Nie zdzierżyłem moi drodzy, więc przepraszam za ten wybuch frustracji i emocjonalne zacięcie wpisu, ale nie mogę stać obojętnie – gdy na moich oczach filary górnolotnego perfumiarstwa są podcinane i prostytuowane w imię zysków… To już nie te czasy, gdy min, Dior i Guerlain były firmą rodzinną, albo zarządzaną przez radę nadzorczą i kontynuowały wizję i politykę założyciela marki. Czyli nadrzędnym celem była nie tylko kasa, ale i sygnowanie wysokiej jakości produktu i dbałość o ideały i wizerunek marki. Niestety finalnie obie marki zostały sprzedane, a zakupiła je grupa /koncern LVMH (są też właścicielem min. sieci drogerii Sephora oraz Louis Vuitton, Céline, Loewe, Fendi, Donna Karan, Berluti, Givenchy, Marc Jacobs, Kenzo, Emilio Pucci, StefanoBi, Thomas Pink, Nowness, Dior, Hubolt Bvlgari, Christian Dior Perfums, Givenchy Perfums, Guerlain, Kenzo Perfums, Acqua di Parma, Fresh, Benefit Cosmetics, Make Up For Ever, Perfumes Loewe, Maison Francis Kurkdjian i inne), więc komu ma zależeć na dbałości o jakość i reputację?

Prezesikom z odgórnego nadania, którym zależy wyłącznie na zgarnięciu swojej niebotycznej premii rocznej, za wygenerowanie lipnych wzrostów? Ja mam świadomość, że to jest biznes i ktoś zapłacił ogromną kasę za te dwie marki – więc chce by ta kasa szybko mu się zwróciła, stąd goni i doi oba brandy (odnoszę wrażenie, że dosłownie je prostytuując), by wycisnąć z nich jak najwięcej kasy, ale za jaką cenę!. A no sygnując coraz bardziej tandetną (acz nie tanią) i populistyczną masówkę, której jakość i przede wszystkim poziom, można porównać do wytworów innych tuzów komercyjnego mainstreamu, jak Hugo Boss, Paco Rabanne, Calvin Klein, czy Lacoste. Oczywiście o gustach się nie dyskutuje, bo każdy ma swoje. No właśnie, każda potwora znajdzie swego amatora, bo na ambitną, nietuzinkową i wysublimowaną stylistykę Guerlain oraz Diora też był klient (w dodatku płacił za to i stojącą za tymi markami jakość), a teraz wszystko zrównano i wrzucono do jednego mainstreamowego worka…

Po ekskluzywnych i dopieszczonych perfumach Diora zostały tylko nazwy historyczne i niebotyczne ceny – ale słabo mi się robi jak sobie przypomnę, jak nędznymi popłuczynami okazał się niedawno przeze mnie wąchany Dior Fahrenheit!. Uwierzycie, że prawie serce mi pękło z żalu na myśl, że już nigdy nie będę nim pachniał? (bo to jak pachnie teraz nawet nie przypomina zacnego oryginału z przed ledwie dekady)… Zresztą ostatnimi czasy intensywnie ciosałem na łbach Diora i Guerlain kołki – utyskując na żałosny, wręcz żenujący poziom ich najnowszych perfumeryjnych nowości i coraz gorszą jakość. Zwłaszcza w kontekście wyjątkowo słabej linii Guerlain Ideal oraz nowego Diora Sauvage i zmasakrowanego ostatnią reformulacją Diora Homme Sport 2017. Ten ostatni jest tak denny, że śmiać mi się chce, ale o zgrozo – jednak są osoby, które wystawiły tym miałkim popłuczynom pozytywną cenzurkę… Tym niemniej, gdy spojrzeć na właściciela tych marek, wielkiego i napuszonego LVMH, epatującego na każdym kroku ekskluzywnością, prestiżem, dbałością o jakość i elitarność – ponownie śmiać mi się chce, gdy pomyślę o jakości zapachów Gueriali Ideal i Diora Homme Sport oraz Sauvage i zestawię ją z „wydumanymi ambicjami” brandu matki… Ha ha ha, serio z tym chcecie walczyć o portfele najbardziej wymagającego klienta w którego celujecie? 😉

Nosz kuźwa, jak chcecie być ekskluzywni i dbacie o jakość, to dlaczego serwujecie swoim klientom takie szczyny? Czy pójście w stronę tandetnej masówki to wasza metoda na pozyskanie i zatrzymanie przy sobie klienta? Przecież konkurencja oferuje dokładnie to samo, z tym że tańsze i lepiej rozpoznawalne – więc czym chcecie kupić jego lojalność?!… Tylko idiota pomyśli, że ludzie ceniący sobie jakość i elegancki krój perfum, z którego ongiś słynęły oba ikoniczne brandy – zatrzymają tandetne, nijakie i bezpłciowe zapaszki, konweniujące jakością i treścią z najpodlejszym massmarketem. Sądzicie że wasi klienci są nieobeznanymi idiotami i te sromotnie przepłacone wydmuszki – zatrzymają przy was wymagającego klienta o wyrobionych gustach?… Powiem tak, zwolnijcie wasz nieudolny zarząd, który próbuje sabotować działania i wizerunek tych dwóch marek i co najgorsze z rozmysłem dewaluuje ich prestiż i wartość w oczach klientów!. Zresztą wystarczy popatrzeć co się stało z Gucci, której niefrasobliwy zarząd, oddał markę pod władanie nieudolnej Fridy Giannini i do czego to markę Gucci doprowadziło, po paru latach jej rządów. Firma znów stanęła u progu bankructwa, z którego została lata temu odratowana, dzięki umiejętnościom Toma Forda, na szczęście w porę się ocknęli i wywalili panią Giannini z roboty, na powrót sygnując ambitne brzmienia z których słynęli.

Czy Dior i Guerlain mają skończyć i skończą podobnie, w rękach nieudolnych dyrektorów generalnych? Czy też poderżną gardła tym kurom dotąd znoszącym złote jaja, bo zarząd ma apetyt, by te kury znosiły strusie jaja – a gdy padną z wycieńczenia lub rozpruje im kupry, to co, zawołacie Toma Forda na pomoc, niech je jakoś pozszywa? Wybaczcie mą frustrację i złość, ale szlag mnie trafia, gdy widzę jak banda nieudaczników z zarządu tych brandów, niszczy i obraca w perzynę marki legendarne, ikoniczne, ponadczasowe – zamieniając je w synonim komercyjnej rynkowej tandety… Po pierwsze, tym markom takie prostytuowanie się o gusta klienta masowego po prostu nie przystoi, a po drugie nie mają szansy w konfrontacji z brandami które mają w tym temacie ugruntowaną pozycję rynkową. Bo ktoś kto kupuje niezobowiązujące casualowce i świeżaki od Hugo czy Lacoste, za powiedzmy 150-200 zł nie da za te same perfumy 300-500 zł, bo są od jakiegoś tam Diora czy Guerlain. Sorry ale przysłowiowy Seba, śmigający w ortalionowych dresach nie wie co to Guerlain lub Dior – on ceni Armaniego, Hugo, CK i Lacoste, bo pasują mu pod jego sportowy look i kojarzy je z prestiżem – bo nosi na dupie ich konfekcję, obok butów i dresów Adidasa czy Nike… Kuźwa czy tylko ja widzę, że obecna polityka tych brandów to linia pochyła w dół? A tak na serio, to co zrobili z Diorem Fahrenheitem zakrawa o bestialstwo i profanację!…

Zatem za obecną, coraz gorszą kondycję obu marek i ich powolny upadek i postępującą dewaluację, obwiniam ich obecny zarząd i politykę aktualnego właściciela obu brandów. Gdyby te marki wciąż były w rękach ludzi, którym zależało na pięknie, prestiżu, jakości i sztuce perfumeryjnej przez duże S, a którą kultywowano tam z pasją – to nie wątpię, że jakość sygnowanych ich logo perfum stałaby na o wiele wyższym poziomie. Oczywiście powiecie, że realia rynkowe się zmieniają, że czasy zwalistych śmierdzielów i rozpasanych kompozycji minęły, że dziś liczy się niezobowiązująca prostota i neutralny minimalizm – owszem, ale czy patrząc na wykwintne i wciąż finezyjne kompozycje Cartiera, Lalique, Hermes, Bentley, Loewe, Prady, Biagiotti, czy Muglera – ktoś ma jeszcze wątpliwości, że da się pogodzić jakość z nowoczesnym i świeżym brzmieniem? Jestem pewien, że gdyby za krój perfum Diora (wątpię by Demachy miał tam jeszcze coś do gadania) odpowiadał ktoś kto kocha perfumy, taki Fahrenheit wciąż pachniałby jak należy, zamiast profanować nazwę nieodżałowanego klasyka – a Dior Homme Sport nie byłby tak tragicznie dennymi popłuczynami… ufff trochę mi ulżyło…

p.s. wpis ilustrowany zdjęciami w moim odczuciu najgorszymi ostatnimi laty porażkami i niekwestionowanymi postrzałami w stopę, u obu marek…

p.s.2 po prostu trzeba się pogodzić z tym, że pod tymi rządami (i w tym modelu zarządzania) nie będzie już ambitnych i wysokiej jakości premier, od tych dwóch marek i tyle…

Reklamy

Powiem wprost, że najnowszy Eternity Summer 2017, totalnie mnie rozczarował – zarówno mizerną trwałością, nieakceptowalną nawet w przypadku letnich świeżaków oraz nieadekwatnym, przekombinowanym i w efekcie niezbyt strawnym bukietem. Rozczarował tym bardziej, że to pierwszy od baaaaaardzo długiego czasu zapach od CK, który przerywał (w moich oczach) trwającą od ładnych 4 lat serię zwycięstw Calvin Kleina – w kategorii naprawdę niezłych premier, wysoko trzymanej gardy jakości oraz inwencji w kreowaniu nowości. I jak na ironię łapa poślizgnęła im się właśnie przy „odcinaniu kuponów” od klasycznego Eternity, którego sukces powielano od lat – co roku oddając w nasze ręce kolejny rocznik Summer 20xx

Jak przystało na rasowy, Calvinowyowocowy soczek” na lato, są tu owocki, czyli jabłuszka, jakiś tam cytrusik, coś „zielonego” – a wszystko umiarkowanie słodkie, soczyste i zabójczo przyjemne. Niestety amazing Eternity Summer, jak w zasadzie każdego letniego świeżaka, kończy się wraz z przeminięciem zwodniczo pięknego akordu otwarcia (ten akord to taka swoista i niepisana reklama każdych jednych perfum). A trudno ocenić i przyznać wysoką notę wyłącznie w oparciu o jakże zwodniczy i ulotny akord głowy, za to o coraz bardziej pokracznie wybrzmiewającym akordzie środkowym, można powiedzieć nieco więcej. Linia Summer to w sumie edycja limitowana i taki swoisty Hyde Park brandu, więc cudów oczekiwać nie powinienem – no i trudno zrąbać swieżaka, prawda?…

Teoretycznie prawda, ale choć zapach w swej początkowej fazie pachnie przyjemnie i zupełnie „przewidywalnie” – to już po kwadransie okazuje się iż jego brzmienie ma niewiele wspólnego zarówno z jego natywną segmentacją. A już najmniej z jego oficjalnym wykazem nut, który określiłbym kolokwialnie jako jeden wielki stek bzdur i pobożnych życzeń… No chyba, że użyto dosłownie śladowych i pomijalnych przez ludzką percepcję ilość co niektórych, a deklarowanych ingrediencji – byleby formalności stała się zadość, tyle że w praktyce, nic z tego nie czuję. Sorry, ale jaśmin, imbir i kokos, to nuty tak specyficzne i wyraziste, iż nie sposób ich obecności zignorować/pominąć. Sądzę więc że jakiegoś „kreatywnego pijarowca” poniosła inwencja i wiedząc, że i tak nikt tego nie zweryfikuje – prawdopodobnie wpisał jakieś kocopoły, by zrobić lepsze wrażenie na potencjalnych klientach. Taktyka to podła, ale wbrew pozorom dość powszechna w świecie perfum, bo pozawala epatować snobów i kusić urojonymi ingrediencjami klientów, złaknionych eklektycznych nowości. Sądziłem że Calvin Klein już z tego typu zagrywek wyrósł – ale nie, bo wśród tworzących bukiet nut, możemy podziwiać mityczny „nektar kokosowy” (WTF? bo jak niby to pachnie?)…

Nie będę się pastwił, że zapach wybrzmiewa słabo i wtórnie, bo w tej konwencji i opiewanej tematyce – wręcz nie sposób uciec od schematyczności, banału i miałkości formy. Mam tego świadomość i biorę poprawkę, że w tematyce zwiewnych letnich świeżaków trudno pokazać coś świeżego i naprawdę nowego, ale tym razem Calvin tak bardzo chciał się wykazać, że aż przesadził… Zamiast pójść na łatwiznę i jedynie zmienić numerek na jednej z wcześniejszej i udanej edycji Eternity Summer na aktualny – tudzież poddać ją niezauważalnemu liftingowi, by ów nowy numerek w nazwie jakoś usankcjonować (taktyka działała bez pudła od najmniej dekady 😉 ), stworzyli coś nowego, ale odnoszę wrażenie, że na siłę i sromotnie przestrzelili…

Kompozycje z pod szyldu Eternity Summer nigdy nie grzeszyły inwencją, ani porywającą sugestywnością aranżacji zapachowej – zresztą to nie jest konwencja / półka, w której górnolotny artyzm byłby oczekiwany i gdzie zostałby doceniony, no sorry to nie liga i klientela na np. ogródki Hermesa. Za to były to kompozycje neutralne, poprawne i bardzo przyjemne i tylko tego, czy też „aż tego” się od nich wymagało. Niestety odnoszę wrażenie, że spokój i jowialną sielankę wersji Eternity Summer z bieżącego rocznika zaburzono i zmącono, próbując przy zapachu nieumiejętnie grzebać i efekt końcowy hmmm, co najmniej uwiera. Coś w zwykle neutralnym, przyjemny i przewidywalnym modelu Eternity Summer zostało zachwiane, zmącone i naruszone – a w tle kompozycji pojawiły się dziwne, wręcz nieznośne i ewidentnie niepasujące do charakteru bukietu wtrącenia. Ciężko mi to wyrazić, bo seria Summer choć nigdy nie była „ambitna„, to przynajmniej była przyjemna i miło oraz łatwo się ją nosiło – gdy edycja 2017 jest trochę jak kiełkujące (odrastające po depilacji) włosy, na pieszczonych wierzchem dłoni nogach dziewczyny.

Zupełnie jakby ktoś chciał stworzyć zapach jeszcze bardziej uniwersalny i wszechstronny, wzmacniając jego bukiet o nuty nieco cięższego kalibru, by poza przysłowiową „plażą„, zapach pasował też do biura, albo klubu?… I chyba coś jest na rzeczy, bo w późnym akordzie serca, w pewnej chwili ujawnia się dodatek sandałowca, acz surowego, suchego i bardzo „komercyjnego w brzmieniu” i podejrzewam, że to jego szorstkość, plus deklarowane konotacje z piżma (syntetycznego pochodzenia), wprowadzają te mącące bukiet chropowatości. Chropowatości, która wprowadza zamęt i przydaje kompozycji masywności, przechylając jej krój w stronę nieco nadpobudliwego casualowca – irytującego swą ni to ostrą, ni to hermafrodytyczną, fizjonomią, miotającą się od nieco siermiężnych nut kwiatowo owocowych (fiołek i cytrus), przez syntetyczne nuty drzewne i piżma, wywołując u nosiciela zamęt i niepokój. Ostatni raz czułem się podobnie wąchając któryś zapach od Police i JPG Le Male Summer, bodaj rocznik 2015* – a tu sandałowiec tak bardzo gryzie się z fiołkiem, a całość z niezobowiązującą stylistyką „letniego świeżaka” iż nie sposób to spokojnie wąchać!.

*zauważyliście, że kolorystyka feralnego CK Summer 2017 i JPG Le Male Summer 2015 pokrywają się? Przypadek? Nie sądzę, choć po powąchaniu CK nie zbierało mi się na nudności… 🙂

jeden z największych olfaktorycznych koszmarów, z jakim miałem w życiu styczność, czyli JPG Le Male Summer 2015…

Ale spokojnie, na szczęście zapach (jak na swój wybujały kaliber) ma tak żenująco słabą trwałość, że nie będziecie się zbyt długo męczyć w jego irytującym towarzystwie. Z każdą aplikacją, zapach znikał ze skóry w zasadzie bez śladu po 3-4 godzinach, bo tego piżmowo wiórowego smędzenia przy samej skórze, trudno określić mianem efektywnego projektowania do otoczenia. Zatem wychodzi na to, że Eternity Summer pachnie nie jak zwiewny, letni świeżak – a nieco zwalisty, irytujący i nadpobudliwy casualowiec, o jak na ironię, żenująco słabej trwałości. W moim odczuciu perfumiarz zanadto przeszarżował, zamieniając zachowawcze i spokojne brzmienie świeżaka, w nieco groteskowego i karykaturalnego casualowca, epatującego agresywnym sandałowcem i przejaskrawionym fiołkiem oraz kardamonem – czym zupełnie zrujnował jego świeży, niewinny, niezobowiązujący i przede wszystkim odprężająco lekki charakter. W moim odczuciu tegoroczna odsłona Eternity Summer, nie nadaje się na lato – a już kategorycznie nie na upały, gdzie zmęczy nosiciela i wykończy jego otoczenie. Używacie na własne ryzyko – jakby co, ostrzegałem!… 😉

rok powstania: 2017

nos: anonimowy reformator

projekcja: dobra

trwałość: mizerna

Głowa: szałwia, bergamotka, imbir,
Serce: jaśmin, nektar kokosowy, liść fiołka,
Baza: wetyweria, drzewo sandałowe, piżmo,

Czasem odnoszę wrażenie, że producenci perfum, to totalnie odrealnione jednostki, żyjące w hermetycznym świecie słupków i tabel Excela – ślepo wpatrzone w wykresy rynkowe, w poszukiwaniu nisz, które można by jeszcze wypełnić. A równolegle zajmują się nieustannym cięciem kosztów i dosłownie „prostytuują markę” którą zarządzają, w celu wyciśnięcia z niej każdego euro centa. I ci bezduszni ludzie, mając pełną świadomość, że konkurencja robi dokładnie to samo – z premedytacją sygnują coraz bardziej beznamiętne, pozbawione polotu zapachy, które niespecjalnie się sprzedają. A nie sprzedają się, gdyż beznamiętne zapachy raczej nie podbijają serc i nie zapadają w pamięci klienta – co z kolei protezuje się wypuszczaniem jednej niewiele wnoszącej nowości za drugą, byle był ruch w interesie, wszak lud lubi igrzyska… Wiem brzmi brutalnie i obrazoburczo, ale czasy gdy perfumy sygnowano starannie dla sztuki i idei minęły bezpowrotnie, nawet w kręgach tzw. niszy – no być może z wyłączeniem home made / indie, którym jeszcze parają się nieskażeni rządzą pieniądza, pasjonaci.

Dziś tzw. „zapach masowy” musi na siebie przede wszystkim zarobić i paradoksalnie poziom samej kompozycji zapachowej, wcale nie jest wymiernikiem jego sukcesu rynkowego. Nie musi, bo o ten „sukces komercyjny” zadba zabójczo skuteczny marketing i tłuste miliony wpakowane w reklamę, które z przysłowiowego „gó*na w pozłotce” zrobią murowany hit, który przebije w rankingach każdą górnolotną konkurencję. Zresztą, pamiętacie wszechobecne reklamy Paco Rabanne 1 Milion i później Invictusa? O ile 1 Milion (którego tatusiem notabene jest również Christophe Raynaud) był interesującą nowością i wykreował sobą modę na zwalisty, słodki orient – to słabiutki Invictus sprzedawał się głównie za sprawą namolnej kampanii reklamowej i fejmu marki. Kampanii przed którą nie sposób było uciec, zresztą w ogóle trudno obronić się przed podprogowym oddziaływaniem zmanipulowanego marketingu perfum. Kampaniom towarzyszą reklamy ociekające golizną i epatujące seksem – obiecując w zamian powodzenie u kobiet, sugerują sukces towarzyski, dowartościowując i mile łechcąc ego potencjalnego nabywcy. Sam produkt i to jak pachnie przestaje się powoli liczyć, bo dzięki umiejętnie zmanipulowanemu wsparciu po stronie sprzedawców, każdego gniota da się wcisnąć klientowi – byle by miał rozpoznawalne i pożądane logo, wszak dla snobującego leminga, liczy się przede wszystkim marka. 😉

Ale problem w tym że Joop! to owszem marka rozpoznawalna, ale nie na tyle popularna i rozchwytywana jak np. CK, Armani, Boss, czy Lacoste, by ludzie kupili wszystko, co ci ostatni wypuszczą na rynek. Takie mniej popularne marki jeszcze muszą się starać, walcząc pomysłem i jakością o atencję potencjalnego klienta – ponieważ w ich przypadku szeroko rozpoznawalny logotyp i rozbuchany budżet na marketing, nie załatwi roboty. Te perfumy muszą naprawdę pachnieć dobrze*, by zwrócić uwagę klienta, choć nie ukrywajmy, że przy mocnym wsparciu ze strony wizerunkowo ideologicznej**. Oczojebny i nietuzinkowy flakon i chwytliwa, wpadająca w oko i ucho nazwa, niewątpliwie pomogą przyciągnąć i zatrzymać na produkcie uwagę nabywcy. Teraz tylko trzeba zafundować mu dobrą reklamę w postaci wciągającego i arcy przyjemnego akordu otwarcia  i najlepiej, by zapach reklamowała jakaś bardzo znana gęba (aktor, sportowiec). Akord otwarcia to taka niepisana „reklama zapachu” i paradoksalnie lekko liczę, że ~70% nabywców perfum, podejmuje decyzję o zakupie – właśnie będąc pod wrażeniem tego ulotnego, zwodniczego i jakże nieadekwatnego stadium perfum. Spokojnie, producenci perfum doskonale o tym wiedzą i skrzętnie tę niewiedzę i naiwność klientów wykorzystują 😉

*zdaje się zapomniał o tym Trussardi, bo jego najnowszy Red pachnie tak nijako i mdło, że w połączeniu z niezbyt pożądaną marką Trussardi – jawi się jako murowany kandydat do perfumeryjnej złotej maliny, za najbardziej smętny i nudny zapach roku.

**energetyzujący zapach dla pełnego życia i pewnego siebie mężczyzny ble ble be , za którym ciągną się powłóczyste spojrzenia napalonych na niego kobiet i tylko dzięki temu, że użył tych perfum… no rzesz kuźwa, gdzie tak jest w życiu! 😉

I nagle Joop!, znany głównie z odcinania kuponów od swego kultowego Joop! Homme (1989), który choć krzykliwy i zwaliście słodki, okazał się rynkowym strzałem w dziesiątkę i po dziś dzień jest jednym z najpopularniejszych i najczęściej podrabianych zapachów na świecie – wyskakuje ze zgrzebną i całkiem elegancką flaszką, o sugestywnej acz moim zdaniem niepasującej do tego wysmakowanego flakonu, nazwą Wow!. Wcześniej był Joop! Go, Joop! Wild, Joop! Heat, Joop! Summer a teraz pora na równie chwytliwe dla ucha Joop! Wow! Wszystko super, mamy więc średnio pożądaną przez snobów markę, ładny i elegancki flakon, krótką i wpadającą w synapsy nazwę i uwaga, całkiem niezłą kompozycję zapachową! Po ordynarnym Joop! Homme Sport i naciąganym na stylistykę klubową i wtórnym Joop! Wild – marka wreszcie zaproponowała coś co nie jest paskudnym ulepem, ani odgrzewanym kotletem!. Te perfumy mile zaskakują już od samego, wyraźnie pieprznego otwarcia – czym sprawiają wrażenie bardzo męskich i wyrazistych.

Tuż po aplikacji trudno uciec od przemożnego wrażenia, że zapach jest pieprznym, alkoholowo, kardamonowo tonkowym ulepem na wieczorny wypad do klubu, ale z każdą minutą ten wieczorowo klubowy sznyt blaknie – obnażając stopniowo właściwe serce kompozycji, które bynajmniej ordynarnym klubowym ulepem nie jest. Po prawdzie zapach nie oferuje jakoś specjalnie porywającego nowatorstwem brzmienia, zwłaszcza w odniesieniu do dość schematycznego akordu bazy – ale warto zaznaczyć, że w żadnym stadium rozwoju, zapach w niczym nie przypomina kultowego Joop’a Homme, co już samo w sobie zasługuje na gromkie brawa. 😉 Nieco chropowata, wyrazista i kwiatowo przyprawowa, dość mocno esencjonalna sekcja otwarcia i akordu środkowego Wow!, przypomina wspomniane klimaty klubowe, ale stadium to nie jest ordynarne ani wyzywające, no i trwa dosłownie 10 minut. Warto dać mu szansę, by już po paru kwadransach móc cieszyć nozdrza doprawdy uroczym połączeniem zwiewnego i rozkosznego fiołka, geranium i vetivery, które ścielą się na miękkim niczym aksamit połączeniu naprawdę subtelnej słodyczy tonki, wanilii i drewna kaszmirowego, którym okazało się, co tu dużo mówić ISO E Super. Całość prezentuje się wykwintnie, uroczo i naprawdę przyjemnie, więc brawa dla Joop’a za stworzenie dla odmiany czegoś tak porywająco subtelnego i wyrafinowanego.

Serio, choć pikantny i przez to trochę mylący akord otwarcia, nie jest typową zniewalającą „owocową petardą„, a spokojny i pozbawiony wodotrysków flakon i stonowany akord dojrzały nijak nie konweniuje z krzykliwą nazwą – kompozycja zapachowa naprawdę się broni jakością oraz przyjemnym krojem. Jestem bardzo na tak, albowiem stonowany i wyważony bukiet Wow! zaaranżowano z wyczuciem, smakiem i na tyle elegancko, że pięknie konweniuje ze swoim skromnym i bardzo ładnym flakonem, tworząc spójną i bardzo wykwintną całość. A finezyjny, miękki, delikatny i naprawdę przyjemny akord dojrzały, choć nieco wtórny – pieści nozdrza dopracowaną, dyskretną i przyjemną korelacją nut drzewno balsamicznych, po którą z powodzeniem można sięgnąć nawet latem. W konfrontacji z bukietem i flaszką, krzykliwa i nieco dziecinna nazwa tych perfum po prostu razi – zwłaszcza, że wraz z wybrzmieniem akordu serca, zapach zamienia się w ujmującą swym wysublimowanym krojem, kompozycję drzewno balsamiczną. Tym niemniej jeśli szukacie na wieczór czegoś wpierw z lekkim pazurem, a później stonowanego i wyrafinowanego, to Joop! Wow! będzie ciekawą i mile zaskakującą alternatywą.

rok powstania: 2017

nos: Christophe Raynaud

projekcja: dobra

trwałość: bardzo dobra

Głowa: bergamotka, kardamon, liść fiołka,
Serce: geranium, jodła balsamiczna, wetyweria,
Baza: fasolka tonka, wanilia, drzewo kaszmirowe,

Napisane przez: pirath | 23 czerwca 2017

Tommy Hilfiger – Citrus Brights, czyli nowa era colognes…

Nie będę owijał w bawełnę i od razu oznajmię, że Citrus Brights nieźle namieszał w moim prywatnym rankingu lekkich wód kolońskich. Rozpychał się dosłownie łokciami, moszcząc sobie miejsce, w pierwszej dziesiątce moich ulubionych i rekomendowanych zapachów na lato – jako zapach naprawdę przyjemny i co równie istotne, niebanalny. Zresztą odnoszę wrażenie, że Tommy w ogóle się ostatnimi czasy wyrobił, jeśli chodzi o poziom sygnowanych przez tę markę perfum. To nadal są lekkie i niezobowiązujące kompozycje, ale podobnie jak u Calvin Klaina – czuć u Tommego odejście od banalnych, rasowo amerykańskich „owocowych soczków” dla małolatów i zwrot w stronę czegoś ambitniejszego i bardziej wyszukanego. Ewidentnie Hilfiger postanowił powalczyć z najlepszymi, ostatnio niestety dosłownie kopiując najlepszych, czego przykładem jest Tommy Bold – będący ordynarnym plagiatem* Banana Republic Classic. Tyle że BR Classic to jakby nie patrzeć, jedna z lepszych klasycznych wód kolońskich ever!, więc przynajmniej sklonowali najwyższą półkę.

*niby jest to plagiat Banana Republic Classic, ale paradoksalnie ostatnia reformulacja oryginalnego Classica, dosłownie zniszczyła te niegdyś fenomenalne perfumy i jedyną metodą, by móc się wciąż cieszyć tym nieco oldskulowym colognes, jest właśnie zakup Tommyego Bold’a. Wyobraźcie sobie jak bardzo Banana Republic musiało schrzanić reformulacją swoje własne perfumy, że trzeba kupić bądź co bądź bardzo dobrą „podróbkę” od konkurencji, by móc nadal cieszyć się brzmieniem oryginału… Jak na ironię, Tommy „powielając Classica„, uratował ten zapach przed zapomnieniem…

bergamotka

Szczerze powiedziawszy wątpiłem, że ktoś mnie jeszcze tak pozytywnie zaskoczy, zapachem osadzonym w jakże mocno eksploatowanej tematyce nowożytnego colognes. Brzmienie klasycznej wody kolońskiej nieco się zestarzało i przejadło – zresztą wiele osób kojarzy je z zapachem oldskulowych, a w sensie pejoratywnym „dziadkowych perfum„. By tego uniknąć klasyczna woda kolońska, by móc nadal istnieć i się sprzedawać, musiała ewoluować. Stąd od kilku lat możemy zaobserwować prawdziwą eksplozję kolońskich nowości i zupełnie innych brzmień, osadzonej w zgoła odmiennej stylistyce i wyrażonej totalnie odmienną paletą zapachową, głownie skrajnie syntetyczną. Niestety część z nich pachnie nie tyle cytrusami co płynem do dezynfekcji klimatyzacji samochodowej, jak ma to miejsce w przypadku Dioda Homme Cologne, czy Guerlain Ideal Cologne… 😉

limonka

A Citrus Brights jest wciąż cytrusowy, świeży, orzeźwiający, zielony, rześki i koloński oraz czysty, purystyczny, oszczędny w treści, minimalistyczny w kroju, i nowoczesny. A więc da się bez większych strat w treści połączyć cechy i przymioty tradycji z nowoczesnością – bo ten zapach choć pachnie bardzo nowocześnie i oszczędnie, wciąż tchnie duchem gorzkawego, esencjonalnego, wytrawnego – wreszcie nieco surowego i przaśnego jak przystało na rasowe colognes. Colognes, które utemperowano, ugrzeczniono i dostosowano do obowiązującej dziś (nie tylko w perfumiarstwie) poprawności politycznej, ale zapach wciąż ma jaja i mile zaskakuje. No i co najistotniejsze jest delikatny, diabelnie urodziwy i przyjemny w noszeniu, a to jest chyba w przypadku perfum najistotniejsze.

Podchodziłem do tego zapachu parokrotnie i zachwycił mnie swą rozkoszną chimerycznością i niekonsekwencją w brzmieniu, codziennie układając się nieco inaczej. Zupełnie jak Encre Noire od Lalique, w zależności od pory dnia, wilgotności i temperatury otoczenia – za każdym razem odgrywał swą rolę nieco inaczej. Raz przechylając się w stronę gorzkawo aromatycznych cytrusów, z wyraźnym cytrusowym pazurem, by innego dnia pachnieć bardziej mydlinami, coś na podobieństwo Prady Infusion D’Homme lub dosłownie jej odsłonie de Vetiver. Zapach jest przede wszystkim cytrusowy i zielono drzewny (igliwie sosny i jałowca), ale raczej w ujęciu ich zielonkawej, gorzkiej, wytrawnej i esencjonalnej, pachnącej olejkiem bergamotkowym, limonką i gorzką pomarańczą. Pomiędzy te wyraźnie niedojrzałe cytrusy wpleciono odrobinę pieprzu oraz Imbiru, które jeszcze bardziej podkręciły wytrawną aromatyczność tych ich zielonych skórek cytrusów, igieł iglaków i vetivery.

jałowiec

A jako przeciwwagę dla cytrusowej dominaty, w tle czuć odrobinę lekko pudrowo kremowych mydlin – zupełnie jakby wąchać jakieś luksusowe mydełko, więc miłośnicy Prady Infusion d’Homme, powinni być nader ukontentowani brzmieniem tła i głębokiej bazy Citrus Brights. Owo ukontentowanie odnajdą tu też miłośnicy szlachetnych, wyrafinowanych i finezyjnych brzmień – zaaranżowanych z klasycznie włoskim rodowodem – bo wąchając to cudeńko, aż trudno uwierzyć, że na flakoniku widać znaczek Tommyego, a nie którejś z zacnych marek europejskich, pokroju Hermesa, Lalique, Prady, czy Cartiera. A więc mamy przepięknie skomponowaną mieszankę iście Pradowych mydlin i niemalże Ellenowego, dobrze sprawionego cytrusa. Cytrusa wysmukłego i pełnego gracji, z częściowo wyciętym spektrum słodyczy i soczystości miąższu, w zasadzie bazującego jedynie na goryczy i zielonkawości skórki, ale wciąż swoistego i diabelnie przyjemnego w odbiorze. Tutejszego cytrusa pięknie dopełniają akcenty drzew iglastych, podkręcając i podbijając tę szlachetną, gorzkawą wytrawność. Szkoda że Dior Homme Cologne lub ostatnio zmasakrowany Dior Homme Sport, nie pachną właśnie tak…

wetivera

Zapach ma coś w sobie, coś esencjonalnego i aromatycznego, niczym Tommy Bold, a którą Bold zawdzięcza aromatycznemu dodatkowi jałowca – gdy Tommy Bright uświetniono dodatkiem igieł sosnowych (ja bym wcale nie wykluczył tu udziału jałowca), które zauważalnie podkreśliły wytrawność cierpkiej i gorzkawej bergamotki oraz zbalansowały delikatność „mydlanej” przeciw fazy. Tommy Bold ma podobny charakter, wytrawnej, wysoce orzeźwiającej i niewątpliwie męskiej wody kolońskiej – ale niestety jest perfidną kopią nieodżałowanego przeze mnie Banana Republic Classic. A może i stety, bo Classica zabito ostatnią reformulacją, więc cieszę się że na otarcie łez został mi chociaż Tommy Bold. Bold to również powiew, a raczej retrospekcja klasycznej, nieco oldskulowej wody kolońskiej – gdy Citrus Brights jest jej odświeżonym, bardzo współczesnym wydaniem. Ale co najistotniejsze Citrus Brights nie jest perfidną kopią – co już całkiem suwerenną, wyrafinowaną oraz wnoszącą sobą wiele świeżości i prawdziwie niebanalną kompozycją. Jak dla mnie petarda!…

rok powstania: 2016

nos: anonimowy geniusz

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: lima, pomarańcza, cytryna, bergamotka, igły sosnowe,
Serce: lawenda, mięta, imbir,
Baza: haitańska wetyweria, kadzidło, różowy pieprz,

 

Napisane przez: pirath | 16 czerwca 2017

Prada Homme, czyli cover song o irysie…

Prada to jedna z nielicznych marek mainstreamowych, która zbudowała swą reputację i wysoką renomę, nie za sprawą samego logotypu (jego rozpoznawalności) – co jakości produktów, które nim sygnuje. Mówiąc wprost, za ich wysoko cenionym logo stoi korespondująca z ceną jakość, co najlepiej obrazuje wykwintny, finezyjny i nietuzinkowy krój ich niebanalnych perfum. Chyba tylko Bentley, Loewe i Mugler (wśród młodych brandów) mogą się poszczycić równie dobrym stosunkiem jakości do ceny oraz swoistym i prawdziwie niepowtarzalnym charakterem kompozycji. I nie ważne czy mowa o pudrowo minimalistycznym Infusion d’Homme, słodkawo mydlanym Pour Homme, porywającym zwiewną świeżością Infusion de Vetiver, czy nowożytnym Luna Rossa – każda z wymienionych kompozycji Prady, to starannie i perfekcyjnie skrojone arcydzieło.

Chyba nie tylko mi ten zapach coś jednak przypomina i to za sprawą dominującej w kompozycji nucie irysa. Ale nie tylko, bo fantastycznie ujęty fiołek i geranium przywodzą mi na myśl jeszcze inną włoską markę. Tyle że to Prada, więc nie może być mowy o dosłownym podobieństwie, to raptem koincydencja nut, układająca się na podobieństwo czegoś, co już jest. Pierwszym jest rzecz jasna Dior Homme, zaś drugim Laura Biagiotti Roma, czyli creme de la crem perfumiarstwa. I właśnie pomiędzy te dwie, wykwintne, niebanalne i arcy szykowne kompozycje, wcisnęła się Prada, ze swym najnowszym Homme. Zapachem nie tyle podobnym do Homme Diora i Romy od Laury Biagiotti, co będącym ich wynikową, usytuowaną gdzieś na stycznej / pośrodku brzmień obu kompozycji.

Podobnie (ze względu na dominującą nutę irysa) do Prady Homme pachnie też Armani Eau de Nuit oraz Paul Smith Man, ale te skupiają się raczej na irysie i co tu dużo mówić, zdecydowanie bardziej bezpośrednim nawiązaniu do kultowego już Diora Homme. Zapachu absolutnie wybitnego, arcy nietuzinkowego i będącego prawdziwą perłą w koronie domu mody Christian Dior, a którą co rusz chlastają reformulacjami – jakby się nie mogli zdecydować czy chcą robić zapach dobry, czy nie… A wiadomo że tam gdzie biją się Demachy z księgowymi i specami od wizerunku – korzystają marki trzecie, pragnące uszczknąć coś dla siebie, z irysowego tortu Diora Homme. Wprawdzie nie posądzam dumną i wyniosłą Pradę, ani tym bardziej genialną Danielę Andrier o pójście na łatwiznę i kopiowanie czyichś genialnych pomysłów – ale gwoli formalności, w temacie podobieństw do już istniejących zapachów, wypadało o tym wspomnieć.

To samo się tyczy konotacji ze zniewalającą Romą, ale gdy mowa o tak specyficznych i charyzmatycznych ingrediencjach oraz coraz węższej palecie dostępnych na rynku ingrediencji – trudno uniknąć podobieństw i tym samym posądzeń o plagiat. Tak więc z racji mnogości wątków, jakie składają się na bukiet Prady Homme, traktuję tę kompozycję jako zupełnie suwerenny zapach. I to jaki zapach, bo tak ciepłej, głębokiej, wręcz zniewalającej słodyczy (poza Romą Biagiotti) trudno szukać we współcześnie sygnowanym mainstreamie, bez potrzeby zahaczania o esencjonalne balsamiczne EdP i Pure Parfum. Serio, nie jedna wieczorowa kompozycja sygnowana dopiskiem Parfum, mogłaby pozazdrościć EdT Prady jej otulającej głębi, biorącej się najpewniej z arcy pociągającego połączenia irysa, ambry, geranium, paczuli i mam wrażenie ambrette lub heliotropu. Zapach dosłownie ocieka miękką, balsamiczną, otulającą i absolutnie niemęczącą słodyczą – dosłownie tą samą, którą emanuje arcy zniewalająca Roma od Laury Biagiotti. Zupełnie jakby ktoś wziął klasyczne Homme Diora, (dziś w wyniku rozlicznych reformulacji, adekwatniejszym porównaniem będzie Homme Intense), a następnie zaserwował je na słodko, z niewielką domieszką kwiatów (fiołek i geranium). I choć zapach jest miękki otulający i słodkawy, to jest na tyle odmienny – iż nie jest to balsamiczna słodycz Diora Homme Parfum, zatem nie może być mowy o plagiacie.

Jest więc Prada Homme zupełnie nowym, autorskim pomysłem na majestatycznego irysa, w wykonaniu arcy utalentowanej Danieli Andrier – tej samej, której zawdzięczamy między innymi genialną Bottegę Venetę, Gucci Rush i wymienione na wstępie, wcześniejsze kompozycje Prady. Jeśli więc cenicie irysową, męską i lekko pudrowo wytrawną słodycz Diora Homme oraz miękką, finezyjną i arcy wykwintną słodycz Romy, to Prada Homme jest najprawdziwszym spełnieniem marzeń. Prada Homme łączy te dwie kultowe kompozycje – w jedną, perfekcyjnie skorelowaną i wyjątkowo przyjemnie wybrzmiewającą całość. Dodatkowo zapach cechuje akuratna, nieprzesadzona projekcja, pozwalająca na noszenie tych perfum przez śmiem twierdzić, cały rok (to bardzo szykowny casualowiec z lekkim zacięciem wieczorowym) oraz niezgorsza trwałość – więc ponownie zdejmuję przed Pradą czapkę i kłaniam się nisko…

rok powstania: 2016

nos: Daniela (Roche) Andrier

projekcja: bardzo dobra

trwałość: dobra

Głowa: neroli, pieprz,
Serce: irys, ambra, fiołek, geranium,
Baza: paczula, cedr,

Napisane przez: pirath | 12 czerwca 2017

Diesel – Bad, czyli ma ktoś może alkomat?

Na pierwszy rzut oka oryginalny, klimatyczny, a wręcz złowieszczy flakon Bad przekonuje, że mamy do czynienia z nietuzinkowym zapachem, dla prawdziwych zakapiorów – tudzież Emo Gotów na odwyku, po przedawkowaniu prozdrowotnych koktajlów na bazie z jarmużu, cieciorki i szpinaku, a którzy wciąż chcą się czuć macho. Ok, a tak na poważnie to wedle (pobożnych) założeń twórców,  jest to kompozycja wieczorowo klubowa, którą zaserwowano (moim zdaniem) w najgorszym możliwym wydaniu. Już miałem nadzieję, że koszmarki pokroju Davidoffa The Game, Armani Code, Paco Rabanne Ultrafiolet, Boss Bottled Night i CH 212 VIP, odpłynęły już w stronę „zakazanej” historii perfumiarstwa – a jednak okazał się, że ktoś postanowił tę niechlubną stylistykę wskrzesić…

Serio? pomyślałem sobie, tuż po zaaplikowaniu Bad na nadgarstek, gdy do mych nozdrzy dotarły pierwsze takty tej specyficznej, siermiężno syntetycznej serenady… Serenady wybrzmiewającej pompującym basem imprezy techno, lamp ultrafioletowych, stroboskopów i laserów przecinających gęsty dym i ciężką atmosferę klubowego wnętrza, którego fluorescencyjne barwy mają tyleż wspólnego z naturalnością, co wyalienowane brzmienie tych upierdliwych perfum. A może tu chodzi o jakąś modę, by pachnieć takim syntetycznym i przejaskrawionym, ozonowo morsko, ziołowo słodkawo alkoholowymwyziewem” i wtedy jest się cool i w ogóle laski lecą na kolesi pachnących jak przepity i przećpany balangowicz o 5 rano?…

Czy czuję tu wspomniany w wykazie nut kawior? Na szczęście nie, ale też osobiście uważam za „wątpliwą” przyjemność używania perfum, pachnących rybią ikrą. Również za dyskusyjne uważam perfumy „jadące tanią gorzałą” tudzież innej maści „alkoholowymi wyziewami„, którymi zapach atakuje mnie tuż po aplikacji i męczy jeszcze co najmniej godzinę po. Oczywiście to kwestia gustu i pewnie nawet taki siermiężny i irytujący Bad znajdzie swego amatora, zwłaszcza jeśli pani konsultantka puści mu oczko, mówiąc że „laski lecą na ten zapach„… tia… Paradoksalnie najmocniej wyczuwalną nutą jest tu prawdziwie irytujący kardamon, lawenda, sandałowiec oraz niewiadomego pochodzenia inkantacje cytrusowo morskie. Przerysowane brzmienie Bad nie tylko mnie irytuje i drażni swą syntetyczną fizjonomią, co obcowanie z zapachem budzi we mnie niepokój. Ale pomijając jego drażniący wpływ na moje samopoczucie, wynudziłem się na śmierć, wąchając kolejne wcielenie nieśmiertelnych riffów, znanych mi już z wcześniej wymienionych zapachów „klubowych„. Tandetnych, siermiężnych i wręcz wulgarnych, bo ultra syntetyczne akcenty ozonowo morskie, dodatkowo wzmocnione arcy esencjonalnymi ziołami i przyprawami – raczej kiepsko łączą się z mdłą słodyczą i odpychającą wonią trunków wyskokowych (jakiś gin, albo wódka)… zresztą pewnie nieważne co, byle sponiewierało, prawda? 😉

Zupełnie serio, czuję tu „wczorajszego” kolesia, odzianego w niezbyt świeżą już koszulę i zmęczony garnitur, próbującego zatuszować odór gorzały, która ulatuje z niego poprzez wszystkie pory na ciele – poprzez wylanie na siebie nieprzyzwoitej ilości jakiegoś ozonowo, ziołowo morskiego casualowca (taki przejaskrawiony mix Boss The Scent i Bvlgari Aqua). Zabieg ten miał w założeniu „odświeżyć i ożywić” zwłoki tego wciąż nietrzeźwego jegomościa, ale efekt końcowy jest iście opłakany – bo przekrwione oczy, nieświeża cera oraz alkoholowy chuch i tak zdradzają, że chlał całą noc… Moje pytanie brzmi, kto chciałby tak pachnieć? To brzmienie nie ma nic wspólnego z tematyką wieczorową, a jego „skórzasty” layuout jest wręcz epickim przerostem formy nad totalnie nieadekwatną treścią.

impreza była w roku: 2016

melanż rozkręcili: Anne Flipo i Carlos Benaim

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: bergamotka, lawenda, kardamon,
Serce: kawior,
Baza: tytoń, korzeń irysa, nuty drzewne,

Za każdym razem gdy powstaje wersja Intense lub Extreme jakiegoś cenionego przeze mnie pachnidła, zaczynam czuć dziwny niepokój i wewnętrzny lęk… Poważnie, bałem się że zapach zostanie popsuty przez chciwość marketingowców, bo przecież szybkie wylansowanie zintensyfikowanego flankiera, jest teraz takie modne… Pescheux i Huclier, czyli ten sam duet perfumiarzy, który popełnił w ubiegłym roku genialnego Horizon, tego roku zabrał się za jego konwersję, do wersji Extreme… Jak zawsze w takim przypadku (zwłaszcza, że wysoko cenię klasyczne Horizon) obawiałem się, że temat zostanie załatwiony po macoszemu, byleby wypełnić czymś rynkową niszę. Ale nic z tych rzeczy, albowiem wersję Extreme przygotowano bardzo starannie i bynajmniej nie jest to atrapa. Z radością donoszę, że moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne i fantastyczny Horizon, właśnie doczekał się równie udanego flankiera w wersji Extreme! Udanego, że ho ho, ale konia z rzędem temu, kto wąchając flankiera, zgadnie co było jego protoplastą 😉

Horizon Extreme jest esencjonalny i wyraźnie żywiczny. Przypomina mi odrobinę hybrydę Parfum d’Empire Wazamba z Bottega Veneta Pour Homme, których nieco leśny, rześki i równie inhalująco żywiczny charakter, odnalazłem i tu. Jest cudownie żywiczny i zarazem cudownie jowialno balsamiczny, a te dwie z pozoru sprzeczne cechy połączono ze sobą z tak górnolotnym pietyzmem i zręcznością iż wyszła z tego wybornie i arcy wykwintnie prezentująca się całość. Tak wykwintnie, że to pachnie tak, jakby ktoś z rozmysłem konstruował pachnidło pomyślane o rynku niszowym, ale nagle znalazł się odważny kupiec z segmentu mainstreamu, który zaanektował to cudo dla siebie. Jakby nie patrzeć niszowe i diabelnie odważne brzmienie arcy genialnego i przesmerfantastycznego Gucci Guilty Absolute, jest najlepszym dowodem, że tak ambitne podejście do sygnowania nowości – może się udać i co istotniejsze, sprzedawać… Zwłaszcza, że moda na rachityczne, bezpłciowe i beznamiętne siuśki, zdaje się szczęśliwie przemijać, bo już wszystkim się to przejadło i rynek zapragnął zwrotu w innym kierunku.

Kurcze, co tu dużo mówić, Extreme jest po prostu śliczny… Jeśli tęsknicie za pachnidłami pokroju Gucci Rush, Christian Lacroix Tumulte, CdG Wonderwood, czy wspomnianą Wazambą, nowy i wyraźnie labdanowy Horizon Extreme bankowo schlebi Waszym gustom. Oficjalny wykaz nut wskazuje raczej na mariaż rozmarynu, imbiru i sandałowca, ale wystarczy Extreme powąchać, by utwierdzić się w przekonaniu, że skrywanych przed nami nut, o wyraźnie drzewno żywicznym zacięciu jest tu więcej. Owszem rozmaryn, imbir i wspomniany sandałowiec są tu jak najbardziej wyczuwalne, grając swe czyste, wyraziste, pierwsze skrzypce nader dźwięcznie, ale stawiam złoto przeciw kasztanom, że są tu przynajmniej dwie szlachetne żywice (labdanum i mirra) oraz cyprys i mam wrażenie że agar, które pominięto w wykazie nut. Nawet gdy przeminie najbardziej dźwięczne i żywiczne stadium serca i zapach ułoży się na skórze, emanując głównie miękkimi i głębokimi detalami ambrowo drzewnymi, te żywiczne szpileczki wracają co jakiś czas i przypominają o żywicznym charakterze kompozycji.

W fazie dojrzałej Extreme jest miękki, otulający, ale identycznie jak w przypadku Encre Noire, wystarczy podać kompozycji odrobinę ciepła lub wilgoci, by wskrzesić bujny i całkiem okazały, żywiczno zielony dry down, który na powrót tchnie życie w konającego Extrema. O dziwo z trwałością jest lepiej niż w przypadku regularnego Horyzontu, a przy tym zapach nie jest nachalny, ani duszący. Doprawdy nie spodziewałem się tu tak szlachetnego i wyszukanego bogactwa. Bogactwa, które garściami czerpie z poletka niszowego, choć mowa o komercyjnym mainstreamie, który jeszcze do niedawna próbował nam wcisnąć na wieczór, równie dennego co koniunkturalnego The Game. Niestety ceną za ten górnolotny artyzm jest zauważalne odcięcie się od dyskretnego i finezyjnego brzmienia protoplasty – choć w przypadku tak ambitnego i górnolotnego podejścia do tematyki zapachu wieczorowego – absolutnie nie mam tego autorom za złe. Obcując z akordem schyłkowym, chwilami miałem wrażenie, że noszę na skórze już dobrze uleżałe Arabian Nights od Jesusa Del Pozo, albo Bois Noir Roberta Pigueta – a więc Extreme to żadna populistyczna zapchajdziura w ofercie, tylko naprawdę konkretnie namieszane EdP. Pescheux i Huclier świadomie odchodząc od motywu przewodniego Horizon (konotacje zielono cytrusowe), stworzyli coś tak pięknego i nietuzinkowego, że chciałbym sobie i Wam życzyć jeszcze więcej tak doskonałych w formie i urodziwych, niekonsekwencji… 😉

rok powstania: 2017

nos: Olivier Pescheux i Jacques Huclier

projekcja: dobra

trwałość: dobra

Głowa: grejpfrut, imbir, rozmaryn,
Serce: cypriol, cedr, gałka muszkatołowa, skóra,
Baza: ambra, drzewo sandałowe,

Napisane przez: pirath | 4 czerwca 2017

Dior Homme Sport (anno domini 2017), czyli ku przestrodze!

Wczoraj „to” poznałem… Jednak Douglas miał rację, stawiając „odświeżonego” w tym roku Diora Homme Sport na półce z nowościami – gdyż zaiste jest to kompletnie nowy zapach i to tak bardzo, że jest zupełnie niepodobny do siebie samego!. Zatem to jak mi się wcześniej wydawało „bezpodstawne” postawienie go na owej półce z nowościami, należy traktować jak najbardziej zasadnie – wręcz dosłownie, ale raczej w kontekście ostrzeżenia dla klientów:

– ostrzegamy! pod żadnym pozorem nie kupować tego g… w ciemno, bo nie ma ono nic wspólnego z dawnym Diorem Homme Sport, którego już być może znacie!

Zupełnie jakby sieć chciała profilaktycznie „odciąć się” od fali zwrotów, hejtu i ewentualnych pozwów od klientów, którzy kupiliby zapach z rozpędu i poczuli się oszukani… A mają prawo poczuć się cholernie wydy…. eeee zawiedzeni!.

Serio, już dawno nie wąchałem tak zje.., o pardon, spier… wybaczcie, ale po powąchaniu tych miernych popłuczyn, inwektywy same cisną mi się na usta! Już dawno nie wąchałem tak zrypanej i pod każdym względem schrzanionej reformulacji, albowiem w jej efekcie Dior Homme Sport 2017 – nie ma absolutnie nic wspólnego ze sobą samym!. A mam na myśli podobieństwo do jego ponoć słabszej (bo również poreformulacyjnej) wersji z 2012 roku, bo tylko tę znam osobiście i traktuję jako punkt odniesienia. Trzymajcie się dobrze krzesła, bo to co najgorsze, rzuca się w nozdrza od razu po aplikacji – albowiem w tym zapachu nie ma nawet śladu po obłędnie kształtnie wybrzmiewającym cytrusie, który stanowił soczyste i barwne tło, tego ongiś kultowego świeżaka! Stwierdziłem jedynie jakiś niezidentyfikowany, sucho gorzko cierpki, purystycznie minimalistyczny akcent – wybrzmiewający tak, jakby ktoś wypłukał kadź po Dior Homme Cologne czy innym YSL Libre, ale nie ośmielę się określić „tego bezkształtnego czegoś” mianem cytrusa!.

Niech więc pijarowcy wsadzą sobie w eeee… buty, farmazony o dodaniu nowych nut zapachowych i odświeżeniu kompozycji (moim zdaniem nie wymagała żadnych poprawek) – bo i tak nie czuć nic z tego, co szumnie deklarują w oficjalnym wykazie nut, co poniekąd nie powinno nikogo dziwić. Niestety moi drodzy, prawda jest taka że w wykazie nut można sobie dzięki obowiązującemu prawu wpisać wszystko, bo do niczego to producenta nie zobowiązuje i nikt tego nie weryfikuje… Ot taki chwyt marketingowy, na epatowanie spragnionych ekskluzywności klientów – pseudo wyszukanymi nutami, które zapach rzekomo zawiera – a które istnieją jedynie w wyobraźni „kreatywnego marketingowca„. Lub istnieją, ale w stężeniu tak śladowym, że nawet aparatura NASA do wykrywania czarnych dziur, wymięka – przy próbie identyfikacji owych hipotetycznych ingrediencji, których procentowy udział w recepturze, oscyluje w granicach błędu statystycznego*

*tudzież stężenia soku malinowego (oszałamiające 0,25%) w syropie o smaku malinowym pewnej znanej marki na literę H…

tym perfumom nie pomoże nawet reklama z Edwardem płaskonosym, podobnie jak Depp nie pomógł Sauvage

Chciałem te pefumy opisać, odnosząc się min. do wersji poprzedniej, ale tu po prostu nie ma do czego się odnieść!. Pomijając to że kompozycja w obecnej formie to smętne i pozbawione wyrazu popłuczyny – zapach po „odświeżeniu i wzbogaceniu o nowe nutynie przypomina siebie samego w ogóle!. To jakieś bezpłciowe szczyny, które na upartego nawiązują formą i stylem jedynie do równie słabego Diora Homme Cologne, którego popełnienie przez Demachy (nadwornego perfumiarza domu mody Dior), przyjąłem równie ciepło. Z tym, że do talentu i warsztatu Francoisa Demachy nie mam najmniejszych zastrzeżeń, więc za przyklapnięciem egzekucji na DHS, stoi ktoś inny. Zatem konkludując, Dior Homme Sport anno 2017 to nijakie, bezpłciowe i w najmniejszym stopniu nie przypominające swego zacnego protoplasty popłuczyny! I na tym zakończę recenzję tego badziewia, pisząc ją jedynie ku przestrodze, bo nie wątpię że zapach będzie wciskany nieświadomym klientom jako zjawiskowy i lepszy niż nigdy wcześniej!

Nie rozumiem dlaczego zabito i zmarnowano coś, co pachniało świetnie i nie wątpię że się sprzedawało. Który „Janusz biznesu” mógł uznać, że perfumy tak lekkie i przyjemne, tak szykowne i wyrafinowane, a przy tym tak łatwo i naturalnie wpisujące się w lansowany obecnie model niezobowiązującego świeżaka, trzeba zrujnować, spaprać i zdegradować, do tak opłakanej postaci?… Czy u Diora pracuje jakiś utajniony sabotażysta, którego celem jest zniszczenie od wewnątrz tej ikonicznej marki? DHS 2017 to kolejna spier… premiera u Diora (po wspomnianym Dior Homme Cologne i równie słabym co dennym Dior Sauvage), więc wybaczcie ale w obliczu kolejnej, po prostu epickiej klęski – biorę pod uwagę każdą ewentualność…

A więc jeśli używaliście, używacie lub chcielibyście zacząć używać Diora Homme Sport, to kategorycznie odradzam Wam aktualnie oferowaną edycję 2017, która w moim odczuciu nie ma prawa używać tej nazwy i wstyd wydawać na te nędzne szczyny pieniądze… Co więcej, dla porównania na drugą łapę zaaplikowałem najnowszego Fahrenheita (nie nadążam za jego reformulacjami, które mam wrażenie następują równie często, co premiery nowych smartfonów) i choć z początku wydawał się całkiem przyzwoity, na temat i „akceptowalny” w odniesieniu do swego pierwowzoru, to już po niecałych dwóch godzinach zamienił się w jakieś rozmyte mydliny. Mydliny tak bezkształtne i wyzbyte charakterystycznych dla zapachu akcentów, że utożsamiałem je z Fahrenheitem jedynie dzięki temu, iż wiedziałem że użyłem w tym miejscu Fahrenheita – a po 5 godzinach od aplikacji zapachu już w zasadzie nie było, więc WTF?… Zapytam więc retorycznie Quo Vadis Dior? Dlaczego podążasz ślepą ścieżką autodestrukcji, po której staczają się też YSL i Guerlain? Czy sromotny upadek i niedawny powrót domu mody Gucci, nie nauczył Was, że nie tędy droga i chałą klienta nie zatrzymacie?

p.s. jeśli w którymś moim wcześniejszym tekście znaleźliście rekomendację lub odniesienie dla tego zapachu – to w odniesieniu do wersji obecnej, cofam wszystko!

Zaszedłem wczoraj do Douglasa w poszukiwaniu wiosennych nowości i nie zgadniecie, co mnie powitało na półce z nowościami… Ano tylko nieznacznie młodszy od węgla, raptem 9 letni Dior Homme Sport (anno domini 2008), więc kolejny raz winszuję merchandiserom Douglasa kreatywności i konsekwencji, we wprowadzaniu klientów w błąd! Gratuluję osobom decyzyjnym zarówno bezrefleksyjnego uporu (bo wytykam im to nie pierwszy raz) jak i premedytacji, z jaką uskuteczniacie ten żałosny proceder. Ten zapach nowością nie jest, ani nie jest nowością w Waszych perfumeriach – więc stawiacie go na regale z nowościami bezpodstawnie! Niby taki ekskluzywny sklep, a nie potrafią zrozumieć, że to po prostu wiocha…

No cóż, pozostaje tylko napiętnować w oczekiwaniu, że być może kiedyś zaskoczą… Z PRAWDZIWYCH nowości był tam też Extreme Night Michaela Korsa, ale nie było jego testera… Zapewne nowości sprzedają się bez udziału testerów jak ciepłe bułeczki, ale na osłodę sięgnąłem po najnowsPradę L’Homme. Wprawdzie nazwa niezbyt dobrze mi się kojarzy (przez pryzmat beznamiętnej serii L’Homme od YSL), ale wierzcie mi – zapach L’Homme by Prada, w pełni zrekompensował mi niechęć do jego nazwy. Jeśli lubicie Diorowego irysa i słodkie, ciepłe geranium rodem z Romy Laury Biagiotti, to ten zapach zabierze Was do raju. Nowa Prada L’Homme pachnie jak skrzyżowanie czegoś na podobieństwo Diora Homme, z jednocześnie Romą Laury Biagiotti – a konkretnie jej mniej upojną odsłoną, Essenza di Roma. Wprawdzie otwierający kompozycję irys stosunkowo szybko się ulatnia, ale to co zostaje na skórze przez kolejne godziny, w pełni ten brak rekompensuje. Zapach jest ciepły, elegancki i jak przystało na Pradę świetnie skrojony, więc z przyjemnością nabędę próbkę i przekuję ją na pełnometrażową recenzję.

Pozytywnym szokiem numer dwa, okazał się nowy Azzaro Chrome Pure, który na pierwszego niucha pachnie jak hybryda Givenchy Gentleman Only, z Cartierem Declaration d’Un Soir. Przy tym jest równie delikatny i finezyjny jak ten pierwszy, a jego „różność” jest raczej powierzchownym złudzeniem. Po białym i minimalistycznym flakonie z wiele sugerującym dopiskiem Pure, spodziewałem się jakiegoś oklepanego ozonowego świeżaka na lato – a tu taka niespodzianka… Niestety sam zapach choć naprawdę śliczny, sam w sobie novum nie jest (bo są już na rynku pachnące w podobnym stylu i tonacji d’Un Soir i Only), ale trzeba dać mu kilka kwadransów by mógł się ułożyć i pokazał na co go stać. Mnie ujął za sprawą niebanalnego, lekko pieprznego wykończenia suszonymi cytrusami, które ujawnia się na około godzinę od aplikacji. Wąchając aromatyzowane suszoną bergamotką herbaty z gatunku Earl Grey, można wyczuć podobny niuans co tu – co nie powiem, bardzo mnie zaintrygowało. A sam zapach, choć diabelnie przyjemny i niebanalny – ewidentnie świeżakiem nie jest. Odnoszę wrażenie, że ktoś pomylił zamówienie na flakony lub zalano je nie tym co trzeba – ale jakże zacna w brzmieniu to pomyłka 🙂

No i na tym egzaltacje się kończą, bo oto dochodzimy do Armani Code Colonia, będącego ewidentną próbą uszczknięcia przez markę – kawałka rynkowego tortu, pod nazwą „moda na colognes„. Nawet na tle najbardziej populistycznej mainstreamowej sieczki, te perfumy wypadają naprawdę nijako i słabo – głównie dlatego, że autor kompozycji postanowił na siłę trzymać się topornego i już samego w sobie nużącego wątku przewodniego, z klasycznego Code. Powiecie, że się czepiam, ale w moim odczuciu próba przeniesienia brzmienia, które pierwotnie skrojono jako kompozycję wieczorowo klubową – na płaszczyznę niezobowiązującego letniego świeżaka, po prostu nie mogła się udać. Oryginalne Code jest topornym ulepem, więc po spłyceniu i rozmyciu jego „siermiężnie klubowego” brzmienia, by konweniowało z lekką stylistyką Colognes – efekt końcowy jest równie żałosny, jak wyskubywanie sobie brwi tylko po to, by w ich miejsce narysować sobie nowe, ale czarną kredką… 😉

Ale prawdziwą tragedią okazał się totalnie nijaki i smętny YSL L’Homme Eau Electrique* – czyli jakby nie patrzeć, zachowano pełną zgodność z permanentnie bezpłciową linią L’Homme… 😉 Serio, gdybym był prokuratorem generalnym we Francji, nakazałbym ścigać listami gończymi, aresztować – a następnie stracić osobę odpowiedzialna u YSL, za dobór i wykonanie ich kolejnych nowości. I mam gdzieś poprawność polityczną, sygnowanie klientom takich popłuczyn, powinno być traktowane jako przestępstwo!. Ja rozumiem, że seria L’Homme jest specyficzna, że z definicji ma to być beznamiętnie nijaki, słodkawy ulep – o pardon lep na laski, ale ile można?!. Jedyną rzeczą którą te perfumy sobą wniosły, jest inna nazwa, bo cała reszta – włączając w to flakon, jego szatę graficzną oraz tradycyjnie już beznamiętną zawartość, jest żywcem zdjęta z poprzednich wypustów. A jak to pachnie? Szczerze powiedziawszy nawet nie zarejestrowałem, bo nie było czego i czym zawracać sobie głowy… Ewidentnie jest to kolejna „premiera wydmuszka„, będąca perfidnym skokiem na portfele klientów, na zasadzie „wykreujmy nic nie wnoszącą nowość i odcinajmy kupony od sukcesu oryginału„.

*jedyne electrique jakie mi się z tymi perfumami kojarzy, to klemy od akumulatora, wiszące na cojones autora tego konceptu…

EDIT 10.05.2017

W odpowiedzi na mój list, wystosowany w tej sprawie do sieci Douglas, otrzymałem następującej treści odpowiedź:

„Szanowny Panie,
Jest nam bardzo przykro, że odebrał Pan opisaną sytuację w taki sposób. Nie jest naszym zamiarem wprowadzanie Klientów w błąd. Na półce nowości, znajdują się zapachy ściśle określone w biuletynie, którego mamy obowiązek przestrzegać, są to wytyczne merchandisingowe. Jeśli chodzi o wymieniony przez Pana zapach, Dior Homme Sport, to odnalazł go Pan w „nowościach”, gdyż  w tym sezonie został odświeżony i dodane są do niego nowe nuty zapachowe. Taką informację znajdzie Pan również na naszej stronie internetowej:  (potwierdzam, info o wersji 2017 znajduje się na wskazanej stronie, przyp. pirath). Wyrażamy nadzieję, że przy kolejnych wizytach uda nam się odzyskać nie tylko Pana uznanie, ale przede wszystkim zaufanie.”

Oczywiście nie sposób nie zgodzić się z podaną argumentacją, jak najbardziej prawdziwą – zatem zwracam honor, ale jedno mnie w tym wszystkim martwi. Wiedziałem, że zapach był w tym roku odświeżony, podobnie w roku 2012, ale nie przypominam sobie by w przeszłości sieć miała w zwyczaju informowania swoich klientów o reformulacjach – właśnie poprzez stawianie odświeżonych edycji na regale z nowościami. A może coś przeoczyłem? Przyjmuję zatem oficjalne stanowisko oraz w tym przypadku uzasadnione argumenty sieci do wiadomości, ale jednocześnie od tej pory będę domagał się od Douglasa podkładki (w celu uwiarygodnienia zasadności) na okoliczność „hipotetycznego odświeżenia” każdego „suchara”, którego zastanę na regale z nowościami  – bo skoro chcą tą drogą tak pieczołowicie i rzetelnie informować klientów o reformulacjach (stawiając wersje zmodyfikowane na regałach z nowościami) – to ja zadam sobie trud by sprawdzić, jak bardzo sieć będzie w tym co deklaruje konsekwentna… Co więcej, dostrzegam w tej strategii (o ile okaże się potwierdzona) wielki pozytyw. Bo jakby nie patrzeć, informowanie klientów o reformulacjach (a jak wiemy producenci i perfumerie nie lubią się tym chwalić) jest niesamowicie miłym ukłonem w stronę klienta (ba, prawdziwym przełomem!), więc od teraz bardzo mocno trzymam kciuki za utrzymanie tego stanu rzeczy!. 😉

Pozdrawiam przesympatyczną Panią Monikę i w imieniu swoim oraz czytelników bloga, dziękuję za odpowiedź na moje zapytanie, którego obszerny fragment pozwoliłem sobie tu przytoczyć.

Kto by pomyślał, że w zwykłej drogerii sieciowej i cenie ~40 zł, można trafić perfumy pachnące najprawdziwszym olibanum*? Ale, skoro dekadę temu arcy egzotyczny oud zawędrował do mainstreamu, to nie dziwota że jego los podzieli ortodoksyjnie niszowe olibanum… Jak na ironię, ingrediencja ongiś zarezerwowana wyłącznie dla bogów i po dziś dzień używana w obrządkach wielu religii – z czasem zawędrowała do zmanierowanej i lubujących się w woniach ekscentrycznych, niszy. A dzięki globalizacji, popularyzacji i powszednieniu perfum, to co kiedyś było domeną owej niszy – dziś trafiła pod strzechy zwykłych ludzi, w postaci perfum mainstreamowych, a wręcz massmarketowych!. Ale na szczęście nie jestem snobem i Was również o snobizm nie podejrzewam, więc skoro w cenie niecałych 40 zł, za 50 ml – możemy dostać coś co pachnie naprawdę dobrze i niszowo, to grzechem marnotrawstwa byłoby nie skorzystać. Kurcze, kto by pomyślał, że w świątyni drogeryjnego massmarketu, uświadczę klejnot pachnący niemal identycznie jak pretensjonalna, egzaltowana i ładnych kilkanaście razy droższa nisza!…

*oczywiście mowa o syntetycznym zamienniku, ale pachnącym zadziwiająco wiernie i sugestywnie.

Ale wpierw łyżka dziegciu. To co rzuca się w oczy od razu, to niewspółmiernie mała flaszka i jej stosunkowo nikła pojemność, w porównaniu do przepastnego i absurdalnie wielkiego kartonika – w którego czeluściach ukryto niewielki i poprzez powyższe, jeszcze bardziej niepozorny flakonik. Ja rozumiem, że kreatywność i cwaniactwo speców od marketingu przejawia różne formy – ale chciałem powinszować geniuszowi, który pomyślał sobie, że jeśli da duże opakowanie, to ludzie pomyślą sobie, że warto ten produkt kupić nie ze względu na zapach, a wielkość opakowania… Może to działa na nabywców chipsów (gigantyczna, napompowana powietrzem torebka, a w środku jeden ziemniaczek), czy czekoladek (kilkanaście podkładek i podwójne dno, próbujące wypełnić kartonik, z tymi trzema pralinami na krzyż) ale perfumy, srsly? Eee, jak bardzo trzeba mieć nafajdane fełbie, by pomyśleć że poza wytworzeniem zbędnych gabarytów – przekładających się jedynie na wygenerowanie wyższych kosztów transportu i składowania, to mogłoby zadziałać?…

Ale pomijając ten zgrzyt, same perfumy pachną zadziwiająco (wręcz podwójnie zadziwiająco, gdy wziąć poprawkę na cenę i nieznaną markę) dobrze!. Choć może ta nieznana marka to akurat atut, bo musieli się bardziej postarać, by powalczyć o klienta. Choć odnoszę wrażenie, że drugie męskie perfumy Nou, tj. Avery – to klon już przeze mnie opisywanych Amber Shadow marki Jacques Battini. Avery/Shadow są klasycznie sandałowe (niczym Columbus 1492) i co tu dużo mówić „chwytliwe„, więc będzie się podobał i co za tym idzie sprzedawał – zatem ich wybór pewnie nie był przypadkowy… Pewnie obaj „producenci„, wybrali ten sam zapach z katalogu gotowców i nie do końca świadomie lansują go pod dwoma szyldami. Perfum na rynku jest jak „mrówków„, to pewnie pomyśleli iż to mało prawdopodobne, że przy tym natłoku ktoś się połapie, że coś podobnego już istnieje… Swoją drogą ciekawe czy Montale, zlecając „skomponowanieRed Vetiver, też brało w swej krnąbrności poprawkę, że ich klienci mogli już spotkać Terre D’Hermes?… 😉

No dobrze, dość przynudzania, pora określić jak Oliban pachnie. Wprawdzie nie jest to olibanum pokroju tego, które uświęca absolutnie niezrównane Rock Crystal Oliviera Durbano, ale jeśli lubicie to chłodne i minimalistyczne ujęcie kadzidła, rodem z Heeley’owego Cardinal’a, to Nou Oliban jest właśnie dla Was! Oliban pachnie, a raczej opiewa legendarne olibanum, czyli kadzidło frankońskie – w tym samy stylu, sznycie i klimacie, co kultowe już CdG Avignon oraz Heeley Cardinal. A więc kadzidło chłodne, surowe i minimalistyczne, by nie powiedzieć skostniałe – podobnie jak klimat panujący w europejskich gotyckich katedrach, których mury wciąż pachną woskiem świec i subtelną wonią kadzidła i mirry, którymi nasiąkły przez wieki. A propos trwałości, to Oliban jest całkiem trwały i niezgorzej projektuje, co przy tej cenie robi z niego naprawdę potężną konkurencję i zamieszanie w szeregach olibanowo niszowej inkwizycji.

Oliban to monotematyczny monoscent, wybrzmiewający wyłącznie olibanum, bez udziału jakichkolwiek nut towarzyszących i co za tym idzie – wyłamujący się z tradycyjnego podziału na wyczuwalne akordy. Wprawdzie najbardziej żywe i ekspresyjne jest jego otwarcie – które co zrozumiałe, z upływem godzin stopniowo przebrzmiewa, ale po sam kres jest to olibanowy monolit. Od razu mówię, to nie jest jakość CdG Avignon, ani Heeley Cardinal, bo z czasem tutejsze olibanum robi się odrobinę płytkie i po kilku godzinach ulega nieznacznemu rozwarstwieniu, ale i tak pachnie FENOMENALNIE, a różnica jest naprawdę niewielka i moim zdaniem kompletnie niewarta dopłacenia za ten subtelny dysonans, kilkanaście razy więcej. Jeśli więc nie przeszkadza Wam, że pachniecie tylko odrobinkę mniej wiernie niż Heeleyowa frankońska katedra, to gorrrąco polecam, a zaoszczędzone ponad 550 zł, możecie przeznaczyć na inne bezbożne bezeceństwa… 🙂

przykładowo, możecie dać perfumomanii na tacę 🙂

« Newer Posts - Older Posts »

Kategorie

%d blogerów lubi to: