Napisane przez: pirath | 20 marca 2017

Lalique – L’Insoumis, czyli obłaskawianie kota…


Niestety nie mam dla Was dobrych wieści… Te perfumy, nie będą hitem, ani nie będą się dobrze sprzedawać i prawdopodobnie po niedługim czasie Lalique wycofa je z oferty… Powód? Są zbyt wykwintne, wyrafinowane, dyskretne i nietuzinkowe, by wkraść się w gusta masowe. Oczywiście to kwestia gustów i nie zakładajmy niczego z góry – tyle że facet zwykle pachnący Bossem, Muglerem, Calvinem, Herrerą, czy Davidoffem – nie sięgnie po te perfumy, ponieważ reprezentują diametralnie odmienny styl… Po drugie L’Insoumis, nie mają szokującej ani miażdżącej prezencji Encre Noire, który przeżyje nawet zagładę nuklearną i skonfunduje nawet ortodoksyjnego wyznawcę niszy. A po pachnidle tak wyrazistym jak Encre Noir, sygnowanie równie ambitnego co enigmatycznego L’Insoumis – stawia przed tym drugim (w walce o atencję klienta), naprawdę wysoko usadowioną poprzeczkę…

L’egumina od Lalique (wybaczcie przekręconą nazwę, ale L’Insoumis nie sposób mi wymówić, ani zapamiętać) to zapach z pozoru tak niezdefiniowany, że aż nijaki i trudno je pokochać od pierwszego niucha… Owszem jest przy tym bardzo przyjemny, wykwintny, delikatny i łaskawy dla nosa – ale tak niejasny w odbiorze oraz tak bardzo niezobowiązujący, że prawdopodobnie większość ludzi kompletnie go zbagatelizuje, nie odnajdując w nim kompletnie nic szałowego, ani sobie znanego… A ja twierdzę, że na tym polega geniusz Pellegrin’a, bo stworzył casualowca tak bardzo wyrafinowanego, gustownego i niebanalnego, że przy całej oryginalności tego arcy enigmatycznego konceptu – niemalże transparentnego. Przy czym czuć to dopiero po bliższym i dokładnym poznaniu tych perfum i obawiam się, że na zmierzenie się z czymś tak ambitnym i wzniosłym – większości potencjalnych nabywców zabraknie cierpliwości, pomimo iż zapach jest nieprzeciętnie ładny!… Niestety najlepiej sprzedają się nieskomplikowane i łatwe w interpretacji zapachy – ponieważ by zrozumieć i co za tym idzie docenić L’eguminę, trzeba czasu… Może zabrzmi to zabawnie, ale te perfumy są jak obłaskawianie / próba wkupienia się w łaski kota… Gdzie to nie L’egumina stara się by nam się spodobać od pierwszego niucha – a to wąchający, podchodząc do zapachu kilkukrotnie, stara się go zrozumieć i w efekcie polubić…

Ale czy nie podobnie bywa z każdym odważnym, trudnym i niebanalnym zapachem, od Encre Noir zaczynając, a na YSL M7 i ekstremalnie niszowych „śmierdziuchach” kończąc? Coś w tym jest, choć L’eguminie daleko do ultra wymagającej siekiery, pokroju Encre NoireL’egumina to raczej odpowiedź na modły tych wszystkich, którzy z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów uważali, że Lalique robi zbyt wyraziste, zbyt mocno zdefiniowane, zbyt odważne, zbyt swoiste, zbyt oryginalne i zbyt wyraziste perfumy. Ale czy klienci, którzy sięgają po niemiłosiernie wyśrubowane i arcy wykwintne kompozycje od Lalique, miewają tej natury rozterki? Ok nawet wśród zagorzałych miłośników kreatywnego i górnolotnego perfumiarstwa Lalique, znajdą się osoby, dla których Encre Noire jest zbyt mroczne, Hommage zbyt głośne, White za słodkie, Equus zbyt ziołowe, Eau de Lalique zbyt koperkowe – zaś porywająco genialny Hommage Voyageur, nie trafił swym ultra wymuskanym, prześlicznym i wysublimowanym krojem, w ich łaknące „prawdziwej petardy” gusta…

To właśnie dla tych „malkontentówLalique zamówiło zapach inny niż wszystkie – wciąż wyśrubowany, jak na wysokie standardy Lalique przystało, ale z definicji lekki i przystępny. Fabrice stworzył zapach, który do złudzenia naśladuje brzmienie banalnego i rasowo niezobowiązującego casualowca – jednocześnie wcale banalnym nie będąc, oj co to to nie… Chyba żadnego miłośnika kunsztu Lalique nie zdziwi, gdy napiszę że zapach nie posiada absolutnie żadnego precedensu i jak to bywa z Lalique, z niczym już istniejącym się nie kojarzy. Lalique tworzy od podstaw, pod siebie (i pod włos rynkowi, za co najbardziej je cenię) i miło wiedzieć, że nadal stawia na jakość i oryginalność. Te perfumy to mistrzowski popis kamuflażu, wirtuozerii, finezji i wyrafinowania i niedopowiedzenia w kreacji. Są tak delikatne, dyskretne, zmysłowe i zarazem eleganckie oraz złożone, że YSL i Guerlain powinni się od Lalique uczyć, jak powinny pachnieć również skierowane do odbiorcy masowego, linie L’Homme i Ideal!. I co najistotniejsze, ta sztuka udała mu się bez udziału modnej i ostatnimi czasu niemiłosiernie nadużywanej „tonkowej słodyczy” – choć ISO E Super wyrzec się nie potrafiło*… 🙂

*w kultowym Encre Noire też jest ponoć masa ISO E Super, choć tego nie czuć…

Skąd ten wniosek? Tak się składa że Pellegrin wcześniej już dwukrotnie udowodnił, że potrafi zrobić perfumy dosłownie „urywające zadek” swą finezją i wyrafinowaniem. Mowa o Smoke for the Soul by Kilian i Just Cavalli Gold for Her, których używała moja serdeczna koleżanka. Dym dla duszy trudno uświadczyć poza perfumeriami niszowymi, ale tego Cavalli można spotkać w sieciówkach i są żywym dowodem, że nawet w mainstreamie – wciąż jest miejsce na artyzm i niebanalność w przystępnym dla nosa wydaniu… Teoretycznie L’eguminę osnuto na motywie przewodnim bazylii i szałwii (a więc wyraziście), ale oszczędny – wręcz dietetyczny w prezencji i ekspresji tych nut bukiet, ewidentnie temu zaprzecza. Powiem wprost, bazylia to tylko przygrywka i zasłona dymna, owszem urocza i diabelnie przyjemna, ale „umowna”… Te perfumy najlepiej jest podziwiać globalnie, bez puszczania się w pogoń za pojedynczymi nutami – gdyż ta zawsze skończy się ślepą uliczką i psuje odbiór naprawdę ciekawie i spójnie zaaranżowanego bukietu.

Generalnie wszystkie obecne tu ingrediencje, sprawiają wrażenie zawoalowanych, odmiennych, eterycznych i zupełnie do siebie niepodobnych. Wyrażono je ostrożnie, z dużą dozą delikatności i wyczucia, wręcz wstrzemięźliwej wstydliwości. Tak bardzo, że miałem spory problem z identyfikacją poszczególnych nut, chociaż jako całość, zapach broni się i wypada naprawdę atrakcyjnie, przekonywająco i co najważniejsze, harmonijnie. Jest to kompozycja z gatunku cichych i emitujących się do otoczenia dość oszczędnie – ale jego kameralna projekcja, ładnie współgra z jego dość enigmatycznym bukietem. Bukietem tak złożonym, dyskretnym i wymyślnym, że aż niemożliwym jest stwierdzić czym zapach wybrzmiewa i co stanowi jego motyw przewodni. Na upartego i zawierzając na słowo wykazowi nut (wszak to Lalique, które nie musi wypisywać niestworzonych bzdur, by zrobić na nabywcach wrażenie), zapach ma ziołowo drzewną charakterystykę, całkiem zresztą zbliżoną do Equusa – a nawet pachnąc jak jego młodszy i znacznie delikatniejszy brat. Brat niezdefiniowany i nieokreślony, ale jeśli zapomnieć o jego w rzeczywistości do niczego nie pasującym wykazie nut – niesamowicie oryginalny, lekki i przyjemny w odbiorze…

Za to gdy zapach uleży się przez kilka godzin (2-3), coraz cichszemu wątkowi przewodniemu – zaczyna wtórować cudnej urody miks purystycznych, balsamicznych i arcy delikatnych niuansów drzewnych + konotacje balsamiczne. Generalnie nie ma co się oszukiwać, większość „roboty” przy finale, odwala ISO – co nie zmienia faktu, że zapach jest w odbiorze arcy rozkoszny i iście czarujący. A później, później jest jeszcze lepiej, jeszcze rozkoszniej i już totalnie rozbrajająco – ponieważ w akordzie bazy, zapach zaczyna sprawiać wrażenie ścielącej się na skórze kompozycji drzewno ambrowejPellegrin wycisnął tu z ISO, nut drzewnych i prawdopodobnie syntetycznej ambry absolutnie wszystko, więc fenomenalny Hommage Voyageur powinien właśnie poczuć na plecach gorący oddech L’eguminy – albowiem w konfrontacji z bazą L’eguminy, jego pozycja najbardziej słitaśnego i uroczego zapachu w ofercie Lalique, jest mocno zagrożona…

Moim zdaniem, śliczna, ścieląca się na skórze, diabelnie wykwintna i najbardziej spektakularna faza schyłkowa – to najmocniejszy atut tych perfum. Faza jakby żywcem wyjęta z niszowych i bardzo kosztownych perfum. I aby go doczekać, trzeba przetrwać wcale nie brzydki akord środkowy (akordu otwarcia w zasadzie tu nie ma), co nie będzie trudne. Ale i tak obawiam się że L’egumina podzieli los The One Gentleman od Dolce & Gabbana, czy Mistero di Roma od Laury Biagiotti – czyli zapachów na wskroś wybitnych, dopracowanych i urodziwych, ale i na swe nieszczęście, również zbyt finezyjnych i kunsztownych. A te jak wiemy przechodzą niemal niezauważone i świat szybko o nich zapomina – wszak najbardziej w pamięci zapadają wonie głośne i wyraziste. No i żaden z klientów perfumerii nie będzie wstanie wymówić nazwy L’Insoumis, aby zapytać o ich dostępność… 🙂

rok powstania: 2016

nos: Fabrice Pellegrin

projekcja: umiarkowana, z czasem dyskretna

trwałość: dobra, z czasem zapach robi się blisko skórny

Głowa: bergamotka, rum, bazylia,
Serce: lawenda, czarny pieprz, szałwia muszkatołowa,
Baza: haitańska wetyweria, paczula, nuty drzewne, mech,

Reklamy

Responses

  1. Poznalem ostatnio ten zapach. Moej wrazenia z testow sa niemal identyczne jak Twoje Piracie. „Legumina” bedzie moim nastepnym perfumeryjnym zakupem.
    Teraz bedzie zgryz co uzyc- Hommage, Hommahe Voyageur czy „Legumine”.

    A tak swoja droga – nie wiem czy EN jest tak arcy wymagajace- dostalem mnostw pochwal za EN wlasnie. Wogole perfumy Lalique, nie dosc ze sa niesamowite, to jeszcze sa komplementogenne

    • są komplementogenne, bo są starannie wykonane i niebanalne – no po prostu inne, dlatego ludzie zwracają uwagę na ich świeży i nietuzinkowy krój. Patrząc przez pryzmat gustów i oczekiwań przeciętnego konsumenta perfum (nawet nie miłośnika) Encre Noire to trudne perfumy, mało uniwersalne i trudne do przetrawienia, a zwłaszcza w trakcie pierwszej chwili z nimi (gdy zwykle zapada decyzja o spontanicznym zakupie). I tu ludzie zwykle mają zagwozdkę, bo pomijając wymagającą tematykę EN, pachną tak bardzo odmiennie od statystycznej średniej rynkowej, że większość wąchających je ludzi wpierw się zdziwi, zamiast kompulsywnie je kupić… Zresztą zawsze powtarzam, że zapachy wybitne i nietuzinkowe wymagają więcej atencji i wysiłku by móc je pokochać – pokochać miłością o wiele głębszą i trwalszą niż przeciętny, łatwo wpadający w nos mainstream, pozdrawiam 🙂

  2. Ostatnie zdanie wymiata. 😉

    • he he, piszę jak jest – widać u Lalique uznali, że cały świat mówi płynnie po francusku 🙂

  3. L’insoumis (czyt. lęsumi) znaczy „buntowniczy” i niewiele ma wspólnego z leguminą ani fonetycznie, ani graficznie, ani znaczeniowo:) A zapach rzeczywiście ciekawy, jak większość pachnideł Lalique, choć Encre noir (czyt. ąkr nłar:) nadal pozostaje moim faworytem. Przyznam, że choćby nie wiem jak wyglądał skropiony nimi mężczyzna, zawsze może liczyć na moje , chociaż przelotne, zainteresowanie:)

    • Dziękuję za naświetlenie zasad wymowy i gramatyki języka francuskiego (choć mam pełną świadomość istnienia i obowiązywania kuriozalnej i archaicznej zgodności języka francuskiego z jego zapisem historycznym) – ale chciałbym zauważyć, że to co wydaje się oczywiste i zrozumiałe dla native spikera – niekoniecznie pokrywa się z podobnym odbiorem osób niewtajemniczonych – ergo 99% polaków nie tylko nie rozumie, nie potrafi (i co producent ma z wzajemnością gdzieś) – nie chce się nauczyć prawidłowej wymowy tej nazwy (również z przekory), więc pozwolę sobie poprzestać przy umownej Leguminie 😉 Proszę zauważyć, że Chińczycy oferując na rynku europejskim swoją elektronikę i inne dobra, używają alfabetu łacińskiego i zeuropeizowanej gramatyki – zarówno mając w tym wymierny interes oraz szanując swych potencjalnych klientów z poza ich kręgu kulturowego, więc dlaczego Francuzi tego nie rozumieją? Co do EN pełna zgoda, zapach jest fenomenalny 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: