Emporio Armani – Stronger With You, czyli będzie emocjonalnie i nie na temat…
Jak wiecie na prawie 2 lata wypadłem z perfumeryjnego obiegu, ale gdy kilka dni temu zrobiłem już nieco śmielszy i głębszy rekonesans po perfumeriach stacjonarnych i sieciowych, stwierdziłem że mamy przechlapane… Cóż z tego że nowego contentu przybywa w tempie, w jakim Xiaomi wypuszcza nowe modele smartfonów, a Korea Północna przystępuje i zrywa rozmowy pokojowe z „amerykańskimi psami” – skoro ten pozorowany wysyp nowości, nie wnosi kompletnie nic nowego… Co więcej, widzę że wiele zapachów i marek w ogóle zniknęło z perfumeryjnych półek (nawet tych wirtualnych), co sprawia iż i tak już słaby wybór, stał się jeszcze mniejszy, zarówno w formie jak i treści. Bo prozaiczna prawda o polskim rynku perfumeryjnym jest taka, że asortyment i jego podaż narzucają i nakręcają duże stacjonarne sieciówki… To niestety smutna prawda, bo znów zrobiwszy rekonesans, oferta perfumerii online (z pominięciem perfum niszowych) to w miażdżącej ilości lustrzane odbicie tego co zastaniemy na półkach wiodących perfumerii i drogerii. Owszem perfumerie online zwykle handlują tym co się najlepiej sprzedaje stacjonarnie, ale nie chce mi się wierzyć, że nagle przestali produkować np. Bang! Jacobsa, czy kilka innych szumnych nowości, z przed zaledwie kilku lat.
A przecież wiadomo, że u przeciętnego Kowalskiego, świadomość trendów i źródło nowinek stanowią perfumerie stacjonarne, które owe nowości promują i przede wszystkim zapewniają tester, bez którego nie da się dziś sprzedać perfum – a przecież wielkie perfumerie internetowe takowymi nie dysponują, bazując na wiedzy którą klient nabędzie „stacjonarnie„. Nie, dziś nie będzie recenzji Stronger With You i nie będzie jej w ogóle… Ten zapach jest tak słaby i wtórny, że nie będę strzępił sobie języka o coś równie emocjonującego, jak krojenie chleba. Ale wspominam o nim nie bez powodu, bo poznanie go stało się swoistym symbolem degrengolady, która toczy branżę perfum od lat, niczym nowotwór i katalizatorem do spłodzenia (po raz ostatni, obiecuję) dłużyzny którą drogi czytelniku czytasz… Tą chorobą są pozorowane i udawane nowości, które nie wnoszą niemal nic nowego, do wciąż zmieniającej się zawartości perfumeryjnych półek. Oczywiście mam świadomość, że są gusta i guściki, trendy się zmieniają i żaden zapach nie żyje wiecznie, ale biedni perfumoholicy, którym przyszło żyć w tych podłych, bezpłodnych czasach… Wyobraźcie sobie, że idziecie do sklepu po nową koszulę, a na półkach są tylko koszule w jednym fasonie i odcieniach jednego koloru… Brzmi absurdalnie? To zapraszam do dowolnej perfumerii sieciowej… 😉
Ale pomińmy tę swoistą dysfunkcjonalność w samostanowieniu (tudzież jego braku) oferty rynkowej, narzucanej przez wspomniany powyżej mechanizm, ale on z kolei przekłada się na coś zgoła gorszego, a mianowicie, braku realnego wyboru… Bo cóż z tego skoro półki perfumerii stacjonarnej aż uginają się od nowości i w kółko promowanego badziewia, które się po prostu nie sprzedaje, bo za drogie lub pachnie kijowo – skoro robiąc ślepy test na powiedzmy 10 różnych flakonach, szybko dojdziemy do wniosku, że mamy deja vu… I tu dochodzimy do meritum dzisiejszego wpisu, bo biorę do ręki pierwszy, drugi, trzeci flakon z tzw. „nowością” i po już przelotnym psiknięciu na bloter, odkładam go na półkę z coraz to większym poirytowaniem, by po kolejnym i kolejnym, zanucić razem z Marylą Rodowicz „ale to już było…” I finalnie zakląć cicho pod nosem i zrezygnowany oraz solidnie zirytowany, wyjść. A przecież do stu mililitrów! – przecież przyszedłem tam zostawić moje pieniądze, a nie mam co kupić! No do diaska, same odgrzewane kotlety, pozorujące głównie flakonem i nazwą, że coś się na rynku dzieje – ale w treści to swoisty „atak klonów„, bo wszyscy producenci uparli się lansować w kółko ten sam, oklepany niczym „kebab” wątek tematyczny. Nie wierzycie? To weźcie do ręki flakon z Bad Boyem od Herrery i powiedźcie z ręką na sercu, czy to nie przypomina ze 30 innych męskich zapachów, sygnowanych na przełomie ostatnich 5 lat?… A sytuacja jest o tyle niepokojąca, że z perfumeryjnych półek zniknęła min. Prada, Balmain, Marc Jacobs, Kenneth Cole oraz Bentley. I nawet perfumerie internetowe nie zachowały niektórych z ich „wartościowych” zapachów w ofercie, więc albo wykruszają się dystrybutorzy lub same zapachy poszły pod nóż?.
Ale co w zamian? W zamian dostajemy min. tytułowego Emporio Armani – Stronger With You, czy Bad Boy Herrery, powielone wcześniej w kilkunastu, lub nawet kilkudziesięciu odsłonach i oba wywołują przy tym emocje jak podczas jazdy windą… Serio, abstrahując od marek i nazw, na rynku jest już co najmniej kilkanaście zapachów pachnących właśnie tak, jak wspomniana „nowość” od Armaniego/Herrery i dla usystematyzowania, będę ów oklepany i w nieskończoność powielany trend zapachowy, określał mianem „metodą na pozorowaną nowość„, o zapachu przywodzącym na myśl dosłownie nic. Zapach, niby czymś pachnie, ale próżno szukać w tej kompozycji własnego charakteru, inwencji czy podobieństwa do czegokolwiek. To „pachnie„, ale nic więcej, zatem cały mechanizm sprzedaży perfum przestawił się z treści na formę, oferując pozornie nowy flakon, nazwę i adekwatnie skrojony podeń marketing + inną przystojną mordkę na reklamie, ale kompletnie zapominając o istocie, czyli samym zapachu. Od kilku lat łapię się na tym, że pomimo naprawdę niezłej pamięci do zapachów, nie jestem w stanie wskazać czym pachnie dana osoba, np. znajomy lub idący przede mną na ulicy mężczyzna – bo obecnie lansowanym nowością tak bardzo brak cech charakterystycznych, jak np. u ikonicznego ongiś Fahrenheita, że nie sposób ich rozróżnić, a co dopiero zapamiętać. Co roku jak grzyby po deszczu wychodzą pozorowane nowości pokroju Azaro Wanted, Boss The Scent, Boss Unlimited, Diesel Bad, CK Summer, Paco Invictus, kolejny „VIP” Herrery, no po co tworzyć kolejny zapach pachnący tak samo? Czy naprawdę tak ciężko wylansować coś na podobieństwo Loewe 7, czy ostatnio przeze mnie odkrytego A&F Authentic?
Czy w tym zbiorowym szaleństwie lansowania zapachów skrajnie uniwersalnych i poprawnych politycznie, jest jeszcze miejsce na kreatywność i niepowtarzalność treści? Czy tak ciężko zrozumieć, że rozpoznawalna i swoista kompozycja pokroju Muglerowego A*Men’a, Dior Fahrenheita, Terre Hermesa, Lalique Encre Noire, Armani Acqua di Gio, Burberry London, YSL M7, Boss Bottled, Adidas Active Bodies, etc. staje się samograjem napędzającym koniunkturę marce na całe dekady? Samograjem kupowanym właśnie dlatego, że jest specyficzny, niepowtarzalny i niekoniecznie podoba się każdemu? Choć i tu da się zauważyć trend spłycania „nieśmiertelnych kalsyków„, kastrowania ich i ugrzecznienia, co by więcej osób kupiło (patrz Fahrenheit i Terre którego kupiłem sobie zaledwie 3 miesiące temu). Zauważcie że na sam dźwięk słów Terre de Hermes, każdy od razu kojarzy kompozycję, wręcz już ją czując nozdrzem wyobraźni – a kto jeszcze pamięta jak pachnie Boss The Scent, czy Dlace&Gabbana Living coś tam? Wybaczcie, wiem że było emocjonalnie, ale musiałem się wyżalić i wyładować frustrację po tym co tu zastałem… Zatem abym nie tracił czasu i nie popadł we większą frustrację, czy mogę prosić Was o Wasze sugestie i rekomendację w komentarzach, na co szczególnie mam zwrócić uwagę z nowości wypuszczonych w przeciągu ostatnich 2 lat? Z góry dziękuję za pomoc w separacji ziaren od plew 😉