Napisane przez: pirath | 26 Kwiecień 2016

Ginestet – Le Boise czyli gloria in excelsis labdanum, aka grande labdanum…


Jak zapewne zauważyliście, od jakiegoś czasu z rozmysłem unikam niszy… Dostałem swoistej alergii na obficie wylewający się z jej dossier amazing i mam mdłości, czytając te wzniosłe peany i akty strzeliste, które płodzą jej egzaltowani autorzy…
I bynajmniej nie chodzi o konieczność odfiltrowywania hektarów marketingowego bełkotu o aniołkach, jednorożcach i skrzatach, które rzekomo ręcznie tkały jedwab na wyściółkę lub sklecały misternie zdobione puzderka – z drewna, które ponoć osobiście zasadził Napoleon Bonaparte, albo Jan Chrzciciel, a kryształowy flakon zrobiono z syrenich łez (nabytych rzecz jasna w zgodzie z ideą fair trade)…😉

Ginestet - Le Boise

Chodzi o to, że wyjąwszy tę nierzadko pretensjonalną otoczkę i napuszoną ideologię – współczesna nisza, coraz częściej w niczym nie odbiega (jakością i krojem) od banalnego, tandetnego i zwyczajowo przez niszę pogardzanego, mainstreamu… Ale dziś będzie właśnie o niszy i będzie też trochę prywaty. I to z premedytacją, bo choć ten zapach ma wady, to w moim odczuciu jest tak porażająco piękny, że aż chce mi się wyć z bólu, że jest tak niszowy (w sensie dostępności, a nie brzmienia) i nietrwały. Oczywiście „porażające piękno” tych perfum jest naznaczone pewną dozą subiektywizmu (którego wcale nie musicie podzielać), tym niemniej dla mnie jest to zapach wart nie mszy, a całej katedry!…

Ginestet - Le Boise box

Zachwycił mnie swym wymuskanym, totalnie zniewalającym krojem i zjawiskowym ujęciem labdanum (znajomi i przyjaciele wiedzą, że mam korbę na punkcie tej żywicy), więc już wiecie czemu prywata i brak chłodnego obiektywizmu, którym staram się zwykle kierować w życiu i blogując. To nieistotne, że Le Boise jest którymś już z rzędu zapachem osnutym na tym samym pomyśle, nieważne że jest niezbyt trwały i cechuje go raczej oszczędna (jak na EdT) projekcja – wreszcie to bez znaczenia, że jest drogą i absurdalnie udziwnioną niszą, która sili się na zupełnie zbędną oryginalność formy… Nie ważne, obcując z pachnidłem tak przecudnej urody, to wszystko schodzi na dalszy plan, a zwłaszcza przekombinowane opakowanie… Kunszt, wirtuozeria, pietyzm i wyrafinowanie, z jakim utkano to żywiczno drzewne arcydzieło, po prostu rozbraja, miażdży i powala…

WazambaParfum d’Empire – Wazamba

Mówiąc bez ogródek, ten zapach niemalże zrównał się wzniosłością kroju z mym ukochanym signature scent, czyli Black Tourmalinem od Oliviera Durbano – a przecież to dzieło Oliviera powala jakością, bezkompromisowością i oryginalnością kroju. Le Boise to trzy BT kopia z kopii konceptu, który gości na runku już bardzo długo i w dość licznych osłonach. By nie być gołosłownym, pozwolę sobie przytoczyć kilka: CDG Avignon, Zagorsk, Wonderwood, Man2, Black (bo pieprz i kadzidło), ale ma w sobie coś z Parfum d’Empire Wazamba i Szpilek Lutensa (igliwie) oraz Juicy Couture Dirty English, Norma Kamali Incense, Idole de Lubin, Sale 01 Michała Szulca, Kilian Straight to Haven, Christian Lecroix Tumulte i Costume Nationale Homme (labdanum), ufff… Ale chyba najbardziej Le Boise przypomina genialne Dirty, Tumulte i Kiliana… Ale nim pomyślicie o Le Boise jak o kolejnym perfidnym naśladowcy, spójrzmy na datownik!

Straight to HeavenKilian – Straight to Heaven

Le Boise (2003) powstał ładnych kilka lat wcześniej niż zapachy, które najbardziej doń nawiązują treścią, więc jeśli ktokolwiek się tu inspirował lub starał naśladować, to rozkoszne brzmienie – to byli to twórcy wspomnianego Dirty English (2008), Tumulte (2005), Wazamba (2009) i Straight to Heaven (2007)… Niesamowity zwrot okoliczności nieprawdaż? Sam w pierwszej chwili zacząłem wieszać psy na Ginestet, karcąc ich w myślach za domniemane odgapiostwo, a tu okazuje się, że to właśnie te niemal nikomu nieznane perfumy, od ultra niszowej i równie nieznanej marki – mogły zainspirować innych, do popełnienia własnych odsłon tego niebiańskiego brzmienia… Wprawdzie Kilian, Juicy Couture i Christian Lacroix to i tak perfumeryjna nisza, ale garść piasku z kuwety kota prezesa temu – kto nie uważał ich perfum za bezprecedensowe arcydzieła. Jak widać pozory (i murowane pewniaki) też czasem mylą, ale oczywiście to tylko luźna teoria spiskowa, nie poparta jakimikolwiek argumentami…🙂

Dirty EnglishJuicy Couture – Dirty English

Ale wróćmy do naszego niepozornego Ginestet. W teorii (wydumane z oficjalnego dossier marki) Le Boise ma być zapachem inspirowanym zapachem beczek, w którym leżakowało szlachetne wino Bordeaux… Na szczęście dossier łże jak pies i zapach nie ma absolutnie nic wspólnego z winem, moszczem winnym, ani dębowymi beczkami po winie, whisky czy innym cherry. Nie wiem po co ludzie piszą takie bzdury (pewnie by zaciekawić potencjalnego nabywcę), ale przecież kłamstwo ma krótkie nogi, bo wystarczy zapach powąchać… Nawet flakon perfum żywcem nawiązuje do butelki wina, ale dyspensę na abonament radiowo telewizyjny i sadzonkę brzozy temu – kto mi powie, co te perfumy mają wspólnego (treścią) z winem?… Otóż nic, ale jak na ironię, w przypadku perfum skomponowanych tak jak Le Boise, naprawdę nie trzeba kombinować (bo pomijając me chorobliwe uwielbienie dla labdanum) – to są cudowne, wprost rozkoszne perfumy i będą się świetnie sprzedawać bez koloryzowania. Ginestet błagam!, więcej wiary w swój koncept!

Tumulte HommeChristian Lacroix – Tumulte Homme

Ten zapach obroni się swym nietuzinkowym, ale i prześlicznym oraz jak na standardy niszy – dziecinnie łatwym w noszeniu brzmieniem, osnutym na wprost cudownie namieszanym wianuszku arcy szlachetnych i rozbrajająco ujętych ingrediencji. Jest tu szlachetne kadzidło, labdanum i benzoes, które przystrojono przedniej urody i nader dyskretnym sandałowcem, paczulą, cedrem, sosną (żywica i igliwie), brzozą i prawdopodobnie drewnem hebanowym – a całość doprawiono dosłownie szczyptą suszonych owoców, pieprzu, imbiru, muszkatu, wanilii i ambry… Kompozycję zaaranżowano na bogato, wręcz z lekko orientalnym zacięciem, ale nic tu nie przytłacza, ani nie męczy… A prawdziwą perłą w koronie kompozycji jest jej niemalże owocowe zwieńczenie, z ukazanego w roli głównej labdanum

Ginestet - Le Boise reklama

Wierzcie, nie da się opisać słowami jak pięknie to pachnie, ale osoby znające Aziyade i Wazambę od Parfum d’Empire – będą mieć mniej więcej pojęcie, jak może to pachnieć w swej początkowej, żywicznej i zarazem najbardziej orgazmistycznej fazie. Tuż po aplikacji zapach jest tak apetyczny, że chwilami wywołuje autentyczny ślinotok, wiec klimaty gourmand nie są tej kompozycji obce. Tyle że moim zdaniem, suszone i kandyzowane owoce, leśne igliwie i labdanum to trochę za mało, by określić zapach mianem „winnego”🙂 No ale niezbadane są wyroki marketingu (swoją drogą ciekawe czy te perfumy są również bezglutenowe?😉 ), ale wyjąwszy przekombinowaną otoczkę i totalnie chybione konotacje z winem, zapach jest przepiękny… Tak jest też niezbyt trwały (zwłaszcza jak na standardy niszy i koncentrację EdT), ale naprawdę warto zdobyć próbkę, by zakosztować jak w mym mniemaniu pachnie niewymuszone dzieło sztuki i kwintesencja olfaktorycznej rozkoszy w jednym…

Ginestet - Le Boise EdT

p.s. Pawle dziękuję Ci za hojną próbkę, You made my day…🙂

rok powstania: 2003

nos: niestety nikt się nie przyznał

projekcja: bardzo dobra, później dobra

trwałość: jak na niszę dostateczna

Skład: cedr, drzewo sandałowe, dąb, brzoza, paczula, wanilia, ambra, przyprawy,


Responses

  1. W odniesieniu do Parfum d’Empire wszystko sobie wyobraziłem… nosz czystkowy świrze😉


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: