelikatniejszą z wszystkich odsłon EN, jest też najbardziej zmienną i ewoluującą. To pierwsze Encre Noire, które sprawia wrażenie podziału na co najmniej dwa wyraźne akordy (nie jest niemal monotematycznym monolitem) i posiada najbardziej obfitującą, w wyczuwalne składniki i subtelne niuanse fabułę. I oto mam dylemat – bo z jednej strony dostajemy więcej, w bogatszej i intensywniejszej aranżacji, ale wyartykułowano to delikatniej i w mniej okazałej formie… Z delikatniejszej ekspozycji tych perfum ucieszą się chyba wyłącznie osoby na których klasyk dosłownie buchał płomieniami – choć latem ta przygaszona projekcja, będzie jak znalazł…

reklama Lalique - Encre Noire A L'Extreme EdP

Jeśli tak jak ja, kochacie Encre Noire pasjami, to wiecie, że trojaczki Lalique, jak żadne inne pachnidła na świecie są hołdem dla tahitańskiej trawy. Vetivery uświetnionej i ujętej w bodaj najbardziej wyjątkowy, okazały, wielowątkowy, charyzmatyczny, wyrafinowany i specyficzny sposób, z jakim, się zetknąłem w perfumiarstwie. Jakby to pompatycznie nie zabrzmiało, dając nam Encre Noire – Lalique podarowało nam absolutnie bezprecedensowe i porywające arcydzieło, poświęcone jednej z wdzięczniejszych i bardziej wszechstronnych nut, jakim jest vetiver. A z czasem i do kompletu dwa inne pachnidła, pozwalające cieszyć się cudownym brzmieniem vetiveru przez absolutnie cały rok i najpełniejszym spektrum doznań. Otrzymaliśmy trojaczki, które wiernie i w zgodzie z ideałami Lalique rozszerzyły potencjalny krąg oddziaływania temu arcy spektakularnemu brzmieniu… Mamy więc EN Sport na lato i upały, czyli okoliczności w którym zwaliste i przytłaczające ujęcie vetiveru klasyka peszyło, przeszkadzało i męczyło. Jest też klasyczne Encre Noire EdT, którego okazałe, na wskroś szlachetne brzmienie z łatwością daje znać wszystkim, że oto przybyliśmy, albowiem tak niebanalnego i intrygującego brzmienia nie sposób zignorować. I na koniec dostaliśmy unurzanego w balsamicznych żywicach L’Extreme, jakby komuś było mało tej jego vetiverowej wytrawności i wszechstronności…

koreń vetivery

Piszę o balsamicznych żywicach, ale nim dotrwacie do tego stadium, Wasze nozdrza czeka pacyfikacja w połączeniu z egzekucją. Otwarcie, to prawdziwa orgia dla zmysłów złaknionych vetiverowego armageddonu, który znamy z klasyka, ale zgodnie z intencją nazwy i genialnej Nathalie Lorson, zintensyfikowanego do granic percepcji… Ten Vetiver jest tak gęsty i wytrawny, że chwilami aż gorzki i apteczny – ale przede wszystkim jest to najprzedniejszy ekstrakt z korzenia vetivery, wzbogacony kameralnym dodatkiem korzenia irysa. Obecność irysa jeszcze bardziej wzmacnia siłę oddziaływania i podkreśla wprost niebotyczną, arcy wyżyłowaną wytrawność tutejszej vetivery. Chwilami odnoszę wrażenie, że by wycisnąć z niej wszystko, tę vetiverę spalono, niemal ją zwęglając, co Nathalie – jako rezolutna kucharka, stara się ukryć, zatapiając całość w miękkiej toni balsamicznych żywic. Zapomnijcie o bergamotce i cyprysie w otwarciu, tu niepodzielnie rządzi vetivera – zaś żywice same o sobie przypomną, pojawiając się około 2 godzin od aplikacji. Te perfumy przypominają wybujałą i wyżyłowaną wariację na temat ekstraktu z vetivery, ale ileż piękna w tym szaleństwie… Oczywiście piękna dla fanatyków i ortodoksów tej nuty lub kogoś kto przynajmniej oswoił się z magią klasycznego Encre Noire, który sam w sobie jest zapachem wymagającym i nie dla każdego. L’Extreme wybrzmiewa wprawdzie ciszej i dyskretniej niż klasyk, ale nie można zapominać, że wciąż emanuje przymiotami swego protoplasty, które do łatwych w odbiorze nie należą, a zwłaszcza w wersji zintensyfikowanej.

Lalique - Encre Noire EdTkoniec końców wychodzi na to, że pod względem trwałości i siły rażenia, klasyk wciąż nie ma sobie równych…

O Ile wersja Sport jest tą kipiącą świeżością, najlżejszą i najłatwiejszą w odbiorze (dosłownie Encre Noire w wersji light) odsłowną klasyka – L’Extreme pod względem ciepłoty kompozycji, zgodnie z oczekiwaniami jest jej przeciwieństwem. Sport jest rześki, spontaniczny, wesoły i raczej chłodny – gdy L’Extreme jest stateczny, poważny, niemrawy, majestatyczny i zdecydowanie ciepły, choć dopiero w swej dojrzałej, najmniej narowistej fazie. Najbardziej rozchwiany jest pod tym względem klasyk, który ma tę przypadłość, że bucha zarówno gorącem jak i zimnem na raz. Zwróćcie uwagę, że Nathalie zadbała nawet o autentyzm i odwzorowanie okoliczności dla tego detalu. Usytuowany pośrodku Encre Noire raz bywa chłodny i zimny, a raz ciepły i przytulny, raz wiele od niego chłodem, a raz bucha żarem – zresztą o tej specyficznej zmienności, swoistym termicznym rozchwianiu Encre Noire, wspominałem już lata temu, zachwycając się mnogością odsłon vetiveru, w tym zacnym pachnidle… W L’Extreme tego rozchwiania nie uświadczycie, a zapach utrzymuje dość równą ciepłotę kompozycji – od jej ultra arcy wytrawnego początku, po ujmujący i upojnie balsamiczny schyłek. Schyłek jakże piękny, czarujący i kojący, zupełnie odmienny od wybrzmiewającego vetiverą schyłku, którego zakosztowaliśmy u protoplasty, ale jakże cudnie i zmysłowo ścielący się na skórze… Coś za coś, ale dlaczego, to nie pachnie intensywniej!?Lalique Encre Noire A L'Extreme EdP

rok powstania: 2015

nos: Nathalie Lorson

projekcja: dobra z czasem umiarkowana

trwałość: dobra, 6-7 uczciwej bytności na skórze

Głowa: bergamotka, żywica elemi, cyprys,
Serce: haitańska wetyweria, wetyweria, irys, kadzidło,
Baza: paczula, drzewo sandałowe, benzoes,

Reklamy

Responses

  1. Dla mnie Equus dla męża EN. Kocham obydwa .Po tym co napisałeś nie napalam się na ,,extrema” bo dla mnie wersja podstawowa wcale nie jest zbyt narowista . Jest IDEALNA. Choć cały czas mam wrażenie że kiedyś była ,,bardziej”. Coś dłubano?

    • ja też najbardziej lubię klasyka, a gdy jest wilgotny lub dżdżysty dzień, to lubię walnąć sobie 10-15 chmurek i pójść na spacer do lasu. Nie uwierzysz Haniu jakie niuanse można wyciągnąć z tych perfum, przy podwyższonej wilgotności 😉
      czy dłubano? nie wiem, musiałbym przejść się do jakiejś sieciówki i powąchać, a skąd pochodzi Twój flakon?

      • Muszę męża do lasu pogonić i powąchać. Gdzie kupiłam EN?? Raz w i.pe……y a raz stacjonarnie gdzieś, ale ja myślę że to może z moim nosem coś nie tak. Mąż twierdzi że EN jest bardzo trwały , dość głośny a mnie się ciągle wydaje że bliskoskórny i szybko znika.No ale ja lubię siekiery typu Black Tourmaline gdzie dwa psiki zabijają ptaki w locie.

        • Haniu, mail który podajesz jest aktualny?

          • oczywiscie.

  2. Musy go sprawdzić na skórze, spryskałem nim blotter, następnie w domu kolejny swoim klasycznym EN, oba niby pachną tak samo ale do dupy takie testy. Balsamiczność powiadasz ? Na mnie wychodzą wszelkie słodkie nuty, więc mam na dzieje iż nie będzie to zbyt słodka przygoda. I pytanie, czy coś poczuję jak się nim spryskam ? Bo np. nowy Loewe 7 anónimo (cokolwiek to znaczy) pomimo paranoicznej trwałości, nie ma żadnej lotności, zapach wręcz podskórny… Ciężko nawet na nadgarstku go wyczuć ale jak pochucham to ślad po 24 godzinach jest. Wersje sport EN bardzo lubię, ostatnio lubuję się w czymś świeższym.

    • tylko skóra, żadne papierki, bo wypaczają, zniekształcają i przełamują brzmienie… Skoro Twoja skóra ma tendencje do wyciągania słodkości, to będziesz zachwycony obfitością i powłóczystością ogona, jaki zostawia L’Extreme. Czy poczujesz nie wiem, na mnie tradycyjnie EdT pachną mocniej i dłużej niż wersje perfumowane, ale jako wampir mam zaniżoną ciepłotę skóry (wszak nie żyję) i stąd ta różnica, więc żywym obowiązkowo zalecam testy na własnej skórze 🙂
      Jeśli lubisz świeższe vetivery, to polecam Ecnre Noire Sport, Malizię Uomo Vetiver, albo najnowszą Vetiverową Pradę, bo jest boska!

  3. Nie do końca mogę się zgodzić z twierdzeniem jakoby wersje EdP i wyżej miały z założenia gorsze parametry użytkowe, dla przykładu mamy choćby taki Dior Homme Parfum który parametrami kasuje DH i DHI i to razem wzięte, czy choćby Bentley for men czy VC&A Midnight in Paris które w wersji EdP pachną lepiej i dłużej. Chyba wszystkie Creedy, Bond no 9 (i Amouage ??) są w wersji EdP a część z nich ma parametry znakomite. Więc jak się chce to najwidoczniej można.

    • Owszem jak się chce to można, ale sugerujesz, że Hermesowi nie zależy? 😉 Co do Diora Homme Parfum to się zgodzę, pachnie tak solidnie że aż przytłaczająco – ale już Fahrenheit Perfumowany jest dużo słabszy i ma gorsze parametry niż klasyczne EdT, a to ta sama stajnia. Co do Bentleya, to u mnie Intense EdP wypada dużo bardziej blado i skromniej niż EdT – zaś co do MIP się nie wypowiem, bo na mnie już EdT prawie nie pachniał 🙂 Co do niszowych Cree’dów, Bondów i Amouage to w tym przypadku uważam Twój argument za chybiony – ponieważ te zapachy zwykle występują wyłącznie w wersji Parfum lub EdP, zatem nie ma punktu odniesienia/porównania jak mogłyby pachnieć w wersjach toaletowych.

      • Nie znam Terre EdP, więc nie wiem. Ale Hermesowi np. seria Des Merveilles potwierdza moje teorie (mam na myśli Eau i Elixir). Co do przywołanych „niszowych” zapachów chodził mi tylko o to że da się zrobić EdP lotne i trwałe.

    • Mam wrażenie że to co wymieniłeś to wyjątki od reguły. Ja też mam wrażenie że ZAZWYCZAJ EDT jest bardziej ,,zamaszyste” ( Terre EDP to jak dla mnie porażka kompletna – wycięte ma to co w Terre najlepsze)

      • same wrażenia u mnie -)

      • he he tak też można to rozpatrywać Haniu 🙂

  4. nie podoba mi się.końcówka pachnie tanio.Nuda.

    • tanio? srsly tego słowa szukałeś/aś?… cały wianuszek najszlachetniejszych żywic w finiszu, łącznie z mam wrażenie mirrą, Tobie pachnie tanio? Zatem z niecierpliwością czekam na propozycje/wskazania kompozycji o ciekawym i zarazem kosztownym schyłku… 😉

      • Dla mnie pachnie massmarketowo.Żywicznie,balsamicznie ale tanio.Nuty zlane w papkę,ciężko,słodko i nudno.
        Rozumiem,że w takim przedziale cenowym, nic lepszego jakościowo nie da się zrobić.
        Co z tego że wianuszek żywic,ale najtańszych.
        Jak mam płacić 450zł za taki marny wetiwer,marną kompozycje to wole dorzucić kilka stówek i kupić,np.Vetiver Extraordinaire.
        Kompozycja piękna(od głowy po bazę),jakość składników doskonała,trwałość,projekcja całodniowa.

        • w tym przedziale cenowym? A od kiedy to cena i model/forma sprzedaży definiuje jakość? Lalique to mainstream, ale tylko poprzez model sprzedaży, bo kompozycje mają prawdziwie niszowe, zwłaszcza pod względem ich jakości – więc byłbym ostrożny z ferowaniem wyroków. Nie wiem jak pachnie wspomniany FM Vetiver Extaordinare, ale z doświadczenia wiem że drogie i niszowe nie zawsze jest tak dobre na ile zostało wycenione…

  5. I znowu mnie zachęciłeś do kolejnego zakupu. 😦
    Co prawda nie jestem fanem wersji sport, najfajniejszy letni vetiver wg. mnie to był Guerlaina Vetiver Glacee/Frozen – niestety krótko gościł w sprzedaży, przed come backiem mody na vetivery. Gdyby teraz go wypuścili jeszcze raz pewnie lepiej sprzedawałby się.
    Ale wersji a L’ Extreme jestem niezwykle ciekaw – pozostaje przetestować w D.

    • ja uwielbiam klasyczny Vetiver od Guerlaina, ale tak ujętego vetiveru doświadczymy też u Different Company, więc czar unikatu pryska 🙂 Jeśli lubisz lekkie i letnie vetivery, to koniecznie sprawdź najnowszą odsłonę Prady Infusion d’Vetiver, jest po prostu zjawiskowa…

  6. Jest Moc, jest klasa, bardziej mojszy niż poprzednik… coś z Tego będzie 🙂

    • a ja mimo wszystko wolę klasyka. Może to kwestia mojej skóry, bo choć skład i brzmienie L’Extrreme ma powalające – to jednak wolę się pławić w prostszym, ale intensywniejszym brzmieniu EdT

  7. Napiszesz kiedyś (niedługo) 😉 recenzję klasycznego Encre Noire? Z całej czarnej trójki dla mnie jest najlepszy.

    • ależ napisałem, wystarczy kliknąć, „następna strona”, bo domyślnie pokazuje się tylko 10 najnowszych recenzji 🙂

  8. Hmm no tak…jakaś ślepota mnie ogarnęła czy co….ehhh przepraszam za zawracanie głowy. 🙂

    • drobiazg, miłej lektury 🙂

  9. Encre Noire piękne w każdej postaci 🙂 Swoją drogą ciekawie zapowiada się wrześniowa premiera – Lalique L’Insoumis 🙂 Flakon jak dzieło sztuki 🙂 czekamy 🙂

    • heh mam nadzieję że zdołam wyszarpać próbkę, bo dla Lalique mam szczególną słabość, podobnie do Prady i Cartiera, pozdrawiam 😉

  10. Właśnie zamówiłem na iperfumy za 150 kilka zł tester. Oczywiście po przeczytaniu pana artykułu o tym perfumie. Cena 150 zł za 100 ml dośc dobra. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłem, że na niemieckiej stronie Douglasa za ten sam perfum trzeba zapłacic ponad 400zł. Czyzby podróba na iperfumy?

    • Na pewno jest to oryginał, bo żadna renomowana perfumeria internetowa czy stacjonarna, nie zaryzykuje utraty reputacji oferując klientom podróbki – choć za firmy kogucik i portale aukcyjne nie ręczę. Cena jest bardzo dobra, tylko niewiadomą pozostaje skąd takie perfumerie biorą towar, w jakiej jest on kondycji i jakiego jest sortu. Taki totolotek/ tudzież rosyjska ruletka – ale coś za coś, nawet uwzględniając zdzierstwo panujące w sieciówkach…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: