Napisane przez: pirath | 1 lipca 2017

Joop! Wow!, czyli łaaaał, no i wreszcie nie pachnie jak Joop Homme!…


Czasem odnoszę wrażenie, że producenci perfum, to totalnie odrealnione jednostki, żyjące w hermetycznym świecie słupków i tabel Excela – ślepo wpatrzone w wykresy rynkowe, w poszukiwaniu nisz, które można by jeszcze wypełnić. A równolegle zajmują się nieustannym cięciem kosztów i dosłownie „prostytuują markę” którą zarządzają, w celu wyciśnięcia z niej każdego euro centa. I ci bezduszni ludzie, mając pełną świadomość, że konkurencja robi dokładnie to samo – z premedytacją sygnują coraz bardziej beznamiętne, pozbawione polotu zapachy, które niespecjalnie się sprzedają. A nie sprzedają się, gdyż beznamiętne zapachy raczej nie podbijają serc i nie zapadają w pamięci klienta – co z kolei protezuje się wypuszczaniem jednej niewiele wnoszącej nowości za drugą, byle był ruch w interesie, wszak lud lubi igrzyska… Wiem brzmi brutalnie i obrazoburczo, ale czasy gdy perfumy sygnowano starannie dla sztuki i idei minęły bezpowrotnie, nawet w kręgach tzw. niszy – no być może z wyłączeniem home made / indie, którym jeszcze parają się nieskażeni rządzą pieniądza, pasjonaci.

Dziś tzw. „zapach masowy” musi na siebie przede wszystkim zarobić i paradoksalnie poziom samej kompozycji zapachowej, wcale nie jest wymiernikiem jego sukcesu rynkowego. Nie musi, bo o ten „sukces komercyjny” zadba zabójczo skuteczny marketing i tłuste miliony wpakowane w reklamę, które z przysłowiowego „gó*na w pozłotce” zrobią murowany hit, który przebije w rankingach każdą górnolotną konkurencję. Zresztą, pamiętacie wszechobecne reklamy Paco Rabanne 1 Milion i później Invictusa? O ile 1 Milion (którego tatusiem notabene jest również Christophe Raynaud) był interesującą nowością i wykreował sobą modę na zwalisty, słodki orient – to słabiutki Invictus sprzedawał się głównie za sprawą namolnej kampanii reklamowej i fejmu marki. Kampanii przed którą nie sposób było uciec, zresztą w ogóle trudno obronić się przed podprogowym oddziaływaniem zmanipulowanego marketingu perfum. Kampaniom towarzyszą reklamy ociekające golizną i epatujące seksem – obiecując w zamian powodzenie u kobiet, sugerują sukces towarzyski, dowartościowując i mile łechcąc ego potencjalnego nabywcy. Sam produkt i to jak pachnie przestaje się powoli liczyć, bo dzięki umiejętnie zmanipulowanemu wsparciu po stronie sprzedawców, każdego gniota da się wcisnąć klientowi – byle by miał rozpoznawalne i pożądane logo, wszak dla snobującego leminga, liczy się przede wszystkim marka. 😉

Ale problem w tym że Joop! to owszem marka rozpoznawalna, ale nie na tyle popularna i rozchwytywana jak np. CK, Armani, Boss, czy Lacoste, by ludzie kupili wszystko, co ci ostatni wypuszczą na rynek. Takie mniej popularne marki jeszcze muszą się starać, walcząc pomysłem i jakością o atencję potencjalnego klienta – ponieważ w ich przypadku szeroko rozpoznawalny logotyp i rozbuchany budżet na marketing, nie załatwi roboty. Te perfumy muszą naprawdę pachnieć dobrze*, by zwrócić uwagę klienta, choć nie ukrywajmy, że przy mocnym wsparciu ze strony wizerunkowo ideologicznej**. Oczojebny i nietuzinkowy flakon i chwytliwa, wpadająca w oko i ucho nazwa, niewątpliwie pomogą przyciągnąć i zatrzymać na produkcie uwagę nabywcy. Teraz tylko trzeba zafundować mu dobrą reklamę w postaci wciągającego i arcy przyjemnego akordu otwarcia  i najlepiej, by zapach reklamowała jakaś bardzo znana gęba (aktor, sportowiec). Akord otwarcia to taka niepisana „reklama zapachu” i paradoksalnie lekko liczę, że ~70% nabywców perfum, podejmuje decyzję o zakupie – właśnie będąc pod wrażeniem tego ulotnego, zwodniczego i jakże nieadekwatnego stadium perfum. Spokojnie, producenci perfum doskonale o tym wiedzą i skrzętnie tę niewiedzę i naiwność klientów wykorzystują 😉

*zdaje się zapomniał o tym Trussardi, bo jego najnowszy Red pachnie tak nijako i mdło, że w połączeniu z niezbyt pożądaną marką Trussardi – jawi się jako murowany kandydat do perfumeryjnej złotej maliny, za najbardziej smętny i nudny zapach roku.

**energetyzujący zapach dla pełnego życia i pewnego siebie mężczyzny ble ble be , za którym ciągną się powłóczyste spojrzenia napalonych na niego kobiet i tylko dzięki temu, że użył tych perfum… no rzesz kuźwa, gdzie tak jest w życiu! 😉

I nagle Joop!, znany głównie z odcinania kuponów od swego kultowego Joop! Homme (1989), który choć krzykliwy i zwaliście słodki, okazał się rynkowym strzałem w dziesiątkę i po dziś dzień jest jednym z najpopularniejszych i najczęściej podrabianych zapachów na świecie – wyskakuje ze zgrzebną i całkiem elegancką flaszką, o sugestywnej acz moim zdaniem niepasującej do tego wysmakowanego flakonu, nazwą Wow!. Wcześniej był Joop! Go, Joop! Wild, Joop! Heat, Joop! Summer a teraz pora na równie chwytliwe dla ucha Joop! Wow! Wszystko super, mamy więc średnio pożądaną przez snobów markę, ładny i elegancki flakon, krótką i wpadającą w synapsy nazwę i uwaga, całkiem niezłą kompozycję zapachową! Po ordynarnym Joop! Homme Sport i naciąganym na stylistykę klubową i wtórnym Joop! Wild – marka wreszcie zaproponowała coś co nie jest paskudnym ulepem, ani odgrzewanym kotletem!. Te perfumy mile zaskakują już od samego, wyraźnie pieprznego otwarcia – czym sprawiają wrażenie bardzo męskich i wyrazistych.

Tuż po aplikacji trudno uciec od przemożnego wrażenia, że zapach jest pieprznym, alkoholowo, kardamonowo tonkowym ulepem na wieczorny wypad do klubu, ale z każdą minutą ten wieczorowo klubowy sznyt blaknie – obnażając stopniowo właściwe serce kompozycji, które bynajmniej ordynarnym klubowym ulepem nie jest. Po prawdzie zapach nie oferuje jakoś specjalnie porywającego nowatorstwem brzmienia, zwłaszcza w odniesieniu do dość schematycznego akordu bazy – ale warto zaznaczyć, że w żadnym stadium rozwoju, zapach w niczym nie przypomina kultowego Joop’a Homme, co już samo w sobie zasługuje na gromkie brawa. 😉 Nieco chropowata, wyrazista i kwiatowo przyprawowa, dość mocno esencjonalna sekcja otwarcia i akordu środkowego Wow!, przypomina wspomniane klimaty klubowe, ale stadium to nie jest ordynarne ani wyzywające, no i trwa dosłownie 10 minut. Warto dać mu szansę, by już po paru kwadransach móc cieszyć nozdrza doprawdy uroczym połączeniem zwiewnego i rozkosznego fiołka, geranium i vetivery, które ścielą się na miękkim niczym aksamit połączeniu naprawdę subtelnej słodyczy tonki, wanilii i drewna kaszmirowego, którym okazało się, co tu dużo mówić ISO E Super. Całość prezentuje się wykwintnie, uroczo i naprawdę przyjemnie, więc brawa dla Joop’a za stworzenie dla odmiany czegoś tak porywająco subtelnego i wyrafinowanego.

Serio, choć pikantny i przez to trochę mylący akord otwarcia, nie jest typową zniewalającą „owocową petardą„, a spokojny i pozbawiony wodotrysków flakon i stonowany akord dojrzały nijak nie konweniuje z krzykliwą nazwą – kompozycja zapachowa naprawdę się broni jakością oraz przyjemnym krojem. Jestem bardzo na tak, albowiem stonowany i wyważony bukiet Wow! zaaranżowano z wyczuciem, smakiem i na tyle elegancko, że pięknie konweniuje ze swoim skromnym i bardzo ładnym flakonem, tworząc spójną i bardzo wykwintną całość. A finezyjny, miękki, delikatny i naprawdę przyjemny akord dojrzały, choć nieco wtórny – pieści nozdrza dopracowaną, dyskretną i przyjemną korelacją nut drzewno balsamicznych, po którą z powodzeniem można sięgnąć nawet latem. W konfrontacji z bukietem i flaszką, krzykliwa i nieco dziecinna nazwa tych perfum po prostu razi – zwłaszcza, że wraz z wybrzmieniem akordu serca, zapach zamienia się w ujmującą swym wysublimowanym krojem, kompozycję drzewno balsamiczną. Tym niemniej jeśli szukacie na wieczór czegoś wpierw z lekkim pazurem, a później stonowanego i wyrafinowanego, to Joop! Wow! będzie ciekawą i mile zaskakującą alternatywą.

rok powstania: 2017

nos: Christophe Raynaud

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: bergamotka, kardamon, liść fiołka,
Serce: geranium, jodła balsamiczna, wetyweria,
Baza: fasolka tonka, wanilia, drzewo kaszmirowe,

Reklamy

Responses

  1. Pierwsze podejście do jupa! zaliczyłem kilka tygodni temu, co prawda obyło się bez testu skórnego, jakkolwiek właśnie pierwsze kacowo-imprewowe uderzenie zasugerowało mojemu mózgowi, że właśnie wróciłem z zakrapianej imprezy u Karoliny Cholery gdzie mój Mastercard uszczuplił się o 212 dolców. Jak się okazuje muszę teraz pójść po śladach i poszukać wspomnień z tamtego czasu, żeby wszystko sobie w głowie poukładać, korzystając zatem z dnia wolnego, obieram kierunek perfumeria:)

    • owszem, z początku ma coś w sobie z trafnie przez Ciebie typowanej Herrery, ale tylko troszeczkę i bardzo krótko, bo potem zamienia się w coś daleko bardziej szykownego, pozdrawiam 😉

  2. Ten uroczy flakonik i kolor cieczy w nim zawarty przyciąga i budzi zaufanie. Pewnie taki miał być efekt, a co przyniesie zapach już niebawem się przekonam.

    • prawda? flaszka jest tak grzeczna i elegancka że aż niepodobna do agresywno siermiężnego wzornictwa, jakiemu dotąd Joop! hołdował 🙂


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d blogerów lubi to: